Adopcja w UK (5): Stage 1 & Stage 2

piątek, listopada 20, 2015

Wymagania dla kandydatów (klik) na rodziców adopcyjnych w całym UK są takie same. Proces adopcyjny właściwie też, choć z tego co doczytałam, w Północnej Irlandii wciąż jeszcze wygląda to inaczej. W ciągu ostatnich lat wiele zmian zostało wprowadzonych do procesu adopcyjnego w Anglii, Walii oraz Szkocji, procedury zostały skrócone na korzyść przyszłych adoptersów, a co za tym idzie - dzieci, choć z pewnością są jakieś drobne różnice, o których nie wiem. Pamiętajcie więc, proszę, że z własnego doświadczenia opowiadam o tym, jak to wygląda w Anglii.

Proces adopcyjny w Anglii, Szkocji oraz Walii składa się z dwóch etapów: 

- Stage 1 - pre-assessment, czyli zbieranie dokumentacji, DBS, ocena stanu zdrowia, referencje, pet assessment oraz szkolenie. Ten etap powinien zamknąć się w dwóch miesiącach.

- Stage 2 - assessment - to ocena kandydatów pod względem ich zdolności do rodzicielstwa. W praktyce oznacza to niekończące się rozmowy o wszystkim, home study (zadania domowe!) oraz kolejne szkolenie. Na tym etapie wasz social worker będzie przygotowywał PAR (Prospective Adopters' Report), a ponieważ jest to naprawdę kosmiczna praca (a sam dokument długi i nudny jak flaki z olejem), przygotujcie się na tonę powtarzających się pytań. Ten etap powinien być zamknięty w ciągu czterech miesięcy.

Każdy z tych etapów rozpoczyna się podpisaniem swego rodzaju umowy (Stage One Agreement & Assessment Plan), która określa zadania każdej ze stron - agencji oraz kandydatów na adoptersów. Pomiędzy Stage 1 i Stage 2 możecie sobie zrobić przerwę, maksymalnie do 6 miesięcy.

Odmowa kontynuacji procesu 

Jeśli agencja z jakichś powodów nie zdecyduje się kontynuować procesu po pierwszym etapie, musicie otrzymać tę decyzję na piśmie wraz z przyczynami odmowy. Jeżeli nie zgadzacie się z nimi, możecie rozważyć złożenie zażalenia bezpośrednio do agencji. Jest też opcja rozpoczęcia wszystkiego od nowa w innej agencji.

Jeśli agencja odmówi współpracy po drugim etapie, a więc uzna, że nie może was rekomendować do spotkania z panelem ekspertów, wieńczącego proces adopcyjny, możecie odwołać się do IRM (Independent Review Mechanism). 

Warto wiedzieć

- Po Initial Assessment Visit, czyli po tej pierwszej, najstraszniejszej;-) wizycie social worker w waszym domu, powinniście dostać od agencji pismo potwierdzające, że zaczynacie proces adopcyjny. (W ogóle będziecie dostawać mnóstwo maili, listów i liścików.)Tak naprawdę powinniście usłyszeć od social worker już podczas rozmowy, że będzie / nie będzie was rekomendować (jeśli nie, poproście o powody), więc nie ma powodu, aby się zamartwiać. My byliśmy tak cierpliwi, że dopiero po 3 tygodniach od spotkania zdecydowałam się zagaić w mailu do agencji, czy ta wizyta nam się przyśniła, skoro nikt się do nas nie odzywa, czy może oni zmienili zdanie. Okazało się, że agencja wysłała do nas list na nasz poprzedni adres. Moglibyśmy tak czekać kolejne trzy tygodnie, więc jeśli macie pytania lub coś trwa według was za długo - nie wahajcie się pytać, pisać, dzwonić.

- W naszym przypadku oba etapy procesu wymieszały się i kiedy martwiliśmy się, że wciąż jesteśmy w Stage 1, umowy ani śladu, a o referencjach nikt jeszcze nie wspomina, tak naprawdę przegadaliśmy już większość tematów ze Stage 2. Stage One Agreement podpisaliśmy gdzieś w połowie całej tej machiny, referencje były organizowane na samym końcu.

