O pierwszym Halloween Fruzi

poniedziałek, listopada 02, 2015

Kochana Córeczko,

Powinnaś przyzwyczajać się do faktu, że Twoi starzy zawsze dadzą w czymś ciała. W ramach rekompensaty oferujemy jednak dobrą zabawę, więc może nie uznasz nas za największą wtopę swojego życia.

Otóż, w swoje pierwsze Halloween nie stałaś nawet kilometr od prawdziwej dyni. Winą za tę skandaliczną sytuację można obarczyć naszą imigracyjną i, co istotne, dotąd bezdzietną (nie)świadomość. Nikt nam nie powiedział, że zapasy dyni kończą się w Krainie Deszczu na tydzień przed Halloween. 

Nie poszłaś na żadną imprezę. Nie jadłaś cukierków ani żadnych snacków, których i tak nie potrafilibyśmy nazwać.

A jedyny strój, który znalazłam w Twojej garderobie, a który w założeniu miał być przerażający, to czarne spodnie dzwony. W tych dzwonach wyglądałaś raczej porażająco zabawnie, szczególnie kiedy od góry do dołu oblepione były sierścią Rudolfa od Waszego tarzania się po podłodze...

Wybacz. 

Na pocieszenie powiem Ci, że atmosfera wcale nie upadła. Z pomocą przyszedł Rudolf Kosmita, świecący w ciemnościach swoją najnowszą obrożą. Zaprawdę powiadam Ci, Fruziu, teraz mogę czytać przy nim książki o północy w ciemnym lesie. 
Żółw od Wielkiej Cioci też nie zawiódł. Zorganizował Ci gwiazdy i księżyc na Twoim własnym niebie w Twoim własnym pokoju. Czasem niebo było zielone, czasem niebieskie, zdarzało się też pomarańczowe. Pięknie wyglądałaś na jego tle. 
Polowanie na dynię, mimo że papierową, też sprawiło Ci sporo frajdy. Matka Twoja wspięła się na wyżyny swych artystycznych zdolności, wycinając ją dla Ciebie z podprowadzonego z Różowej Chmurki kolorowego bristolu. Tak bardzo to doceniłaś, że z rozpędu postanowiłaś ją zjeść. Dynię znaczy, nie matkę. Wypluwając jeno zielony ogonek. 
Ojciec Twój, jak na prawdziwego obrońcę rodziny przystało, ujarzmiał w tym czasie paradę małych czarownic, duchów i kościotrupów w drzwiach Piątej Chatki. Nie było łatwo, oj nie. W krytycznym momencie oznajmił, że skończyły nam się słodycze i teraz dopiero będzie musiał stoczyć prawdziwą walkę o bezpieczeństwo naszego domostwa. Nie byłby jednak Inżynierem, gdyby źle rozliczył garście. Skończyły się słodycze, a jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki skończyła się też parada. 

Nie było więc źle, Fruziu. Ostatecznie zasnęłaś całkiem ukontentowana. (Mama wskoczyła wtedy w strój czarownicy sprezentowany jej przez tatę, ale to już jest temat na zupełnie inny list. Napiszę go za jakieś 18 lat, dobrze?)

Całuję,
Mama

You Might Also Like

6 komentarze

  1. Tata Fruzi zdaje się mieć niebanalny sposób obchodzenia Halloween;) Nie chciałabym za bardzo zerkać przez dziurkę od klucza, by nie dostać w oko śrubokrętem, ale coś mi się wydaje, że on także zasnął wielce ukontentowany :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zasnął tak ukontentowany, że gdyby następnego dnia musiał iść do pracy, z pewnością by zaspał albo wziął urlop na żądanie;-)

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. Każda z nas ma w sobie coś z wariatki, ha ha!;-)

      Usuń
  3. No fajny Halołin ;) Impreza niezapomniana na pewno! ;)

    OdpowiedzUsuń