O spacerze (i trochę o kupie)

czwartek, listopada 12, 2015

Nareszcie! Po tygodniu deszczu, wiatru i ciężkich jak ołów chmur wyszło słońce. Na chwilę tylko, ale nie czepiajmy się szczegółów. Kraina Deszczu tak mnie wytresowała, że kiedy w środku dnia w listopadzie (oraz w grudniu, styczniu, lutym, marcu, kwietniu...) w Piątej Chatce nie trzeba włączać światła przy odsłoniętych roletach, to znaczy, że oto jest dzień, który dał nam Pan! Albo przynajmniej chwila, którą dał nam Pan. I trzeba się spieszyć.
- Rudolfie, poznaj gest pani - oświadczyłam sierściuchowi radośnie. - Pójdziesz z nami do parku.
Gest polegał na tym, że park (zwany szumnie przez tubylców lasem, ekhm) to miejsce publiczne, a wiadomo, że ja+wózek z Fruzią+Rudolf to mieszanka zbyt nieprzewidywalna, żebyśmy mogli w tej przestrzeni zakłócać angielski spokój. Łazimy więc zwykle w miejsca trochę mniej publiczne, gdzie Rudolf może się wyhasać bez smyczy albo wałęsamy się osiedlowymi uliczkami z uwiązanym sierściuchem, jednakże mało w tym polotu, szczególnie z perspektywy Rudego. Dopiero wieczorami oraz w weekendy, kiedy nadchodzą posiłki w osobie Inżyniera, Rudolf zaznaje raju. Tym razem jednak słońce mnie zaćmiło i uznałam, że ja sama, ja sama.

Już po kilkudziesięciu metrach klęłam na Rudolfa jak szewc. Sierściuch nie załatwi się na ulicy ani chodniku, ale już na pierwszym z brzegu trawniku przed domem przypadkowych ludzi to i owszem. Zastopowałam wózek, zablokowałam koła, wyciągnęłam woreczek do zgarnięcia psiej kupy. Rudolf oczywiście wciąż na smyczy, bo obok ulica. Zbieram kupę, Rudolf zaczyna sprzątać równocześnie ze mną, czyli kupa - na szczęście liści! - leci na mnie. Felerny woreczek rozrywa się i psie odchody znów lądują na trawniku. Próbuję je zebrać w porwaną folię (jak to dobrze, że mam Fruzine chusteczki nawilżające!, myślę), a tymczasem Rudolfa wzywają zapachy i ciągnie mnie w głąb trawnika.
- Kurwa, Rudolfie, stój! - syczę przez zęby.
Nie przeklinaj przy dziecku znów poszło się paść na łące, choć najczęściej się udaje.
Fruzia w tym czasie patrzy na nasze wyczyny z wyraźnym zainteresowaniem.
Dobrze, udało się, kupa w worku. Lokalizuję wzrokiem śmietnik. 15 metrów. Mamy do przejścia zaledwie 15 metrów.
- Fruziu kochana, mama tylko to wyrzuci i już do ciebie wraca - mówię do małej.
Fruzia nie ma nic przeciwko.
Robię dwa kroki i ledwie uchodzę z życiem, bo Rudolf nie dość, że zrobił nagły zwrot, to jeszcze zaplątał się w smycz, a przy okazji mnie.
- Czyś ty rozum postradał?! - warczę na psiura. - Jeśli masz zamiar tak się zachowywać, to lepiej wróćmy do domu!
Ten patrzy na mnie z przepraszającą miną. Serio, psy to potrafią. Rozmiękczanie ludzkich serc na zawołanie. Więc mięknę.
- Rudolfie, proszę cię, bądź normalny, muszę pozbyć się tego twojego gówna! - mówię już całkiem spokojnie i przyjaźnie. Zastanawiam się też, jak dobrą scenkę rodzajową stanowimy dla przechodniów. Nielicznych, na szczęście.
Chwilę później kontynuujemy spacer, choć sierściuch wciąż podekcytowany jest wędrówką w miejscu publicznym, więc co kilka kroków muszę poskramiać jego dzikie zapędy do poznawania okolicznych ogródków.

