O magii świątecznej codzienności

poniedziałek, grudnia 28, 2015

Czerwona, filcowa torba Śniętego rozpadła się w praniu. Za sukces wychowawczy Mamuśki i Kochanej Babci można jednak uznać fakt, że nie wrzuciłam jej do pralki. Coś tam mi dźwięczało, że filc i pralka to średnio dobrana para, chociaż ręczne też nie okazało się strzałem w dziesiątkę. Śnięty odpadł. Kolejno wyciągałam z miski jego filcową brodę, buty, pas, guziki... ba, nawet krzaczaste brwi. Po wysuszeniu udało mi się złożyć te puzzle w jedną, śniętą całość, ale Miki nie chciał trzymać się torby. Cokolwiek trzymało go przy niej wcześniej, po moim praniu przestało. Musiałam Śniętego przyszyć. Babcia Moja Kochana zapewne przewracałaby się w grobie, widząc mnie z igłą i nićmi w pewien grudniowy wieczór, gdybym tylko wierzyła, że w tym grobie leży. Myślę, że siedziała wtedy gdzieś obok mnie i patrzyła na te moje wyczyny ciesząc się, że w ogóle coś jej się w moim (trudnym) krawieckim przypadku udało. Na przykład to, że potrafię nawlec igłę. Trochę martwiłam się o Śniętego w momencie, kiedy Fruzia nareszcie znalazła się obok torby wypełnionej po brzegi podarkami (choć ciężki sprzęt i tak się nie zmieścił), ale dziecię nasze jeszcze nie weszło w ten dziki stan szaleńczego nurkowania w workach, w którym to stanie permanentnie znajduje się Rudolf. Miki dostał więc drugie (trzecie?) życie na jeszcze jedne Święta. Zapewne na kolejne nie powinien już liczyć.

W wigilijny wieczór Fruzia zasiadła na sofie frontem do monitora laptopa, na którym co prawda nie było obrazu, ale z którego płynęły głosy Mamuśki, Ojca Dyrektora i Wielkiej Rodziny. No dobrze, nie oszukujmy się, to był głównie głos Mamuśki. Oni nas widzieli, my wgapialiśmy się w czarny ekran, wyobrażając ich sobie wszystkich na kanapie.  Całe mikołajowe show było dość krótkie. Fruzia zgrabnie wywaliła z torby Śniętego koszulki ze swoją podobizną (w następnym biegu na dychę biegnę we Fruzi), a następnie dorwała gąsienicę z kulkami od sąsiadki i olała resztę prezentów. Z wypiekami na twarzy, zmęczona przedłużającym się wieczorem, ale zdeterminowana, żeby coś jeszcze z niego uszczknąć, potrząsała grzechoczącymi kulkami tak energicznie, że niemal znokautowała ojca swego i matkę swoją. Rudolf przezornie trzymał się z dala. Od małej. Bo całkiem blisko filcowej torby.

I tak właściwie zostało nam na całe Święta - Fruzia po trochu odkrywała w torbie coraz to nowe prezenty, Rudolf usiłował zostać ich współwłaścicielem, a my od czasu do czasu (ale tylko czasem!) musieliśmy rozdzielać towarzystwo. Poza  tym mała od rana do wieczora smerfowała po całym mieszkaniu jak perszing. W tych swoich odświętnych kieckach i eleganckich rajstopach, a co! Była niezmordowana. W pierwszych dniach grudnia uznała, że raczkowanie na full to jest to, co Tasmany lubią najbardziej i robią najlepiej, nie było więc mowy o braku ruchu i zalegiwaniu na kanapie w obecności naszego osobistego raczka.
- Uwaga, Tasman na horyzoncie! - krzyczałam w wigilijny poranek odkurzając salon, do gotującego w kuchni Inżyniera.
Sekundę później słyszałam ich rozmowę.
- Ty diable mały, tutaj nie możesz teraz wchodzić - mówił Inżynier.
- Aaaa-aaaa! - odpowiadała Fruzia. - Babababa!
Po czym Mąż Mój zarzucał sobie intruza na ramię, wynosił go w najdalszy kąt mieszkania i biegiem wracał do kuchni.
- To mi daje 30 sekund spokojnego mieszania w garach, zanim znowu przyczłapie! - rzucał do mnie w przelocie.
Czasem zamykaliśmy drzwi, ale i wtedy Fruzia nie dawała za wygraną.
- Uważaj jak będziesz wychodził, Tasman opiera się o drzwi - krzyczałam znowu.
Mimo wszystko na spokojnie udało nam się posprzątać, pogotować i przygotować wieczerzę.
Bo bywało i tak, że Fruzia i Rudolf zalegali na dywanie, on pochrapując obok niej, ona zatapiając się w świecie bejbikowych książek i przez pół godziny jakby ich nie było. Tylko Fruzine gadanie do siebie samej przypominało, że ona naprawdę jest. I że to wyjątkowe Święta.

