Fruzia - odsłona dziesiąta

Nasz elektryczny kominek z papierowym płomieniem i kamiennym podestem spędzał mi sen z powiek, odkąd Fruzia poczyniła przy nim pierwsze nieśmiałe próby pionizacji. Przy sofie zdecydowanie lepiej jej to szło, ale bez upadków się nie obeszło, więc w okolicy kanapy zaległ dywan, którego chyba nigdy nie będę w stanie doczyścić po powrotach Rudolfa ze spacerów, a w okolicy kominka kanapa. Tym sposobem pozbyłam się również (na chwilę) koszmarnych wizji, że Fruzia wali głową w podest, nabijając sobie guza, po czym w wyniku rezonansu z kominka spadają ramki ze zdjęciami wprost na głowę ryczącego już dziecięcia i oto karambol i wyrzuty sumienia, że mogłam temu zaradzić, gotowe. Pozostaje mi obmyślenie strategii pozbycia się z salonu roweru treningowego Inżyniera.

Stanęła więc. Pewnego grudniowego dnia Inżynier  wywołał mnie z kuchni scenicznym szeptem i oświadczył, że ona sama tak, znienacka i bez żadnej pomocy. Nogi jej się wykrzywiały pod jakimś dziwnym kątem, ale trzymała się sofy z determinacją godną pochwały. Po kilku dniach zaskoczyła mnie po raz drugi. Wyszłam do kuchni na dwie sekundy, zostawiając dziecię siedzące na środku pokoju, odstawiłam szklankę do zlewu, wróciłam  i ... natychmiast wstrzymałam oddech. On stała. Ale nie tak, jak poprzednio, chwiejąc się. Stała pewnie, prosto, patrząc mi zuchwale w oczy i nawet odważyła się zluzować jedną dłoń, kurczowo trzymając się kanapy drugą. Potem runęła na tyłek, ale odtąd świat ludzi w pionie zyskał dla niej nowy, kuszący wymiar. Bywa, że próbuje wstać, ciągnąc mnie za nogawkę piżamy, łapiąc się krzesła lub opierając o... Rudolfa.
- Ale sobie stabilną podpórkę wybrałaś - śmieje się z niej Inżynier.
Rudolf nie jest zachwycony tymi jej pomysłami. Zerka wówczas na nią dość niespokojnie, ale doprawdy nie wiem, czy bardziej martwi się o bezpieczeństwo Fruzi czy swoje własne.

Zgoda na buty okazała się chwilowym kompromisem. Aktualnie Fruzia z powodzeniem mogłaby brać udział w marszach wolnościowych, trzymając nad głową malutki transparent krzyczący z mocą "Uwolnić stopy!" Buty skopuje, skarpety są bez sensu. Nosi je dokładnie tyle czasu, ile zajmuje mi włożenie ich na jej małe girki. Potem bezpardowono je zdziera, wkłada sobie do buzi i żuje. Pozostają nam rajstopy, ale i te wyciąga do granic ich elastycznej możliwości, memła w otworze gębowym i wyraźnie daje otoczeniu do zrozumienia, że akceptuje jedynie getry. Wciąż się nam dziwi, że my akurat lubimy nosić skarpetki i wolelibyśmy, żeby naszych nie jadła. Szczególny tych, które właśnie mamy na nogach. W tej kwestii rozumie się tylko z Rudolfem. Kiedy z głupia frant założyłam jej osobiste skarpetki na zwisające z kanapy przednie łapy sierściucha, mała dostała dokładnie takiego samego ataku śmiechu, jak wtedy w parku. Do łez. A potem szybko pomogła mu pozbyć się niechcianych gadżetów. Gdybym wiedziała, że tak ją to rozbawi, kupiłabym Rudolfowi świąteczny sweter dla czworonogów...

Bawi ją zresztą wszystko, co jest z związane z jej żywą maskotką. Na spacerze szuka Rudolfa wzrokiem. Zrywa boki, kiedy sprzątam jego kupę. Cieszy się, kiedy zapinam mu smycz. Intryguje ją jego zastawa stołowa. Któregoś dnia poraczkowała do kuchni i zanim zdążyłam ją stamtąd ewakuować, już trzymała głowę w jego misce.

Namiętnie czyta. Bejbikowe historie, Politykę, ulotki oraz wszystko, co wpadnie w jej ręce. Czyta i smakuje. Gustuje szczególnie w twardych okładkach, papier gazetowy jednak ciężko się gryzie. Od czasu do czasu muszę ratować ją pierwszą pomocą, kiedy fragment jakiegoś ciężkostrawnego felietonu przyklei jej się do podniebienia...

Tam, gdzie się coś dzieje, świetnie sobie radzi beze mnie. W bibliotece nurkuje w półkach z książkami na wysokości jej nosa, pełza po podłodze i chce włazić pod regały. Od czasu do czasu obejrzy się, jakby sprawdzając, czy jestem i pędzi dalej. Tylko raz dostała ataku zazdrości. Em przyszła do biblioteki z JJ i natychmiast wręczyła mi małego.
- Jest tak marudny, że nie daję rady - powiedziała. - Błagam, potrzymaj go chwilę.
Mały, co typowe, przestał marudzić w jednej sekundzie. Szczerzył się do mnie, coś tam gaworzył po swojemu. Łaskotałam go po bródce, śmiałam się do niego. W pewnym momencie zerknęłam na Fruzię. Przypatrywała nam się uważnie, z powagą. Jej oczy z każdą sekundą robiły się coraz bardziej okrągłe, a broda zaczęła niebezpiecznie trząść. W końcu mały Tasman zaczął ryczeć i wyciągać do mnie ręce. Houston, mamy problem, pomyślałam z rozbawieniem. Co będzie, jak zjawi się rodzeństwo?


Uwielbia się chować - pod kocem, maskotką czy za książeczką. Odczekuje kilka sekund, zrywa z siebie to, czym aktualnie się nakryła i rechocze głośno na nasze a kuku! Peek-a-boo! też nie pogardzi, w końcu chodzi o to, żeby było głośno.

Ma za sobą pierwsze strzyżenie! Z grzywką zasłaniającą oczy i loczkami wystającymi niesfornie zza uszu zaczęła przypominać gwiazdę estrady z lat osiemdziesiątych. Usadziłam ją więc na kolanach Inżyniera i dokonałam stosownego cięcia. Mała miała to w nosie. Mąż Mój był przerażony.
- Jesteś pewna, że wiesz, co robisz? - pytał niespokojnie.
Nie wiedziałam.
Nie wiedziałam, że bejbikom ta trudno obcina się włosy! Trzy małe ciachnięcia musiałam podzielić na dwa wieczory.

Są dni, kiedy poza śpiewnymi tonacjami, nie wydobywa z siebie ani jednej sylaby. Zwykle potem następuje magiczne odblokowanie i słowotok bababa, ajajajaja, łełełe i nenene. To ostatnie niepokojąco przypomina nie, nawet kontekst wypowiedzi zaczyna nam się zgadzać... Najbardziej gadatliwa jest wtedy, kiedy się zapomni i wydaje jej się, że nikt nie słyszy. Podsłuchujemy ją wówczas, zastanawiając się, czy obmyśla właśnie plan na życie, czy może jedynie głośno zastanawia się, jakby tu uniknąć spania.

Bo wciąż śpi mało, choć mało to pojęcie względne. Na moje  ''wiesz, tylko półtorej godziny w ciągu dnia" usłyszałam od znajomej, że ona wiele oddałaby za takie półtorej godziny i całe przespane nocki. Zrezygnowaliśmy z drzemek w wózku po tym, jak pewnego dnia weszłam do pokoju i zastałam ją rozbudzoną i siedzącą - paski, które w założeniu miały nie pozwolić jej usiąść, powypinały się z klamerek i spokojnie leżały obok zadowolonej Fruzi. Drzemka w łóżeczku oznacza czterdziestominutową łobuzerkę Fruzi, zanim zaśnie. Koniecznie w moim towarzystwie, bo inaczej się nie liczy.

Na dobre zakochała się w Białym. Biały jest już w zasadzie szary, ale w przeciwieństwie do filcowej torby Śniętego dobrze się pierze w pralce, niech więc szaleją. Na widok Białego Fruzi rozjaśnia się pyszczycho, a ciało wpada w drgawki. Tarzają się razem po dywanie, mała włazi na niego, czołga się pod nim, całuje go w nos i wydłubuje mu czarne oczy. Rudolf tylko wzdycha, patrząc na te szaleństwa. Jestem pewna, że jest wdzięczny za obecność Białego. Kto wie, ile razy Biały uratował jego własny nos i oczy przed miłosnym uniesieniem Fruzi.

Patrzę na nią i myślę, że nasza mała córeczka powoli przestaje być bejbikiem. Tak szybko się zmienia.
Chłonę więc każdą chwilę, kiedy śpi i wydaje się taka maleńka, kiedy wtula się we mnie, zmęczona dniem pełnym wrażeń i kiedy śmieje się w głos tym swoim dziecięcym głosikiem.
Zapisuję.
Koduję na twardym dysku pamięci.
Wdycham.
Gdybym tylko mogła zamknąć choć odrobinę jej zapachu w słoiku...

O magii świątecznej codzienności

Czerwona, filcowa torba Śniętego rozpadła się w praniu. Za sukces wychowawczy Mamuśki i Kochanej Babci można jednak uznać fakt, że nie wrzuciłam jej do pralki. Coś tam mi dźwięczało, że filc i pralka to średnio dobrana para, chociaż ręczne też nie okazało się strzałem w dziesiątkę. Śnięty odpadł. Kolejno wyciągałam z miski jego filcową brodę, buty, pas, guziki... ba, nawet krzaczaste brwi. Po wysuszeniu udało mi się złożyć te puzzle w jedną, śniętą całość, ale Miki nie chciał trzymać się torby. Cokolwiek trzymało go przy niej wcześniej, po moim praniu przestało. Musiałam Śniętego przyszyć. Babcia Moja Kochana zapewne przewracałaby się w grobie, widząc mnie z igłą i nićmi w pewien grudniowy wieczór, gdybym tylko wierzyła, że w tym grobie leży. Myślę, że siedziała wtedy gdzieś obok mnie i patrzyła na te moje wyczyny ciesząc się, że w ogóle coś jej się w moim (trudnym) krawieckim przypadku udało. Na przykład to, że potrafię nawlec igłę. Trochę martwiłam się o Śniętego w momencie, kiedy Fruzia nareszcie znalazła się obok torby wypełnionej po brzegi podarkami (choć ciężki sprzęt i tak się nie zmieścił), ale dziecię nasze jeszcze nie weszło w ten dziki stan szaleńczego nurkowania w workach, w którym to stanie permanentnie znajduje się Rudolf. Miki dostał więc drugie (trzecie?) życie na jeszcze jedne Święta. Zapewne na kolejne nie powinien już liczyć.

W wigilijny wieczór Fruzia zasiadła na sofie frontem do monitora laptopa, na którym co prawda nie było obrazu, ale z którego płynęły głosy Mamuśki, Ojca Dyrektora i Wielkiej Rodziny. No dobrze, nie oszukujmy się, to był głównie głos Mamuśki. Oni nas widzieli, my wgapialiśmy się w czarny ekran, wyobrażając ich sobie wszystkich na kanapie.  Całe mikołajowe show było dość krótkie. Fruzia zgrabnie wywaliła z torby Śniętego koszulki ze swoją podobizną (w następnym biegu na dychę biegnę we Fruzi), a następnie dorwała gąsienicę z kulkami od sąsiadki i olała resztę prezentów. Z wypiekami na twarzy, zmęczona przedłużającym się wieczorem, ale zdeterminowana, żeby coś jeszcze z niego uszczknąć, potrząsała grzechoczącymi kulkami tak energicznie, że niemal znokautowała ojca swego i matkę swoją. Rudolf przezornie trzymał się z dala. Od małej. Bo całkiem blisko filcowej torby.

