O podwójnym życiu

czwartek, grudnia 10, 2015

Mówią, że nie da się żyć w rozkroku. Pomiędzy dwoma krajami, kulturami, ludźmi. Że trzeba się zdecydować - żyję tu czy żyję tam, bo inaczej wieczne poczucie niedopasowania i myśl, że trawa zawsze zieleńsza u sąsiada za Kanałem. A przecież my właśnie tak, fizycznie tu, myślami codziennie tu-i-tam. Choć ja nie nazywam tego życiem pomiędzy, a życiem w, w dwóch krajach i dwóch kulturach równocześnie. Że się nie da? Że to nie to samo? Jasne, że to nie to samo. Jesteśmy świadomi tego, co nam umyka, co już nigdy nie wróci. A w takich chwilach, jakie zafundowały nam ostatnie dni, człowiek chętnie dałby się ponieść emocjom, rzuciłby wszystko w cholerę i pędził do domu, do tamtego domu, tego pierwszego. Jedynego, chciałoby się powiedzieć romantycznie w przypływie nostalgii.

Ale potem człowiek siada na sofie. Słyszy głos Mamuśki, która śmieje się, dość niemrawo, ale jednak! i żartuje, że to tylko ręka, dobrze, że łba sobie nie obiła. I oddycha człowiek z ulgą i myśli, że gdyby nawet mieszkał w tej ojczyźnie, ale na Śląsku na przykład, to pewnie zdążyłby dojechać do tego szpitala akurat wtedy, kiedy Mama odbierałaby wypis. Potem znów myśli - ale przynajmniej mogłabym pojechać i pomóc Mamuśce ogarnąć Święta. Bo przecież ona tam z jedną ręką zdrową, z drugą obolałą, to najwyżej kurze sobie zetrze z bibelotów. Chociaż nie, uparcie twierdzi, że kaczkę to nadzieje, bo przecież dwie ręce jej do tego niepotrzebne, potem wrzuci do piekarnika i po krzyku. Resztę zrobi Handziuk i Wielka Bratowa, damy sobie radę, mówi. A we mnie błysk, że polecę, spakuję się, buknę bilety i wrócę za dwa dni.

Kalkuluję.

Nie byłoby mnie cztery dni, żeby to miało sens. Wskakujesz w samolot, dwie godziny i jesteś u Mamy na pomidorówce to mit. Takie rzeczy to tylko wtedy, jeśli zamieszkam na lotnisku tu i na lotnisku tam. Wtedy to i owszem. Mogę latać nawet codziennie.
Inżynier musi wziąć urlop, nawet jeśli zahaczę o weekend. Ale to i tak najmniejszy problem.
Muszę zostawić Fruzię. Ona aktualnie jest uziemiona w Krainie Deszczu.
A co, jeśli będzie płakać? Nigdy jej nie zostawiałam na dłużej niż parę godzin, a u nagle 4 dni. Och, Mąż Mój świetnie ogarnąłby sytuację, ale co jeśli? Przecież nie wrócę stamtąd szybciej, jeśli mała uzna, że jednak chciałaby buziaka na dobranoc od mamy.
A co, jeśli to ja zacznę ryczeć? Dramat w pięciu aktach gotowy.
A Mamuśka to chyba by mnie ubiła. Nie histeryzuj, powiedziałaby zapewne lekko poirytowana. Co nie zmienia faktu, że perspektywa mnie stojącej w drzwiach byłaby dla niej kusząca.

Ona tak nie lubi szumu wokół siebie. Sama doczłapała się do domu, mimo że Kocurowi rodzice byli gotowi wezwać karetkę i pomóc jej we wszystkim, po czym spokojnie zadzwoniła kolejno do Męża Dyrektora i do mnie z informacją, że złamała rękę, bo kość ma w innym miejscu niż dotychczas. No i że boli jak cholera. Ale to ja przeklinałam, nie ona. A Mamuśka obsztorcowała Dyrektora, syna i córkę, zanim uznała, że może faktycznie ten lekarz to dziś, a nie jutro. Taką jest pacjentką.

