Adopcja w UK (4): Initial assessment visit, czyli pierwsza wizyta

piątek, listopada 06, 2015

Doskonale pamiętam ten obezwładniający stres przed pierwszą wizytą social worker w naszym domu. Najazd naszej Strażniczki wypadał w poniedziałek, więc jak łatwo się domyślić, cały weekend sprzątałam. Cały weekend plus bladym świtem jeszcze w poniedziałek. A do tego wciąż kompulsywnie latałam do słownika, żeby sprawdzić, jak właściwie powiedzieć to czy tamto, bo przecież na pewno będę potrzebowała akurat tego słowa, a jeśli nie będę go znała, to język stanie mi kołkiem i już nie ruszę dalej... Mąż Mój piekł rogaliki, ciasto jak na złość dwa razy mu nie wyszło, więc eksperymentował z zamrażaniem, co rzekomo miało mu pomóc. Ciastu, nie Mężowi. Omatkobosko, śmiać mi się chce, jak sobie to wszystko przypomnę!

W rzeczywistości to była naprawdę miła wizyta, choć wykańczająca. 4 godziny spędziliśmy na rozmowie o... wszystkim w zasadzie. Strażniczka przyjechała z listą tematów, które miała z nami poruszyć i przez cały czas pilnie coś notowała - właściwie nie dziwię się, kto by to wszystko zapamiętał! Rozmawialiśmy o naszych rodzinach, pracach, psie, przeprowadzce do Krainy Deszczu, planach na powrót do Polski, leczeniu niepłodności, motywacji adopcyjnej, doświadczeniu w opiece nad dziećmi...To była niekończąca się rzeka tematów. Strażniczka też sporo mówiła. Opowiadała nam o procesie i realiach adopcyjnych, o dzieciach, które czekają na rodziny, o wszystkich plusach i minusach adopcyjnego rodzicielstwa, pytała o nasze oczekiwania i różne kwestie kulturowo-religijno-zdrowotne naszych potencjalnych dzieci (czy adoptowalibyście dziecko o innym kolorze skóry?, dziecko wyznania islamskiego? , dziecko innej narodowości niż polska lub brytyjska?). Nie sądzę, żeby oczekiwała tylko odpowiedzi twierdzących. Myślę, że bardziej zależało jej na tym, żeby sprawdzić, czy przemyśleliśmy pewne kwestie, a jeśli nie, czy jesteśmy szczerzy i otwarci na dialog i szukanie odpowiedzi nawet jeśli w tamtym momencie nie mieliśmy ich pod ręką.

Oprowadziliśmy też Strażniczkę po naszym domu i kawałku trawiastego poletka (własność Rudolfa) szumnie nazywanego ogrodem, opowiedzieliśmy, jakie zmiany wprowadzimy w naszym królestwie po zyskaniu nowego lokatora i gdzie w tym wszystkim będzie miejsce dla naszego rozpieszczonego kundla, który udaje labradora. Na koniec otrzymaliśmy kolejny formularz do wypełnienia, bardzo podobny do tego, który wysłaliśmy miesiąc wcześniej do agencji. Różnica była taka, że zamiast miejsca na rozprawkę, mieliśmy w punktach omówić konkretne aspekty, np.

- tell us what you have found out about adoption and what sources you have used
- tell us why you want to adopt, age, number, gender, charateristics and any of the skills or experience you have that you believe would be helpful
- tell us anything about yourself that you think might support your application to adopt; a brief description of your family and lifestyle
- give your views on adopting children with complex needs
- what are your views on contact between the child and their birth family?
- why do you want to adopt?
etc.

Po tych czterech godzinach nadawałam się jedynie do tego, aby wypić butelkę wina. A musiałam pójść jeszcze do pracy;-)

Kiedy myślę o tym, co mogłabym poradzić wszystkim oczekującym na taką wizytę, przychodzi mi do głowy kilka rzeczy:

1. Czytaj jak najwięcej się da, najlepiej w języku angielskim. Zapraszam do adopcyjnej biblioteki.Podłapiesz adopcyjne słownictwo i z pewnością będzie ci łatwiej poskładać myśli w zdania, a co jeszcze ważniejsze, dokształcisz się w adopcyjnej tematyce. Zdecydowanie luźniej się rozmawia, jeśli człowiekowi obiło się o uszy concurrent planning in adoption, relinquished children czy różnica pomiędzy fostering a fostering for adoption. (Spokojnie, nie rozmawialiśmy o tym wszystkim na pierwszym spotkaniu!) W czasie czytania wiele rzeczy cię zaskoczy, inne być może zbulwersują (kontakt z rodziną biologiczna? no way!, pomyśleliśmy w pierwszym odruchu), ale na pewno to wszystko zmusi cię do myślenia. Być może ta niekoniecznie łatwa lektura zmieni twoje podejście do wielu aspektów adopcji.