I tak właściwie zostało nam na całe Święta - Fruzia po trochu odkrywała w torbie coraz to nowe prezenty, Rudolf usiłował zostać ich współwłaścicielem, a my od czasu do czasu (ale tylko czasem!) musieliśmy rozdzielać towarzystwo. Poza  tym mała od rana do wieczora smerfowała po całym mieszkaniu jak perszing. W tych swoich odświętnych kieckach i eleganckich rajstopach, a co! Była niezmordowana. W pierwszych dniach grudnia uznała, że raczkowanie na full to jest to, co Tasmany lubią najbardziej i robią najlepiej, nie było więc mowy o braku ruchu i zalegiwaniu na kanapie w obecności naszego osobistego raczka.
- Uwaga, Tasman na horyzoncie! - krzyczałam w wigilijny poranek odkurzając salon, do gotującego w kuchni Inżyniera.
Sekundę później słyszałam ich rozmowę.
- Ty diable mały, tutaj nie możesz teraz wchodzić - mówił Inżynier.
- Aaaa-aaaa! - odpowiadała Fruzia. - Babababa!
Po czym Mąż Mój zarzucał sobie intruza na ramię, wynosił go w najdalszy kąt mieszkania i biegiem wracał do kuchni.
- To mi daje 30 sekund spokojnego mieszania w garach, zanim znowu przyczłapie! - rzucał do mnie w przelocie.
Czasem zamykaliśmy drzwi, ale i wtedy Fruzia nie dawała za wygraną.
- Uważaj jak będziesz wychodził, Tasman opiera się o drzwi - krzyczałam znowu.
Mimo wszystko na spokojnie udało nam się posprzątać, pogotować i przygotować wieczerzę.
Bo bywało i tak, że Fruzia i Rudolf zalegali na dywanie, on pochrapując obok niej, ona zatapiając się w świecie bejbikowych książek i przez pół godziny jakby ich nie było. Tylko Fruzine gadanie do siebie samej przypominało, że ona naprawdę jest. I że to wyjątkowe Święta.

Nie mieliśmy żadnych wygórowanych oczekiwań ani planów na te dni. Wystarczyło nam, że byliśmy razem, choć tak daleko od bliskich.

Nie obrzuciliśmy Fruzi stertą prezentów, bo skoro zrobili to za nas inni... Hitem okazały się drewniana huśtawka i namiot od wszystkich Dziadków. Huśtawka wydobywa z małej wokalnego demona, Fruzia tak na niej piszczy z ekstazy, że słychać ją pewnie w Rodzinnym Town. Sami kupiliśmy jej tylko jedną zabawkę, magnetyczny rysownik, wiecie, taki oznaczony grupą wiekową 3+. (Wielce prawdopodobne, że na roczek dostanie od nas coś 6+, skoro takie-do-przodu-dziecię mamy.) Fruzia była nim zachwycona, chciała zjeść ołówek na sznurku i magnetyczne stempelki, uznaliśmy więc, że może jeszcze poczekamy z tym rysowaniem.
Nasza choinka dostała w Wigilię piękne, nowe lampki, ale zapomnieliśmy o bateriach. Przy dobrych wiatrach uda nam się włączyć je dzisiaj.
Nie było dwunastu potraw na stole, no bo serio - kto by to zjadł? Najważniejsze, że był śledź i ryba (słabość Inżyniera) oraz pierogi normalne i pierogi-płastugi (#bezNichNieMaWigilii). Był grzaniec i piernik w czekoladzie. Dwa puste nakrycia - jeden dla zbłąkanego wędrowca, drugi - ten mniejszy - dla kolejnego Potomka, który być może gdzieś tam już jest na tym świecie lub dopiero szykuje się do drogi do domu. Mamuśka słusznie twierdzi, że skoro zeszłoroczne nakrycie dla bejbika przyniosło nam Fruzię, to tegoroczne też musi zadziałać.
Był opłatek, którego żadne z nas nigdy nie zapomni. Fruzia pomiędzy nami i Rudolf wciskający łeb w ten rodzinny krąg. Były próby zrobienia familijnego zdjęcia, z dużym naciskiem na próby, bo albo Fruzia odwracała głowę, albo ja zamykałam oczy albo Inżynier krzywo się spojrzał. Nie wspominając o wszędobylskim sierściuchu.
Tradycyjnie już udaliśmy się z wizytą do ogródka piwnego w Naszym Pubie, gdzie Rudolf głównie zajmował się objadaniem gołych pnączy na ogrodzeniu pubu.
- Zaraz nas stąd ktoś wywali - mówiłam Inżynierowi, kiedy ten nie pomagał mi odwrócić uwagi futrzaka od wpieprzania krzaków.
- Za co? - pytał on szczerze zdziwiony. - Za to, że nasz pies za darmo ścina im żywopłot?
Rudolfy mogą wchodzić do sporej liczby pubów w Krainie Deszczu. Zdrowy rozsądek nakazuje nam jednak trzymać naszego Rudolfa na powietrzu. A siebie razem z nim. Tak, nawet w grudniu.
W polskim kościele, do którego wybraliśmy się specjalnie na kolędowanie, pokazaliśmy Fruzi stajenkę ze Świętą Rodziną.
- Popatrz, ty też byłaś taka malutka - powiedział Inżynier do córki, wskazując na Dzieciątko Jezus.
Spojrzałam na figurkę i natychmiast uderzyła mnie myśl, że ona faktycznie była mniej więcej tego rozmiaru, kiedy się urodziła. Wow.

Wieczorami, kiedy Fruzia pochrapywała spokojnie w łóżeczku, złożona trudami bejbikowego życia,   zaszywaliśmy się na sofie pod kołdrą razem z grzanym winem, piwem, orzechami i suszonymi jabłkami. Oglądaliśmy filmy i gadaliśmy do późnej nocy. Z Rudolfem uwalonym na nas oczywiście. Śmiem twierdzić, że zaraz po spacerach był to (i wciąż jest) ulubiony punkt jego własnych Świąt. Pańcio i pańciunia, a między nimi ja, bez tego małego sępa, który zabiera całą ich uwagę! Jak za dawnych dobrych czasów!, musi sobie myśleć nasz sierściuch, rozpychając się pomiędzy nami. Mam tylko nadzieję, że kiedy Tasman entuzjastycznie wita się z nim rano, Rudolf też docenia te chwile.

A jeśli nie, to ma facet problem. Bo to dopiero jedna mała buzia do całowania jego wytartego nosa.

Słyszysz?

"Słyszysz, jak wiatr życzenia niesie?
Jak hula po polach i szumi w lesie?
Jak stuka w okna, wchodzi w kominy
I obserwuje dziecięce miny?
Jeśli to słyszysz, to zamknij oczy,
Niech świat dzieciństwa znów w życie wkroczy."
(żródło: znalezione w sieci)

Niech Wam będzie dobrze, Kochani.
Ciepło.
Rodzinnie.
Spokojnie.

Magicznych Świąt 
życzą

L & I & F & R 

O młodej tradycji

Paczka Ze Wschodu ważyła trzydzieści osiem kilogramów. Przyjechała w sobotę i w pierwszej kolejności została poddana kontroli celnej Rudolfa. Zanim Inżynier wyjął z szafki w kuchni nożyczki, Rudolf wykopał w kartonie dziurę. Dokładnie tam, gdzie sok z mięsa nadwerężył nieco chrupliwość kartonu (prawda, że ujmujące zdanie?) A zanim sznurek oplatający paczkę został przecięty, otwór w pudle był już na tyle duży, że trzeba było Rudolfa ewakuować do kuchni. Zaistniało bowiem niebezpieczeństwo, że miękka zawartość przesyłki zostanie skonsumowana na miejscu przez jednego tylko domownika.

Paczka to już tradycja. Po czterech latach tutaj możemy spokojnie uznać ją za część świątecznego klimatu i rodzinnej historii. A szalona radość z jej powodu rozkłada się niemal równomiernie po obu stronach Kanału. Nadawcy przebierają nogami na myśl o ekstazie adresatów, odbiorcy natomiast nie mogą spać od momentu, kiedy padnie magiczne 'pojechała!' Zawsze wyjeżdża w środę, dociera do nas w weekend. To jeden z tych nielicznych momentów, kiedy telefony mamy naładowane i przezornie nie planujemy długich eskapad poza domem, bo przecież kurier może zadzwonić w każdej chwili! Jesteśmy jak dzieci.

Piąta Chatka od weekendu pachnie więc kapustą i suszonymi grzybami, które Inżynier natychmiast dodał do bigosu i farszu na pierogi. Moja osobista spiżarnia zapełniła się suszonymi jabłkami autorstwa Mamuśki, legendarnymi ciasteczkami-gwiazdkami od Szwagierki, czekoladami z okienkiem, piernikami w czekoladzie od Sowy oraz Teatralnymi, bez których paczka się nie liczy. W tym roku po raz pierwszy dzielę spiżarnię z Fruzią. Specjalnie dla niej przybyły miękkie biszkopty i herbatniki. Obiecałam, że nie będę podjadać jej zapasów, ale te biszkopty marki Lewiatan ...
(A ja się martwiłam, że to ona będzie uszczuplać moje zapasy!)
- One są trochę za słodkie dla niej, więc Fruzia nie może dostać za dużo, a przecież nie mogą tak leżeć otwarte w nieskończoność, bo wyschną - wyjaśniłam Inżynierowi.
Szczerze mówiąc, bez nadziei, że się nabierze.
Ten popatrzył tylko na mnie i westchnął komicznie.

Przyjechały też prezenty. Cała góra prezentów. Nawet nie próbowaliśmy upchać ich pod naszą nawet-nie-metrową-choinką, bo tam zmieściły się jedynie podarunki od zakochanych we Fruzi starszych sąsiadek. Padło więc na naszą sypialnię. Boże, czego tam teraz nie ma! Ubrania, zabawki, płyty, książki... Najbardziej kuszą oczywiście te ostatnie, których - tak jak biszkoptów - obiecałam nie dotykać do Świąt. Gładzę więc ich grzbiety, strzepuję nieistniejące pyłki z okładek i delektuję się ich widokiem.  (Oraz czasem zajrzę na pierwsze strony, ale to tylko czasem i tylko na pierwsze!) Póki co, żywimy się Newsweekami, co niektórzy Polityką, inni Zwierciadłem. Grudniowe Zwierciadło przebiło wszystkie dotychczasowe wydania. Ledwie je otworzyłam, a tu - alleluja! - natychmiast wyskakuje mi to oto zdanie:

"Bo o bliskości osób nie decyduje przestrzeń, jak w przypadku przedmiotów, tylko więź. A zatem nie jesteśmy blisko, kiedy jesteśmy Z, tylko wtedy, kiedy jesteśmy DLA." ("Szukam człowieka", rozmowa Aliny Gutek z Tadeuszem Gadaczem) 

A tym, którzy nie wierzą w horoskopy, radzę zerknąć na ostatnie strony Zwierciadła. Może się okazać, że ten grudniowy również jest o Was. Nie w przenośni żadnej, ale dosłownie. Tak jak ten jest o nas:

"Dobrze będzie wyciągnąć go kogoś rękę, a niektóre Wodniki sfinalizują jakieś niekończące się negocjacje albo rozwiążą kwestię prawną. Grudzień to również dobry czas na podpisanie kontraktu albo podjęcie rozmów, które pomogą ci osiągnąć większą zawodową satysfakcję." *

Wieczorem, siedząc w łóżku i obgadując kolejny dzień, pijemy grzane wino. Nie, nie z paczki, ale tutejsze mulled wine świetnie komponuje się z choinką i zapachami stamtąd. Sądziłam, że dwie butelki wystarczą - jedno na spróbowanie, a drugie na wieczór wigilijny - a tymczasem nie dość, że Inżynier podpiął się pod moje smakowanie, to jeszcze uświadomiliśmy sobie, że ciało na tym zyskuje, bo przecież to samo zdrowie...  I teraz trzeba kupić sześciopak, bo Pifko od Wigilii ma jedenaście dni wolnego, a wieczory świąteczne i długie. Sami rozumiecie.

