O uziemieniu

Blimey, powiedziałaby Pierwsza Matka Przełożona, a potem wybuchnęłaby śmiechem. Też chcę mieć tak dobry humor jak ona, kiedy będę na emeryturze i będę sobie dorabiać to tu, to tam, bo chcę, a nie muszę (jak wrócimy do ojczyzny, to chyba jednak będziemy musieli.) Pierwsza Matka Przełożona żadnej pracy się nie boi i potrafi znienacka zaskoczyć cię u weta, rejestrując twojego psa na obcięcie jajek. A potem go wyrejestrować, ku uldze wszystkich zebranych.

Ja częściej mówię kurwa, ale może powinnam zacząć praktykować coś bardziej szlacheckiego. Z przekleństwami mam taki problem, że nie wiem, co byłoby lepsze dla Fruzi - nasiąknąć polskimi, czy raczej angielskimi wulgaryzmami, choć w sumie moje dylematy są bez znaczenia, bo zarówno te pierwsze jak i drugie są jednakowo rozpoznawalne w obu naszych krajach. Myślę jednak, że ostatnio mamy zdecydowaną przewagę polskich ladacznic nad angielskimi fakami. Dla obrony własnej dodam, że jak Fruzia śpi.

No więc nie lecimy. Nie zobaczymy się z bliskimi i znowu nie zjemy wspólnie pierogów Bodka. Kocur nie będzie świadkiem zmiany mojej fryzury. Nie napijemy się z Wielkim Bratem wódki na Ranczo. A przynajmniej nie w okołonoworocznych okolicznościach przyrody. Trzeba było odwołać chrzciny. Bilety przepadły. Jesteśmy uziemieni. Bóg raczy wiedzieć, na jak długo. *

Nie oszukujmy się,  pierwszego dnia od tamtego telefonu frustracja była ogromna. Drugiego też. I trzeciego. Ale w okolicy czwartego wieczoru jak zwykle poszliśmy po rozum do głowy. Mamy Fruzię. MAMY FRUZIĘ i to jedno się nie zmieni. To będą pierwsze Święta, kiedy nie będziemy zastanawiać się, kiedy i czy w ogóle. W obliczu takiego luksusu wszystko inne jakoś traci na znaczeniu. (Nawet fakt, jak bardzo Zamroczona potrafi wyprowadzić człowieka z równowagi. A konkretnie dwóch człowieków. Potrafi tak wyprowadzić z tej równowagi, że nawet Fruzia się zdziwiła, kiedy porwałam ją z fotelika w trakcie posiłku i nie zważając na nieme zdziwienie córki, ruszyłam z nią do drzwi obok i z furią w nie przyłożyłam. Zapukałam znaczy. Nawet rzęsiste łzy Zamroczonej i jej wyjcowate 'bo wyyyyy... yyyyyy..... nie rozumiecie... yyyyy..... przez coooo .... yyyyyy ... jaaaaa przechodzęęęęęę!' nie zmiękczyły mojego i tak miękkiego serca. Choć dziś już się z tego śmieję. Dawno nie widziałam takiego show.) Rudolf na pewno docenia taki obrót sprawy. Ominie go psi hotel i załapie się na świąteczną wyżerkę z rodziną u boku. Mamuśka nie będzie się denerwować naszym lotem ("Boże, ja chyba jajo zniosę, jak wy będziecie lecieć"), co w jej osobistym konkursie na najbardziej stresujące chwile plasuje się zdecydowanie wyżej niż jej własny lot. Który uskuteczni w lutym wraz z resztą Rodziców w ramach kampanii skoro-wy-nie-możecie-to-my-się-stawimy-choć-trochę-później. A poza tym... skoro cała świąteczna przerwa tu, to znowu przyjedzie paczka. Paczka, moi drodzy. PACZ-KA. Paczka nie zastąpi nam chwil z bliskimi, o nie, ale gdybyście tylko wiedzieli, jaka to radocha otwierać wielkie pudło pełne dobrego żarcia, książek i prezentów...! To takie przypomnienie klimatu z dzieciństwa, kiedy człowiek przebierał nogami, przegryzając karpia, bo przecież te prezenty tam, pod choinką! Czekają!

To był listopad z dość irytującą sekwencją zdarzeń. Żadne z nas nie potrafi jednak zbyt długo oddawać się zrzędzeniu na podły los. Po raz kolejny stawimy czoło emigracyjnemu opłatkowi. Czwarta Wigilia na skypie. Szkoda, że nie powiemy sobie "za cztery dni widzimy się w Town"...

Ale to będzie pierwsza Wigilia w nowym, tak długo oczekiwanym składzie.

* Nie pytajcie, dlaczego. To długa i dość nudna historia.

Fruzia - odsłona dziewiąta

Ma swoje zdanie na wiele tematów, choć wygłasza je tylko wtedy, kiedy ma na to ochotę. Najczęściej twierdzi, że bababa, w chwilach rozpaczy, że mememe, a kiedy wydaje jej się, że nikt nie słyszy, strzeli przypadkową mieszanką sylab, a my w zdumieniu łapiemy się za głowy. Zdrowy rozsądek podpowiada, że to niemożliwe, aby Fruzia świadomie wyartykułowała właśnie chyba, może oraz RudolfChodź, niemniej jednak wrażenie jest piorunujące i pozostawia na człowieku stojące na baczność owłosienie, bo-jak-to-tak-bez-ostrzeżenia-nagle-zacząć-kombinować-z-językiem.

Maniery ma z pewnością po Drugiej Babci, która nawet w angielskim sklepie z godnością mówi po polsku 'dzień dobry' i 'do widzenia', a w godzinach szczytu to nawet 'thank' oraz 'you' w odstępie kilku sekund. Fruzia doszła do wniosku, że jest już na tyle dojrzała, że wypadałoby zacząć ćwiczyć królewskie pozdrowienia dłonią. Trenuje więc papa na dzień dobry, papa na do widzenia oraz papa w samym środku konwersacji, na wypadek gdyby ktoś zapomniał, że już potrafi. Równie często i radośnie podzieli się ciastkiem ryżowym (nie tylko z Rudolfem), aktualnie memłaną w buzi książeczką oraz smoczkiem. Ciekawe, jak długo jeszcze, zanim wejdziemy w fazę niejakiej Edie. Fazę I-me-mine.

Kiedy człowiek się zapomni i zostawi lekko tylko odpięte wejście do kojca, Fruzia natychmiast korzysta z okazji i zwiewa. Tak długo majstruje przy zamku błyskawicznym, aż odsunie cały dół okienka, czyli akurat tyle, żeby przecisnąć najpierw głowę, a potem resztę ciałka przez uchyloną siatkę. Wygląda to trochę tak, jakby wydostawała się z kokonu. Jej pierwsza ucieczka była zupełnie bezszelestna- staliśmy z Inżynierem w kuchni, sądząc, że dziecię nasze spokojnie bawi się w kojcu, ale nagle zaniepokoiła nas podejrzana cisza w salonie. Wyjrzałam z kuchni i zastałam zadowoloną Fruzię w drodze do nas. Towarzystwa jej się zachciało.

Do radosnego podekscytowania każdą sesją na skypie (oraz równie radosnego rozłączania rozmów) dołączyły ataki szału, jeśli zabroni się jej walenia łapkami w klawiaturę. Stanowczo mówi też 'łeeeeeee!', kiedy próbuję karmić ją łyżką, a ona ma akurat ochotę na BLW.
- Masz. Proszę bardzo - powiedziałam kiedyś ze stoickim spokojem, kiedy postanowiła, że zje zupę sama. Palcami.
Podetknęłam jej miseczkę pod nos. Fruzia, zadowolona, że postawiła na swoim, chwyciła zupę w garść (a raczej tak jej się tylko wydawało), po czym wpakowała sobie taką ubabraną na dyniowo pięść do buzi. Szybko zorientowała się jednak, że tym sposobem nadal jest głodna i łaskawie postanowiła przeprosić się z łyżką.

Bo wciąż kocha jeść. Nawet pianę z kąpieli.