Czy teraz już wszyscy rozumieją, dlaczego ja+wózek z Fruzią+Rudolf w takich miejscach to doprawdy świąteczny widok?

W parku było jednak cudownie. Koła wózka tonęły w dywanie jesiennych liści, Fruzia babuliła po swojemu, ja opowiadałam jej o drzewach, na których się nie znam, Rudolf hasał.
- Porzucamy Rudemu patyki? - zapytałam w końcu córkę.
Fruzina popatrzyła na mnie z zainteresowaniem.
Znaczy - jasne, mamo!
Schyliłam się po pierwszego lepszego badyla. Pies natychmiast  był przy mnie.

To trzeba było zobaczyć na własne oczy. Żałuję, że wybrałam się na ten spacer bez telefonu lub aparatu.

Fruzia uśmiechnęła się już na sam widok podnoszonego przeze mnie patyka. Na widok skaczącego Rudolfa, parsknęła. A kiedy zobaczyła go biegnącego dziko za badylem, dosłownie wybuchnęła śmiechem. Nie zdziwiło mnie to, bo Fruzię bardzo łatwo rozśmieszyć, a wszystko, co dotyczy Rudolfa, rozbawia ją najbardziej. Ale nigdy nie widziałam czegoś takiego. Mała zaczęła zanosić się śmiechem, dosłownie trzęsła się w wózku i razem z wózkiem. Śmiała się w głos, tak perliście, radośnie i szczerze jak tylko bejbiki potrafią. Nie mogła się uspokoić, widziałam, że chce złapać oddech, zatrzymać się w tym szaleństwie, ale to było silniejsze od niej, więc łzy zaczęły płynąć jej po twarzy strumieniem. Fruzia popłakała się ze śmiechu!

Patrzyłam na nią, rzucałam te badyle i sama śmiałam się w głos. Tam, w parku i całą drogę powrotną. I jeszcze trochę w domu.

Mam dziecko jak z reklamy pieluch.

You Might Also Like

14 komentarze

  1. Odpowiedzi
    1. Śmiałaś się pewnie razem z Fruzią;-)

      Usuń
  2. Gdy miałam tylko jednego psa - nie bagatela 47 kilogramowego, sięgającego do połowy uda, włochatego nieokrzesańca - też wpadłam na jakże genialny pomysł zabrania go na spacer razem z synem koleżanki, który oczywiście miał w inwentarzu wózek. ;)
    To był najtrudniejszy spacer jaki kiedykolwiek odbyłam, więc doskonale rozumiem Twój ból. :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 47 kg? Mnie się zawsze wydaje, że Rudolf jest duży, a waży jakieś 34:-)

      Usuń
  3. A tak w ogóle to wyobraziłam was sobie w tym parku, w otoczeniu kolorowych liści, gdy rzucasz Rudolfowi patyki, a mała chichocze, i... Jakoś tak ciepło na sercu się zrobiło. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. 😂 tez się popłakałam jak to sobie wyobraziłam

    OdpowiedzUsuń
  5. :-))) Psy są wspaniałymi nianiami dla dzieci. A opowieść rozgrzewająca.:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak właśnie się zastanawiam (po przeczytaniu jednego posta Takiej Sobie Matki) nad wykorzystaniem Rudolfa do prawdziwego niańczenia... Zastanawiam się, kto byłby bardziej wykończony po takiej sesji, on czy Fruzia:-)

      Usuń
  6. Chce mi się płakać...Trochę ze śmiechu, jak Fruzi, a trochę ze wzruszenia...No nieważne, czy na wesoło, czy na smutno - chyba po prostu popłaczę sobie przy tym poście :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że jednak było na wesoło. W listopadzie się przyda:-)

      Usuń
  7. Myślę, że na "wózkowych spacerach" wyglądamy podobnie:-), ja zawsze staram się naszą labkę zabrać bo z jej adhd trzeba ją trochę poruszać i wymęczyć, a sama do ogrodu nie chce chodzić, bez towarzystwa nie widzi w tym sensu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No Rudolf to samo - na swój kawałek trawnika jedynie z towarzystwem! Co tylko potwierdza regułę, że laby to naprawdę towarzyskie zwierzęta:)

      Usuń