Adopcja w UK (6): Ta cholerna bariera językowa, czyli szkolenia adopcyjne

czwartek, grudnia 03, 2015

Niedawno Strażniczka zapytała mnie, czy mogłaby przekazać mój numer telefonu polskiej parze, która właśnie rusza z procesem adopcyjnym. Przyznała, że on i ona trochę obawiają się całej tej machiny głównie ze względu na język, choć w opinii Strażniczki radzą sobie dobrze, więc może poczuliby się raźniej, gdyby mogli pogadać z kimś, kto już tę drogę przeszedł.
- Jasne, chętnie podzielimy się swoim doświadczeniem - powiedziałam.
I natychmiast przypomniało mi się, jakim stresem było dla nas pierwsze szkolenie adopcyjne. Stresujące właśnie ze względu na język.

Tak, ja wiem, przecież oboje mówiliśmy po angielsku, kiedy przeprowadziliśmy się do Krainy Deszczu. To prawda. Ale czym innym jest język nabyty tam, w ojczyźnie, a czym innym konieczność zabierania głosu w grupie Brytyjczyków, w ich własnym kraju, do tego w tak ważnych kwesiach. Wiecie jak to jest - chcesz coś powiedzieć, najprostsze słówko wylatuje z głowy, masz je na końcu języka, a ono uparcie nie chce się wypowiedzieć, zaczynasz oblewać się rumieńcem, wszyscy na ciebie patrzą i oceniają...  A przynajmniej tak ci się wydaje, że nikt nie myśli o niczym innym, jak tylko o tym twoim łamanym angielskim. Bzdura. Większość ludzi albo myśli wówczas o czymś innym, albo o tym, że fajnie byłoby znać jakiś język obcy. Wiele razy to słyszeliśmy. Nic więc dziwnego, że ten stres to już (raczej) pieśń przeszłości. Zbyt dużo sie zadziało, zbyt wiele telefonów musieliśmy wykonać, za wiele rzeczy wyjaśniać, pisać i opowiadać, żeby język wciąż miał być dla nas barierą, choćby tylko taką istniejącą w naszych głowach. Wciąż robimy błędy (tak, ja jako językowiec również!), a nasz akcent po pierwszym słowie zdradza nasze pochodzenie (Are you Czech? No? Romanian? Russian? Oh, you're from Holland! Pardon? Oh, from Poland! Poland, yes! Walęsa!!), ale to nieważne. Jesteśmy częścią deszczowego społeczeństwa nie tylko ze względu na adopcję Fruzi, ale przede wszystkim dlatego, że wkładamy sporo wysiłku, aby integrować się z tubylcami. Dla nas samych. To jest naprawdę świetna przygoda.

Rozumiem jednak ten stres na myśl o szkoleniach, w opanowaniu którego pewnie wam nie pomogę, bo każdy ma na to swoje własne sposoby. Mogę jednak zdradzić, co nam wtedy pomogło.

- Myśl, że ja i on jesteśmy w tym razem, i że będziemy dla siebie swoją własną grupą wsparcia. I że pewnie się trochę pośmiejemy z samych siebie i innych, jak to mamy w zwyczaju - no wiecie, tak dla rozładowania napięcia, snując wymyślone i bardzo absurdalne historie z innymi uczestnikami szkolenia w rolach głównych. (Tylko mi nie piszcie, że nigdy tak nie robicie!;-))
- Szperanie w necie i zgłębianie tematu.  Dzięki temu wiedziałam mniej więcej, o czym będzie mowa na szkoleniach i jak mogą one wyglądać (dyskusje, rozmowy w grupach, trochę wykładu, podczas którego można się zrelaksować i skupić tylko na słuchaniu). Im więcej wiesz, tym mniej rzeczy jest w stanie cię zaskoczyć.
- Świadomość, że ktoś uznał, że wstępnie nadajemy się na kandydatów na adoptersów i udało nam się rozpocząć sam proces - to chyba mówi samo za siebie. Przecież logicznie na to patrząc - czy ktoś wysłałby nas na takie szkolenie, gdyby uznał, że nie można się z nami dogadać?
- Zwykła ciekawość. Bo oprócz tego, że się stresowaliśmy, to przy tym wszystkim byliśmy ciekawi - tematu, z którym przyszło nam się zmierzyć, ludzi, których mieliśmy poznać, nowych wrażeń.
- I ostatnia rzecz. Mam wrażenie, że niektórzy Brytyjczycy byli bardziej zestresowani sytuacją niż my!