Poczyniła pierwsze, w pełni samodzielne próby pionizacji. Raz w łóżeczku, co spowodowało natychmiastowe obniżenie materaca do poziomu parteru, kolejny raz przy pudełku z książkami. Pewnie nie zdążę zrobić zdjęcia, pomyślałam, podrywając się do biegu po aparat. Zdążyłam zrobić trzy - Fruzia na kolanach, Fruzia stojąca w półzgięciu oraz Fruzia niemal wyprostowana. Wciąż twardo trzymająca się pudełka. Czwartej fotki, kiedy pudełko ugięło się pod jej ciężarem i razem z nim mała runęła w dół, kręcąc jeszcze dwie przewijki w bok, nie miałam serca robić... ;-)

Namiętnie eksploruje wszystkie powierzchnie płaskie i niepłaskie, każdy kąt, zakamarek i szczelinę. Mąż Mój nazywa to smerfowaniem. Stąd na jej twarzy coraz więcej rys, zadrapań i siniaków. Rzęsiste łzy po każdym takim doświadczeniu nie powstrzymują jej oczywiście przed następną wyprawą w nieznane po mieszkaniu. Uwielbia przewracać kosz w łazience i wciąż próbuje dostać się do kuchni, czyli na teren zakazany. Mamy długą, ale bardzo wąską kuchnię, pełzający bejbik to w takiej sytuacji niezbyt szczęśliwy pomysł. Zwykle Inżynier łapie ją w progu, podnosi do góry i tłumaczy, że to jest granica jej bejbikowej wolności. Mała cieszy się wtedy bardzo, a odniesiona do salonu oczywiście za chwilę znów obiera wiadomy kurs. Chyba pora pomyśleć o psiej bramce między kuchnią a przedpokojem. Bramce dla Fruzi, nie dla Rudolfa.

Ma niesamowite wyczucie czasu w swoich komentarzach do rzeczywistości - potrafi wybuchnąć śmiechem, kiedy żartujemy, przeciągle beknąć, kiedy rozprawiamy o tym, jak się rozbestwiła albo prychnąć bąblami śliny, kiedy się z czymś nie zgadza.

Zaprawdę powiadam Wam, te małe Tasmany rozumieją więcej niż nam się wszystkim wydaje...

O wschodzącej gwieździe

Fruzia uwielbia tańczyć. Tańczyła chyba szybciej, niż nauczyła się porządnie siedzieć. Najpierw delikatnie kiwała się na boki, potem dołączyła biodra, najczęściej w pozycji leżącej, co dodawało komizmu całemu show, następnie przyszedł czas na ruchy w przód i do tyłu. Nic jednak nie przebije ostatniego elementu, na który wpadła nie wiadomo jak i kiedy.
- Pokażesz babci, jak tańczysz? - zapytałam ją któregoś dnia podczas sesji na skypie i zaczęłam śpiewać "Kolorowe dzieci" Majki Jeżowskiej. Obie uwielbiamy tę piosenkę.

Fruzia dała sobie czas do namysłu, bo ona nie z tych, co to popisują się na zawołanie, jednak miłość do muzyki i tańca zwyciężyła. Zaczęła kręcić głową na boki, najpierw spokojnie, co chwilę zatrzymując się i jakby sprawdzając reakcję otoczenia na swoje wygibasy, jednak w miarę mojego śpiewania coraz bardziej zatracała się w szaleństwie. Biodra ruszały się na boki, a głowa... Głowa, moi drodzy, żyła swoim własnym życiem! Gdyby Fruzia miała długie włosy, z pewnościa poplątałaby je w tym kosmicznym freestylu, bo głowa zachowywała się jak ogon Rudolfa, kiedy sierściuch wita kogoś w progu domu. Kogokolwiek. Do tego ta otwarta buzia!
Mamuśka Moja zasłaniała sobie dłonią usta, żeby nie wybuchnąć śmiechem i nie wybić wnuczki z transu, ale nie trzeba było wprawnego oka, żeby widzieć, że Mama płacze. Ze śmiechu. Ja zresztą też, trzymając córkę pod pachami, żeby ta zachowała jako taki pion, byłam bliska omdlenia z radości.
- Ona wygląda ja te czarnoskóre kobiety, które śpiewają w kościele - parsknęła wreszcie Mamuśka.
Trafiony zatopiony.
Fruzia uznała twórczość Jeżowskiej za gospel!
Wyobraziłam ją sobie natychmiast za kilkanaście / kilkadziesiąt lat w tłumie swoich ciemnoskórych koleżanek w długich do kostek kiecach, jak wywijają głowami w uwielbieniu dla Pana. Nie wiem tylko, co Pan na te tasmańskie oczy Fruzi...

Wieczorem wracaliśmy Blaszakiem ze sklepu. Fruzia była już maksymalnie śpiąca, ale tradycyjnie próbowała walczyć z  ogarniającą ją sennością. Wreszcie przestała marudzić, a powieki jej opadły.
- Zasnęła - powiedziałam do Inżyniera.
Kilka sekund później z radia popłynął jakiś aktualny, dyskotekowy hit. Na końcu języka miałam prośbę, żeby Mąż Mój ściszył trochę radio, nie zdążyłam jej jednak wyartykułować, bo spojrzałam na Fruzię leżącą w foteliku i padłam.

Córka nasza zaczęła szaleńczo kiwać głową na boki w rytm muzyki. Nie otwierając oczu!

O tym, że ona też

Wczesne piątkowe popołudnie. Fruzia wsuwa lunch. Umorusana od stóp do głowy warzywami, które dwa tygodnie temu postanowiła zacząć jeść sama i tylko sama, co chwilę wyciąga w moim kierunku łapkę z rozmemłaną marchewką lub brokułem i zachęca do spróbowania. Och, córko, bardzo dziękuję... Do domu wchodzi Inżynier. Wita się z szalejącym Rudolfem, wysyła mi w powietrzu buziaka i natychmiast szczerzy się do Fruzi. Ta dostaje szału z radości na widok taty. Wszystkie kończyny zaczynają tańczyć. Ręce walą w blat z warzywami, brokuł ląduje na podłodze i ścianie, nogi uderzają w siedzisko. Gdyby tylko mogła, wyfrunęłaby z tego krzesła już teraz, natychmiast. Staram się wytrzeć jej buzię i łapki, ale przy takim kankanie marnie mi idzie. Wypinam ją więc z szelek, podnoszę i taką brokułową i szalejącą wręczam Mężowi. On też za chwilę będzie pokryty warzywami, ale zupełnie nie zwraca na to uwagi. Kilka samolotów w górę i dół, buziaki i dzikie piski Fruzi, co za widok!

Sobota wieczór. Siedzimy u znajomych w salonie, kiedy elektroniczna niania daje nam znać, że Fruzia zaczyna płakać. Zrywam się natychmiast, pędzę po stromych schodach do góry. Na oślep, nawet nie włączyłam światła w przedpokoju. Niemal ląduję głową na podłodze, kiedy docieram do góry. Tam już zupełnie nic nie widać, ale nie mam czasu na szukanie włącznika. Wpadam do sypialni, światło ulicznych latarni daje przyjemne dla ciała wrażenie ciepła. Uspokajam płaczącą malutką, głaszczę ją po włoskach. Fruzia szybko zasypia.

Dwie godziny wcześniej był straszny krzyk. Po szalonej zabawie z Ajką, kiedy Fruzia ledwo już widziała na oczy, uznałam, że czas spać. Malutka rozdała wszystkim buziaki na dobranoc, pozwoliła przebrać się w śpiochy i wyglądało na to, że zaśnie tuż po przytuleniu się do swoich pluszaków, a tymczasem ona, kiedy tylko zorientowała się, że leży nie w swoim łóżeczku, wybuchnęła płaczem. Takim rozdzierającym, ze strumieniem łez i żalem w oczach. Nie miałam pojęcia, co robić. Fruzia wędrowała na oślep po łóżeczku, jakby szukając miejsca, które byłoby znajome, wciąż szlochając. Na ręku było lepiej, ale tylko w pionie. Każda próba zbliżenia się do łóżeczka powodowała nową fontannę łez. Wreszcie położyłam się z malutką na ogromnym łóżku, którego na tę noc użyczyli nam gospodarze, otuliłam ją swoim ramieniem, do noska przysunęłam Tweetiego i Kulfona, żeby czuła znajome zapachy... I Fruzia zasnęła w ciągu kilku sekund. Po dwudziestu minutach spokojnie przeniosłam ją do łóżeczka. Przespała całą noc z dwiema krótkimi pobudkami. Za każdym razem pędziłam po tych cholernych schodach, jakby świat miał się za chwilę skończyć.

Papier z sądu ma zapewniać nam spokojny sen jedynie (i aż) pod kątem naszych praw do niej i jej do nas. Choć i bez niego wiem, że jestem jej mamą, tak jak on wie, że jest jej tatą.  Nie potrzebujemy do tego żadnych potwierdzeń z zewnątrz.

A jednak to niesamowite, że ona też to wie. Wie, gdzie jest jej łóżeczko, jej dom, jej pies. Na bejbikowym, zmysłowym poziomie pojmowania wie, kto jest jej mamą i tatą.
Niby nic w tym nadzwyczajnego, to takie normalne przecież, małe dzieci szybko się przyzwyczajają... i takie tam gadki.