*(Teraz to już na pewno będę musiała opowiedzieć Wam o tym kontrakcie.)
*(I co prawda nie ma w tym horoskopie mowy o złamanych nadgarstkach, a przecież Mamuśka też z tej samej zodiakalnej bandy, ale może to i dobrze. Kiepsko by było, gdyby nagle wszystkie Wodniki wylądowały na ostrym dyżurze.)

Wyznanie wiary

Wierzę w jednego Boga. 

I w to, że każdy może mieć swojego, ulepionego na własne, niedoskonałe podobieństwo. Lub nie mieć żadnego. Nie nadaję się do żadnej religii, choć do każdej, która mówi 'kochaj' pasuję.
Nie chodzę do kościoła. Już nie. A jednak czasem muszę pójść, bo inaczej nie zaznam spokoju. Zawsze idę do tego, w którego ramach dorastałam, lecz wiem, że w każdym innym spokojnie potrafiłabym odnaleźć swojego Boga.
Nie cierpię ram. I potrzebuję ich, żeby czuć się bezpiecznie.
Wierzę, że jestem kowalem swego losu, mogę wszystko, jeśli tylko mocno zapragnę. I jednocześnie czasem nie mogę nic, choćby wiara i nadzieja moja nie zachwiały się na milimetr. Mam wolną wolę, mogę wybierać własne ścieżki, a jednak przeznaczenie i karma muszą się dopełnić.
Miłość jest w stanie pokonać wszystko. A czasem sama miłość nie wystarczy.
Wierzę, że naprawdę możesz kochać tylko jeden raz w życiu. I że to bzdura największa. Kochać można nieskończenie wiele razy. Za każdym razem najmocniej.
Nie istnieją ludzie ani rodziny idealne. Moja jest idealna w swej niedoskonałości.

Siedzimy na dywanie w salonie. Z boom boxa sączy się Cicha noc. Na kanapie pochrapuje Rudolf. Patrzę na nią i czuję, że zaraz się ze mnie uleje.

Wierzę w każde słowo, które nucę.

Rozumiem już, że Boże Narodzenie jest nie tylko dla tych wierzących. Kiedyś tego nie pojmowałam.

Dotarło też do nas, że nasze dzieci nie będą miały jego oczu i mojego uśmiechu, napisałam w poprzednim życiu.
O, próżności!
O, człowiecze małej wiary!
Ona ma jego oczy. A kiedy na nią patrzę, widzę w nich własne odbicie.
Mój uśmiech w jej oczach od niego.

Jak ja jej to wszystko wytłumaczę? Jest coraz mniej pytań, na które potrafię odpowiedzieć jednoznacznie. Choć wierzę, że właściwe słowa przyjdą same.

Pełna jestem sprzeczności, tworzę jakąś płynną, wciąż zmieniającą się całość. Choć mam wrażenie,że jest w niej jakaś logika, a ja wciąż taka sama.

Jestem przepełniona wszystkim po brzegi. Ale wiem, że jest we mnie jeszcze sporo miejsca na nowe.

Magia Świąt.

I znów się rozpłaczę, słysząc "When a Child Is Born".
W tym roku inaczej niż zwykle.

O wystarczająco dobrych rodzicach

Z Sąsiadką Zza Rogu właściwie  w ogóle nie rozmawiałam przed Erą Fruzi. Nawet niespecjalnie pamiętałam jej twarz, bo te wszystkie hiya, które wymieniałyśmy tuż przed jej domem, kiedy w porze lunchu zabierałam Rudolfa na spacer, były tak rzadkie, a do tego zwykle rzucone z półobrotu (jej lub mojego), że doprawdy trudno to nawet było nazwać sąsiedzkimi relacjami. Wszystko zmieniło się jakiś miesiąc po przybyciu Fruzi.
- Hi love - przywitała mnie znienacka Sąsiadka, prawdopodobnie uprzednio nastawiwszy radary na stukot pazurów Rudolfa. Nie zauważyłam jej w tym ogródku, więc wystraszyła mnie nieźle.
Przywitałam się grzecznie, ale zanim wydźwięczała ostatnia głoska mojej angielszczyzny, Sąsiadka Zza Rogu już trajkotała dalej:
- Chyba musiałam naprawdę dawno cię nie widzieć, bo nie wiedziałam, że byłaś w ciąży!
Roześmiałam się.
Dużo tego słyszeliśmy, kiedy raptem zaczęliśmy pojawiać się na osiedlowych uliczkach z wózkiem.
- Nie byłam, malutka jest adoptowana - wyjaśniłam jak zawsze.
Coś w głosie Sąsiadki podpowiedziało mi, że ona wcale nie podejrzewała mnie o ciążę, może zresztą coś już jej się obiło o uszy, ale dla nas od początku to nie był problem, że ludzie pytają. O ile nie są to wścibskie pytania (- To jaka jest jej historia? - zapytała kiedyś Zamroczona bardzo ciekawskim tonem. - Bardzo prosta - odpowiedziałam i postawiłam wyraźną kropkę po drugim słowie. Liz mnie tego nauczyła.), to wolę takie zapytanie wprost niż tworzenie teorii spiskowych za naszymi plecami.
- Super - skwitowała Sąsiadka, zajrzała do wózka i zaczęła rozpływać się nad urodą Fruzi.
Myślałam, że na tym się skończy, ale to był dopiero początek.
Od tamtej pory przy każdej nadarzającej się okazji - choć nie jest ich wiele - Sąsiadka mówi mi, jak fantastyczną robotę wykonuję. Często poklepuje mnie przy tym po ramieniu, a jej głos przybiera wzruszone tony. Śmiać mi się trochę z tego chce, ale w sumie miła z niej babka, więc za każdym razem jej dziękuję z promiennym uśmiechem. Czasem też pogadamy. A musicie wiedzieć, że gadamy dość spektakularnie...
Sąsiadka mówi do mnie prostą angielszczyzną, wspomagając się przy okazji językiem migowym.
- Want to adopt more babies? - zapytała kiedyś, obie ręce składając jak to kołysania niemowlaka.
Myślałam, że Sąsiadka nie miała okazji przekonać się, że potrafię wyartykułować coś poza hiya, zaczęłam więc produkować piękne, okrągłe zdania, stwierdzając, że tak, chcemy jeszcze adoptować, bo zawsze marzyła nam się duża rodzina.
Nie przekonałam jej. Sąsiadka wciąż uskuteczniała wyraźną, banalną angielszczyznę wraz z językiem obrazkowym dla niekumatych obcokrajowców. Może ona niedosłyszy, zastanowiłam się. Zaczęłam więc wolno, wyraźnie i głośno. Drukowanymi literami i pogrubioną czcionką.

Ona jednak słyszy. Najwyraźniej to mój akcent kuleje.;-)

- Jestem przekonana, że ona myśli sobie coś w stylu ''ooooch... adoptowali... jakie to szlachetne..." - opowiadałam Inżynierowi po którejś mojej rozmowie z tą Zza Rogu. - Trochę mnie to śmieszy, bo nie czuję się szlachetniejsza, odkąd mamy Fruziaka. Robię dokładnie to, co każda inna mama. A nie sądzę, żeby każdą inną mamę sąsiadka z taką czułością klepała z uznaniem po plecach.
(Napisała to ta, która wiele lat temu sama uważała adopcję za coś, za co powinno się stawiać ludziom jeśli nie pomniki, to chociaż darmową kawę w Starbucks. Wiecie, myślałam, że adopcja automatycznie wytwarza człowiekowi aureolę nad głową. Uwaga, obalam ten mit!)
- Pewnie nie - przyznał Inżynier. - Ale czy to ważne? Ważne jest to, że kobieta wysyła w twoją stronę pozytywny przekaz.

Popatrzyłam na niego wtedy i raptem mnie olśniło.

No jasne! On ma rację! Po jaką cholerę doszukuję się w miłych słowach Sąsiadki jakichś podtekstów? Po co zastanawiam się, co ona sobie tak naprawdę myśli? Tym bardziej, że poza nagminnymi wzruszami, takimi trochę jak z bajki o Kopciuszku, w jej głosie nie słyszę nic niewłaściwego. A może... sama jest adoptowana? Jej córka myśli o adopcji? Jej koleżanka właśnie ją rozważa? Może... sama oddała kiedyś dziecko? A może jej nikt tego nie mówił i ona naprawdę powtarza to każdej świeżo upieczonej mamie? No dobra, pewnie zabłądziłam w tych pomysłach o kilka kroków za daleko, ale czyż życie nie składa się z takich właśnie historii? Historii, które dzieją się drzwi obok.

Ze mnie to jednak szczęściara. Przyzwyczaiłam się do pozytywnych wzmocnień, które serwuje mi regularnie otoczenie i dodatkowe klepnięcie po plecach ze słowami 'you're doing a great job!' mogę potraktować jako powód do pobłażliwego uśmiechu. Wiem, że jestem wystarczająco dobrą mamą (idea 'good enough parents' jako opozycja do 'ideal parents' bardzo mi odpowiada), między innymi dlatego, że często słyszę to od Męża, Mamuśki, Drugiej Mamy, znajomych, adopcyjnego teamu, health visitor, lekarzy... I Sąsiadki Zza Rogu. Nie wiem, co na to Fruzia za kilkanaście lat, ale chwilowo się tym nie martwię.

On jest dobrym ojcem.
Ja jestem dobrą mamą.
Tak jak każda normalna, kochająca swoje dzieci mama.
Nieważne, z jaką historią.

Jeśli więc Ciebie nie ma kto poklepać po plecach, ja dzisiaj to robię.
Jesteś dobrą mamą, wiesz?
Najlepszą, jakie Twoje dziecko mogło sobie wymarzyć.

O grudniu, który wynagrodził nam wszystko

Gdybyśmy mogli stworzyć nasz własny kalendarz chiński, wedle którego wkraczalibyśmy właśnie w nowy rok, z pewnością żegnalibyśmy teraz  Rok Fruzi, pełen zwrotów akcji i nieprzewidzianych zdarzeń, jednocześnie mając świadomość, że kolejne lata ani trochę nie wyglądają na mniej Fruzine. Może więc Dekada Fruzi? Wiek? Era?

Oto jesteśmy. Z wyrokiem sądowym na dożywocie. Skazani na Ciebie, a Ty na nas. Bez chęci do apelacji lub ubiegania się o przedterminowe zwolnienie. Od zawsze na zawsze razem.

Kochana Córeczko, Skrzacie, Fruziu...

Twoja Babcia napisała mi kiedyś, że kosmos jest dla nas. Niedawno opowiadałam Ci, że właśnie stamtąd Cię mamy. Z kosmosu. To tam dotarły nieskończone modlitwy naszych przodków, wszystkie niewypowiedziane głośno życzenia, wszystkie dobre wibracje i sprzysiężone moce wszechświata, które połączyły się w jedno i już nie było odwrotu. Ty dla nas, my dla Ciebie. Droga jednokierunkowa, bez początku i końca jak cały wszechświat.