Oglądam rękę Mamuśki na skypie. Palce spuchnięte, dłoń pomarańczowa, pod opatrunkiem szew na piętnaście centymetrów. Chirurg kazał jej ćwiczyć palce i rozciąganie ścięgien, stwierdził, że złamanie było paskudne, dużo odłamków. Pytam, czy była przytomna podczas zabiegu, bo znieczulenie dostała tylko miejscowe. Nie, nic nie pamięta, chyba dostała jaśka na dobry sen. Ale ból przed i po to z tego rodzaju, którego się nigdy nie zapomina, choć podniosła się z ziemi nie czując nic, w przeświadczeniu, że nic jej się nie stało. Ręka spuchła szybciej niż na nią spojrzała i dużo szybciej niż przyszedł ból. Obiecuje, że będzie odpoczywać. I faktycznie, wyłącza się skype'a po krótkiej rozmowie, jest zmęczona, musi się położyć.

W międzyczasie odbieram stos wiadomości. Od Ojca Dyrektora, wszystko po kolei, z detalami, godzinami i opisem stanu faktycznego. Od Wielkiego Brata krótko i treściwie. Od Pedra zapewnienie, że odwiedził Mamuśkę w szpitalu, że wszystko będzie dobrze i że czuwa na miejscu, więc jakby co... Chce mi się płakać. Znowu. Teraz, kiedy Mama jest już w domu, kiedy wszystko pod kontrolą. Teraz chce mi się płakać, bo wiem, że nawet ta pieprzona emigracja nie jest w stanie zmienić faktu, że z naszą rodziną to naprawdę nie tylko na zdjęciu. I że pomimo odległości też. Nie czułam się wyautowana. Oni wszyscy wiedzieli, że my tutaj martwimy się podwójnie, więc dzwonili, pisali, informowali. W zasadzie to niemal byłam na tej sali operacyjnej z Mamą, nawet jeśli tylko w mojej głowie.

Czasem jest trudno, chociaż dziś przyznaję Mamie rację. To na szczęście tylko ręka. Łba sobie nie obiła, jak dobrze. To cenny łeb. I wiem, że byłoby łatwiej, gdyby nie aktualny stan rzeczy. Ostatnio byłam w Polsce w lutym, następny wypad w maju, prawie za pół roku, uziemienie ma się całkiem dobrze i wygląda na to, że trochę się przeciągnie.

Ale oddycham w miarę spokojnie. Mama jest dobrze zaopiekowana. Fruzia potrzebuje nas tutaj, bo tutaj jest jej pierwszy dom. Wspólnie mamy ich kilka, każdy ważny na swój sposób, do każdego tak dobrze się wraca. Sporo wysiłku kosztuje nas podtrzymywanie statusu jesteśmy-w-miarę-na-bieżąco, bo maile, sesje na skypie, kartki, telefony... ale dzięki temu myślimy sobie, że rozmawiamy z naszymi rodzicami dużo częściej niż niektórzy ludzie mieszkający ze swoimi w jednym mieście. Naprawdę rozmawiamy. Czasem nawet kawę i wino pijemy wspólnie.

Jak zawsze w takich sytuacjach muszę sobie wszystko jeszcze raz na spokojnie zracjonalizować. Schemat stary jak nasze życie tutaj.