A jednak.

Adopcja w UK (5): Stage 1 & Stage 2

Wymagania dla kandydatów (klik) na rodziców adopcyjnych w całym UK są takie same. Proces adopcyjny właściwie też, choć z tego co doczytałam, w Północnej Irlandii wciąż jeszcze wygląda to inaczej. W ciągu ostatnich lat wiele zmian zostało wprowadzonych do procesu adopcyjnego w Anglii, Walii oraz Szkocji, procedury zostały skrócone na korzyść przyszłych adoptersów, a co za tym idzie - dzieci, choć z pewnością są jakieś drobne różnice, o których nie wiem. Pamiętajcie więc, proszę, że z własnego doświadczenia opowiadam o tym, jak to wygląda w Anglii.

Proces adopcyjny w Anglii, Szkocji oraz Walii składa się z dwóch etapów: 

- Stage 1 - pre-assessment, czyli zbieranie dokumentacji, DBS, ocena stanu zdrowia, referencje, pet assessment oraz szkolenie. Ten etap powinien zamknąć się w dwóch miesiącach.

- Stage 2 - assessment - to ocena kandydatów pod względem ich zdolności do rodzicielstwa. W praktyce oznacza to niekończące się rozmowy o wszystkim, home study (zadania domowe!) oraz kolejne szkolenie. Na tym etapie wasz social worker będzie przygotowywał PAR (Prospective Adopters' Report), a ponieważ jest to naprawdę kosmiczna praca (a sam dokument długi i nudny jak flaki z olejem), przygotujcie się na tonę powtarzających się pytań. Ten etap powinien być zamknięty w ciągu czterech miesięcy.

Każdy z tych etapów rozpoczyna się podpisaniem swego rodzaju umowy (Stage One Agreement & Assessment Plan), która określa zadania każdej ze stron - agencji oraz kandydatów na adoptersów. Pomiędzy Stage 1 i Stage 2 możecie sobie zrobić przerwę, maksymalnie do 6 miesięcy.

Odmowa kontynuacji procesu 

Jeśli agencja z jakichś powodów nie zdecyduje się kontynuować procesu po pierwszym etapie, musicie otrzymać tę decyzję na piśmie wraz z przyczynami odmowy. Jeżeli nie zgadzacie się z nimi, możecie rozważyć złożenie zażalenia bezpośrednio do agencji. Jest też opcja rozpoczęcia wszystkiego od nowa w innej agencji.

Jeśli agencja odmówi współpracy po drugim etapie, a więc uzna, że nie może was rekomendować do spotkania z panelem ekspertów, wieńczącego proces adopcyjny, możecie odwołać się do IRM (Independent Review Mechanism). 

Warto wiedzieć

- Po Initial Assessment Visit, czyli po tej pierwszej, najstraszniejszej;-) wizycie social worker w waszym domu, powinniście dostać od agencji pismo potwierdzające, że zaczynacie proces adopcyjny. (W ogóle będziecie dostawać mnóstwo maili, listów i liścików.)Tak naprawdę powinniście usłyszeć od social worker już podczas rozmowy, że będzie / nie będzie was rekomendować (jeśli nie, poproście o powody), więc nie ma powodu, aby się zamartwiać. My byliśmy tak cierpliwi, że dopiero po 3 tygodniach od spotkania zdecydowałam się zagaić w mailu do agencji, czy ta wizyta nam się przyśniła, skoro nikt się do nas nie odzywa, czy może oni zmienili zdanie. Okazało się, że agencja wysłała do nas list na nasz poprzedni adres. Moglibyśmy tak czekać kolejne trzy tygodnie, więc jeśli macie pytania lub coś trwa według was za długo - nie wahajcie się pytać, pisać, dzwonić.

- W naszym przypadku oba etapy procesu wymieszały się i kiedy martwiliśmy się, że wciąż jesteśmy w Stage 1, umowy ani śladu, a o referencjach nikt jeszcze nie wspomina, tak naprawdę przegadaliśmy już większość tematów ze Stage 2. Stage One Agreement podpisaliśmy gdzieś w połowie całej tej machiny, referencje były organizowane na samym końcu.

- Home study to wizyty social worker w domu (u nas: co tydzień lub co dwa tygodnie), zadania domowe, na które składają się: tematy do przepracowania, opisania, rysowanie drzewa genealogicznego oraz przygotowanie chronologii najważniejszych życiowych wydarzeń. Nie oszukujmy się, pracy jest sporo. Po wszystkich tych papierach czuliśmy się tak, jakbyśmy przeżyli nasze życie od nowa. Na papierze.

- Jeśli mieszkacie z rodzicami czy krewnymi, każda z tych osób też będzie musiała odbyć rozmowę z waszym social worker oraz uruchomić procedurę DBS.

- Pet assessment to nic innego jak kolejny formularz do wypełnienia. Miejscami nawet zabawny, szczególnie jeśli ma się średnio usłuchanego (ale za to kochanego!) labradora i człowiek nie może się zdecydować, czy odpowiadać na pytania zgodnie z prawdą (i wtedy martwić się, czy taki Rudolf "zda" ten egzamin), czy może lekko ją naginać, żeby wyszło coś pośrodku...;-) Potrzebny jest też paszport / książeczka zdrowia zwierza z aktualnymi szczepieniami i numerem chipa. Jeśli zwierzę jest naprawdę nieusłuchane / może stanowić problem, kiedy pojawi się dziecko (np. rasa psa powszechnie uznawana za niezbyt łagodną), wtedy najprawdopodobniej agencja zaleci odpowiednie szkolenie zwierzaka. Byliśmy w siódmym niebie, kiedy nasz Rudolf przeszedł całą ocenę pozytywnie.

- Cierpliwość jest kluczem do sukcesu. Czyli do tego, żeby nie zwariować. Najlepiej już dziś zacznijcie praktykować medytację, bo nie raz na tej drodze będziecie mieli ochotę wystrzelić kogoś w kosmos. Nie straszę, tylko radzę:-) Tak jak i nam radzono, całkiem słusznie. Zawsze będą jakieś opóźnienia, pomyłki, nadwrażliwość ze strony social worker, czy inne wątpliwości, które z kolei wzbudzą wasze wątpliwości... Ostatecznie jednak nikt nie ucierpiał, wyszliśmy z tego cało i dziś całkiem fajnie ten czas wspominamy. Jeśli wam to pomoże (wątpię!), miejcie z tyłu głowy świadomość, że najcięższy czas przychodzi po panelu, kiedy już jesteście zakwalifikowani, papierkowej roboty brak... i pozostaje tylko czekać. Dobrze, że wymyśliłam sobie wtedy dość czasochłonny kurs, inaczej zwariowałabym od tego czekania.

- O szkoleniach opowiem wam w następnym odcinku, bo zaraz po pierwszej wizycie domowej, to właśnie ich najbardziej się baliśmy. Nie było czego, serio.

O tym, co wspólne

Przez kilka pierwszych miesięcy życia z Fruzią mieliśmy z Inżynierem nocną schizę. Nie wiem, skąd nam się to wzięło, być może od czytania tych wszystkich podręczników rodziny zastępczej, którą przez chwilę byliśmy, a może samoistny instynkt opiekuńczy nam się włączył i strach przed uszkodzeniem Fruzi zawładnął naszą podświadomością. Bez względu na przyczynę, od doby numer jeden do mniej więcej siódmego miesiąca życia Fruzi każdej nocy zrywaliśmy się z łóżka - tylko jedno z nas, oboje lub na przemian - i w panice oraz w półśnie zaczynaliśmy przeszukiwać pościel w poszukiwaniu zagubionej córki. Straszne to było, bo tych kilkanaście sekund, zanim umysł zupełnie się rozbudził i zrozumiał, że malutka spokojnie śpi w łóżeczku, to był koszmarny strach, że coś jej się stało. Czasem to drugie z nas również się budziło i uspokajało szalejącego współspacza, ale czasem trzeba było poradzić sobie z paniką samemu.

Dlatego nigdy, absolutnie nigdy Fruzia nie spała z nami w naszym łóżku. Od początku wiedzieliśmy, że żadne z nas na takim spaniu nie skorzysta.