Już teraz wiesz, dlaczego kochamy Cię najmocniej w kosmosie?

Kiedy powiedziałam Ci tamtego dnia, że stało się również na papierze, przetarłaś rozbudzone powieki i wybuchnęłaś tym swoim bejbikowym śmiechem. Wyglądało to tak, jakbyś chciała powiedzieć - weź, mama, to tylko papier, ja przecież nigdy nie byłam nikogo innego... Wiem, wiem, ja to wszystko wiem...

Ale oddycham już pełną piersią.

Jeszcze nigdy powietrze nie wydawało się tak czyste i rześkie.

Kochamy Cię, Skrzacie.
Najmocniej w kosmosie.

O jednym dniu

Wczoraj. 

Fruzia rozpoczęła dzień przed siódmą. Do ósmej zdążyłam przebrać jej pieluchę dwa razy, napoić mlekiem, ubrać, przeczytać stertę jej ulubionych książek, pościelić łóżko, ogarnąć naszą sypialnię oraz wyciągnąć małą spod łóżka, stołu i Rudolfa. Na spokojnie. Po ósmej wszystko poszło siłą rozpędu.
Drzemka (10 minut usypiania, 15 minut snu). Pielucha, zabawa, śniadanie.
Fruziu, nie właź do kuchni. Fruziu, zostaw nos Rudolfa. Jego ogon też. Nie wydłubuj mu oczu, na litość boską! A w ogóle to przesuń się, Rudolfie, tylko delikatnie!, bo stoisz nad siostrą! 
Krótki skype z Mamuśką. Umawiamy się na popołudnie.
Boże, 11.45! Muszę wstawić warzywa do piekarnika!
12.30. Twarde. I jakieś takie pomarszczone... Fuck! Co zrobiłam źle? Ostatnio wyszły takie dobre.*
Fruzia ryczy, bo głodna. Trudno, dostanie wczorajszego kurczaka z wczorajszymi ziemniakami, bez warzyw. Te warzywa to ja mogę sobie o kant tyłka rozbić.
Lunch. Fruzia dostaje nagłego ataku płaczu. Coś jej ewidentnie dolega, niech zgadnę... Tulę, noszę, usypiam. Uff, śpi.
Pukanie do drzwi. Nie, już nie śpi. Rudolf dostaje szału z radości i skacze po ścianach. Biorę małą na ręce, mam nadzieję, że to listonosz tylko. Otwieram. Wolontariusz z Cancer Research.
- Tylko proszę, nie zamykaj mi drzwi przed nosem - mówi błagalnie po okazaniu identyfikatora. Akurat mój mózg zdążył wydać ciału komendę, żeby faktycznie podziękować i zamknąć wrota. Nie dziś, nie teraz.
Zostawiam jednak szczelinę pomiędzy framugą a drzwiami, które przytrzymuję łokciem i stopą, bo Rudolf natychmiast wciska tam swój pysk.
- Mam na ręku zmęczone dziecko, a obok szalejącego psa. Proszę, streszczaj się - mówię.
Wbrew pozorom mój głos brzmi całkiem przyjaźnie. Wolontariusz to młody chłopak, szkoda mi go tak spławiać, poza tym Cancer Research to przecież wszystkie moje Race for Life, w tym  roku nie wyszło, więc ... Młody faktycznie się streszcza. Wyrzuca z siebie informacje o leczeniu małych dzieci i kobiet. Jestem przekonana, że dokładnie wie, które statystyki padną na podatny grunt w Piątej Chatce. To widać gołym okiem.
- Zostaw mi ten formularz, wróć po niego o piątej, możesz? - instruuję go po wykładzie.
Dobrze wiem, że tu nikt nie przychodzi z puszką, do której na odczepnego wysypiesz denerwujące drobniaki z portfela. Tu potrzeba stałych datków, co miesiąc.
- Mogę - mówi młody.** - Ale na pewno jesteś zdecydowana coś nam przekazać?
- Tak, chociaż nie będzie to wielka kwota - uprzedzam lojalnie.
Zamykam drzwi. Sadzam Fruzię na kolanach i wypełniam formularz. Mała zabiera mi długopis, gniecie kartkę, kręci się... Dobra, później z tym.
Kładę Fruzię spać. Śpi. Całe 25 minut. W tym czasie zmywam naczynia, kończę wypełnianie formularza, piję herbatę. Tęsknię spoglądam w kierunku laptopa, ale czuję w kościach, że dzisiaj nic z tego nie będzie.
Kiedy mała się budzi, Rudolf dostaje świra. Psi nos podpowiada mu, że to jego pięć minut. Ogarniamy się. Kurtka, buty, czapka - to Fruzia. Kurtka, buty, szalik - to ja. Smycz i worek. Wiadomo. Zamykam drzwi na klucz i biorę głęboki oddech. Wszystko mam? Mam. Idziemy. Byłby to relaks, bo wszyscy szczęśliwi, gdyby Rudolf nie uciekał mi za płot boiska, bo przecież za płotem są ciekawsze zapachy. I gdyby na koniec spaceru nie wsadził sobie do mordy jakiegoś wielkiego, obleśnego worka pokrytego mazią przypominającą pastę maślano-jajeczną. Fuj! Wlecze to to do domu, z pyska mu to zwisa z obu stron, a ja nawet z nim nie walczę, bo jestem na z góry straconej pozycji.
- Oddaj, coś dostaniesz - próbuję.
Z zabawkami w domu się sprawdza, nauczył się. Ale z trofeami z zewnątrz nie da rady. Wzdycham z rezygnacją.
W domu zamykam go z tym workiem w kuchni. Inaczej rozniósłby tą maź po całej chacie.
Rozbieram Fruzię, zerkam w telefon. Strażniczka prosi o rozmowę. Dzwonię. Na linii coś trzeszczy, słyszę co drugie słowo, ale wiem, o czym rozmawiamy, więc sklejam te puzzle w jedną całość. Pod koniec rozmowy Fruzia zaczyna płakać, policzki robią się czerwone. Zębiska jak nic. Strażniczka szybko się żegna.
Tulę Fruzię, trochę się bawimy. Humor jej wraca, kiedy sadzam ją na wielkim, białym misiu. To zwykle działa, dobrze, że dzisiaj też.
Dzwoni Inżynier. Rozmawiamy wśród Fruzinych odgłosów z podłogi. Nagle słyszę, że coś podejrzanie głośno szeleści w kuchni. Podnoszę się, przechodzę przez salon, wciąż słuchając Męża Mego, wchodzę do kuchni...
- Fuck - informuję go dość pogodnie.
Zastaję Rudolfa przed otwartym na oścież schowkiem. Tylna połowa Rudolfa wciąż stoi na podłodze, przednia schowana jest w ogromnym worku karmy. Chrupanie dochodzące z wnętrza worka mówi samo za siebie.
- Zostawiłam otwarty schowek w kuchni, a w kuchni zamknęłam Rudolfa - mówię do Pifka.
W zasadzie ten komunikat wystarczy.
- Czyli tydzień diety - zarządza Mąż Mój, śmiejąc się do słuchawki.
Rudolf chyba właśnie odbył swoje prywatne, przyspieszone Święta.
Inżynier prosi mnie, żebym zadzwoniła do urzędu w jednej sprawie. Fruzia radośnie bawi się wyłączonym bębenkiem, więc korzystam z okazji i dzwonię tam natychmiast. Mnie udaje się dogadać co do formularza i płatności, a Fruzi... włączyć bębenek z Macareną. Urzędniczka coś do mnie mówi, ale nie wiem, co. Po tonie wnioskuję, że się żegna. Po kilku sekundach słyszę ciszę w słuchawce (miałam rację). I Macarenę obok, ma się rozumieć.
Fruzia idzie spać. Trzecia drzemka, ostatnia. I krótka. Mała budzi się po jednej mojej kawie i sprzątnięciu bałaganu w salonie, który w międzyczasie jakoś sam się zrobił. A może jednak ta drzemka nie była taka krótka?
Pielucha.
Podwieczorek. Jogurt z jabłkiem.
Mamuśka pyta, czy dokończymy sesję na skypie. Jasne. Mała szczerzy się do Babci, coś tam śpiewa i tańczy do piosenek Disneya. Układ choreograficzny do gospel wciąż w modzie. Rudolf złazi z kanapy i postanawia dołączyć do imprezy. Kładzie mi ciężki łeb na kolanach, jedną łapę na dłoni małej. Dziecię odpycha Rudego, on zaczyna ją wąchać dość nachalnie po szyi. Fruzia włazi pod krzesło i wali głową w jego nogę. Krzesła, nie Rudolfa. Ryczy. Rudolf chce ją pocieszyć (nieudolnie), liże ją, mała łapie go za nos. Z miłości tak. Rudy nadeptuje mi na stopę, muszę go przesunąć, bo zaraz zdepcze małą. Cały czas usiłuję spokojnie rozmawiać z Mamuśką. Rodzicielka śmieje się do rozpuku, bo tak jest za każdym razem, kiedy do sesji na skypie usiądziemy w salonie na podłodze. Fruzia + Rudolf = nie-pogadamy-normalnie-ale-będzie-zabawnie.
Patrzę na zegarek. 4.45. Gdzie? Jak? Kiedy?
Fruziak zaczyna zawodzić. Noszę, tulę, kołyszę.
Kilka minut po piątej Inżynier staje w drzwiach Piątej. Rozdaje głaski i buziaki. Fruzia tańczy kankana na jego widok. Troski odchodzą w niepamięć. Rudolf staje na rzęsach, żeby pańciunio nie zapomniał podrapać go za uszkami.
- Jak wam minął dzień, dziewczyny? - pyta. I natychmiast dodaje, patrząc na Rudego: - ... i chłopaki.
- Tradycyjnie - mówię lekko. - Jak w pracy?
- W porządku - mówi Pifko. - Głowa mi pęka, ale było spoko.
Uśmiechamy się do siebie.
Nie wszystko da się opowiedzieć w przedpokoju. Szczegóły będziemy omawiać na naszym codziennym zlocie w kuchni.

Fajrant dla nas obojga.
Nadeszła najprzyjemniejsza część dnia.

* Włączyłam grillowanie, zamiast tradycyjnego pieczenia. No i nie włożyłam warzyw do rękawa.
- Bo się skończył - wyjaśniłam Mężowi.
- Jest nowy - oświadczył on. Z litością w głosie.