- Home study to wizyty social worker w domu (u nas: co tydzień lub co dwa tygodnie), zadania domowe, na które składają się: tematy do przepracowania, opisania, rysowanie drzewa genealogicznego oraz przygotowanie chronologii najważniejszych życiowych wydarzeń. Nie oszukujmy się, pracy jest sporo. Po wszystkich tych papierach czuliśmy się tak, jakbyśmy przeżyli nasze życie od nowa. Na papierze.

- Jeśli mieszkacie z rodzicami czy krewnymi, każda z tych osób też będzie musiała odbyć rozmowę z waszym social worker oraz uruchomić procedurę DBS.

- Pet assessment to nic innego jak kolejny formularz do wypełnienia. Miejscami nawet zabawny, szczególnie jeśli ma się średnio usłuchanego (ale za to kochanego!) labradora i człowiek nie może się zdecydować, czy odpowiadać na pytania zgodnie z prawdą (i wtedy martwić się, czy taki Rudolf "zda" ten egzamin), czy może lekko ją naginać, żeby wyszło coś pośrodku...;-) Potrzebny jest też paszport / książeczka zdrowia zwierza z aktualnymi szczepieniami i numerem chipa. Jeśli zwierzę jest naprawdę nieusłuchane / może stanowić problem, kiedy pojawi się dziecko (np. rasa psa powszechnie uznawana za niezbyt łagodną), wtedy najprawdopodobniej agencja zaleci odpowiednie szkolenie zwierzaka. Byliśmy w siódmym niebie, kiedy nasz Rudolf przeszedł całą ocenę pozytywnie.

- Cierpliwość jest kluczem do sukcesu. Czyli do tego, żeby nie zwariować. Najlepiej już dziś zacznijcie praktykować medytację, bo nie raz na tej drodze będziecie mieli ochotę wystrzelić kogoś w kosmos. Nie straszę, tylko radzę:-) Tak jak i nam radzono, całkiem słusznie. Zawsze będą jakieś opóźnienia, pomyłki, nadwrażliwość ze strony social worker, czy inne wątpliwości, które z kolei wzbudzą wasze wątpliwości... Ostatecznie jednak nikt nie ucierpiał, wyszliśmy z tego cało i dziś całkiem fajnie ten czas wspominamy. Jeśli wam to pomoże (wątpię!), miejcie z tyłu głowy świadomość, że najcięższy czas przychodzi po panelu, kiedy już jesteście zakwalifikowani, papierkowej roboty brak... i pozostaje tylko czekać. Dobrze, że wymyśliłam sobie wtedy dość czasochłonny kurs, inaczej zwariowałabym od tego czekania.

- O szkoleniach opowiem wam w następnym odcinku, bo zaraz po pierwszej wizycie domowej, to właśnie ich najbardziej się baliśmy. Nie było czego, serio.

You Might Also Like

10 komentarze

  1. Adopcji nie mam w palnach, ale lubię czytać te posty. Trochę przybliżają mi zupełnie obcy dla mnie temat. Nie wiem jak to się odbywa w Polsce, ale słyszałam o bardzo wygórowanych wymaganiach względem rodzićow adopcyjnych, chyba jednak nie odstajemy w tym od UK, ponieważ po Twoich postach widzę,że to trudna droga. Generalnie mam nadzieję, że wszystkie te procedury (czy u Was czy u nas) mają na względzie dobro dziecka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci za ten głos, bo nie masz do czynienia z adopcją, a jednak czytasz, a to znaczy, że może nie przynudzam aż tak bardzo! Wiesz, w momentach frustracji ja też tłumaczyłam sobie to tak, że przecież chodzi o dobro dziecka. Skąd opieka społeczna ma niby wiedzieć, że my tacy fajni jesteśmy?:-)