A jak wyglądały same warsztaty?

 Szkolenie adopcyjne, Stage 1

Oboje z Inżynierem jesteśmy lekko zestresowani perspektywą spędzenia niemal całego dnia z grupą obcych ludzi, bo choć wiemy, że wszyscy jesteśmy tam w tym samym celu, to jednak wciąż nie mamy pewności, jak uda nam się odnaleźć wśród tak dużej grupy tubylców. Przemiłe dziewczyny prowadzą nas do kuchni, gdzie możemy zrobić sobie kawę lub herbatę, a następnie do poczekalni, do której powoli schodzą się inni kandydaci na adoptersów.
W sali początkowo panuje okropna cisza, z rzadka przerywana półgłośnymi rozmowami. Pomieszczenie jest niewielkie, siedzimy na krzesełkach ustawionych pod ścianami, tworzymy więc mały prostokąt, który umożliwia swobodne mierzenie innych wzrokiem. Uśmiechamy się do siebie, ktoś zagaduje do kogoś siedzącego obok, my dwoje oprócz "hi" i "hello" nie udzielamy się towarzysko. Jeszcze nie. Na razie wszystko wydaje mi się tak zabawne, że siłą woli muszę powstrzymywać się od głośnego wybuchu śmiechu. Moje krzesło trzęsie się razem ze mną.
- Denerwujesz się, co? - śmieje się Inżynier.
On jeden zna mnie na wylot. Wie, że kiedy dopada mnie głupawka, to często jest to objaw stresu. Nie przeszkadza mu to jednak jeszcze bardziej mnie rozśmieszać i za chwilę oboje snujemy półszeptem jakieś absurdalne historie, oczywiście w polskim narzeczu, co być może nie jest najbardziej sensownym pomysłem w aktualnym położeniu, ale paradoksalnie pomaga rozładować stres. Zostaje więc już tylko ciekawość, ta sama, która pcha nas w tego typu sytuacje, oraz ekscytacja, że oto dzieje się. Kolejny krok w kierunku nieprzespanych nocy.

W sali szkoleniowej siadamy w półokręgu. Wśród trzech prowadzących rozpoznajemy Kate, specjalistkę od spraw adopcyjnych, która w czerwcu zeszłego roku poprowadziła sesję informacyjną. Na materiałach szkoleniowych, które otrzymujemy, widnieje jej nazwisko. Inżynier natychmiast stwierdza, że musi ono wywodzić się z polskich korzeni. Na duszy robi się jakby lekko raźniej.
Dziewczyny krótko przedstawiają plan dnia, po czym zarządzają prezentacje swoich imion i historii z nim związanych. Zaczynają od siebie, za chwilę przekazując pałeczkę osobie siedzącej najbliżej nich.
Nic nie pamiętam z pierwszej połowy tych wystąpień. Siedzieliśmy z Inżynierem pośrodku dwudziestoosobowego półokręgu i każde z nas walczyło wówczas z własnym strachem przed usłyszeniem własnego głosu. Żadne z nas nie lubi skupiać na sobie wzroku i uwagi większej grupy ludzi, a jeśli dorzucimy do tego obcy język, to już stres robi się podwójny. Zupełnie jak w szkole, przemknęło mi przez myśl. Gdzieś w głębi duszy wiedziałam jednak, że jak już powiemy A, to znajdzie się i B, a potem będzie jak zawsze - z górki, z prądem, na fali i bez lęku.
- Cześć, jestem Literka, pochodzę z Polski, ale moje imię wywodzi się z południowej Europy - zaczęłam spokojnie, przechodząc następnie do kinowej historii mojego imienia, którą słyszałam od Mamuśki już tyle razy.
Serce uspokoiło swój rytm, głos nie zadrżał ani razu, całe napięcie ulotniło się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Za chwilę słucham Inżyniera i już wiem, że on też przeszedł pomyślnie przez magiczną barierę głosową. Rozwój następuje poza strefą komfortu, dźwięczy mi gdzieś z tyłu głowy oklepana fraza.