Zresztą, mówiąc szczerze, nasza córka to typ, który lubi autonomię. Również w czasie spania. Przez kilka pierwszych tygodni owszem, zasypiała nam na ręku i potrafiła przespać tak całą popołudniową drzemkę, ale im starsza była, tym bardziej żądała przestrzeni. W pewnym momencie nawet kołysanie na ręku przed wieczornym spaniem ją drażniło. Najlepiej jej było w łóżeczku. Nie czuję też, że straciliśmy coś z bliskości, bo lulanie do snu to wciąż skomplikowany proces najpierw dzikich łaskotek (to Inżynier), a potem głaskania po włoskach i drapania po pleckach (to ja). Czasem zastanawiam się, jak długo jeszcze wytrzyma mój ciężar barierka łóżeczka. Wciąż jeszcze wstajemy w nocy - podać smoczka, pogłaskać, przykryć, czasem od nowa utulić do snu rozbrykaną małolatę, ale generalnie Fruzia elegancko przesypia całe nocki.

Wczoraj wieczorem obudziła się z krzykiem zaledwie dwie godziny od położenia jej spać. Nie wiem, co ją tak wybiło ze snu - szalejąca za oknem wichura, zły sen, a może rączka jej zdrętwiała od tych dziwnych pozycji, które przybiera... Krzyczała tak głośno, że aż oboje się wystraszyliśmy, przez chwilę w ogóle nie można jej było uspokoić. Wzięłam ją więc do naszej sypialni, położyłam na łóżku, przytuliłam i zaczęłam głaskać. Fruzia powolutku zaczęła się uspokajać. Właściwie ona nawet się nie rozbudziła do końca, nawet kiedy krzyczała, to jakby przez sen. Ostatecznie po kilku minutach oddychała spokojnie, czasem tylko wzdychając głęboko.

Taki mały rarytas mi się trafił niechcący. Leżenie obok śpiącej córeczki.

Pomyślałam wtedy najpierw, że dzieci są takie bezbronne. A potem o wszystkich tych matkach na całym świecie, które właśnie wtedy, w tamtym momencie tuliły swoje płaczące dzieci. Te wybudzone przez jakiś zły sen. Te z kolkami, zatkanymi noskami i wysoką gorączką. Maluchy zdrowe i chore. Te w domach, szpitalach i pod gołym niebem. Te płaczące tak trochę, bo zaraz i tak zasną, jak Fruzia, i te rozpaczające tak, że serce się kroi, a bezsilność oplata tulącą matkę jak bluszcz. Te płaczące ze strachu przed ogromem okrucieństwa, którego nie mogą pojąć. Pomyślałam o tych dzieciach, których nie ma kto przytulić. I jestem pewna, że każda kochająca swoje dzieci mama też czasem o nich myśli.

Tyle nas łączy. Nas, ludzi, którzy znają się z widzenia lub nie znają się wcale, a mijają się codziennie na ulicy. Ludzi, którzy nie mają szansy na poznanie się w tym życiu, bo stąpają po dwóch różnych krańcach ziemi.

Tyle nas łączy. Pozytywnego, dobrego, smutnego, tragicznego. Moglibyśmy być dla siebie ogromną podporą, gdybyśmy tylko zechcieli.

I dlatego nie rozumiem, dlaczego wciąż skupiamy się na tym, co nas dzieli.

O wujku z Gorzowa

To było w czasach licealnych.

Mamuśka Moja bardzo często opowiadała mi o swoim kuzynie z Gorzowa, którego nie dane było mi poznać (a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo), jako że ich drogi na długi czas naturalnie się rozeszły. Mama zawsze wspominała wujka bardzo ciepło, a kiedy w pewnym momencie ich życia udało im się nawiązać kontakt telefoniczny, opowieściom nie było końca. Mamuśka wciąż powtarzała, że wujek bardzo chciałby poznać naszą rodzinę, ostatecznie jednak tylko starszyzna się spotkała, bo dorosłe lub niemal dorosłe potomstwo - wiadomo, miało swoje życie i sprawy znacznie pilniejsze niż zjazdy rodzinne. O wujku z Gorzowa nasłuchałam się jednak sporo.

Którego dnia byłam sama w domu i zadzwonił telefon. Kiedy podniosłam słuchawkę, przywitał mnie radosny, męski głos.
- Witaj, Basieńko - usłyszałam.
Przyjmijmy, że Mamuśka Moja to Basia.
Głos i powitanie zupełnie w stylu wujka z Bogatyni, którego bardzo lubię i z którym, dla odmiany, miałam wówczas dość częsty kontakt.
Roześmiałam się. Kiedy mieszkałam z Rodzicami, wciąż mylono mnie i Mamę przez telefon. Nawet Ojciec Dyrektor nie rozróżniał naszych głosów, więc kiedy dzwonił, na wszelki wypadek zawsze pytał: "mała czy duża?"
- Cześć, wujku - przywitałam się. - Mamy nie ma, ale powiem jej, żeby do ciebie oddzwoniła - rzuciłam lekko.
- Aaaa... to w takim razie rozmawiam z Literką - ucieszył się wujek. - Co u ciebie?
- Ech, matura za pasem - westchnęłam komicznie.
I tak od słowa do słowa zaczęliśmy gawędzić. O czekających mnie egzaminach, studiach, na które się wybieram... Wujek więcej dopytywał o mnie niż sam opowiadał o rodzinie, no ale przecież zawsze taki był. Bardzo  fajnie nam się rozmawiało. Dopiero po kilku minutach konwersacji coś zaczęło mi się nie zgadzać.

I dokładnie w tym samym momencie, kiedy uzmysłowiłam sobie, że to nie wujka z Bogatyni mam po drugiej stronie kabla, mój rozmówca oświadczył, że nie spodziewał się, że tak sympatycznie będzie mu się ze mną gawędziło i zapytał:
- A ty w ogóle wiesz, z kim rozmawiasz?

Zatkało mnie na ułamek sekundy. Chyba zaklęłam szpetnie w myślach, a już na pewno zrobiłam do samej siebie głupią minę. W jednej chwili zdecydowałam:
- Wujek z Gorzowa. Mama dużo mi o tobie opowiada.
Musiałam zabrzmieć bardzo pewnie, bo wujek był pod wrażeniem.
- No cudownie, nie spodziewałbym sie, nie spodziewał...

A ja po odłożeniu słuchawki niemal zjechałam ze śmiechu z fotela, na którym siedziałam.

Przez długi czas po tej rozmowie wujek nie mógł wyjść z zachwytu nad tym, jak przesympatyczną córkę ma Mamuśka. Wiele lat później zaprosiliśmy wujka na nasz ślub. Los chyba jednak nie dąży do naszego spotkania, bo tego samego dnia wujek miał rodzinne wesele i nie mógł przyjechać na nasze. Przysłał nam jednak ogromny kosz pięknych kwiatów.

Wciąż się nie znamy, wyobrażacie to sobie?

O spacerze (i trochę o kupie)

Nareszcie! Po tygodniu deszczu, wiatru i ciężkich jak ołów chmur wyszło słońce. Na chwilę tylko, ale nie czepiajmy się szczegółów. Kraina Deszczu tak mnie wytresowała, że kiedy w środku dnia w listopadzie (oraz w grudniu, styczniu, lutym, marcu, kwietniu...) w Piątej Chatce nie trzeba włączać światła przy odsłoniętych roletach, to znaczy, że oto jest dzień, który dał nam Pan! Albo przynajmniej chwila, którą dał nam Pan. I trzeba się spieszyć.
- Rudolfie, poznaj gest pani - oświadczyłam sierściuchowi radośnie. - Pójdziesz z nami do parku.
Gest polegał na tym, że park (zwany szumnie przez tubylców lasem, ekhm) to miejsce publiczne, a wiadomo, że ja+wózek z Fruzią+Rudolf to mieszanka zbyt nieprzewidywalna, żebyśmy mogli w tej przestrzeni zakłócać angielski spokój. Łazimy więc zwykle w miejsca trochę mniej publiczne, gdzie Rudolf może się wyhasać bez smyczy albo wałęsamy się osiedlowymi uliczkami z uwiązanym sierściuchem, jednakże mało w tym polotu, szczególnie z perspektywy Rudego. Dopiero wieczorami oraz w weekendy, kiedy nadchodzą posiłki w osobie Inżyniera, Rudolf zaznaje raju. Tym razem jednak słońce mnie zaćmiło i uznałam, że ja sama, ja sama.