      Usuń
  2. Z Twojego opisu wnioskuję, że w UK procedury są jednak zdecydowanie bardziej skomplikowane i wymagające, niż w Polsce. Nam załatwienie całej adopcyjnej papierologii (wszystkich zaświadczeń, opinii lekarskich, życiorysów itd.) zajęło jakieś 2-3 dni, wizyty w domu były tylko dwie (jedna jeszcze przed otrzymaniem kwalifikacji, a druga już w momencie, kiedy był u nas Bąbel), warsztaty wspominamy naprawdę miło i z rozrzewnieniem i na szczęście nikomu nie przyszło do głowy egzaminować dodatkowo członków naszych rodzin :) Tak naprawdę najgorsze ze wszystkiego okazało się późniejsze oczekiwanie na TEN telefon :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mam zupełnie porównania z Polską (co za paradoks), więc wierzę Ci na słowo. Dwie wizyty, wow! U nas to była cała parada wizyt!;-) Proces faktycznie jest żmudny, choć 6 miesięcy to, moim zdaniem, naprawdę nie jest długo. Sęk w tym, że to wszystko było bardzo skondensowane - w sumie 4 dni szkoleń, 10 wizyt z opieki (po panelu, czyli polskiej kwalifikacji, były kolejne, ale już w innych kwestiach) plus masa papierów. Do przeżycia, ale to wieczne zwalnianie się z pracy doprowadzało nas do szału. Na szczęście oboje mamy naprawdę fajnych pracodawców. Wciąż jednak powtarzam wszystkim jedną rzecz - wymagania startowe dla kandydatów na adoptersów są rozsądne. Nie ma nawet żadnych widełek finansowych, jeśli chodzi o dochody, masz po prostu mieć pomysł na życie z dzieckiem na pokładzie. I tyle. Nie dyskryminuje się obcokrajowców, osób homoseksualnych, nie trzeba mieć ślubu... To jest super. Gorzej z tym pisaniem... Ale mam już plan, żeby w jednym z postów opisać absurdy brytyjskiego systemu adopcyjnego. Bo system jest tylko systemem i zawsze będą w nim wady, niestety. A czy mogę zapytać, jak długo czekaliście na TEN telefon? I jaki jest w PL średni czas oczekiwania? Tutaj do roku od panelu. I to faktycznie zazwyczaj się sprawdza.

      Usuń
    2. Na Bąbla czekaliśmy 9 miesięcy (czyli dokładnie tyle, ile trwa ciąża ;) ) - natomiast "po drodze" (w czwartym miesiącu oczekiwania) dostaliśmy też inną propozycję nieco starzej dziewczynki, którą niestety musieliśmy z bólem serca odrzucić :/ W naszym OA zazwyczaj oczekiwanie od momentu kwalifikacji trwa właśnie około roku - natomiast w innych polskich ośrodkach bywa podobno bardzo różnie (znam wirtualnie i takie pary, które na telefon czekają nawet 2-3 lata...)

      Usuń
    3. My dwa razy powiedzieliśmy nie i też nie było nam z tym fajnie. To najgorsza część tego wszystkiego... 2-3 lata to jakaś masakra. Takie życie w zawieszeniu, a 9 miesięcy to faktycznie typowo ciążowo:-) My czekaliśmy 6 miesięcy, bardzo krótko, choć wtedy, jak nic nie wiedzieliśmy, wydawało nam się, że to nigdy nie nastąpi:-)

      Usuń
  3. Jestem pod wrażeniem. Wiesz, jak przydatne moga być to informacje, dla ludzi w podobnej sytuacji do Twojej, jeśli są na początku drogi?
    Cieszę się, i a to kocham blogosferę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam właśnie taką nadzieję, że komuś to się przyda:-)

      Usuń
  4. Dużo przeszliscie, aby doczekać się swojego Cudu. Podziwiam Was.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, im więcej czytam i słucham o ludzkich historiach, tym bardziej jestem przekonana, że nasza to pikuś. (Ha ha, oczywiście w trakcie dołów i załamań wcale tak nie myślałam, ale dobrze, że człowiek czasem łapie jakąś perspektywę i dystans do tego, co się w jego życiu dzieje.) :-*

      Usuń