2. Jeśli adoptujesz z partnerem, rozmawiajcie. Wiem, dziwna rada, ale są ludzie, którzy niby chcą, niby się zgadzają, a potem okazuje się, że mają rozbieżne oczekiwania. Na tym etapie powinniście przynajmniej ustalić podstawowe sprawy - ile dzieci chcecie adoptować i w jakim wieku. Nawet jeśli w trakcie procesu zmienicie zdanie (tak było u nas), wysyłajcie sygnały, że rozmawiacie na ten temat i wspólnie dochodzicie do jakichś wniosków. Nie znaczy to też, że musicie mieć odpowiedź na każde pytanie. To zresztą byłoby dziwne, dlatego...

3. Pytaj. Przygotuj sobie listę pytań - to naprawdę jest pomocne, kiedy człowiek jest rozemocjonowany i zapomina połowę rzeczy, których chciał się dowiedzieć. Masz wątpliwości, nie rozumiesz czegoś - pytaj. To ma być dialog, a nie przesłuchanie.

4. Bądź szczery, ale zachowaj angielską powściągliwość:-) Kłamstwa mają krótkie nogi i jeśli wyjdą na jaw, social worker z pewnością nie nabierze do ciebie zaufania. Jeśli planujesz powrót do Polski, byłeś kiedyś karany za jakieś błędy młodości, masz kredyt czy ojca alkoholika, z którym nie utrzymujesz kontaktów - powiedz o tym spokojnie i rzeczowo. Nie mów jednak, że ojciec spieprzył ci życie i do dziś nie możesz się pozbierać z traumy.

Jedynym momentem naszej rozmowy ze Strażniczką był ten, kiedy ta zapytała o nasze leczenie. A dokładniej - kiedy mieliśmy ostatnią próbe IVF. Bardzo się tego bałam, bo wiedziałam, że czas jaki od niej upłynął, jest zdecydowanie zbyt krótki jak na przedadopcyjne standardy naszej agencji. Minęły raptem 2 miesiące. Myślałam, że będziemy musieli odczekać kilka miesięcy (kolejne oczekiwanie w naszym życiu), zanim ruszymy dalej. Postawiliśmy jednak na szczerość i zaczęliśmy opowiadać o naszych adopcyjnych rozmowach i poszukiwaniach jeszcze w trakcie leczenia. Przekonaliśmy ją. Strażniczka stwierdziła, że to, co mówimy o adopcji i niepłodności oraz sposób, w jaki o tym mówimy, pozwala jej przypuszczać, że jesteśmy gotowi do następnego rozdziału w naszym życiu.

***

Wiem, że są ludzie, którzy nie potrzebują tego typu porad. Podejdą do sprawy na luzie, bez przygotowania i ... też będzie dobrze. Do pewnych rzeczy w życiu ja też tak podchodzę, ale w innych kwestiach lubię wiedzieć, co mnie czeka. Dlatego zanim doszło do tego spotkania, przeczesałam sieć wzdłuż i wszerz, żeby zwyczajnie poczuć się pewniej. Wszystko, co przeczytałam, referowałam później Mężowi. Taki mamy system - ja czytam, bo lubię, on słucha, potem gadamy.

Sprawdziło się przez cały adopcyjny proces.

You Might Also Like

4 komentarze

  1. Ludzie, którzy decydują się na adopcję, są wielcy. Bez względu na to czy to dziecko, czy też zwierzę, choć odpowiedzialność nieco inna. Bez względu na motywy - czy są to osoby bezpłodne, które chcą zaznać rodzicielstwa, czy też mają już własne pociechy i skrawek wolnego miejsca w życiu, którym chcą się podzielić. Takim osobom należy się ogromny szacunek i uznanie. Takie jest moje zdanie. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wiesz, ja mysle, ze jestesmy (oraz wszyscy nam podobni) wielcy z tego powodu, ze przebrnelismy przez sto kilogramow dokumentow, formularzy i jakies tysiac maili;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jesteście wielcy bo chcieliście, bo pracowaliście nad sobą, bo podjęliście tą - jakże ważną - decyzję. A jak się czegoś naprawdę z głębi serca pragnie, to nic nie jest straszne - nawet kilogram dokumentów, formularzy i tysiąc maili. :)

      Usuń