Nie mieliśmy żadnych wygórowanych oczekiwań ani planów na te dni. Wystarczyło nam, że byliśmy razem, choć tak daleko od bliskich.

Nie obrzuciliśmy Fruzi stertą prezentów, bo skoro zrobili to za nas inni... Hitem okazały się drewniana huśtawka i namiot od wszystkich Dziadków. Huśtawka wydobywa z małej wokalnego demona, Fruzia tak na niej piszczy z ekstazy, że słychać ją pewnie w Rodzinnym Town. Sami kupiliśmy jej tylko jedną zabawkę, magnetyczny rysownik, wiecie, taki oznaczony grupą wiekową 3+. (Wielce prawdopodobne, że na roczek dostanie od nas coś 6+, skoro takie-do-przodu-dziecię mamy.) Fruzia była nim zachwycona, chciała zjeść ołówek na sznurku i magnetyczne stempelki, uznaliśmy więc, że może jeszcze poczekamy z tym rysowaniem.
Nasza choinka dostała w Wigilię piękne, nowe lampki, ale zapomnieliśmy o bateriach. Przy dobrych wiatrach uda nam się włączyć je dzisiaj.
Nie było dwunastu potraw na stole, no bo serio - kto by to zjadł? Najważniejsze, że był śledź i ryba (słabość Inżyniera) oraz pierogi normalne i pierogi-płastugi (#bezNichNieMaWigilii). Był grzaniec i piernik w czekoladzie. Dwa puste nakrycia - jeden dla zbłąkanego wędrowca, drugi - ten mniejszy - dla kolejnego Potomka, który być może gdzieś tam już jest na tym świecie lub dopiero szykuje się do drogi do domu. Mamuśka słusznie twierdzi, że skoro zeszłoroczne nakrycie dla bejbika przyniosło nam Fruzię, to tegoroczne też musi zadziałać.
Był opłatek, którego żadne z nas nigdy nie zapomni. Fruzia pomiędzy nami i Rudolf wciskający łeb w ten rodzinny krąg. Były próby zrobienia familijnego zdjęcia, z dużym naciskiem na próby, bo albo Fruzia odwracała głowę, albo ja zamykałam oczy albo Inżynier krzywo się spojrzał. Nie wspominając o wszędobylskim sierściuchu.
Tradycyjnie już udaliśmy się z wizytą do ogródka piwnego w Naszym Pubie, gdzie Rudolf głównie zajmował się objadaniem gołych pnączy na ogrodzeniu pubu.
- Zaraz nas stąd ktoś wywali - mówiłam Inżynierowi, kiedy ten nie pomagał mi odwrócić uwagi futrzaka od wpieprzania krzaków.
- Za co? - pytał on szczerze zdziwiony. - Za to, że nasz pies za darmo ścina im żywopłot?
Rudolfy mogą wchodzić do sporej liczby pubów w Krainie Deszczu. Zdrowy rozsądek nakazuje nam jednak trzymać naszego Rudolfa na powietrzu. A siebie razem z nim. Tak, nawet w grudniu.
W polskim kościele, do którego wybraliśmy się specjalnie na kolędowanie, pokazaliśmy Fruzi stajenkę ze Świętą Rodziną.
- Popatrz, ty też byłaś taka malutka - powiedział Inżynier do córki, wskazując na Dzieciątko Jezus.
Spojrzałam na figurkę i natychmiast uderzyła mnie myśl, że ona faktycznie była mniej więcej tego rozmiaru, kiedy się urodziła. Wow.

Wieczorami, kiedy Fruzia pochrapywała spokojnie w łóżeczku, złożona trudami bejbikowego życia,   zaszywaliśmy się na sofie pod kołdrą razem z grzanym winem, piwem, orzechami i suszonymi jabłkami. Oglądaliśmy filmy i gadaliśmy do późnej nocy. Z Rudolfem uwalonym na nas oczywiście. Śmiem twierdzić, że zaraz po spacerach był to (i wciąż jest) ulubiony punkt jego własnych Świąt. Pańcio i pańciunia, a między nimi ja, bez tego małego sępa, który zabiera całą ich uwagę! Jak za dawnych dobrych czasów!, musi sobie myśleć nasz sierściuch, rozpychając się pomiędzy nami. Mam tylko nadzieję, że kiedy Tasman entuzjastycznie wita się z nim rano, Rudolf też docenia te chwile.

