O tym, co wspólne

środa, listopada 18, 2015

Przez kilka pierwszych miesięcy życia z Fruzią mieliśmy z Inżynierem nocną schizę. Nie wiem, skąd nam się to wzięło, być może od czytania tych wszystkich podręczników rodziny zastępczej, którą przez chwilę byliśmy, a może samoistny instynkt opiekuńczy nam się włączył i strach przed uszkodzeniem Fruzi zawładnął naszą podświadomością. Bez względu na przyczynę, od doby numer jeden do mniej więcej siódmego miesiąca życia Fruzi każdej nocy zrywaliśmy się z łóżka - tylko jedno z nas, oboje lub na przemian - i w panice oraz w półśnie zaczynaliśmy przeszukiwać pościel w poszukiwaniu zagubionej córki. Straszne to było, bo tych kilkanaście sekund, zanim umysł zupełnie się rozbudził i zrozumiał, że malutka spokojnie śpi w łóżeczku, to był koszmarny strach, że coś jej się stało. Czasem to drugie z nas również się budziło i uspokajało szalejącego współspacza, ale czasem trzeba było poradzić sobie z paniką samemu.

Dlatego nigdy, absolutnie nigdy Fruzia nie spała z nami w naszym łóżku. Od początku wiedzieliśmy, że żadne z nas na takim spaniu nie skorzysta.

Zresztą, mówiąc szczerze, nasza córka to typ, który lubi autonomię. Również w czasie spania. Przez kilka pierwszych tygodni owszem, zasypiała nam na ręku i potrafiła przespać tak całą popołudniową drzemkę, ale im starsza była, tym bardziej żądała przestrzeni. W pewnym momencie nawet kołysanie na ręku przed wieczornym spaniem ją drażniło. Najlepiej jej było w łóżeczku. Nie czuję też, że straciliśmy coś z bliskości, bo lulanie do snu to wciąż skomplikowany proces najpierw dzikich łaskotek (to Inżynier), a potem głaskania po włoskach i drapania po pleckach (to ja). Czasem zastanawiam się, jak długo jeszcze wytrzyma mój ciężar barierka łóżeczka. Wciąż jeszcze wstajemy w nocy - podać smoczka, pogłaskać, przykryć, czasem od nowa utulić do snu rozbrykaną małolatę, ale generalnie Fruzia elegancko przesypia całe nocki.

Wczoraj wieczorem obudziła się z krzykiem zaledwie dwie godziny od położenia jej spać. Nie wiem, co ją tak wybiło ze snu - szalejąca za oknem wichura, zły sen, a może rączka jej zdrętwiała od tych dziwnych pozycji, które przybiera... Krzyczała tak głośno, że aż oboje się wystraszyliśmy, przez chwilę w ogóle nie można jej było uspokoić. Wzięłam ją więc do naszej sypialni, położyłam na łóżku, przytuliłam i zaczęłam głaskać. Fruzia powolutku zaczęła się uspokajać. Właściwie ona nawet się nie rozbudziła do końca, nawet kiedy krzyczała, to jakby przez sen. Ostatecznie po kilku minutach oddychała spokojnie, czasem tylko wzdychając głęboko.

Taki mały rarytas mi się trafił niechcący. Leżenie obok śpiącej córeczki.

Pomyślałam wtedy najpierw, że dzieci są takie bezbronne. A potem o wszystkich tych matkach na całym świecie, które właśnie wtedy, w tamtym momencie tuliły swoje płaczące dzieci. Te wybudzone przez jakiś zły sen. Te z kolkami, zatkanymi noskami i wysoką gorączką. Maluchy zdrowe i chore. Te w domach, szpitalach i pod gołym niebem. Te płaczące tak trochę, bo zaraz i tak zasną, jak Fruzia, i te rozpaczające tak, że serce się kroi, a bezsilność oplata tulącą matkę jak bluszcz. Te płaczące ze strachu przed ogromem okrucieństwa, którego nie mogą pojąć. Pomyślałam o tych dzieciach, których nie ma kto przytulić. I jestem pewna, że każda kochająca swoje dzieci mama też czasem o nich myśli.

Tyle nas łączy. Nas, ludzi, którzy znają się z widzenia lub nie znają się wcale, a mijają się codziennie na ulicy. Ludzi, którzy nie mają szansy na poznanie się w tym życiu, bo stąpają po dwóch różnych krańcach ziemi.

Tyle nas łączy. Pozytywnego, dobrego, smutnego, tragicznego. Moglibyśmy być dla siebie ogromną podporą, gdybyśmy tylko zechcieli.

I dlatego nie rozumiem, dlaczego wciąż skupiamy się na tym, co nas dzieli.

You Might Also Like

8 komentarze

  1. Tulilysmy w tym samym momencie ...

    OdpowiedzUsuń
  2. Pięknie zakończyłaś ten post :) Bardzo refleksyjnie się zrobiło.

    OdpowiedzUsuń
  3. Odnośnie spania: Bąbel też z tych lubiących autonomię i przyzwyczajonych do własnego łóżeczka - co oczywiście nie oznacza, że zasypia w nim zupełnie sam, bez naszej pomocy, bezproblemowo i bez przedłużających się w nieskończoność wieczornych rytuałów, łaskotek, drapanek i kołysanek (które, nawiasem mówiąc, bardzo wszyscy lubimy) :)

    Druga część wpisu mnie walnęła. Bo tak właśnie jest - i sama mam tendencję do skupiania się jednak bardziej na tych podziałach niż na tym, co łączy...Dumna z tego nie jestem, ale czasami to po prostu silniejsze ode mnie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, ja też nie jestem święta, nikt nie jest. Niedawno oglądałam z Mężem program Tomasza Lisa i wśród gości było dwóch młodych polityków. Tak strasznie się wymądrzali, taka arogancja z nich biła, że zwyczajnie aż sie we mnie gotowało. Nie mogłabym żyć obok kogoś takiego i nie sądzę, żebym łatwo przyszło mi znalezienie rzecz, które mnie łączą z tymi panami. Dlatego napisałam "my". My skupiamy się na tym, co nas dzieli. Jedni więcej, inni mniej, jeszcze inni prawie wcale. Tych ostatnich powinno być najwięcej.

      Usuń
  4. Litermatko, piękne to,,co napisałaś:*

    OdpowiedzUsuń
  5. Też tuliłam. Zdrowiejącego właśnie.
    Taki wpis to jak ręka wyciągnięta w naszą stronę ciepła przyjazna dłoń.
    Też wyciągam więc ;)

    OdpowiedzUsuń