O nadszarpniętym zaufaniu

sobota, grudnia 12, 2015

Szóstego grudnia bladym świtem Fruzia usiadła w łóżeczku, a następnie głośno wrzasnęła, jak to ma w zwyczaju każdego poranka. A także kilka razy w nocy, kiedy smoczek wypadnie jej z buzi, a ona wciąż pogrążona we śnie nie zauważy, że właściwie sama go sobie wyjęła i nadal trzyma go w dłoni. Wrzasnęła więc, żeby dać nam znać, że dzień się rozpoczął i mamy natychmiast zabrać ją do siebie do łóżka. I najlepiej zróbmy od rana dyskotekę z Jeżowską, dobrze, mamo? Tato, no weź namów mamę! Podreptałam do żółtego pokoju i na autopilocie cmoknęłam Fruziaka, wyjęłam ją z wyra, podreptałam z powrotem do sypialni i usadowiłam ją w drugim wyrze pomiędzy nami. Dopiero wtedy się obudziłam i przypomniałam sobie, że przecież Mikołaj!, zanim Fruzia się pokapuje.

- Mama pójdzie sprawdzić, czy Miki był dziś u ciebie w nocy - zagaiłam słodko do córki.
- I przy okazji zerknie, czy tata buty wyczyścił - dodałam.
Inżynier właśnie otwierał zaspane oczy, choć przecież on też obudził się wraz z Fruzinym okrzykiem. Tego się nie da przegapić. 
Przytargałam dwie dorosłe pary butów ze schowka w kuchni i ustawiłam je w żółtym pokoju pod ścianą. (Inaczej w tym domu nie można. Nie schowasz porządnie butów, to Rudolf na pewno się nimi zaopiekuje.) Złote kozaki z futerkiem, z nietkniętą podeszwą, wszak to buty dla czołgających się, wyciągnęłam z szuflady z garderobą Fruzi. Nadziałam je wcześniej przygotowanym farszem. Gdyby Śnięty miał rozdawać prezenty wedle rozmiarów obuwia, byłybyśmy z córką pokrzywdzone, on jednak, na nieszczęście dla Inżyniera, obrał dokładnie odwrotny kierunek. 
- Był, był Mikołaj! - wykrzyknęłam teatralnie po powrocie do sypialni.
Dałam z siebie wszystko, żywiąc nadzieję, że Mąż Mój nie rzuca słów na wiatr i faktycznie jakieś tam zdolności aktorskie mam. Nawet jeśli w cv mogę wpisać jedynie któryś z tych spalonych przybytków. Sama nie pamiętam czasów, kiedy naprawdę wierzyłam w Śniętego, pamiętam za to zbyt dokładnie wszelkie nieudolnie ukrywane narady Rodziców i Dziadków w kwestiach prezentowych. Postawiliśmy więc sobie z Inżynierem za punkt honoru, że uda nam się trochę dłużej pooszukiwać nasze dziecię. A ponieważ mocno wierzę w inteligencję takich niby-to-niegadających-i-nie-kumających-cza-czy-bejbików, oszukiwanie należało zacząć już dziś.
- Chodź, zobaczymy, co ci przyniósł! - Pifko również wczuł się w rolę.
Fruzia najpierw jednak zażądała mleka. Prezenty prezentami, ale porządek dnia musi zostać zachowany. Dopiero potem popędziliśmy wszyscy do Fruzinej sypialni. Po drodze on złapał za aparat, ja uwolniłam małą ze śpiworka, usadowiłam ją na podłodze w pozycji na Rudolfa z dala od wypchanych butów, Mąż Mój odpalił kamerę, napięcie sięgnęło zenitu i ...

Ujęcie pierwsze
Zapadła cisza.

Po kilku sekundach, które zdawały się wiecznością dla spragnionych wrażeń rodziców, Fruzia zmieniła pozycję. Usiadła na czterech literach i wciąż z pomarańczowym smoczkiem w buzi przypatrywała nam się ciekawie.