** Nie wrócił. Musiałam być nieprzekonująca. Ciekawe, dlaczego...

O nadszarpniętym zaufaniu

Szóstego grudnia bladym świtem Fruzia usiadła w łóżeczku, a następnie głośno wrzasnęła, jak to ma w zwyczaju każdego poranka. A także kilka razy w nocy, kiedy smoczek wypadnie jej z buzi, a ona wciąż pogrążona we śnie nie zauważy, że właściwie sama go sobie wyjęła i nadal trzyma go w dłoni. Wrzasnęła więc, żeby dać nam znać, że dzień się rozpoczął i mamy natychmiast zabrać ją do siebie do łóżka. I najlepiej zróbmy od rana dyskotekę z Jeżowską, dobrze, mamo? Tato, no weź namów mamę! Podreptałam do żółtego pokoju i na autopilocie cmoknęłam Fruziaka, wyjęłam ją z wyra, podreptałam z powrotem do sypialni i usadowiłam ją w drugim wyrze pomiędzy nami. Dopiero wtedy się obudziłam i przypomniałam sobie, że przecież Mikołaj!, zanim Fruzia się pokapuje.
- Mama pójdzie sprawdzić, czy Miki był dziś u ciebie w nocy - zagaiłam słodko do córki.
- I przy okazji zerknie, czy tata buty wyczyścił - dodałam.
Inżynier właśnie otwierał zaspane oczy, choć przecież on też obudził się wraz z Fruzinym okrzykiem. Tego się nie da przegapić. 
Przytargałam dwie dorosłe pary butów ze schowka w kuchni i ustawiłam je w żółtym pokoju pod ścianą. (Inaczej w tym domu nie można. Nie schowasz porządnie butów, to Rudolf na pewno się nimi zaopiekuje.) Złote kozaki z futerkiem, z nietkniętą podeszwą, wszak to buty dla czołgających się, wyciągnęłam z szuflady z garderobą Fruzi. Nadziałam je wcześniej przygotowanym farszem. Gdyby Śnięty miał rozdawać prezenty wedle rozmiarów obuwia, byłybyśmy z córką pokrzywdzone, on jednak, na nieszczęście dla Inżyniera, obrał dokładnie odwrotny kierunek. 
- Był, był Mikołaj! - wykrzyknęłam teatralnie po powrocie do sypialni.
Dałam z siebie wszystko, żywiąc nadzieję, że Mąż Mój nie rzuca słów na wiatr i faktycznie jakieś tam zdolności aktorskie mam. Nawet jeśli w cv mogę wpisać jedynie któryś z tych spalonych przybytków. Sama nie pamiętam czasów, kiedy naprawdę wierzyłam w Śniętego, pamiętam za to zbyt dokładnie wszelkie nieudolnie ukrywane narady Rodziców i Dziadków w kwestiach prezentowych. Postawiliśmy więc sobie z Inżynierem za punkt honoru, że uda nam się trochę dłużej pooszukiwać nasze dziecię. A ponieważ mocno wierzę w inteligencję takich niby-to-niegadających-i-nie-kumających-cza-czy-bejbików, oszukiwanie należało zacząć już dziś.
- Chodź, zobaczymy, co ci przyniósł! - Pifko również wczuł się w rolę.
Fruzia najpierw jednak zażądała mleka. Prezenty prezentami, ale porządek dnia musi zostać zachowany. Dopiero potem popędziliśmy wszyscy do Fruzinej sypialni. Po drodze on złapał za aparat, ja uwolniłam małą ze śpiworka, usadowiłam ją na podłodze w pozycji na Rudolfa z dala od wypchanych butów, Mąż Mój odpalił kamerę, napięcie sięgnęło zenitu i ...

Ujęcie pierwsze
Zapadła cisza.

Po kilku sekundach, które zdawały się wiecznością dla spragnionych wrażeń rodziców, Fruzia zmieniła pozycję. Usiadła na czterech literach i wciąż z pomarańczowym smoczkiem w buzi przypatrywała nam się ciekawie.

Ujęcie drugie
- Fruziu, chodź tutaj, zobacz, co tu jest - zaczęłam zachęcać ją, wskazując na buty.
Mała przeniosła się na brzuch. 
Zrobiła jeden ślizg do przodu.
Podniosła się na kolana.
Raczek do przodu i bach na brzuch.
Nadal przypatrując nam się z ogromnym zdziwieniem.

Jestem pewna, że zastanawiała się, o co nam chodzi i dlaczego, do diaska, o tak dzikiej porze robimy jakieś dziwne zloty w jej pokoju. Przecież o tej porze to zazwyczaj spotykamy się w naszej sypialni... I żeby od razu kamera, kiedy ona wciąż w piżamie, z niewyjściową fryzurą?

Ujęcie trzecie
Wreszcie ruszyła, zaintrygowana tym, co tak namiętnie starałam się jej pokazać. Radośnie, z tym swoim kosmicznym zaśpiewem na ustach ślizgiem prostym dotarła pod ścianę.

I natychmiast zabrała się za buty i sznurowadła Inżyniera, uprzednio wywalając to, co w nich znalazła i udając totalny brak zainteresowania zawartością swoich własnych kozaków.

Śmiem twierdzić, że to był odwet za treść listu, który Śnięty zostawił w jej bucie. Nie pytajcie, skąd wiedziała, co w nim jest jeszcze przed rozwinięciem korespondencji. Mówiłam Wam, te małe lepiej od nas kumają cza-czę.
- Fruziu, ale zostaw te brudne buty taty i zobacz, co jest w twoich! - zachęcałam czarująco.
Dała się namówić dopiero po wnikliwej analizie stanu czystości obuwia ojca swego. Olała książkę, na której stały jej kozaki i językiem migowym poinformowała, że mamy jej odczytać treść listu przewiązanego czerwoną wstążką.
- Oj, Fruziu, niedobrze - oświadczyłam zbolałym głosem, kiedy rozwinęłam papirus.
Śnięty miał z Fruzią problem. Zagubił się chłopak w tych wszystkich trendach i nie wiedział już, czy w końcu można ją zaliczyć do tych grzecznych, czy też niekoniecznie, skoro starzy wciąż o małej, że Tasman i Tasman... Na wszelki wypadek uznał, że to ich pierwsze spotkanie i da jej szansę, ale Fruzia musi zastosować się do kilku przykazań, jeśli chce, żeby to ich pierwsze spotkanie nie było zarazem ostatnim.

(Czy muszę dodawać, że tylko tamtego jednego dnia Fruzia złamała wszystkie przykazania Mikiego?)

Książka, a właściwie dołączona do niej płyta z dziesięcioma piosenkami z bajek Disneya, tak przypadła Fruzi do gustu, że mogłaby jej słuchać i tańczyć przy niej od rana do wieczora. Sama ją sobie włącza, bo nasz boom box stoi dziesięć centymetrów nad podłogą. Efekt tych imprez jest taki, że ja też, na przemian z kolędami, podśpiewuję pod nosem Yo-ho! Jake and the Never Land pirates, climb aboard me hearties and be a pirate true... Inżynier natomiast błąka się między kuchnią a salonem w rytmie Hot dog, hot dog, hot diggety dog. On był bardzo grzecznym chłopcem w tym roku, sam Miki tak stwierdził w liście do właściciela brudnych butów. Tym bardziej więc nie rozumiem, jak ten ostatni mógł dopuścić do takiej sytuacji! "Jeśli w bucie zamiast prezentu znajdziesz potwierdzenie zakupu, wybacz mi, proszę. To moje elfy nawaliły z dostawą na czas", napisał Śnięty tuż po chwytającym za serce wyliczeniu dobrych uczynków Inżyniera. Potwierdzenie było, a jakże, a dwa dni później to nawet sam elf zapukał do drzwi Piątej Chatki. Postawny elf z piwnym brzuszkiem. Wymruczał coś na powitanie, po czym poinformował, że prezent dla Inżyniera to atfstk.
- Co? - zapytałam w angielskim narzeczu.
Żadne tam grzecznościowe 'pardon', czy inne 'sorry'. Zwykłe, nieeleganckie 'what?'
Ten elf mówi tak, że wątpię, czy rozumie samego siebie.
- Nie ma - z pomocą przyszedł mi Mąż Mój. - Skończyło im się. Out of stock.
Aaahaaaa, out of stock. Psia mać.

Takie elfy to sobie Śnięty może wsadzić.
W dupę Rudolfa.
Renifera znaczy, bo od dupy naszego Rudolfa to wara.

Zaprawdę powiadam Wam, w dzisiejszych czasach nikomu już nie można ufać.

Nawet Śniętemu Mikiemu.

O podwójnym życiu

Mówią, że nie da się żyć w rozkroku. Pomiędzy dwoma krajami, kulturami, ludźmi. Że trzeba się zdecydować - żyję tu czy żyję tam, bo inaczej wieczne poczucie niedopasowania i myśl, że trawa zawsze zieleńsza u sąsiada za Kanałem. A przecież my właśnie tak, fizycznie tu, myślami codziennie tu-i-tam. Choć ja nie nazywam tego życiem pomiędzy, a życiem w, w dwóch krajach i dwóch kulturach równocześnie. Że się nie da? Że to nie to samo? Jasne, że to nie to samo. Jesteśmy świadomi tego, co nam umyka, co już nigdy nie wróci. A w takich chwilach, jakie zafundowały nam ostatnie dni, człowiek chętnie dałby się ponieść emocjom, rzuciłby wszystko w cholerę i pędził do domu, do tamtego domu, tego pierwszego. Jedynego, chciałoby się powiedzieć romantycznie w przypływie nostalgii.

Ale potem człowiek siada na sofie. Słyszy głos Mamuśki, która śmieje się, dość niemrawo, ale jednak! i żartuje, że to tylko ręka, dobrze, że łba sobie nie obiła. I oddycha człowiek z ulgą i myśli, że gdyby nawet mieszkał w tej ojczyźnie, ale na Śląsku na przykład, to pewnie zdążyłby dojechać do tego szpitala akurat wtedy, kiedy Mama odbierałaby wypis. Potem znów myśli - ale przynajmniej mogłabym pojechać i pomóc Mamuśce ogarnąć Święta. Bo przecież ona tam z jedną ręką zdrową, z drugą obolałą, to najwyżej kurze sobie zetrze z bibelotów. Chociaż nie, uparcie twierdzi, że kaczkę to nadzieje, bo przecież dwie ręce jej do tego niepotrzebne, potem wrzuci do piekarnika i po krzyku. Resztę zrobi Handziuk i Wielka Bratowa, damy sobie radę, mówi. A we mnie błysk, że polecę, spakuję się, buknę bilety i wrócę za dwa dni.

Kalkuluję.

Nie byłoby mnie cztery dni, żeby to miało sens. Wskakujesz w samolot, dwie godziny i jesteś u Mamy na pomidorówce to mit. Takie rzeczy to tylko wtedy, jeśli zamieszkam na lotnisku tu i na lotnisku tam. Wtedy to i owszem. Mogę latać nawet codziennie.
Inżynier musi wziąć urlop, nawet jeśli zahaczę o weekend. Ale to i tak najmniejszy problem.
Muszę zostawić Fruzię. Ona aktualnie jest uziemiona w Krainie Deszczu.
A co, jeśli będzie płakać? Nigdy jej nie zostawiałam na dłużej niż parę godzin, a u nagle 4 dni. Och, Mąż Mój świetnie ogarnąłby sytuację, ale co jeśli? Przecież nie wrócę stamtąd szybciej, jeśli mała uzna, że jednak chciałaby buziaka na dobranoc od mamy.
A co, jeśli to ja zacznę ryczeć? Dramat w pięciu aktach gotowy.
A Mamuśka to chyba by mnie ubiła. Nie histeryzuj, powiedziałaby zapewne lekko poirytowana. Co nie zmienia faktu, że perspektywa mnie stojącej w drzwiach byłaby dla niej kusząca.

Ona tak nie lubi szumu wokół siebie. Sama doczłapała się do domu, mimo że Kocurowi rodzice byli gotowi wezwać karetkę i pomóc jej we wszystkim, po czym spokojnie zadzwoniła kolejno do Męża Dyrektora i do mnie z informacją, że złamała rękę, bo kość ma w innym miejscu niż dotychczas. No i że boli jak cholera. Ale to ja przeklinałam, nie ona. A Mamuśka obsztorcowała Dyrektora, syna i córkę, zanim uznała, że może faktycznie ten lekarz to dziś, a nie jutro. Taką jest pacjentką.