Już po kilkudziesięciu metrach klęłam na Rudolfa jak szewc. Sierściuch nie załatwi się na ulicy ani chodniku, ale już na pierwszym z brzegu trawniku przed domem przypadkowych ludzi to i owszem. Zastopowałam wózek, zablokowałam koła, wyciągnęłam woreczek do zgarnięcia psiej kupy. Rudolf oczywiście wciąż na smyczy, bo obok ulica. Zbieram kupę, Rudolf zaczyna sprzątać równocześnie ze mną, czyli kupa - na szczęście liści! - leci na mnie. Felerny woreczek rozrywa się i psie odchody znów lądują na trawniku. Próbuję je zebrać w porwaną folię (jak to dobrze, że mam Fruzine chusteczki nawilżające!, myślę), a tymczasem Rudolfa wzywają zapachy i ciągnie mnie w głąb trawnika.
- Kurwa, Rudolfie, stój! - syczę przez zęby.
Nie przeklinaj przy dziecku znów poszło się paść na łące, choć najczęściej się udaje.
Fruzia w tym czasie patrzy na nasze wyczyny z wyraźnym zainteresowaniem.
Dobrze, udało się, kupa w worku. Lokalizuję wzrokiem śmietnik. 15 metrów. Mamy do przejścia zaledwie 15 metrów.
- Fruziu kochana, mama tylko to wyrzuci i już do ciebie wraca - mówię do małej.
Fruzia nie ma nic przeciwko.
Robię dwa kroki i ledwie uchodzę z życiem, bo Rudolf nie dość, że zrobił nagły zwrot, to jeszcze zaplątał się w smycz, a przy okazji mnie.
- Czyś ty rozum postradał?! - warczę na psiura. - Jeśli masz zamiar tak się zachowywać, to lepiej wróćmy do domu!
Ten patrzy na mnie z przepraszającą miną. Serio, psy to potrafią. Rozmiękczanie ludzkich serc na zawołanie. Więc mięknę.
- Rudolfie, proszę cię, bądź normalny, muszę pozbyć się tego twojego gówna! - mówię już całkiem spokojnie i przyjaźnie. Zastanawiam się też, jak dobrą scenkę rodzajową stanowimy dla przechodniów. Nielicznych, na szczęście.
Chwilę później kontynuujemy spacer, choć sierściuch wciąż podekcytowany jest wędrówką w miejscu publicznym, więc co kilka kroków muszę poskramiać jego dzikie zapędy do poznawania okolicznych ogródków.

Czy teraz już wszyscy rozumieją, dlaczego ja+wózek z Fruzią+Rudolf w takich miejscach to doprawdy świąteczny widok?

W parku było jednak cudownie. Koła wózka tonęły w dywanie jesiennych liści, Fruzia babuliła po swojemu, ja opowiadałam jej o drzewach, na których się nie znam, Rudolf hasał.
- Porzucamy Rudemu patyki? - zapytałam w końcu córkę.
Fruzina popatrzyła na mnie z zainteresowaniem.
Znaczy - jasne, mamo!
Schyliłam się po pierwszego lepszego badyla. Pies natychmiast  był przy mnie.

To trzeba było zobaczyć na własne oczy. Żałuję, że wybrałam się na ten spacer bez telefonu lub aparatu.

Fruzia uśmiechnęła się już na sam widok podnoszonego przeze mnie patyka. Na widok skaczącego Rudolfa, parsknęła. A kiedy zobaczyła go biegnącego dziko za badylem, dosłownie wybuchnęła śmiechem. Nie zdziwiło mnie to, bo Fruzię bardzo łatwo rozśmieszyć, a wszystko, co dotyczy Rudolfa, rozbawia ją najbardziej. Ale nigdy nie widziałam czegoś takiego. Mała zaczęła zanosić się śmiechem, dosłownie trzęsła się w wózku i razem z wózkiem. Śmiała się w głos, tak perliście, radośnie i szczerze jak tylko bejbiki potrafią. Nie mogła się uspokoić, widziałam, że chce złapać oddech, zatrzymać się w tym szaleństwie, ale to było silniejsze od niej, więc łzy zaczęły płynąć jej po twarzy strumieniem. Fruzia popłakała się ze śmiechu!

Patrzyłam na nią, rzucałam te badyle i sama śmiałam się w głos. Tam, w parku i całą drogę powrotną. I jeszcze trochę w domu.

Mam dziecko jak z reklamy pieluch.

O nadziei

Rozmawiam ze Strażniczką, która przybyła na swoją - trzymajmy mocno kciuki - ostatnią kontrolną wizytę. W zasadzie nie muszę nic mówić na temat Fruzi, bo dziecię samo opowiada o sobie soczystą mową własnego, ruchomego ciała. Wykorzystuję więc moment pomiędzy kolejnymi westchnieniami zachwytu Strażniczki i zgrabnie wtrącam zaplanowany wcześniej wątek.
- A powiedz mi, proszę - zaczynam, uśmiechając się od ucha do ucha - kiedy właściwie moglibyśmy pomyśleć o kolejnym dziecku?
I natychmiast dostaję własnym pytaniem w twarz.
Z Mężem Mym już to przerobiłam, następną osobą mógłby ewentualnie być ginekolog, ale żeby jakaś opieka społeczna miała mi mówić, kiedy możemy sobie zrobić dziecko?
Strażniczka zaczyna się śmiać, co biorę za dobrą monetę, bo ona nie śmieje się ot tak. Ona musi człowiekowi ufać, żeby pozwolić sobie na takie frywolne zachowania. Więc też się cieszę, co się będzie kobieta sama radować.
- Teoretycznie między Fruzią a ewentualnym młodszym rodzeństwem idealnie byłoby utrzymać dwuletnią różnicę wieku - mówi w końcu. - Poza tym te dwa lata pozwalają na zbudowanie trwałej więzi.
Chwytam się tego 'teoretycznie'.
Wyliczenia zrobiłam już wcześniej. Za długo.
Czekam na ciąg dalszy.
- Ale... - słyszę w końcu.
Podoba mi się to.
Teoretycznie i ale. Czasem naprawdę je lubię.
Rozmawiamy. Notes Strażniczki zapełnia się notatkami.

To było tak niedawno.
Nie-tak-dawno.
Dwa lata wstecz, w niewygodnym rozkroku, z miliardem pytań, gdybań i co-jeśli.
Bez widoku na wkrótce-rodzicielstwo.
Rok wstecz, wciąż miliard pytań, ale już wiemy, że się stanie.
Dziś. Fruzia.
Za rok o tej porze, mam nadzieję, będziemy rozmawiać o nowym lokatorze. Lokatorce?

Z bez-nadziei i bez-dzietności do normalności. Względnej.;-)

Nie tak dawno. Nie-tak-dawno.

To jest możliwe, mówię Wam. Wam, które wciąż czekacie. Nieważne, jaką drogą idziecie. Każda jest dobra, jeśli jest Wasza.

To Naprawdę Jest Możliwe. 

Opowieści z krypty

Dawno, dawno temu Rodziciele Moi wybierali się w odwiedziny do chrzestnego Ojca Dyrektora. Wybierali się jak sójka za morze, bo zawsze coś stawało im na przeszkodzie, mijały więc całe miesiące, a potem lata, kiedy z wujkiem Ojca nie było właściwie żadnego kontaktu. Wreszcie postanowili - tak dalej być nie może, wizyta u chrzestnego zaczyna być jednym wielkim wyrzutem sumienia, czas więc jechać. Pojechali. Bez zapowiedzi, bo i czasy były inne, a starsi ludzie na wsiach przecież zawsze byli w domu, nawet jak ich nie było. Pojechali.
Kiedy dotarli do wioski wujka, początkowo Ojciec pamiętał drogę, ale szybko uznał, że już nie wie, co dalej. Może to ten orszak żałobny, który minęli, tak go wybił z rytmu albo te lata, które minęły same, nie wiadomo kiedy. Tak czy inaczej, postanowili zapytać kogoś o drogę do wujka. Przecież na wioskach wszyscy wszystkich znają, będą wiedzieć. Zaczepiony przechodzień spojrzał na nich tak, jakby to pytanie nie było tego dnia pierwsze.
- Aaaa, do kościoła to tam - wskazał drogę.
Rodziciele wyglądali na lekko zdezorientowanych, więc zapytany uściślił dla porządku:
- Na jego pogrzeb przyjechaliście, tak?
Ten orszak żałobny to była wujka ostatnia droga.

To jedna z tych historii, które w opowieściach Mamuśki brzmią jak z książek Marqueza. Przyprawiają o gęsią skórkę, przypominają o sobie w ponure wieczory, jawę mieszają ze snem. Mamuśka Moja jest jak medium, już nie raz coś wyśniła, przeczuła, wyczuła. Cieszę się, że taki koncertowy tchórz jak ja nie odziedziczył po Mamie akurat tej cechy. Tylko jeden raz miałam sen, z którym do dziś dziwnie się czuję, i który przypomina o sobie, ilekroć przeglądam albumy ze zdjęciami.