Potem nie ma już my / oni, nasz język / ich język. Znikają granice kulturowe. Jesteśmy grupą ludzi z różnymi lub bardzo podobnymi historiami, każdy z nas ma swoją opowieść, wszyscy dążymy do tego samego. Okazuje się, że obawy i nadzieje też mamy te same.

Dostajemy po dwie karteczki samoprzylepne. Na jednej mamy napisać, czego boimy się w związku z adopcją, a z czym wiążemy nadzieje. Boję się usłyszeć "żałuję, że jestem adoptowany/a; nie jesteś moją prawdziwą mamą". Inżynier wpisuje nasz wspólny strach - "nie zdołamy wpoić dziecku dobrych wartości". Z nadzieją jest najprościej, bo to ona nas tu zaprowadziła. I jest silniejsza niż wszystkie lęki. "Chcielibyśmy stworzyć pełną rodzinę, w której uda nam się zaprzyjaźnić z własnymi dziećmi". Przyklejamy karteczki na tablicy. Kate odczytuje je jedna po drugiej, wspólnie zastanawiamy się, skąd te nasze obawy. Dochodzę do wniosku, że to nie słów się boję, a tego, że dziecko na jakimś etapie swojego życia naprawdę może tak myśleć. Żałować, że jest z nami. Ktoś z grupy zaczyna się śmiać i zapewnia, że od biologicznego dziecka też można usłyszeć różne rewelacje, z "nienawidzę cię!" włącznie. Ci, którzy mają już dzieci, potwierdzają. Krok po kroku coraz wyraźniej widać, że część naszych niepokojów to... zwykłe przedrodzicielskie lęki. Dokładnie takie same, jakich doświadczają przyszli rodzice oczekujący potomka. Z tymi poradzimy sobie dokładnie tak samo jak oni. W procesie wychowania. Natomiast te, które związane są bezpośrednio z adopcją, wymagać będą od nas podwójnego nakładu sił, uwagi, dokształcania się, przewidywania, a czasem szukania pomocy u specjalistów.
- W tym wypadku lepiej jest przygotować się na najgorszy scenariusz - mówi uśmiechnięta Sally, gość naszej sesji.
Taka deklaracja w jej ustach brzmi dość abstrakcyjnie, bo kiedy Sally zaczyna opowiadać o swoich dzieciach i podopiecznych, człowiek zaczyna się zastanawiać, skąd tacy ludzie jak ona biorą się na świecie. Tacy pogodni, optymistyczni, zwyczajnie dobrzy. Bez aureoli nad głową lub na pokaz złożonymi do modlitwy dłońmi. Przed nami siedzi osoba, która wychowuje czwórkę dzieci, dwójkę adoptowanych i dwójkę biologicznych, w tym jedno z tych adoptowanych ma Zespół Downa, a drugie autyzm. Za chwilę złoży wniosek o adopcję piątego potomka. Sally spokojnie opowiada o tym, jak z początkowo obcych sobie ludzi powstaje rodzina. O tym, jak czasem zbiera karcące spojrzenia od osób trzecich, bo jedno z dzieci zaczyna histerycznie krzyczeć w miejscu publicznym. A ono tylko w jedyny znany mu sposób usiłuje wyrazić swoją frustrację... Mówi o trudnych dniach i tych lepszych. I o tym, że naprawdę warto. Wystarczy mieć otwarte serce.