Oglądam rękę Mamuśki na skypie. Palce spuchnięte, dłoń pomarańczowa, pod opatrunkiem szew na piętnaście centymetrów. Chirurg kazał jej ćwiczyć palce i rozciąganie ścięgien, stwierdził, że złamanie było paskudne, dużo odłamków. Pytam, czy była przytomna podczas zabiegu, bo znieczulenie dostała tylko miejscowe. Nie, nic nie pamięta, chyba dostała jaśka na dobry sen. Ale ból przed i po to z tego rodzaju, którego się nigdy nie zapomina, choć podniosła się z ziemi nie czując nic, w przeświadczeniu, że nic jej się nie stało. Ręka spuchła szybciej niż na nią spojrzała i dużo szybciej niż przyszedł ból. Obiecuje, że będzie odpoczywać. I faktycznie, wyłącza się skype'a po krótkiej rozmowie, jest zmęczona, musi się położyć.

W międzyczasie odbieram stos wiadomości. Od Ojca Dyrektora, wszystko po kolei, z detalami, godzinami i opisem stanu faktycznego. Od Wielkiego Brata krótko i treściwie. Od Pedra zapewnienie, że odwiedził Mamuśkę w szpitalu, że wszystko będzie dobrze i że czuwa na miejscu, więc jakby co... Chce mi się płakać. Znowu. Teraz, kiedy Mama jest już w domu, kiedy wszystko pod kontrolą. Teraz chce mi się płakać, bo wiem, że nawet ta pieprzona emigracja nie jest w stanie zmienić faktu, że z naszą rodziną to naprawdę nie tylko na zdjęciu. I że pomimo odległości też. Nie czułam się wyautowana. Oni wszyscy wiedzieli, że my tutaj martwimy się podwójnie, więc dzwonili, pisali, informowali. W zasadzie to niemal byłam na tej sali operacyjnej z Mamą, nawet jeśli tylko w mojej głowie.

Czasem jest trudno, chociaż dziś przyznaję Mamie rację. To na szczęście tylko ręka. Łba sobie nie obiła, jak dobrze. To cenny łeb. I wiem, że byłoby łatwiej, gdyby nie aktualny stan rzeczy. Ostatnio byłam w Polsce w lutym, następny wypad w maju, prawie za pół roku, uziemienie ma się całkiem dobrze i wygląda na to, że trochę się przeciągnie.

Ale oddycham w miarę spokojnie. Mama jest dobrze zaopiekowana. Fruzia potrzebuje nas tutaj, bo tutaj jest jej pierwszy dom. Wspólnie mamy ich kilka, każdy ważny na swój sposób, do każdego tak dobrze się wraca. Sporo wysiłku kosztuje nas podtrzymywanie statusu jesteśmy-w-miarę-na-bieżąco, bo maile, sesje na skypie, kartki, telefony... ale dzięki temu myślimy sobie, że rozmawiamy z naszymi rodzicami dużo częściej niż niektórzy ludzie mieszkający ze swoimi w jednym mieście. Naprawdę rozmawiamy. Czasem nawet kawę i wino pijemy wspólnie.

Jak zawsze w takich sytuacjach muszę sobie wszystko jeszcze raz na spokojnie zracjonalizować. Schemat stary jak nasze życie tutaj.

O grudniu, który miał nam wynagrodzić listopad

To jest właśnie jeden z tych momentów, kiedy twoje własne obawy, na co dzień pochowane gdzieś głęboko na dnie duszy, przybierają realne kształty i rzeczywistą postać. Mamuśka Moja tak fatalnie upadła, że złamała nadgarstek w kilku miejscach i właśnie czeka na operację. A ja nawet nie mogę usiąść obok jej łóżka i pogłaskać jej po głowie. Mogę jedynie siedzieć i o niej myśleć. I ryczeć, bo kto mi zabroni?

Pieprzona emigracja.

O tym, jak dobrze być przeciętniakiem

Rewelacyjnie jest mieć niemarudzące dziecko. Nie bez powodu unikam słowa grzeczne.Tak mnie internety i Różowa Chmurka  wychowały. Grzeczne jest passe, a niegrzeczne jest etykietyzujące. W Piątej Chatce i Rodzinnych Towns próżno co prawda szukać styczności z najnowszymi trendami w parentingu oraz grandparentingu (- Niegrzeczna jesteś, Fruziu! - mówi rozbawiona Mamuśka za każdym razem, kiedy wnuczka dostaje szału z braku dostępu do klawiatury), ale tutaj trzeba trzymać formę. Nawet jeśli jest mocno naciągana.

A więc cudownie jest mieć niemarudzące dziecko. Takie radosne, ciągle zadowolone i uśmiechnięte. Wiecie, takie co to tylko raz na jakiś czas wpadnie w chmurny nastrój z powodu zębów albo wirusa. Tak od czasu do czasu tylko, żeby przypomnieć rodzicom, że wychowywanie dziecka to naprawdę jest ciężka praca, a potem wrócić do tego swojego radosnego szczebiotania, żeby mogli otrzeć pot z czoła i westchnąć, jak trudne były te ostatnie dwa dni. Wspominam ten czas z rozrzewnieniem.

- Nie, nie wolno - tłumaczę spokojnie, kiedy Fruzia na oślep wali małymi łapkami, usiłując podrapać mnie na twarzy. Chyba, bo nie do końca wiem, o co jej chodzi. Poza wyładowaniem frustracji, ma się rozumieć. Może być też tak, że coś jej nie odpowiada w mojej facjacie i próbuje jedynie zrobić mi mały lifting. Pomóc chce.
To pewnie znowu zęby. Nie wiem na pewno, bo boję się sprawdzić. Wtykanie paluchów do buzi Fruziaka grozi ich utratą. To pewnie też przeziębienie, bo z nosa jej leci jak z cieknącego kranu, a przed chusteczkami ucieka szybciej niż przed założeniem czystej pieluchy. Ale jak byśmy sobie tego nie tłumaczyli, charakterek też z niej przy okazji wyłazi.
- She's going to be quite a character - powiedziała ze śmiechem Foster Mama podczas jednego z  naszych pierwszych spotkań. Ona pierwsza się na niej poznała. Uwierzyliśmy jej na słowo, w końcu ma kobieta wieloletnie doświadczenie, z pewnością niejedno już widziała. Nas też właściwie nie zwiodły te słodko-tasmańskie oczy Fruzi. Ewidentnie i od początku to były oczy zgrywusa i uparciucha w jednym. No i masz babo i dziadzie placek. Fruzia uznała, że skoro jest już w miarę mobilna, czas trochę pokazać różki.
- A gdybyś miała w przybliżeniu oszacować, jaki procent dzieci w wieku Fruzi w Różowej Chmurce był taki tu-i-teraz-natychmiast-chcę!, to jak by to wyglądało? - zapytał Mąż Mój, kiedy Fruzia odstawiała swoje show z serii nie-będę-siedzieć-w-foteliku-buuu! (a za chwilę kolejne: na-podłodze-też-nie-buuu!)
- Pięćdziesiąt - powiedziałam po chwili namysłu.
- Kurczę, czyli połowa dzieci jest grzeczniejsza - zasępił się Inżynier. (Pamiętajcie, że on ani internetowy, ani nie pracował w Różowej. Nie wie chłopak, jak teraz się mówi.)
- Ta druga połowa po prostu jeszcze nie weszła w tę fazę - uspokoiłam go. - Ale nie martw się, prędzej czy później każdy rodzic musi przez to przejść. W sumie lepiej szybciej niż później. Mniejszy szok.
Chyba trochę mu ulżyło. Choć za chwilę zapytał jeszcze:
- A do której podgrupy tych niegrzecznych byś ją zaliczyła? Tych najbardziej?
- Hmm... - popatrzyłam na córkę i dokonałam szybkiej analizy naszych dotychczasowych doświadczeń. - Tych średnio - oceniłam z miną eksperta.
Łobuz przeciętniak. Nic specjalnego. Wciąż jeszcze możemy spać spokojnie.

W międzyczasie Fruzia znów wróciła do marudzenia. Inżynier szybko wycofał się do kuchni. Ja złapałam za ryżowe ciastko i wetknęłam małej w łapkę. Jeszcze nie jest z nami tak źle, bo przecież wszystkim wiadomo, że stopień rodzicielskiej frustracji określa to, czym zatykasz marudzące dziecko.

Do chipsów to nam jeszcze daleko.

Adopcja w UK (6): Ta cholerna bariera językowa, czyli szkolenia adopcyjne

Niedawno Strażniczka zapytała mnie, czy mogłaby przekazać mój numer telefonu polskiej parze, która właśnie rusza z procesem adopcyjnym. Przyznała, że on i ona trochę obawiają się całej tej machiny głównie ze względu na język, choć w opinii Strażniczki radzą sobie dobrze, więc może poczuliby się raźniej, gdyby mogli pogadać z kimś, kto już tę drogę przeszedł.
- Jasne, chętnie podzielimy się swoim doświadczeniem - powiedziałam.
I natychmiast przypomniało mi się, jakim stresem było dla nas pierwsze szkolenie adopcyjne. Stresujące właśnie ze względu na język.

Tak, ja wiem, przecież oboje mówiliśmy po angielsku, kiedy przeprowadziliśmy się do Krainy Deszczu. To prawda. Ale czym innym jest język nabyty tam, w ojczyźnie, a czym innym konieczność zabierania głosu w grupie Brytyjczyków, w ich własnym kraju, do tego w tak ważnych kwesiach. Wiecie jak to jest - chcesz coś powiedzieć, najprostsze słówko wylatuje z głowy, masz je na końcu języka, a ono uparcie nie chce się wypowiedzieć, zaczynasz oblewać się rumieńcem, wszyscy na ciebie patrzą i oceniają...  A przynajmniej tak ci się wydaje, że nikt nie myśli o niczym innym, jak tylko o tym twoim łamanym angielskim. Bzdura. Większość ludzi albo myśli wówczas o czymś innym, albo o tym, że fajnie byłoby znać jakiś język obcy. Wiele razy to słyszeliśmy. Nic więc dziwnego, że ten stres to już (raczej) pieśń przeszłości. Zbyt dużo sie zadziało, zbyt wiele telefonów musieliśmy wykonać, za wiele rzeczy wyjaśniać, pisać i opowiadać, żeby język wciąż miał być dla nas barierą, choćby tylko taką istniejącą w naszych głowach. Wciąż robimy błędy (tak, ja jako językowiec również!), a nasz akcent po pierwszym słowie zdradza nasze pochodzenie (Are you Czech? No? Romanian? Russian? Oh, you're from Holland! Pardon? Oh, from Poland! Poland, yes! Walęsa!!), ale to nieważne. Jesteśmy częścią deszczowego społeczeństwa nie tylko ze względu na adopcję Fruzi, ale przede wszystkim dlatego, że wkładamy sporo wysiłku, aby integrować się z tubylcami. Dla nas samych. To jest naprawdę świetna przygoda.

Rozumiem jednak ten stres na myśl o szkoleniach, w opanowaniu którego pewnie wam nie pomogę, bo każdy ma na to swoje własne sposoby. Mogę jednak zdradzić, co nam wtedy pomogło.

- Myśl, że ja i on jesteśmy w tym razem, i że będziemy dla siebie swoją własną grupą wsparcia. I że pewnie się trochę pośmiejemy z samych siebie i innych, jak to mamy w zwyczaju - no wiecie, tak dla rozładowania napięcia, snując wymyślone i bardzo absurdalne historie z innymi uczestnikami szkolenia w rolach głównych. (Tylko mi nie piszcie, że nigdy tak nie robicie!;-))
- Szperanie w necie i zgłębianie tematu.  Dzięki temu wiedziałam mniej więcej, o czym będzie mowa na szkoleniach i jak mogą one wyglądać (dyskusje, rozmowy w grupach, trochę wykładu, podczas którego można się zrelaksować i skupić tylko na słuchaniu). Im więcej wiesz, tym mniej rzeczy jest w stanie cię zaskoczyć.
- Świadomość, że ktoś uznał, że wstępnie nadajemy się na kandydatów na adoptersów i udało nam się rozpocząć sam proces - to chyba mówi samo za siebie. Przecież logicznie na to patrząc - czy ktoś wysłałby nas na takie szkolenie, gdyby uznał, że nie można się z nami dogadać?
- Zwykła ciekawość. Bo oprócz tego, że się stresowaliśmy, to przy tym wszystkim byliśmy ciekawi - tematu, z którym przyszło nam się zmierzyć, ludzi, których mieliśmy poznać, nowych wrażeń.
- I ostatnia rzecz. Mam wrażenie, że niektórzy Brytyjczycy byli bardziej zestresowani sytuacją niż my!

