O zarazkach i miłości w rodzeństwie

wtorek, listopada 03, 2015

Mamuśka Moja kocha psy, a odkąd mamy Rudolfa, najbardziej kocha kundle i labradory. Teoretycznie i praktycznie jest więc Rodzicielka zagorzałą zwolenniczką wychowywania dzieci w towarzystwie zwierzaków. Wiecie, maluch nauczy się miłości do fauny oraz dbania o żyjątko, nawiąże pierwszą przyjaźć, uodporni się na zarazki... Choć tego ostatniego argumentu Mamuśka nie lubi nadużywać.
- Rudolfie, przestań już ją lizać! - denerwuje się po drugiej stronie monitora, kiedy sesja pielęgnacyjna Fruzinowego policzka przez psi jęzor trwa o trzy sekundy za długo jak na Mamuśkowe standardy.
- A ty przestać mu na to pozwalać! - dostaje się i mnie.
- Ale Mamuśko, zaraz ją wytrę - bronię się słabo. - Poza tym przecież widzisz, że ona się tego domaga.
Prawdę mówię. Niech no tylko morda Rudolfa znajdzie się w jej zasięgu, a już dziecię nadstawia policzek, mruży rozkosznie oczy i trwa w oczekiwaniu na wybuch czułości ze strony sierściucha. Jak mogę im tego zabronić? Albo, co o wiele trudniejsze, jak zapobiec? Kiedy Fruzia była ciut młodsza, ja byłam ciut ostrożniejsza, wszak sterylne butelki, smoczki, a zatem i wnętrzności dzieciny do czegoś zobowiązywały, ale teraz? Jak niby miałabym to uczynić, kiedy ona jest wszędzie, a on często za nią / przy niej / nad nią...
- Mamuśko, z niego tak się sypie sierść, że pomyśl tylko, ile ona musiała już jej połknąć... - próbuję zobrazować Mamie bezsens ewentualnych wysiłków ochrony Fruzi przed zarazkami. - A Wielka Szwagierka mówi, że psie jęzory mają właściwości lecznicze. Poza sezonem na zdechłe zające oczywiście.
Rodzicielka krzywi się zniesmaczona i wzdycha z rezygnacją.
Odległość wiąże jej ręce.
A moje i tak są związane, mimo że jestem tak blisko.

Kochają się, to pewne. (Ciekawe, jak długo, bo przecież wiadomo, że to będzie burzliwy związek.) W piątek wkroczyliśmy w etap karmienia. To znaczy Fruzia karmi Rudolfa, nie odwrotnie.

Ustawiłam wózek na progu między przedpokojem a kuchnią, w wózku posadziłam dziecię i wręczyłam jej chrupka. Sama musiałam uporać się z rozbitą na podłodze szklanką. Rudolf usiłował dostać się do kuchni, ale z obawy, że pokaleczy sobie poduszki łap zablokowałam mu wózkiem drogę. Wszyscy bezpieczni, mogę sprzątać. Kiedy po minucie podniosłam wzrok na Fruzię, ta właśnie dzieliła się swoim posiłkiem z sierściuchem. Wiecznie nienasycony Rudolf zdołał wetknąć łeb między brykę a framugę na tyle, aby wyżebrać od młodszej siostry żarcie, nie był jednak aż tak sprytny i szybki, żeby zdążyć wyjąć z zaciśniętej dłoni Fruzi drugą połowę wymemłanego chrupka.
- Rudolfie, zostaw ją w spokoju - powiedziałam bardziej dla przyzwoitości niż w jakimkolwiek innym celu. - A ty, córko, przestać go karmić. To miała być twoja przekąska.
Przestała, owszem. Poluzowała pięść i włożyła sobie resztę chrupka do buzi. Razem z całym zastępem Rudolfowych zarazków i bakterii.
Następnym razem zastanów się, matko, o co prosisz.

Dopełnieniem ich miłości stał się nieoczekiwanie kojec.

Zaledwie tydzień temu oznajmiłam Inżynierowi, że musimy mieć takowy w salonie, choćby tylko po to, żebym spokojnie mogła pójść do kuchni zrobić sobie herbatę, nie nasłuchując, czy Fruzia w drugim końcu mieszkania wciąż jeszcze nie opuściła samowolnie łóżeczka. Z fotelika już raz się sama wypięła, prawdopodobnie przypadkowo, ale przypadki dość często chodzą po Fruzi, z kolei wózek nadaje się na spacery, podczas których kontroluję (zazwyczaj), co czyni dziecię, zaś w domu ufam mu tylko w czasie drzemek. Kojec, kojec, kojec, mantrowałam więc pod nosem, przeczesując ebaya.