Oglądamy 'My Life Story Book' jednego z adoptowanych dzieci. Nasze młode zjawią się w Piątej Chatce z taką właśnie książką. Z własną opowieścią od narodzin aż do... dokąd tylko będziemy chcieli ją snuć. Wkleimy tam zdjęcia, anegdoty, opiszemy ważne wydarzenia. Będą daty, rysunki, imiona. Wyjaśnienia kiedy, u kogo i dlaczego. Wszak życie jest opowieścią, prawda?
Rozczula mnie wpis o narodzinach małego adoptusia. Biologiczną mamę autor albumu nazwał "tummy mummy". Koduję. Tummy mummy, która w jakiś sposób przecież wkroczy w nasze życie, brzmi przyjaźnie dla dziecka. Nie ukrywam, że również i dla nas.

W przerwie na kawę Kate podchodzi do nas i w pierwszym zdaniu mówi o swoich  korzeniach. Uśmiechamy się. Świat naprawdę jest mały. Dowiadujemy się, że w całym kraju przybywa polskich dzieci czekających na adopcję. Przez głowę przemyka myśl, że może ktoś gdzieś, w jakichś pierwszych nieśmiałych i niepewnych planach przez ułamek sekundy zobaczył w nas potencjalnych rodziców konkretnej małej istoty. Lub dwóch istot. Na samo wyobrażenie dziejącego się poza nami matchingu przechodzą mnie dreszcze. Zastanawiam się, czy Kate może już wie. Albo czuje.
Fascynujące.
Nie sądziłam, że rodziny powstają również w ten sposób.

Później zostajemy podzieleni na cztery grupy. Wszystkie pary zostają rozłączone, lądujemy więc z Inżynierem w osobnych grupach. Mamy przygotować ogłoszenie o pracę dla rodzica, tworzymy więc listę umiejętności i cech osobowych idealnego kandydata na to stanowisko. "Cierpliwy, z poczuciem humoru, stabilny emocjonalnie, potrafiący gotować, sprawny, z prawem jazdy, dobry słuchacz, kreatywny..." Lista ciągnie się jak makaron.
- Czy ktoś taki w ogóle istnieje? - śmieje się jedna z uczestniczek szkolenia.
Później okazuje się, że dwie pozostałe grupy otrzymały inne zadania. Jedna pracowała nad listą potrzeb trzylatka, druga - nastolatka. Słuchamy ich, skreślając na naszej liście wszystko to, co możemy zaoferować, aby spełnić te potrzeby. Okazuje się, ze trzylatek i nastolatek potrzebują czegoś zupełnie innego, a jednak rodzic musi wykazać się dokładnie takim samym zestawem cech i umiejętności. Zmienia się jedynie kontekst sytuacyjny, w których musi z nich skorzystać. Co ciekawe, często jako rodzice będziemy mieć do zaoferowania więcej niż nam się może wydawać. Nie wszystko - bo nikt nie jest idealny - ale naprawdę dużo. A jeśli jest nas dwoje, istnieje duża szansa, ze razem podołamy większości zadań.

Ostatnie ćwiczenie ma nam uzmysłowić, na co się decydujemy.

Znacie Jenga? To taka gra, w której z drewnianych klocków buduje się wieżę, a następnie wyciąga z niej klocki, ustawiając je na górze budowli. Przegrywa oczywiście ten, kto wywróci wieżę.
Na bocznych ściankach naszych klocków widnieją zielone, czerwone, niebieskie, czarne i żółte napisy - miłość, przytulanie, kontakt wzrokowy, przyjaciele, wsparcie, przywiązanie i mnóstwo innych. Każda z części wież, które budujemy, ma inny kolor symbolizujący pewien etap rozwoju dziecka. I tak na przykład, podstawa wieży reprezentuje bobasa do sześciu miesięcy, jest zielona i zawiera klocki z przytulaniem, noszeniem, kontaktem wzrokowym, mlekiem i temu podobnymi potrzebami niemowlaka.
- Powiem wam teraz, czego najczęściej zabrakło dzieciom czekającym na adopcję - mówi jedna z prowadzących. - Wyjmijcie te klocki, o których będzie mowa. Jeśli istnieje ryzyko, że wieża się przewróci, wyciągnijcie inny klocek, ale koniecznie tego samego koloru.
Zaczynamy psuć nasze budowle. Na początku jest łatwo, potem musimy kombinować i zamieniać klocki, inaczej nasza konstrukcja już dawno poległaby jak długa. Wieża coraz bardziej przypomina chyboczące się marne rusztowanie niż cokolwiek innego. Stos odłożonych na bok klocków rośnie. Pracujemy w grupach zespołowo. W wyobraźni zaczynam widzieć, jak bardzo pokiereszowane muszą być dzieci czekające na nowy dom.
- Tak mniej więcej wygląda psychika dziecka, które do was trafi - słyszymy wreszcie.
W sali panuje cisza.
Prawdopodobnie wszyscy mamy w głowach tą samą myśl.
- Co by się stało, gdybyśmy wszystkie te wyjęte klocki położyli teraz na czubku waszych wież? - pyta prowadząca.
Proste. Konstrukcja upadnie.
- Widzicie więc, co może się stać, jeśli zechcecie zbyt gwałtownie zapewnić dziecku wszystko to, czego zabrakło mu we wczesnym dzieciństwie. Przytłoczycie go swoją miłością, dobrymi intencjami oraz oczekiwaniami. Dziecko nie będzie w stanie tego unieść.