Wrzesień 2012
Byłam na ogromnym polu z zieloną,  typowo angielską trawą. Wyglądało to trochę jak car boot, tyle że zamiast samochodów na polu stały boksy, takie niewielkie przestrzenie oddzielone od siebie drewnianymi parawanami. Wiem, że była tam też koleżanka z Różowej Chmurki, z którą rozmawiałam w angielskim narzeczu. I generalnie czułam się jak w pracy. Koszmar polegał na tym, że tak naprawdę było to ogromne krematorium na świeżym powietrzu. Zwłoki wieszano na sznurach, takich mini szubienicach, po czym tak wiszące podpalano.  Co ciekawe, podczas mojej wędrówki po tym krematorium widziałam tylko jedno kremowane ciało - moje własne. Wyglądało jak z gumy, dosłownie taka powłoka, która z jednej strony wzbudzała we mnie strach, ale jednocześnie cieszyła mnie świadomość, że nie będę leżała w trumnie [zawsze mnie to przerażało, więc wymogłam na rodzinie obietnicę kremacji]  i że dostałam drugie życie, dzięki któremu nadal chodzę po świecie i mam się świetnie. W boksach były też małe pieski, a konkretnie jeden - szczeniak labradora, wyglądający jak Rudolf. Żywy szczeniak. A potem, na tym samym polu, koleżanka z Chmurki wręczyła mi bliźnięta, dziewczynkę i chłopca. Chłopiec miał śliczne, duże oczy, a dziewczynka twarz i blond włoski małej Jemimy z mojego przedszkola! Mały nie patrzył na mnie, ale dziewczynka wpatrywała się we mnie intensywnie, jakby trochę lekko zdziwiona moją obecnością. Koleżanka oświadczyła, że matka bliźniąt ich nie chce, więc jeśli mam ochotę, mogę je adoptować i natychmiast zabrać do domu, na co ja oczywiście skwapliwie się zgodziłam.

Fruzia nie jest podobna do Jemimy. Tylko kolor włosów się zgadza, a ta powaga małej ze snu nijak ma się do żywiołowości naszej córki. Fruzia zdecydowanie nie jest podobna do Jemimy.

Tylko na jednym, jedynym zdjęciu, zrobionym podczas drugiej wizyty u Fostersów, kiedy malutka była naprawdę mini, Fruzia wygląda identycznie jak ona.

O poszukiwaniach

Podtrzymuję Fruzię pod pachami, mała stoi twarzą do mnie na wyprostowanych jak struna nogach. Zadowolona, szczerzy się jak Rudolf na widok pełnej miski. W końcu bez pardonu łapie za moją koszulkę w okolicy szyi i zagląda pod nią ciekawie.
- Córko, czego tam szukasz? - pytam spokojnie. - Poza tym, czy ja ci zaglądam w cycki?
(Oczywiście, że tak, ale ona nie musi o tym wiedzieć.)
Fruzia nie reaguje, kontynuując szarpanie za bluzkę. Piszczy przy tym bardzo radośnie. Sadzam ją więc na podłodze, wciąż twarzą do mnie i też zaglądam jej pod bodziaka, jednocześnie łaskocząc po bokach.
- Teraz jesteśmy kwita - oświadczam. - Cycek za cycek.
Fruzia wybucha perlistym śmiechem.
Chyba mamy nową zabawę.

***
W ciągu jednego tylko weekendu nabiła sobie pierwszego, oficjalnego guza, waląc głową w łóżeczko, nauczyła się siadać metodą z-pleców-na-brzuch-na-cztery-łapy-i-bokiem-na-pupę, choć wciąż nie wszystkie próby są udane, wymarudziła i urodziła ząb numer trzy, oświadczyła, że baba-bebe-byby oraz odkryła w sobie talent aktorski. Ni z gruszki ni z pietruszki, najczęściej w trakcie dzikiej zabawy freestylowej, potrafi teraz zmrużyć mocno oczy i zrobić minę, którą można odczytać na dwa sposoby -  'zobacz, jak płaczę' lub 'śmieję się do rozpuku'. Potem otwiera oczy i sprawdza, jakie wrażenie na nas wywarła.
- Wyglądasz jak z japońskiej kreskówki - powiedział Inżynier, kiedy już otrząsnął się z rozbawienia po pierwszym takim show. - Jeszcze tylko brakuje, żebyś zaczęła tryskać łzami na boki.

U nas na pewno nie uświadczyła mangi. Fostersi też nie wyglądają mi na jej fanów.

Zapamiętać: Jeśli Fruzia zechce kiedyś przeczesać drzewo genealogiczne, by odnaleźć ślady swych biologicznych przodków, skierować jej pierwsze kroki do Kraju Kwitnącej Wiśni.

O tym, co by było gdyby

Gdybym nie miała Fruzi oraz gdybym nie musiała chodzić do normalnej pracy, nie mając Fruzi...

... istnieje duże prawdopodobieństwo, że ten filmik byłby o mnie:


Wygląda na to, że Fruzia trzyma mnie przy zdrowych zmysłach. Z wyjątkiem tych chwil, kiedy śpi. (Ale ona śpi zdecydowanie za mało, żeby zdążyć oszaleć.)

"Think of writing as the brain orgasm we desperately need to have." Macie jakieś inne sposoby na orgazm?;-)

Adopcja w UK (4): Initial assessment visit, czyli pierwsza wizyta

Doskonale pamiętam ten obezwładniający stres przed pierwszą wizytą social worker w naszym domu. Najazd naszej Strażniczki wypadał w poniedziałek, więc jak łatwo się domyślić, cały weekend sprzątałam. Cały weekend plus bladym świtem jeszcze w poniedziałek. A do tego wciąż kompulsywnie latałam do słownika, żeby sprawdzić, jak właściwie powiedzieć to czy tamto, bo przecież na pewno będę potrzebowała akurat tego słowa, a jeśli nie będę go znała, to język stanie mi kołkiem i już nie ruszę dalej... Mąż Mój piekł rogaliki, ciasto jak na złość dwa razy mu nie wyszło, więc eksperymentował z zamrażaniem, co rzekomo miało mu pomóc. Ciastu, nie Mężowi. Omatkobosko, śmiać mi się chce, jak sobie to wszystko przypomnę!

W rzeczywistości to była naprawdę miła wizyta, choć wykańczająca. 4 godziny spędziliśmy na rozmowie o... wszystkim w zasadzie. Strażniczka przyjechała z listą tematów, które miała z nami poruszyć i przez cały czas pilnie coś notowała - właściwie nie dziwię się, kto by to wszystko zapamiętał! Rozmawialiśmy o naszych rodzinach, pracach, psie, przeprowadzce do Krainy Deszczu, planach na powrót do Polski, leczeniu niepłodności, motywacji adopcyjnej, doświadczeniu w opiece nad dziećmi...To była niekończąca się rzeka tematów. Strażniczka też sporo mówiła. Opowiadała nam o procesie i realiach adopcyjnych, o dzieciach, które czekają na rodziny, o wszystkich plusach i minusach adopcyjnego rodzicielstwa, pytała o nasze oczekiwania i różne kwestie kulturowo-religijno-zdrowotne naszych potencjalnych dzieci (czy adoptowalibyście dziecko o innym kolorze skóry?, dziecko wyznania islamskiego? , dziecko innej narodowości niż polska lub brytyjska?). Nie sądzę, żeby oczekiwała tylko odpowiedzi twierdzących. Myślę, że bardziej zależało jej na tym, żeby sprawdzić, czy przemyśleliśmy pewne kwestie, a jeśli nie, czy jesteśmy szczerzy i otwarci na dialog i szukanie odpowiedzi nawet jeśli w tamtym momencie nie mieliśmy ich pod ręką.

Oprowadziliśmy też Strażniczkę po naszym domu i kawałku trawiastego poletka (własność Rudolfa) szumnie nazywanego ogrodem, opowiedzieliśmy, jakie zmiany wprowadzimy w naszym królestwie po zyskaniu nowego lokatora i gdzie w tym wszystkim będzie miejsce dla naszego rozpieszczonego kundla, który udaje labradora. Na koniec otrzymaliśmy kolejny formularz do wypełnienia, bardzo podobny do tego, który wysłaliśmy miesiąc wcześniej do agencji. Różnica była taka, że zamiast miejsca na rozprawkę, mieliśmy w punktach omówić konkretne aspekty, np.

- tell us what you have found out about adoption and what sources you have used
- tell us why you want to adopt, age, number, gender, charateristics and any of the skills or experience you have that you believe would be helpful
- tell us anything about yourself that you think might support your application to adopt; a brief description of your family and lifestyle
- give your views on adopting children with complex needs
- what are your views on contact between the child and their birth family?
- why do you want to adopt?
etc.