A jak wyglądały same warsztaty?

 Szkolenie adopcyjne, Stage 1

Oboje z Inżynierem jesteśmy lekko zestresowani perspektywą spędzenia niemal całego dnia z grupą obcych ludzi, bo choć wiemy, że wszyscy jesteśmy tam w tym samym celu, to jednak wciąż nie mamy pewności, jak uda nam się odnaleźć wśród tak dużej grupy tubylców. Przemiłe dziewczyny prowadzą nas do kuchni, gdzie możemy zrobić sobie kawę lub herbatę, a następnie do poczekalni, do której powoli schodzą się inni kandydaci na adoptersów.
W sali początkowo panuje okropna cisza, z rzadka przerywana półgłośnymi rozmowami. Pomieszczenie jest niewielkie, siedzimy na krzesełkach ustawionych pod ścianami, tworzymy więc mały prostokąt, który umożliwia swobodne mierzenie innych wzrokiem. Uśmiechamy się do siebie, ktoś zagaduje do kogoś siedzącego obok, my dwoje oprócz "hi" i "hello" nie udzielamy się towarzysko. Jeszcze nie. Na razie wszystko wydaje mi się tak zabawne, że siłą woli muszę powstrzymywać się od głośnego wybuchu śmiechu. Moje krzesło trzęsie się razem ze mną.
- Denerwujesz się, co? - śmieje się Inżynier.
On jeden zna mnie na wylot. Wie, że kiedy dopada mnie głupawka, to często jest to objaw stresu. Nie przeszkadza mu to jednak jeszcze bardziej mnie rozśmieszać i za chwilę oboje snujemy półszeptem jakieś absurdalne historie, oczywiście w polskim narzeczu, co być może nie jest najbardziej sensownym pomysłem w aktualnym położeniu, ale paradoksalnie pomaga rozładować stres. Zostaje więc już tylko ciekawość, ta sama, która pcha nas w tego typu sytuacje, oraz ekscytacja, że oto dzieje się. Kolejny krok w kierunku nieprzespanych nocy.

W sali szkoleniowej siadamy w półokręgu. Wśród trzech prowadzących rozpoznajemy Kate, specjalistkę od spraw adopcyjnych, która w czerwcu zeszłego roku poprowadziła sesję informacyjną. Na materiałach szkoleniowych, które otrzymujemy, widnieje jej nazwisko. Inżynier natychmiast stwierdza, że musi ono wywodzić się z polskich korzeni. Na duszy robi się jakby lekko raźniej.
Dziewczyny krótko przedstawiają plan dnia, po czym zarządzają prezentacje swoich imion i historii z nim związanych. Zaczynają od siebie, za chwilę przekazując pałeczkę osobie siedzącej najbliżej nich.
Nic nie pamiętam z pierwszej połowy tych wystąpień. Siedzieliśmy z Inżynierem pośrodku dwudziestoosobowego półokręgu i każde z nas walczyło wówczas z własnym strachem przed usłyszeniem własnego głosu. Żadne z nas nie lubi skupiać na sobie wzroku i uwagi większej grupy ludzi, a jeśli dorzucimy do tego obcy język, to już stres robi się podwójny. Zupełnie jak w szkole, przemknęło mi przez myśl. Gdzieś w głębi duszy wiedziałam jednak, że jak już powiemy A, to znajdzie się i B, a potem będzie jak zawsze - z górki, z prądem, na fali i bez lęku.
- Cześć, jestem Literka, pochodzę z Polski, ale moje imię wywodzi się z południowej Europy - zaczęłam spokojnie, przechodząc następnie do kinowej historii mojego imienia, którą słyszałam od Mamuśki już tyle razy.
Serce uspokoiło swój rytm, głos nie zadrżał ani razu, całe napięcie ulotniło się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Za chwilę słucham Inżyniera i już wiem, że on też przeszedł pomyślnie przez magiczną barierę głosową. Rozwój następuje poza strefą komfortu, dźwięczy mi gdzieś z tyłu głowy oklepana fraza.

Potem nie ma już my / oni, nasz język / ich język. Znikają granice kulturowe. Jesteśmy grupą ludzi z różnymi lub bardzo podobnymi historiami, każdy z nas ma swoją opowieść, wszyscy dążymy do tego samego. Okazuje się, że obawy i nadzieje też mamy te same.

Dostajemy po dwie karteczki samoprzylepne. Na jednej mamy napisać, czego boimy się w związku z adopcją, a z czym wiążemy nadzieje. Boję się usłyszeć "żałuję, że jestem adoptowany/a; nie jesteś moją prawdziwą mamą". Inżynier wpisuje nasz wspólny strach - "nie zdołamy wpoić dziecku dobrych wartości". Z nadzieją jest najprościej, bo to ona nas tu zaprowadziła. I jest silniejsza niż wszystkie lęki. "Chcielibyśmy stworzyć pełną rodzinę, w której uda nam się zaprzyjaźnić z własnymi dziećmi". Przyklejamy karteczki na tablicy. Kate odczytuje je jedna po drugiej, wspólnie zastanawiamy się, skąd te nasze obawy. Dochodzę do wniosku, że to nie słów się boję, a tego, że dziecko na jakimś etapie swojego życia naprawdę może tak myśleć. Żałować, że jest z nami. Ktoś z grupy zaczyna się śmiać i zapewnia, że od biologicznego dziecka też można usłyszeć różne rewelacje, z "nienawidzę cię!" włącznie. Ci, którzy mają już dzieci, potwierdzają. Krok po kroku coraz wyraźniej widać, że część naszych niepokojów to... zwykłe przedrodzicielskie lęki. Dokładnie takie same, jakich doświadczają przyszli rodzice oczekujący potomka. Z tymi poradzimy sobie dokładnie tak samo jak oni. W procesie wychowania. Natomiast te, które związane są bezpośrednio z adopcją, wymagać będą od nas podwójnego nakładu sił, uwagi, dokształcania się, przewidywania, a czasem szukania pomocy u specjalistów.
- W tym wypadku lepiej jest przygotować się na najgorszy scenariusz - mówi uśmiechnięta Sally, gość naszej sesji.
Taka deklaracja w jej ustach brzmi dość abstrakcyjnie, bo kiedy Sally zaczyna opowiadać o swoich dzieciach i podopiecznych, człowiek zaczyna się zastanawiać, skąd tacy ludzie jak ona biorą się na świecie. Tacy pogodni, optymistyczni, zwyczajnie dobrzy. Bez aureoli nad głową lub na pokaz złożonymi do modlitwy dłońmi. Przed nami siedzi osoba, która wychowuje czwórkę dzieci, dwójkę adoptowanych i dwójkę biologicznych, w tym jedno z tych adoptowanych ma Zespół Downa, a drugie autyzm. Za chwilę złoży wniosek o adopcję piątego potomka. Sally spokojnie opowiada o tym, jak z początkowo obcych sobie ludzi powstaje rodzina. O tym, jak czasem zbiera karcące spojrzenia od osób trzecich, bo jedno z dzieci zaczyna histerycznie krzyczeć w miejscu publicznym. A ono tylko w jedyny znany mu sposób usiłuje wyrazić swoją frustrację... Mówi o trudnych dniach i tych lepszych. I o tym, że naprawdę warto. Wystarczy mieć otwarte serce.

Oglądamy 'My Life Story Book' jednego z adoptowanych dzieci. Nasze młode zjawią się w Piątej Chatce z taką właśnie książką. Z własną opowieścią od narodzin aż do... dokąd tylko będziemy chcieli ją snuć. Wkleimy tam zdjęcia, anegdoty, opiszemy ważne wydarzenia. Będą daty, rysunki, imiona. Wyjaśnienia kiedy, u kogo i dlaczego. Wszak życie jest opowieścią, prawda?
Rozczula mnie wpis o narodzinach małego adoptusia. Biologiczną mamę autor albumu nazwał "tummy mummy". Koduję. Tummy mummy, która w jakiś sposób przecież wkroczy w nasze życie, brzmi przyjaźnie dla dziecka. Nie ukrywam, że również i dla nas.

W przerwie na kawę Kate podchodzi do nas i w pierwszym zdaniu mówi o swoich  korzeniach. Uśmiechamy się. Świat naprawdę jest mały. Dowiadujemy się, że w całym kraju przybywa polskich dzieci czekających na adopcję. Przez głowę przemyka myśl, że może ktoś gdzieś, w jakichś pierwszych nieśmiałych i niepewnych planach przez ułamek sekundy zobaczył w nas potencjalnych rodziców konkretnej małej istoty. Lub dwóch istot. Na samo wyobrażenie dziejącego się poza nami matchingu przechodzą mnie dreszcze. Zastanawiam się, czy Kate może już wie. Albo czuje.
Fascynujące.
Nie sądziłam, że rodziny powstają również w ten sposób.

Później zostajemy podzieleni na cztery grupy. Wszystkie pary zostają rozłączone, lądujemy więc z Inżynierem w osobnych grupach. Mamy przygotować ogłoszenie o pracę dla rodzica, tworzymy więc listę umiejętności i cech osobowych idealnego kandydata na to stanowisko. "Cierpliwy, z poczuciem humoru, stabilny emocjonalnie, potrafiący gotować, sprawny, z prawem jazdy, dobry słuchacz, kreatywny..." Lista ciągnie się jak makaron.
- Czy ktoś taki w ogóle istnieje? - śmieje się jedna z uczestniczek szkolenia.
Później okazuje się, że dwie pozostałe grupy otrzymały inne zadania. Jedna pracowała nad listą potrzeb trzylatka, druga - nastolatka. Słuchamy ich, skreślając na naszej liście wszystko to, co możemy zaoferować, aby spełnić te potrzeby. Okazuje się, ze trzylatek i nastolatek potrzebują czegoś zupełnie innego, a jednak rodzic musi wykazać się dokładnie takim samym zestawem cech i umiejętności. Zmienia się jedynie kontekst sytuacyjny, w których musi z nich skorzystać. Co ciekawe, często jako rodzice będziemy mieć do zaoferowania więcej niż nam się może wydawać. Nie wszystko - bo nikt nie jest idealny - ale naprawdę dużo. A jeśli jest nas dwoje, istnieje duża szansa, ze razem podołamy większości zadań.

Ostatnie ćwiczenie ma nam uzmysłowić, na co się decydujemy.