Musimy więc uzbroić się w cierpliwość. Takt. Wyczucie czasu. Musimy odłożyć na bok te oczekiwania, które być może mielibyśmy w stosunku do nowonarodzonego potomka. Musimy zrozumieć, że wychowaniem i miłością naprawimy to, co naprawić się da, ale równocześnie zaakceptować to, co już na zawsze pozostanie nienaprawialne.

Na koniec spotkania wypełniamy ankietę oceniającą szkolenie. Dziękujemy dziewczynom prowadzącym spotkanie. Uśmiechamy się na do widzenia do innych uczestników szkolenia. Wsiadamy do samochodu i dziwimy się, że kto by pomyślał...

To był naprawdę dobrze spędzony czas.

Szkolenie adopcyjne, Stage 2

Dzień pierwszy

Ledwie żyję. Jest środek tygodnia, poprzedni weekend jeszcze nieodespany, za oknem ołowiane niebo.
Plącze mi się język, nie do końca wiem, czy wolałabym być teraz z Lucasami, czy jednak tutaj.
Grupa zdecydowanie mniejsza niż w dwa miesiące temu, ale wszystkie twarze znajome. Przyjazne.
Z trudem przełączam się na myślenie o budowaniu więzi.

W przerwie na kawę luźne pogawędki z innymi uczestnikami - kto i gdzie utknął na drodze do rodzicielstwa. Nie jesteśmy jedyni z naszymi historiami o absurdach działania pewnych instytucji. Jakoś człowiekowi raźniej, że nie plasuje się na ostatnich miejscach tego dziwacznego peletonu, w którym i tak nie ma jednego zwycięzcy. Ostatecznie wszyscy mamy wygrać, choć nikt z z nas nie ma jeszcze wyznaczonej daty panelu.

Po lunchu pracujemy w podgrupach. Patrzę na Stefano,  który wbija wzrok w folder trzymany na kolanach. Tak strasznie nie chce mu się udzielać w dyskusji, że aż rozśmiesza mnie ta jego widoczna jak na dłoni niechęć do tu i teraz. Mnie właściwie też rozbrajają ćwiczenia, w których musimy udowodnić, że potrafimy czytać ze zrozumieniem. Nie wiem już sama, czy to resztki nauczycielskiej mentalności - zakładam, że skoro coś jest oczywiste dla mnie, powinno być też jasne dla wszystkich po jednym przeczytaniu tekstu - czy może każdy z nas myśli w tym momencie o tym samym.

Przyjemnie jest posłuchać adopcyjnej mamy, mówiącej o swoich doświadczeniach. Różowo-szaro, z poczuciem humoru, z optymistyczną puentą.
Późnym popołudniem wskakujemy do Skorupki i przybijamy z Inżynierem piątkę. 1/3 za nami.