Przyjechał w niedzielę. Fantastycznie przestronny, z okienkiem zapinanym na suwak tylko od zewnętrznej strony, z dachem na zbyt słoneczne / zbyt deszczowe dni. Re-we-la-cyj-ny ().
Fruzia przez chwilę nie wiedziała, co się dzieje, kiedy ją w nim umieściliśmy, ale Rudolf dostał ekstazy natychmiast. Czego w zasadzie można było się spodziewać. Po kilku minutach szaleli już oboje - ona w środku, on na zewnątrz. Ona przykładała twarz do siatkowej ścianki, on usiłował ją przez nią lizać. Ona próbowała złapać go za nos, on tym nosem chciał przebić dziurę, by dostać się do niej. Niczym kochankowie z Werony szukający drogi do ukochanej osoby, choć to przecież brat i siostra. Otworzyłam więc okienko, żeby mogli się sobą nacieszyć. Rudolf znów został ekstazy, odczytując to jako zaproszenie do wewnątrz, ale szybko wyperswadowałam mu takie pomysły z głowy. Pozwoliłam mu jedynie na umoszczenie łba obok zadowolonej Fruzi, wciąż siedzącej w kojcu. Wyglądali komicznie. I znów było słodko - ona łapała go za wąsy, on cierpliwie znosił jej 'czułości'. Ona pacnęła go w nos raz i drugi, on odpłacił się maseczką z jęzora na twarz. (Matka natomiast latała wokół nich i nad nimi z aparatem.)

Patrzę tak na nich i zastanawiam się, które pierwsze zarządzi odwrót. Brytusia z doświadczenia twierdzi, że Rudolf i ja jej wierzę, choć trafić za Rudolfem lub Fruzią jest doprawdy trudno. Jedno natomiast jest pewne - jeszcze wiele sierści zleci z Rudolfa, zanim ta dwójka stworzy zgodne, harmonijne i kochające się dojrzałą miłością rodzeństwo...

You Might Also Like

14 komentarze

  1. Świetnie jest móc przeczytać post zdroworozsądkowego rodzica. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ;-) Z tym zdrowym rozsądkiem to jest tak, że jak masz dziecko + psa, to masz trzy opcje: 1. zachowasz ten rozsądek albo 2. wyrzucisz z domu psa / 3. wyrzucisz dziecko. Ewentualnie oszalejesz, ale to w sumie żadna opcja;-)

      Usuń
    2. Podejrzewam, że szaleństwo staje się opcją, gdy ma się np. 2 psy i 6 kotów, ale czy rzeczywiście tak jest, powiem Ci gdy sprawdzę. :P

      Usuń
    3. Koniecznie daj znac, bo ja bym chciala jeszcze jednego Rudolfa i znacznie wiecej dzieci;-)

      Usuń
    4. Założę się, że Ty szybciej dorobisz się jeszcze jednego Rudolfa i/lub jeszcze jednego dziecka, nim ja sprawdzę kwestie szaleństwa, bo póki co nawet potencjalnego ojca brakuje w mojej układance, a wiatropylna niestety nie jestem. :P Pamiętam za to, jak pod opieką miałam wówczas rocznego synka koleżanki, i tak się zaprzyjaźnił z moim kotem, że razem spali w łóżeczku, razem ganiali się po podłodze, a nawet jedli na spółę kajzerkę. ;)
      Obrzydliwie słodki to widok. :)

      Usuń
    5. E tam, w zyciu nigdy nic nie wiadomo. U nas byl potencjalny ojciec, potencjalna matka i ochota na potencjalne dzieci, a te ostatnie (a w zasadzie to jedno jedyne jak dotad), pojawilo sie prawie 6 lat pozniej. Takze ten;-)
      Ale ze kot taki czuly byc potrafi, to bym nie pomyslala! Malo wiem o zyciu...:-)

      Usuń
    6. Sama go też o takie czułości w życiu bym nie podejrzewa, bo wygląda jak Hitler i tak samo na co dzień się zachowuje - kot znaczy się. :P
      Także ten... Człowiek uczy się przez całe życie ;)

      Usuń
  2. To się nazywa prawdziwa miłość ☺

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawe, czy nas tak kochają jak siebie nawzajem;-)

      Usuń
  3. Zarazki są jak wiadomo wszędzie, więc dziecka zwyczajnie nie da się wychować w warunkach laboratoryjno-sterylnych (jak niektórzy zwolennicy wszechobecnej dezynfekcji usiłują). Ja jestem zdecydowanie za wychowaniem w towarzystwie zwierząt - niech się nawet czasami maluszek tej sierści niechcący naje albo maseczkę z psiego jęzora na twarz nałoży, ale za to jak się uwrażliwi, jak dzielić nauczy, jak swoich "braci mniejszych" dzięki temu pokocha ! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, dokładnie tak. Ja też tak myślę i Mamuśka Moja w gruncie rzeczy też. Tylko czasem nie ma już siły patrzeć na te ich czułości... (Albo zazdrosna jest?)

      Usuń
  4. O tak, ja też jestem przeciwnikiem przesadnej sterylności. Dzieci w takowej chowane są częściej chore. To oczywiście moja teoria, ale myślę, że dobra jak każda inna:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To też bardzo wygodna teoria, bo mój dom daleki jest od sterylności. Co tam sterylności, do zwykłego, przyzwoitego porządku mu daleko! (Wyjątek: wizyty z agencji adopcyjnej;-)) Ale tłumaczę sobie, że przecież dziecko odporności musi nabrać...;-)

      Usuń
  5. Dopóki fruzia będzie rządzić zarciem, Rudolf nie zarządził odwrotu ☺

    OdpowiedzUsuń