Po tych czterech godzinach nadawałam się jedynie do tego, aby wypić butelkę wina. A musiałam pójść jeszcze do pracy;-)

Kiedy myślę o tym, co mogłabym poradzić wszystkim oczekującym na taką wizytę, przychodzi mi do głowy kilka rzeczy:

1. Czytaj jak najwięcej się da, najlepiej w języku angielskim. Zapraszam do adopcyjnej biblioteki.Podłapiesz adopcyjne słownictwo i z pewnością będzie ci łatwiej poskładać myśli w zdania, a co jeszcze ważniejsze, dokształcisz się w adopcyjnej tematyce. Zdecydowanie luźniej się rozmawia, jeśli człowiekowi obiło się o uszy concurrent planning in adoption, relinquished children czy różnica pomiędzy fostering a fostering for adoption. (Spokojnie, nie rozmawialiśmy o tym wszystkim na pierwszym spotkaniu!) W czasie czytania wiele rzeczy cię zaskoczy, inne być może zbulwersują (kontakt z rodziną biologiczna? no way!, pomyśleliśmy w pierwszym odruchu), ale na pewno to wszystko zmusi cię do myślenia. Być może ta niekoniecznie łatwa lektura zmieni twoje podejście do wielu aspektów adopcji.

2. Jeśli adoptujesz z partnerem, rozmawiajcie. Wiem, dziwna rada, ale są ludzie, którzy niby chcą, niby się zgadzają, a potem okazuje się, że mają rozbieżne oczekiwania. Na tym etapie powinniście przynajmniej ustalić podstawowe sprawy - ile dzieci chcecie adoptować i w jakim wieku. Nawet jeśli w trakcie procesu zmienicie zdanie (tak było u nas), wysyłajcie sygnały, że rozmawiacie na ten temat i wspólnie dochodzicie do jakichś wniosków. Nie znaczy to też, że musicie mieć odpowiedź na każde pytanie. To zresztą byłoby dziwne, dlatego...

3. Pytaj. Przygotuj sobie listę pytań - to naprawdę jest pomocne, kiedy człowiek jest rozemocjonowany i zapomina połowę rzeczy, których chciał się dowiedzieć. Masz wątpliwości, nie rozumiesz czegoś - pytaj. To ma być dialog, a nie przesłuchanie.

4. Bądź szczery, ale zachowaj angielską powściągliwość:-) Kłamstwa mają krótkie nogi i jeśli wyjdą na jaw, social worker z pewnością nie nabierze do ciebie zaufania. Jeśli planujesz powrót do Polski, byłeś kiedyś karany za jakieś błędy młodości, masz kredyt czy ojca alkoholika, z którym nie utrzymujesz kontaktów - powiedz o tym spokojnie i rzeczowo. Nie mów jednak, że ojciec spieprzył ci życie i do dziś nie możesz się pozbierać z traumy.

Jedynym momentem naszej rozmowy ze Strażniczką był ten, kiedy ta zapytała o nasze leczenie. A dokładniej - kiedy mieliśmy ostatnią próbe IVF. Bardzo się tego bałam, bo wiedziałam, że czas jaki od niej upłynął, jest zdecydowanie zbyt krótki jak na przedadopcyjne standardy naszej agencji. Minęły raptem 2 miesiące. Myślałam, że będziemy musieli odczekać kilka miesięcy (kolejne oczekiwanie w naszym życiu), zanim ruszymy dalej. Postawiliśmy jednak na szczerość i zaczęliśmy opowiadać o naszych adopcyjnych rozmowach i poszukiwaniach jeszcze w trakcie leczenia. Przekonaliśmy ją. Strażniczka stwierdziła, że to, co mówimy o adopcji i niepłodności oraz sposób, w jaki o tym mówimy, pozwala jej przypuszczać, że jesteśmy gotowi do następnego rozdziału w naszym życiu.

***

Wiem, że są ludzie, którzy nie potrzebują tego typu porad. Podejdą do sprawy na luzie, bez przygotowania i ... też będzie dobrze. Do pewnych rzeczy w życiu ja też tak podchodzę, ale w innych kwestiach lubię wiedzieć, co mnie czeka. Dlatego zanim doszło do tego spotkania, przeczesałam sieć wzdłuż i wszerz, żeby zwyczajnie poczuć się pewniej. Wszystko, co przeczytałam, referowałam później Mężowi. Taki mamy system - ja czytam, bo lubię, on słucha, potem gadamy.

Sprawdziło się przez cały adopcyjny proces.

O schizofrenii językowej

Nie wiem, skąd to się bierze.

Są takie dni, kiedy mój angielski mogę przyrównać jedynie do angielskiego niejakiego Tolka Ce. Tolek, spojrzawszy z uwagą na zdjęcie, które miał opisać podczas ustnego poprawkowego egzaminu maturalnego, zamyślił się głęboko, po czym po kilku chrząknięciach komisji z szerokim uśmiechem i zapałem zaczął powtarzać 'I can see electronics... and electronics... I can see..."* Fotografia przedstawiała salę operacyjną, a w niej zespół chirurgów operujących pacjenta. Tak mnie ta wypowiedź Tolka powaliła, że niemal zjechałam pod stół wraz z zieloną zasłoną udającą obrus, której kurczowo chwyciłam się, aby zachować resztki powagi.

Są więc takie dni, kiedy rozmawiam z Liz, a mój umysł zachowuje się tak, jakby był zdolny do wyprodukowania jedynie tych nieszczęsnych electronics. Niby rozmawiam, niby po angielsku, ale słowa puchną mi w gardle, robią się ciężkie, teoretycznie je znam, ale jakbym je po raz pierwszy wymawiała. Niektóre uciekają i wtedy przez pół minuty zastanawiam się, jak do licha ciężkiego nazywa się to coś bujające, o to słowo mi chodzi, którego ostatnio nadużywamy w obu językach, ale zamiast swing w głowie uparcie huczy string, choć nie mówię tego głośno, bo wiem, że to nie ta sekwencja liter i dźwięków. I wychodzę potem z takiego spotkania, zastanawiając się, jak ja, do cholery, skończyłam studia i czy miałabym aktualnie szansę na stanowisko angielskiej babci klozetowej w angielskim kiblu in the middle of nowhere.

Są też takie dni jak dzisiaj, kiedy rozmawiam z Liz - nie, ja nie rozmawiam, ja plotkuję! - a słowa namiętnie się do mnie kleją. Płynę, dosłownie płynę, i to stylem Otylii Jędrzejczak, bo o moim własnym nie ma w ogóle mowy. Opowiadam jej o minionych wyborach w Polsce, o PiS i ustawie in vitro, potem śmiejemy się z salsy naszych chłopaków, a ja chwytam jej słowa, zanim jeszcze je wypowie, a swoje wypowiadam szybciej niż o nich pomyślę. Gdybym tylko tego dnia miała rozmowę kwalifikacyjną o pracę, jak nic zostałabym pogodynką w BBC. I wychodzę z takiego spotkania, zastanawiając się, gdzie, że się tak brzydko wyrażę - do kurwy nędzy, chowam ten mój językowy geniusz na co dzień.

Nie wiem, skąd to się bierze, ale zaprawdę powiadam Wam, dowiem się. Dowiem się, co takiego (nadmiar czekolady? / niedobór czekolady? / niedobór Smirnoffa?) sprawia, że raz jest rewelacyjnie, a raz jęzor kołkiem staje jak kłoda oraz odkryję metodę na całkowitą eliminację tegozłego z talerza, szklanki lub powietrza.

A potem to opatentuję i dostanę Nobla.

*Tolku, nawet jeśli wygooglujesz się tutaj przypadkiem, to jak Cię znam, będziesz raczej dumny z obecności w tym wpisie niż oburzony moim brakiem taktu. Uwierz mi, gdybym mogła, chętnie dałabym Ci tę maturę raz jeszcze.