Dzień drugi

To zdecydowanie najlepszy dzień z trzydniowego maratonu.
Czuje, że rozmawia mi się zupełnie swobodnie, na tapecie temat przerabiany przez nas każdego dnia - odporność. Co ją buduje, jakie doświadczenia nas umacniają, jakie techniki przetrwania stosujemy w obliczu zmian i trudności. W podgrupie opowiadam o momencie rozpoczęcia pracy w Różowej - nowa praca była jedną z wielu zmian dziejących się w tamtym czasie, tuż obok nowego wszystkiego - mieszkania, środowiska, kraju, kultury, języka, ludzi... Przychodzi mi do głowy zaskakująca myśl, że jedyną stałą był wówczas moment, kiedy wracałam po pracy do domu, bo tam zawsze czekał na mnie Mąż Mój i Rudolf. Moje dwa solidne punkty odniesienia.
Kiedy nasze dziecko pojawi się w Piątej Chatce, będzie miało tych punktów odniesienia jeszcze mniej.

Kolejna adopcyjna mama. Najwyraźniej dzielenie się swoimi przeżyciami to domena kobiet. Znów różowo-szaro. Trochę bardziej emocjonalnie, jeszcze bardziej przemawiająco do wyobraźni. Choć nic mnie dotąd nie zaskoczyło, jest moment, kiedy uświadamiam sobie dobitnie, że adopcja to nigdy niekończący się proces. To coś, co będzie z nami już zawsze i nie skończy się w momencie ostatecznej rozprawy sądowej.

Docieramy do Piątej wykończeni. 
Dzień trzeci

Na spotkaniu pojawia się jeden z menedżerów adopcyjnego teamu. OmójBożeJakTenFacetLubiGadać! Pamiętamy go z sesji informacyjnej, ale nie posądzaliśmy o taką miłość do własnego głosu.

Jedna z uczestniczek szkolenia, instruktora tai-chi, wprowadza nas w techniki relaksacyjne, które mogą okazać się pomocne przy wyprowadzających nas z równowagi małych diabłach. Myślę o Charlie z Różowej i zastanawiam się, czy ktokolwiek jest w stanie nie oszaleć przy tym dziecku i czy tai-chi gwarantuje zdrowie psychiczne nawet przy takich istotach. Zamykamy oczy i ćwiczymy oddychanie. Jak zwykle przy takich okazjach włącza mi się głupawa rodem z podstawówki. Usilnie przekonuję samą siebie, że nie ma powodów do takiej dzikiej radości, ale z trudem udaje mi się nie wybuchnąć śmiechem. Modlę się o to, żeby zachować względną powagę. Zerkam na Inżyniera i Stefano i widzę, że oni też walczą.

Trzecia adopcyjna mama nie ułatwia niczego. Przedłuża swój własny słowotok nie zwracając uwagi na wiercących się na krzesłach głodnych i wykończonych ludzi. Trudno mi utrzymać umysł w trybie on. Wyłączam się i myślę tylko o herbacie.

Poruszamy sprawy chyba najważniejsze - budowanie tożsamości dziecka, kontakt z rodziną biologiczną, jak mówić o adopcji i kiedy. Jaką pomoc i wsparcie post-adopcyjne oferuje nasz region.
Omawiamy przypadek fikcyjnej Georginy, jej rodziny biologicznej, kłopotów z odnalezieniem własnego ja.

Dziewczyny prowadzące szkolenie dwoją się i troją, żeby podtrzymać ducha współpracy między uczestnikami, ale widać, że wszyscy mamy już dość. Nawet śmieszne papierowe ludziki, którym odrywamy różne części ciała z epitetami dotyczącymi naszej własnej tożsamości, nie są w stanie wykorzenić z głowy jednej myśli - jest sobota, a my chcemy do domu. Już nawet nie mamy siły żartować.
Wreszcie ocena szkolenia, adresy mailowe i głęboki westchnienia.
Bez wątpienia to wszystko było potrzebne.

Coraz bliżej końca.
Coraz bliżej początku.

