Fruzia - odsłona dziewiąta

niedziela, listopada 29, 2015

Ma swoje zdanie na wiele tematów, choć wygłasza je tylko wtedy, kiedy ma na to ochotę. Najczęściej twierdzi, że bababa, w chwilach rozpaczy, że mememe, a kiedy wydaje jej się, że nikt nie słyszy, strzeli przypadkową mieszanką sylab, a my w zdumieniu łapiemy się za głowy. Zdrowy rozsądek podpowiada, że to niemożliwe, aby Fruzia świadomie wyartykułowała właśnie chyba, może oraz RudolfChodź, niemniej jednak wrażenie jest piorunujące i pozostawia na człowieku stojące na baczność owłosienie, bo-jak-to-tak-bez-ostrzeżenia-nagle-zacząć-kombinować-z-językiem.

Maniery ma z pewnością po Drugiej Babci, która nawet w angielskim sklepie z godnością mówi po polsku 'dzień dobry' i 'do widzenia', a w godzinach szczytu to nawet 'thank' oraz 'you' w odstępie kilku sekund. Fruzia doszła do wniosku, że jest już na tyle dojrzała, że wypadałoby zacząć ćwiczyć królewskie pozdrowienia dłonią. Trenuje więc papa na dzień dobry, papa na do widzenia oraz papa w samym środku konwersacji, na wypadek gdyby ktoś zapomniał, że już potrafi. Równie często i radośnie podzieli się ciastkiem ryżowym (nie tylko z Rudolfem), aktualnie memłaną w buzi książeczką oraz smoczkiem. Ciekawe, jak długo jeszcze, zanim wejdziemy w fazę niejakiej Edie. Fazę I-me-mine.

Kiedy człowiek się zapomni i zostawi lekko tylko odpięte wejście do kojca, Fruzia natychmiast korzysta z okazji i zwiewa. Tak długo majstruje przy zamku błyskawicznym, aż odsunie cały dół okienka, czyli akurat tyle, żeby przecisnąć najpierw głowę, a potem resztę ciałka przez uchyloną siatkę. Wygląda to trochę tak, jakby wydostawała się z kokonu. Jej pierwsza ucieczka była zupełnie bezszelestna- staliśmy z Inżynierem w kuchni, sądząc, że dziecię nasze spokojnie bawi się w kojcu, ale nagle zaniepokoiła nas podejrzana cisza w salonie. Wyjrzałam z kuchni i zastałam zadowoloną Fruzię w drodze do nas. Towarzystwa jej się zachciało.

Do radosnego podekscytowania każdą sesją na skypie (oraz równie radosnego rozłączania rozmów) dołączyły ataki szału, jeśli zabroni się jej walenia łapkami w klawiaturę. Stanowczo mówi też 'łeeeeeee!', kiedy próbuję karmić ją łyżką, a ona ma akurat ochotę na BLW.
- Masz. Proszę bardzo - powiedziałam kiedyś ze stoickim spokojem, kiedy postanowiła, że zje zupę sama. Palcami.
Podetknęłam jej miseczkę pod nos. Fruzia, zadowolona, że postawiła na swoim, chwyciła zupę w garść (a raczej tak jej się tylko wydawało), po czym wpakowała sobie taką ubabraną na dyniowo pięść do buzi. Szybko zorientowała się jednak, że tym sposobem nadal jest głodna i łaskawie postanowiła przeprosić się z łyżką.

Bo wciąż kocha jeść. Nawet pianę z kąpieli.

Poczyniła pierwsze, w pełni samodzielne próby pionizacji. Raz w łóżeczku, co spowodowało natychmiastowe obniżenie materaca do poziomu parteru, kolejny raz przy pudełku z książkami. Pewnie nie zdążę zrobić zdjęcia, pomyślałam, podrywając się do biegu po aparat. Zdążyłam zrobić trzy - Fruzia na kolanach, Fruzia stojąca w półzgięciu oraz Fruzia niemal wyprostowana. Wciąż twardo trzymająca się pudełka. Czwartej fotki, kiedy pudełko ugięło się pod jej ciężarem i razem z nim mała runęła w dół, kręcąc jeszcze dwie przewijki w bok, nie miałam serca robić... ;-)

Namiętnie eksploruje wszystkie powierzchnie płaskie i niepłaskie, każdy kąt, zakamarek i szczelinę. Mąż Mój nazywa to smerfowaniem. Stąd na jej twarzy coraz więcej rys, zadrapań i siniaków. Rzęsiste łzy po każdym takim doświadczeniu nie powstrzymują jej oczywiście przed następną wyprawą w nieznane po mieszkaniu. Uwielbia przewracać kosz w łazience i wciąż próbuje dostać się do kuchni, czyli na teren zakazany. Mamy długą, ale bardzo wąską kuchnię, pełzający bejbik to w takiej sytuacji niezbyt szczęśliwy pomysł. Zwykle Inżynier łapie ją w progu, podnosi do góry i tłumaczy, że to jest granica jej bejbikowej wolności. Mała cieszy się wtedy bardzo, a odniesiona do salonu oczywiście za chwilę znów obiera wiadomy kurs. Chyba pora pomyśleć o psiej bramce między kuchnią a przedpokojem. Bramce dla Fruzi, nie dla Rudolfa.

Ma niesamowite wyczucie czasu w swoich komentarzach do rzeczywistości - potrafi wybuchnąć śmiechem, kiedy żartujemy, przeciągle beknąć, kiedy rozprawiamy o tym, jak się rozbestwiła albo prychnąć bąblami śliny, kiedy się z czymś nie zgadza.

Zaprawdę powiadam Wam, te małe Tasmany rozumieją więcej niż nam się wszystkim wydaje...

You Might Also Like

0 komentarze