Ujęcie drugie
- Fruziu, chodź tutaj, zobacz, co tu jest - zaczęłam zachęcać ją, wskazując na buty.
Mała przeniosła się na brzuch. 
Zrobiła jeden ślizg do przodu.
Podniosła się na kolana.
Raczek do przodu i bach na brzuch.
Nadal przypatrując nam się z ogromnym zdziwieniem.

Jestem pewna, że zastanawiała się, o co nam chodzi i dlaczego, do diaska, o tak dzikiej porze robimy jakieś dziwne zloty w jej pokoju. Przecież o tej porze to zazwyczaj spotykamy się w naszej sypialni... I żeby od razu kamera, kiedy ona wciąż w piżamie, z niewyjściową fryzurą?

Ujęcie trzecie
Wreszcie ruszyła, zaintrygowana tym, co tak namiętnie starałam się jej pokazać. Radośnie, z tym swoim kosmicznym zaśpiewem na ustach ślizgiem prostym dotarła pod ścianę.

I natychmiast zabrała się za buty i sznurowadła Inżyniera, uprzednio wywalając to, co w nich znalazła i udając totalny brak zainteresowania zawartością swoich własnych kozaków.

Śmiem twierdzić, że to był odwet za treść listu, który Śnięty zostawił w jej bucie. Nie pytajcie, skąd wiedziała, co w nim jest jeszcze przed rozwinięciem korespondencji. Mówiłam Wam, te małe lepiej od nas kumają cza-czę.
- Fruziu, ale zostaw te brudne buty taty i zobacz, co jest w twoich! - zachęcałam czarująco.
Dała się namówić dopiero po wnikliwej analizie stanu czystości obuwia ojca swego. Olała książkę, na której stały jej kozaki i językiem migowym poinformowała, że mamy jej odczytać treść listu przewiązanego czerwoną wstążką.
- Oj, Fruziu, niedobrze - oświadczyłam zbolałym głosem, kiedy rozwinęłam papirus.
Śnięty miał z Fruzią problem. Zagubił się chłopak w tych wszystkich trendach i nie wiedział już, czy w końcu można ją zaliczyć do tych grzecznych, czy też niekoniecznie, skoro starzy wciąż o małej, że Tasman i Tasman... Na wszelki wypadek uznał, że to ich pierwsze spotkanie i da jej szansę, ale Fruzia musi zastosować się do kilku przykazań, jeśli chce, żeby to ich pierwsze spotkanie nie było zarazem ostatnim.

(Czy muszę dodawać, że tylko tamtego jednego dnia Fruzia złamała wszystkie przykazania Mikiego?)

Książka, a właściwie dołączona do niej płyta z dziesięcioma piosenkami z bajek Disneya, tak przypadła Fruzi do gustu, że mogłaby jej słuchać i tańczyć przy niej od rana do wieczora. Sama ją sobie włącza, bo nasz boom box stoi dziesięć centymetrów nad podłogą. Efekt tych imprez jest taki, że ja też, na przemian z kolędami, podśpiewuję pod nosem Yo-ho! Jake and the Never Land pirates, climb aboard me hearties and be a pirate true... Inżynier natomiast błąka się między kuchnią a salonem w rytmie Hot dog, hot dog, hot diggety dog. On był bardzo grzecznym chłopcem w tym roku, sam Miki tak stwierdził w liście do właściciela brudnych butów. Tym bardziej więc nie rozumiem, jak ten ostatni mógł dopuścić do takiej sytuacji! "Jeśli w bucie zamiast prezentu znajdziesz potwierdzenie zakupu, wybacz mi, proszę. To moje elfy nawaliły z dostawą na czas", napisał Śnięty tuż po chwytającym za serce wyliczeniu dobrych uczynków Inżyniera. Potwierdzenie było, a jakże, a dwa dni później to nawet sam elf zapukał do drzwi Piątej Chatki. Postawny elf z piwnym brzuszkiem. Wymruczał coś na powitanie, po czym poinformował, że prezent dla Inżyniera to atfstk.
- Co? - zapytałam w angielskim narzeczu.
Żadne tam grzecznościowe 'pardon', czy inne 'sorry'. Zwykłe, nieeleganckie 'what?'
Ten elf mówi tak, że wątpię, czy rozumie samego siebie.
- Nie ma - z pomocą przyszedł mi Mąż Mój. - Skończyło im się. Out of stock.
Aaahaaaa, out of stock. Psia mać.