You Might Also Like

9 komentarze

  1. Mam nadzieję, że ta rodzina będzie potrafiła mądrze skorzystać z Waszych doświadczeń :) Pracując przez kilka miesięcy w UK też miałam wrazenie, że wszyscy będą mnie oceniali, że nie dam rady. Pamiętam, że stres przed pierwszą rozmową w agencji miałam ogromny, a później... poszło, tak po prostu :) Strah przed nieznanym bywa paraliżujący.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Strach - właśnie zauważyłam, że zjadłam literę :)

      Usuń
    2. Myślę, że nie tylko w kwestiach językowych, ale w wielu innych człowiek często patrzy na siebie przez pryzmat tego, co inni pomyślą. Bo co, jak zrobię błąd? Jak nie będę wiedziała, co powiedzieć? Albo jak czegoś nie zrozumiem? Takie miałam myśli, jak przyjechaliśmy do UK. I tak jak u Ciebie, zazwyczaj było to niepotrzebne. Po prostu szło. A z drugiej strony, nie uważam, żeby to było złe. Dopóki człowiek stara się przezwyciężyć strach, może się czegoś nauczyć. Ja się dowiedziałam o sobie tego, że naprawdę mówię po angielsku i wcale mi się to nie przyśniło;-) *Rychło w czas, jak by to powiedziała Moja Babcia:-)

      Usuń
  2. Ja podobnie reaguję na stres. Głupawka nigdy mnie nie opuszcza. Włącza się w momencie gdy stres zaczyna paraliżować, tym samym mnie aktywizując;)
    Dobrze, że ją mam :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z głupawką zawsze raźniej, prawda? Poza tym ludzie patrzą wtedy na człowieka z lekką zazdrością, w sensie 'ta to ma humor!';-)

      Usuń
  3. Świetne były te Wasze warsztaty ! U nas jakoś mniej dynamicznie, osoby prowadzące nie zmieniały się tak często, mieliśmy spotkanie tylko z jedną parą adoptersów. No i o tai-chi też nikt nie pomyślał, a z perspektywy czasu dochodzę do wniosku, że może właśnie opanowanie technik relaksacyjnych by nam się przy Bąblu najbardziej przydało ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, muszę przyznać, że dziewczyny prowadzące stanęły na wysokości zadania i robiły wszystko, żeby uprzyjemnić nam ten czas tam spędzony. Ciekawe doświadczenie, naprawdę. A tai-chi nie sprawdziło się ani w przedszkolu, ani teraz przy Fruzi, kiedy mała zaczyna domagać się spełniania jej żądań. Mój Mąż twierdzi, że przy energicznych bejbikach jedynie drastyczne środki, typu taśma klejąca i kaftan bezpieczeństwa (dla całej rodziny, nie tylko dla bejbika), mogą się sprawdzić...;-)

      Usuń
  4. Nie mam żadnych doświadczeń związanych z adopcją, i bardzo fajnie było przeczytać jak takie warsztaty wyglądają. Ciekawe:-)
    Pierwsze szkolenie jakie odbyłam w UK dotyczyło przepisów przeciwpożarowych, rodzajów gaśnic itp. Pamiętam, że usnęłam po półgodzinie, co nie było zbyt mądre, bo dwie godziny później odbył się egzamin:-) (?ale ile do cholery można słuchać o gaśnicach!!). Miałam szczęście, że pierwszy raz do pracy w UK pojechałam już po anglistyce. Z racji tego byłam dość wypyszczona w języku lengłidz i nie tak bardzo zestresowana.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pieprzu, ja też dotarłam tu po anglistyce, ale na pewno nie czułam się wypyszczona!:-) Niesamowite, bo przecież 8 lat pracowałam jako nauczyciel angielskiego i całkiem obiektywnie muszę przyznać, że chyba całkiem przyzwoity anglista ze mnie był. I z jednej strony przyjeżdżając tutaj byłam podekscytowana, że oto mam szansę wreszcie wykorzystać ten język w życiu codziennym, a z drugiej strony wydawało mi się, że wciąż wszyscy mnie oceniają. Paranoja. Przeszło mi na szczęście.
      Nie pytam nawet, czy zdałaś ten egzamin. Mam wrażenie, że większość tych egzaminów po różnych szkoleniach można zda ć właśnie po przespaniu całego wykładu.;-)

      Usuń