O zarazkach i miłości w rodzeństwie

Mamuśka Moja kocha psy, a odkąd mamy Rudolfa, najbardziej kocha kundle i labradory. Teoretycznie i praktycznie jest więc Rodzicielka zagorzałą zwolenniczką wychowywania dzieci w towarzystwie zwierzaków. Wiecie, maluch nauczy się miłości do fauny oraz dbania o żyjątko, nawiąże pierwszą przyjaźć, uodporni się na zarazki... Choć tego ostatniego argumentu Mamuśka nie lubi nadużywać.
- Rudolfie, przestań już ją lizać! - denerwuje się po drugiej stronie monitora, kiedy sesja pielęgnacyjna Fruzinowego policzka przez psi jęzor trwa o trzy sekundy za długo jak na Mamuśkowe standardy.
- A ty przestać mu na to pozwalać! - dostaje się i mnie.
- Ale Mamuśko, zaraz ją wytrę - bronię się słabo. - Poza tym przecież widzisz, że ona się tego domaga.
Prawdę mówię. Niech no tylko morda Rudolfa znajdzie się w jej zasięgu, a już dziecię nadstawia policzek, mruży rozkosznie oczy i trwa w oczekiwaniu na wybuch czułości ze strony sierściucha. Jak mogę im tego zabronić? Albo, co o wiele trudniejsze, jak zapobiec? Kiedy Fruzia była ciut młodsza, ja byłam ciut ostrożniejsza, wszak sterylne butelki, smoczki, a zatem i wnętrzności dzieciny do czegoś zobowiązywały, ale teraz? Jak niby miałabym to uczynić, kiedy ona jest wszędzie, a on często za nią / przy niej / nad nią...
- Mamuśko, z niego tak się sypie sierść, że pomyśl tylko, ile ona musiała już jej połknąć... - próbuję zobrazować Mamie bezsens ewentualnych wysiłków ochrony Fruzi przed zarazkami. - A Wielka Szwagierka mówi, że psie jęzory mają właściwości lecznicze. Poza sezonem na zdechłe zające oczywiście.
Rodzicielka krzywi się zniesmaczona i wzdycha z rezygnacją.
Odległość wiąże jej ręce.
A moje i tak są związane, mimo że jestem tak blisko.

Kochają się, to pewne. (Ciekawe, jak długo, bo przecież wiadomo, że to będzie burzliwy związek.) W piątek wkroczyliśmy w etap karmienia. To znaczy Fruzia karmi Rudolfa, nie odwrotnie.

Ustawiłam wózek na progu między przedpokojem a kuchnią, w wózku posadziłam dziecię i wręczyłam jej chrupka. Sama musiałam uporać się z rozbitą na podłodze szklanką. Rudolf usiłował dostać się do kuchni, ale z obawy, że pokaleczy sobie poduszki łap zablokowałam mu wózkiem drogę. Wszyscy bezpieczni, mogę sprzątać. Kiedy po minucie podniosłam wzrok na Fruzię, ta właśnie dzieliła się swoim posiłkiem z sierściuchem. Wiecznie nienasycony Rudolf zdołał wetknąć łeb między brykę a framugę na tyle, aby wyżebrać od młodszej siostry żarcie, nie był jednak aż tak sprytny i szybki, żeby zdążyć wyjąć z zaciśniętej dłoni Fruzi drugą połowę wymemłanego chrupka.
- Rudolfie, zostaw ją w spokoju - powiedziałam bardziej dla przyzwoitości niż w jakimkolwiek innym celu. - A ty, córko, przestać go karmić. To miała być twoja przekąska.
Przestała, owszem. Poluzowała pięść i włożyła sobie resztę chrupka do buzi. Razem z całym zastępem Rudolfowych zarazków i bakterii.
Następnym razem zastanów się, matko, o co prosisz.

Dopełnieniem ich miłości stał się nieoczekiwanie kojec.

Zaledwie tydzień temu oznajmiłam Inżynierowi, że musimy mieć takowy w salonie, choćby tylko po to, żebym spokojnie mogła pójść do kuchni zrobić sobie herbatę, nie nasłuchując, czy Fruzia w drugim końcu mieszkania wciąż jeszcze nie opuściła samowolnie łóżeczka. Z fotelika już raz się sama wypięła, prawdopodobnie przypadkowo, ale przypadki dość często chodzą po Fruzi, z kolei wózek nadaje się na spacery, podczas których kontroluję (zazwyczaj), co czyni dziecię, zaś w domu ufam mu tylko w czasie drzemek. Kojec, kojec, kojec, mantrowałam więc pod nosem, przeczesując ebaya.

Przyjechał w niedzielę. Fantastycznie przestronny, z okienkiem zapinanym na suwak tylko od zewnętrznej strony, z dachem na zbyt słoneczne / zbyt deszczowe dni. Re-we-la-cyj-ny ().
Fruzia przez chwilę nie wiedziała, co się dzieje, kiedy ją w nim umieściliśmy, ale Rudolf dostał ekstazy natychmiast. Czego w zasadzie można było się spodziewać. Po kilku minutach szaleli już oboje - ona w środku, on na zewnątrz. Ona przykładała twarz do siatkowej ścianki, on usiłował ją przez nią lizać. Ona próbowała złapać go za nos, on tym nosem chciał przebić dziurę, by dostać się do niej. Niczym kochankowie z Werony szukający drogi do ukochanej osoby, choć to przecież brat i siostra. Otworzyłam więc okienko, żeby mogli się sobą nacieszyć. Rudolf znów został ekstazy, odczytując to jako zaproszenie do wewnątrz, ale szybko wyperswadowałam mu takie pomysły z głowy. Pozwoliłam mu jedynie na umoszczenie łba obok zadowolonej Fruzi, wciąż siedzącej w kojcu. Wyglądali komicznie. I znów było słodko - ona łapała go za wąsy, on cierpliwie znosił jej 'czułości'. Ona pacnęła go w nos raz i drugi, on odpłacił się maseczką z jęzora na twarz. (Matka natomiast latała wokół nich i nad nimi z aparatem.)

Patrzę tak na nich i zastanawiam się, które pierwsze zarządzi odwrót. Brytusia z doświadczenia twierdzi, że Rudolf i ja jej wierzę, choć trafić za Rudolfem lub Fruzią jest doprawdy trudno. Jedno natomiast jest pewne - jeszcze wiele sierści zleci z Rudolfa, zanim ta dwójka stworzy zgodne, harmonijne i kochające się dojrzałą miłością rodzeństwo...

O pierwszym Halloween Fruzi

Kochana Córeczko,

Powinnaś przyzwyczajać się do faktu, że Twoi starzy zawsze dadzą w czymś ciała. W ramach rekompensaty oferujemy jednak dobrą zabawę, więc może nie uznasz nas za największą wtopę swojego życia.

Otóż, w swoje pierwsze Halloween nie stałaś nawet kilometr od prawdziwej dyni. Winą za tę skandaliczną sytuację można obarczyć naszą imigracyjną i, co istotne, dotąd bezdzietną (nie)świadomość. Nikt nam nie powiedział, że zapasy dyni kończą się w Krainie Deszczu na tydzień przed Halloween. 

Nie poszłaś na żadną imprezę. Nie jadłaś cukierków ani żadnych snacków, których i tak nie potrafilibyśmy nazwać.

A jedyny strój, który znalazłam w Twojej garderobie, a który w założeniu miał być przerażający, to czarne spodnie dzwony. W tych dzwonach wyglądałaś raczej porażająco zabawnie, szczególnie kiedy od góry do dołu oblepione były sierścią Rudolfa od Waszego tarzania się po podłodze...

Wybacz. 

Na pocieszenie powiem Ci, że atmosfera wcale nie upadła. Z pomocą przyszedł Rudolf Kosmita, świecący w ciemnościach swoją najnowszą obrożą. Zaprawdę powiadam Ci, Fruziu, teraz mogę czytać przy nim książki o północy w ciemnym lesie. 
Żółw od Wielkiej Cioci też nie zawiódł. Zorganizował Ci gwiazdy i księżyc na Twoim własnym niebie w Twoim własnym pokoju. Czasem niebo było zielone, czasem niebieskie, zdarzało się też pomarańczowe. Pięknie wyglądałaś na jego tle. 
Polowanie na dynię, mimo że papierową, też sprawiło Ci sporo frajdy. Matka Twoja wspięła się na wyżyny swych artystycznych zdolności, wycinając ją dla Ciebie z podprowadzonego z Różowej Chmurki kolorowego bristolu. Tak bardzo to doceniłaś, że z rozpędu postanowiłaś ją zjeść. Dynię znaczy, nie matkę. Wypluwając jeno zielony ogonek. 
Ojciec Twój, jak na prawdziwego obrońcę rodziny przystało, ujarzmiał w tym czasie paradę małych czarownic, duchów i kościotrupów w drzwiach Piątej Chatki. Nie było łatwo, oj nie. W krytycznym momencie oznajmił, że skończyły nam się słodycze i teraz dopiero będzie musiał stoczyć prawdziwą walkę o bezpieczeństwo naszego domostwa. Nie byłby jednak Inżynierem, gdyby źle rozliczył garście. Skończyły się słodycze, a jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki skończyła się też parada. 

Nie było więc źle, Fruziu. Ostatecznie zasnęłaś całkiem ukontentowana. (Mama wskoczyła wtedy w strój czarownicy sprezentowany jej przez tatę, ale to już jest temat na zupełnie inny list. Napiszę go za jakieś 18 lat, dobrze?)

Całuję,
Mama