A jeśli nie, to ma facet problem. Bo to dopiero jedna mała buzia do całowania jego wytartego nosa.

You Might Also Like

14 komentarze

  1. Travis też żre krzaki Pół biedy, niech żre jak mu smakują gorzej ze potem rzyga... tak więc wigilię zaczęliśmy od piesiowego pawia. ..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :-) Nie ma to jak dobry pawik przed wieczerzą;-) Mnie, szczerze mówiąc, najbardziej irytują te kawałki badyli, które Rudy znosi do domu. Potem muszę to to wyplątywać z dywanu...

      Usuń
  2. To nasze również pierwsze święta z Pampurkiem raczkującym z prędkością perszinga i wyglądały całkiem podobnie do Waszych z tym, że 130 kg psów (podzielić na 3) nie zmieści się z nami na jednej sofie.
    Uf Uf;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też chcę 130 kg psów!! (I ogromną sofę!) Przybijam Ci właśnie piątkę, pierwsze Święta z perszingami są the best, prawda?:-)

      Usuń
  3. :-) I to są fajne Święta:) Bez napinki, z przyjemnościami dla wszystkich. I u mnie były udane. Teraz żeglujemy ku Sylwestrowi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli pozwoliłaś się porozpieszczać na łonie rodziny, i słusznie!:-) A na czym żeglujesz? Bo my wciąż na oparach grzańca. Nie wiem, która to już butelka...;-)

      Usuń
  4. Od kilku lat mamy ten sam magnetyczny rysownik (rozpoznaje po olowku na sznurku i stempelkach!). Stempelki nigdy nie wystepuja razem. W minute po tym, gdy uda mi sie je zebrac natychmiast sie rozbiegaja :-)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kaczko, bo to są magiczne magnetyczne stempelki. Raz wyjęte z pudełka, już nigdy nie wracają do stanu pierwotnego... (Powinni o tym pisać na opakowaniu!) :-)

      Usuń
  5. "...przez pół godziny jakby ich nie było" - ile ja bym dała, żeby Bąbla chociaż przez 5 minut "jakby nie było" ;) No ale on nie z tych - on jest ZAWSZE i WSZĘDZIE, w dodatku bardzo mocno tę swoją obecność zaznaczając ;)

    Miło się czyta o Waszych Świętach :) Życzę Wam, żeby już wkrótce przy stole pozostało tylko jedno puste nakrycie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana, my czasem też nie możemy w to uwierzyć, więc kiedy Fruzia faktycznie przestaje smerfować i nurkuje w pudle z książkami, my chodzimy po domu na palcach, coby dziecięcia z transu nie wybijać. Może na Bąbla jeszcze przyjdzie czas?;-)
      Dziękujemy!:-*

      Usuń
  6. Święta również upłynęły nam miło i chyba tak trochę leniwie nawet :) My mieliśmy gości i my byliśmy w gościach, tak dla równowagi. Dziewczyny w strojach świątecznych testowały zabawki. Szkoda tylko, że na Pasterkę nie mogłam pojechać, ale mam nadzieję że w przyszłym roku się uda. Teraz będziemy świętować nadejście Nowego Roku :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę leniwe Święta to udane Święta! :-) Cieszę się, że u Was też było błogo. Ja na Pasterce byłam w życiu pewnie dwa razy, jak byłam młodsza, toco roku chciałam pójść, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie - albo około 23.00 docierało do mnie, że jednak łóżko wzywa, albo nie miałam z kim pójść, a tak sama to nie bardzo.. Teraz nie miałabym problemu, żeby dotrwać do północy, towarzystwo też by się znalazło, ale Fruzia mogłaby nie wytrzymać w tych oparach śledzi, ha ha!;-)

      Usuń
    2. U mnie Pasterka o 22 jest, ale jak jeszcze mieszkałam w mieście to czekalam do 24 - umawialiśmy się większą grupa znajomych i szliśmy. Masza była tylko przykrywką do spotkania i fajnie to wszystko powspominać :)

      Usuń