You Might Also Like

15 komentarze

  1. Odpowiedzi
    1. Dzięki, Kaczko! Czuję się dotulona. :-) :-*

      Usuń
  2. Ale się porobiło. Wiesz również mam takie wrażenie, że niektórzy mieszkają zrodzicami pod jednym dachem a widują się z nimi raz na miesiąc, to jest totalna porażka. Jak już wszystko poukładacie to słonko zajrzy Wam w okno :) Tego życzę :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Będzie dobrze, dacie radę! A emigracja kiedyś się skończy i będziecie wszyscy razem ☺

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A póki co niech tam wszyscy trzymają swoje kończyny i resztę ciała w jednym kawałku;-)

      Usuń
  4. Bardzo trafnie zauważyłaś, że to nie kilometry świadczą o tym, jak blisko z kimś jesteś. Faktycznie - mogą sporo utrudnić, ale na szczęście w dobie Internetu i innych podobnych wynalazków bycie "na bieżąco" jest jednak znacznie łatwiejsze, nawet pomimo odległości. Wiem, że chciałoby się przytulić, wesprzeć również fizyczną obecnością, towarzyszyć Mamie w tym kiepskim czasie. No ale jak się nie da, to co zrobić...Ściskam i życzę szybkiej poprawy (i w kwestii Maminego zdrowia, i Twojego samopoczucia) :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Bąbelkowa Mamo, w swoim i Mamy imieniu:-*

      Usuń
  5. Świetnie rozumiem.Ale to ja żyję w rozkroku. Gdzieś pomiędzy. Dwa tygodnie tu, dwa tam. To gdzie jest to prawdziwe życie? I mam czasami podobne dylematy, niestety.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A nie masz w takim razie tak, że czasem się budzisz i musisz się zastanawiać, czy jesteś tu, czy może tam? (I w zasadzie, gdzie jest to tu, a gdzie tam...). Ałć. Wyobraziłam to sobie. Ale... hmm... to chyba to jest to prawdziwe życie, co? Takie niedoskonałe właśnie.

      Usuń
  6. Dzisiaj zauważyłam, że Wasz rodzinny obrazek powiększył się o małego chłopczyka :) To chyba musicie jeszcze Rudolfowi dokopsać jaką "siostrę" :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak naprawdę powinno tam być jeszcze jedno dziecko i przynajmniej dwóch Rudolfów / dwie Rudolfice. Tylko nie wiem, czy nam życia wystarczy na skompletowanie takiej rodziny;-)

      Usuń
    2. Trzymam kciuki, żeby Wam jednak starczyło chyba bardziej uporu, w dążeniu do tego celu, bo czasu Wam z pewnością starczy :)

      Usuń
  7. Pamietam to uczucie kiedy dostalam wiadomosc ze moj tata sie kiepsko czuje, a moja corka nie miala wtedy waznego paszportu (do odbioru byl za 3tyg), mimo ze miala wtedy 8 lat to ja dotad nawet na jeden dzien sie z nia nie rozstalam. Jednak pojelam wyzwanie i kupilam bilety dla siebie i dla synka a Claudia zostala z tata i bratowa na spolke. Niestety tata na mnie nie poczekal:-( Datego doskonale rozumiem Twoje uczucia, niby nie jestesmy daleko, ale czasem uziemieni (brak paszportu itp) i to strasznie boli ze nie mozemy z naszymi bliskimi spotykac sie tak czesto jak bysmy chcieli. Pozdrawiam i sciskam mocno, zdrowia dla Mamuski ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Irminko. Jest dokładnie tak jak piszesz - teoretycznie moglibyśmy latać w tę i z powrotem, bo odpowiednio wcześnie zabukowane bilety nie są przecież takie drogie, ale jest zawsze kilka spraw do wzięcia pod uwagę, zanim człowiek coś zaplanuje. U nas wciąż było in vitro (przed, w trakcie i po), do tego urlopy zredukowane do minimum (patrz: in vitro), potem proces adopcyjny, no bo każdy chce, żeby się toczyło, a nie żeby co chwilę była jakaś przerwa, a teraz... uziemienie. Cóż, samo życie. Przykra ta Twoja historia z tatą. Takie sytuacje z pewnością zostają w człowieku na długo, choć przecież niczyja w tym wina, życie po prostu czasem takie jest i nic nie możemy z tym zrobić. :-*

      Usuń