Takie elfy to sobie Śnięty może wsadzić.
W dupę Rudolfa.
Renifera znaczy, bo od dupy naszego Rudolfa to wara.

Zaprawdę powiadam Wam, w dzisiejszych czasach nikomu już nie można ufać.

Nawet Śniętemu Mikiemu.

You Might Also Like

10 komentarze

  1. Fruzinek :** wyobrazam sobie Jej minę zupelbie jak mojej Gwiazdy tylko ze bez smoka! :-) co za guły z tych elfów! jakieś roztrzepane -dostawy nie moga zrobić? . Litermatko kochana napisz prosze jak Mamusia Twa bo pisałaś ostatnio o złamane j ręce buźka :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana, dziękuję, Mamuśka czuje się zdecydowanie lepiej - wczoraj przespała pierwszą noc bez prochów przeciwbólowych:-) Dłoń wciąż opuchnięta, a przedramię, tam gdzie kończy się opatrunek, wciąż posiniaczone, ale teraz najbardziej dokucza Mamie fakt, że wszystko musi zrobić jedną ręką. To jest pewnie tak, że dopóki samemu nie doświadczy się pewnych ograniczeń, to człowiek może sobie tylko wyobrażać jak to jest. W każdym razie Mama jest uziemiona do końca stycznia. Same uziemienia w tej rodzinie!;-)
      No, te elfy dały ciała. Za rok będę musiała je pogonić i zamówić prezenty szybciej, żeby nie było powtórki.
      Nicole, co u Was? Mam nadzieję, że wesoło i przedświątecznie, i że Was wszelkie katary, kaszle i tego typu atrakcje omijają:-*

      Usuń
    2. Dziękuję Litermatko Kochana :* . u nas dobrze, żyjemy na szczęście bez chorowania z krótkimi infekcjami głównie u Synka :-)...
      przepełnieni do granic dzieciowym śmiechem i kolejnymi sukcesami rozwojowymi Gwiazdy i szkolnymi Juniora :-) O tak jest bardzo wesoło!

      Usuń
    3. Wiec niech tak zostanie (moze bez tych infekcji) na dluzej!:-*

      Usuń
  2. To u mnie było wielkie zainteresowanie łapciami (bo to w domowych bucikach Mikołaj zostawił upominki) zarówno swoimi jak i starszej siostry ;) Kasia wygrzebała najpierw swój prezent, a potem zabrała się za drugi przeznaczony dla Martyny ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kasia to najwyraźnej przedsiębiorcze dziecko, ale jak tak robię w głowie przegląd Kaś, które znam, to wydaje mi się, że one wszystkie takie;-)

      Usuń
    2. Może dobrze jej to wróży na przyszłość :)

      Usuń
    3. Na pewno, Kaśki to fajne dziewczyny! (Sama jestem Kasia z bierzmowania;-))

      Usuń
  3. U nas Mikołaj (a właściwie trzech Mikołajów ;) ) nie zrobił na Bąblu większego wrażenia. Trochę się go bał, a trochę zastanawiał się chyba, dlaczego wszyscy robią tyle zamieszania wokół jakiegoś dziada z białą brodą ;) Za rok, dwa będzie pewnie już zupełnie inaczej; a ściemniać w tych kwestiach również zamierzamy najdłużej, jak tylko się da - bo i dla nas to frajda nie lada ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uważajcie, bo Bąbel może uznać, że trzech Mikołajów to taka polska tradycja i za rok, jak zjawi się jeden, stwierdzi, że coś jest nie tak!;-)

      Usuń