Znacie Jenga? To taka gra, w której z drewnianych klocków buduje się wieżę, a następnie wyciąga z niej klocki, ustawiając je na górze budowli. Przegrywa oczywiście ten, kto wywróci wieżę.
Na bocznych ściankach naszych klocków widnieją zielone, czerwone, niebieskie, czarne i żółte napisy - miłość, przytulanie, kontakt wzrokowy, przyjaciele, wsparcie, przywiązanie i mnóstwo innych. Każda z części wież, które budujemy, ma inny kolor symbolizujący pewien etap rozwoju dziecka. I tak na przykład, podstawa wieży reprezentuje bobasa do sześciu miesięcy, jest zielona i zawiera klocki z przytulaniem, noszeniem, kontaktem wzrokowym, mlekiem i temu podobnymi potrzebami niemowlaka.
- Powiem wam teraz, czego najczęściej zabrakło dzieciom czekającym na adopcję - mówi jedna z prowadzących. - Wyjmijcie te klocki, o których będzie mowa. Jeśli istnieje ryzyko, że wieża się przewróci, wyciągnijcie inny klocek, ale koniecznie tego samego koloru.
Zaczynamy psuć nasze budowle. Na początku jest łatwo, potem musimy kombinować i zamieniać klocki, inaczej nasza konstrukcja już dawno poległaby jak długa. Wieża coraz bardziej przypomina chyboczące się marne rusztowanie niż cokolwiek innego. Stos odłożonych na bok klocków rośnie. Pracujemy w grupach zespołowo. W wyobraźni zaczynam widzieć, jak bardzo pokiereszowane muszą być dzieci czekające na nowy dom.
- Tak mniej więcej wygląda psychika dziecka, które do was trafi - słyszymy wreszcie.
W sali panuje cisza.
Prawdopodobnie wszyscy mamy w głowach tą samą myśl.
- Co by się stało, gdybyśmy wszystkie te wyjęte klocki położyli teraz na czubku waszych wież? - pyta prowadząca.
Proste. Konstrukcja upadnie.
- Widzicie więc, co może się stać, jeśli zechcecie zbyt gwałtownie zapewnić dziecku wszystko to, czego zabrakło mu we wczesnym dzieciństwie. Przytłoczycie go swoją miłością, dobrymi intencjami oraz oczekiwaniami. Dziecko nie będzie w stanie tego unieść.

Musimy więc uzbroić się w cierpliwość. Takt. Wyczucie czasu. Musimy odłożyć na bok te oczekiwania, które być może mielibyśmy w stosunku do nowonarodzonego potomka. Musimy zrozumieć, że wychowaniem i miłością naprawimy to, co naprawić się da, ale równocześnie zaakceptować to, co już na zawsze pozostanie nienaprawialne.

Na koniec spotkania wypełniamy ankietę oceniającą szkolenie. Dziękujemy dziewczynom prowadzącym spotkanie. Uśmiechamy się na do widzenia do innych uczestników szkolenia. Wsiadamy do samochodu i dziwimy się, że kto by pomyślał...

To był naprawdę dobrze spędzony czas.

Szkolenie adopcyjne, Stage 2

Dzień pierwszy

Ledwie żyję. Jest środek tygodnia, poprzedni weekend jeszcze nieodespany, za oknem ołowiane niebo.
Plącze mi się język, nie do końca wiem, czy wolałabym być teraz z Lucasami, czy jednak tutaj.
Grupa zdecydowanie mniejsza niż w dwa miesiące temu, ale wszystkie twarze znajome. Przyjazne.
Z trudem przełączam się na myślenie o budowaniu więzi.

W przerwie na kawę luźne pogawędki z innymi uczestnikami - kto i gdzie utknął na drodze do rodzicielstwa. Nie jesteśmy jedyni z naszymi historiami o absurdach działania pewnych instytucji. Jakoś człowiekowi raźniej, że nie plasuje się na ostatnich miejscach tego dziwacznego peletonu, w którym i tak nie ma jednego zwycięzcy. Ostatecznie wszyscy mamy wygrać, choć nikt z z nas nie ma jeszcze wyznaczonej daty panelu.

Po lunchu pracujemy w podgrupach. Patrzę na Stefano,  który wbija wzrok w folder trzymany na kolanach. Tak strasznie nie chce mu się udzielać w dyskusji, że aż rozśmiesza mnie ta jego widoczna jak na dłoni niechęć do tu i teraz. Mnie właściwie też rozbrajają ćwiczenia, w których musimy udowodnić, że potrafimy czytać ze zrozumieniem. Nie wiem już sama, czy to resztki nauczycielskiej mentalności - zakładam, że skoro coś jest oczywiste dla mnie, powinno być też jasne dla wszystkich po jednym przeczytaniu tekstu - czy może każdy z nas myśli w tym momencie o tym samym.

Przyjemnie jest posłuchać adopcyjnej mamy, mówiącej o swoich doświadczeniach. Różowo-szaro, z poczuciem humoru, z optymistyczną puentą.
Późnym popołudniem wskakujemy do Skorupki i przybijamy z Inżynierem piątkę. 1/3 za nami.

Dzień drugi

To zdecydowanie najlepszy dzień z trzydniowego maratonu.
Czuje, że rozmawia mi się zupełnie swobodnie, na tapecie temat przerabiany przez nas każdego dnia - odporność. Co ją buduje, jakie doświadczenia nas umacniają, jakie techniki przetrwania stosujemy w obliczu zmian i trudności. W podgrupie opowiadam o momencie rozpoczęcia pracy w Różowej - nowa praca była jedną z wielu zmian dziejących się w tamtym czasie, tuż obok nowego wszystkiego - mieszkania, środowiska, kraju, kultury, języka, ludzi... Przychodzi mi do głowy zaskakująca myśl, że jedyną stałą był wówczas moment, kiedy wracałam po pracy do domu, bo tam zawsze czekał na mnie Mąż Mój i Rudolf. Moje dwa solidne punkty odniesienia.
Kiedy nasze dziecko pojawi się w Piątej Chatce, będzie miało tych punktów odniesienia jeszcze mniej.

Kolejna adopcyjna mama. Najwyraźniej dzielenie się swoimi przeżyciami to domena kobiet. Znów różowo-szaro. Trochę bardziej emocjonalnie, jeszcze bardziej przemawiająco do wyobraźni. Choć nic mnie dotąd nie zaskoczyło, jest moment, kiedy uświadamiam sobie dobitnie, że adopcja to nigdy niekończący się proces. To coś, co będzie z nami już zawsze i nie skończy się w momencie ostatecznej rozprawy sądowej.

Docieramy do Piątej wykończeni. 
Dzień trzeci

Na spotkaniu pojawia się jeden z menedżerów adopcyjnego teamu. OmójBożeJakTenFacetLubiGadać! Pamiętamy go z sesji informacyjnej, ale nie posądzaliśmy o taką miłość do własnego głosu.

Jedna z uczestniczek szkolenia, instruktora tai-chi, wprowadza nas w techniki relaksacyjne, które mogą okazać się pomocne przy wyprowadzających nas z równowagi małych diabłach. Myślę o Charlie z Różowej i zastanawiam się, czy ktokolwiek jest w stanie nie oszaleć przy tym dziecku i czy tai-chi gwarantuje zdrowie psychiczne nawet przy takich istotach. Zamykamy oczy i ćwiczymy oddychanie. Jak zwykle przy takich okazjach włącza mi się głupawa rodem z podstawówki. Usilnie przekonuję samą siebie, że nie ma powodów do takiej dzikiej radości, ale z trudem udaje mi się nie wybuchnąć śmiechem. Modlę się o to, żeby zachować względną powagę. Zerkam na Inżyniera i Stefano i widzę, że oni też walczą.

Trzecia adopcyjna mama nie ułatwia niczego. Przedłuża swój własny słowotok nie zwracając uwagi na wiercących się na krzesłach głodnych i wykończonych ludzi. Trudno mi utrzymać umysł w trybie on. Wyłączam się i myślę tylko o herbacie.

Poruszamy sprawy chyba najważniejsze - budowanie tożsamości dziecka, kontakt z rodziną biologiczną, jak mówić o adopcji i kiedy. Jaką pomoc i wsparcie post-adopcyjne oferuje nasz region.
Omawiamy przypadek fikcyjnej Georginy, jej rodziny biologicznej, kłopotów z odnalezieniem własnego ja.

Dziewczyny prowadzące szkolenie dwoją się i troją, żeby podtrzymać ducha współpracy między uczestnikami, ale widać, że wszyscy mamy już dość. Nawet śmieszne papierowe ludziki, którym odrywamy różne części ciała z epitetami dotyczącymi naszej własnej tożsamości, nie są w stanie wykorzenić z głowy jednej myśli - jest sobota, a my chcemy do domu. Już nawet nie mamy siły żartować.
Wreszcie ocena szkolenia, adresy mailowe i głęboki westchnienia.
Bez wątpienia to wszystko było potrzebne.

Coraz bliżej końca.
Coraz bliżej początku.

O nadzwyczajnym znalezisku

Mąż Mój jest nie tylko fajnym mężem, ale przede wszystkim świetnym ojcem. Zaangażowanym, jakby to ładnie nazwano w związku, w którym kluczem do szczęścia jest partnerstwo. Takim, co to ugotuje córce kurczaka z warzywami, wyczyści jej uszy, popędzi po pieluchy, rozśmieszy, kiedy przeziębione dziecię marudzi i obejrzy z nią mecz, kiedy żona w tym czasie relasuje się w kąpieli zmywa naczynia. Aby jednak nikt nie pomyślał, że mam w domu faceta z aureolą nad głową, dodam, że przy tym wszystkim Inżynier sprytnie wręcza mi małą, kiedy ta bombarduje nozdrza zapachami z pieluchy, nie rozróżnia body od śpiochów, wciąż się dziwi, jak kobiety ogarniają pakowanie małego człowieka na całodniowe wyjście z domu i kompletnie nie wie, o której Fruzia je albo o której ostatnio jadła. Nie oszukujmy się jednak, żadne z nas nie jest wszystkowiedzące i wszystkorobiące. Ja na przykład od kilku miesięcy ściągam z poczty pay slipy i to zadanie jakoś wciąż wymyka mi się z rąk. Inżynier straszy, że za chwilę skończy mi się macierzyński, a wraz z nim dostęp do pracowego systemu i pay slipy szlag trafi. Nie mam też zielonego pojęcia, kiedy dostajemy rachunki, ile płacimy za wodę i prąd, ani który klucz jest do którego schowka. Ba, ja nawet nie wiem, co mamy w zamrażarce (jeśli nie ma w niej ciasta.) Tak się bowiem naturalnie i szczęśliwie ułożyło w naszym związku i domu, że już pierwszego dnia życia pod wspólnym dachem każdy chwycił za to, do czego było mu najbliżej (dlaczego akurat wtedy musiałam stać obok sedesu?!) i obowiązki rozdzieliły się same.

Co absolutnie nie oznacza, że czasem nie wyprowadzamy się nawzajem z równowagi swoją domową ignorancją.

Częściej jednak mamy powody do dobrej zabawy, kiedy jedno przypadkiem zaplącze się w działkę drugiego.

W miniony weekend Fruzia obudziła się przed szóstą. Po półgodzinnej próbie ululania jej do snu poddałam się i przekazałam ją Inżynierowi. Sama poszłam spać. Obudziłam się ponownie o 8.30. Cudowne uczucie. Mąż Mój stanął akurat w progu pokoju i oznajmił, żebym uważała przy wstawaniu, bo mała smerfuje między łóżkiem a ścianą.
- Założyłem jej czystą pieluchę i ubrałem - zameldował przy okazji.
Z ciekawości aż podniosłam głowę, a resztę ciała podparłam na łokciach. Próbowałam zerknąć na Fruzię, ale ta właśnie odkrywała podłóżkowy świat, więc zapytałam tylko:
- Tak? A w co ją ubrałeś?
Inżynier schylił się, aby pomóc małej się przesunąć.
- W ciuchy - oznajmił całkiem naturalnie i bez cienia ironii w głosie.
Po czym dodał jakby wyjaśniająco:
- W szafie znalazłem.

Widzicie? Człowiek uczy się przez całe życie.