O wnioskach z przyjęcia

środa, października 07, 2015

Impreza urodzinowa u Niemieckich.

Czteroletnia jubilatka otwiera nam drzwi, odbiera prezent, po czym kilka sekund później Beauty and the Beast z hukiem ląduje na stercie innych podarunków, a sama Amela z wypiekami na twarzy pędzi nie-wiadomo-dokąd. Uśmiecham się do siebie rozbawiona. Jak to dobrze, że nie spędziłam więcej czasu w księgarni, usiłując wybrać jakąś godną pozycję dla czterolatki, i że wszystkie podarunki spotkał ten sam los. Urodzinowa poprawność polityczna, ma dziewczyna głowę na karku.

W domu panuje adekwatny do okoliczności chaos.
- Wiesz przynajmniej, ile dzieci masz aktualnie na stanie swojego domu? - pytam Fotografa.
- Ekhm... - odchrząkuje gospodarz znacząco. - Najważniejsze, żeby wieczorem została tylko dwójka, najlepiej własnych.
Takiej matematyki powinno się uczyć w szkole.

Szybko okazuje się, że połowa obecnej na przyjęciu dzieciarni ma na sobie jakąś część garderoby uszytą przez Szwaczkę, gospodynię. Fruzia ma w domu kapelusz i spodnie jej autorstwa.
- Przecież ona powinna założyć własny biznes! - ekscytuje się Inżynier, przyglądając się dziełom Szwaczki. (Dzieła są w ciągłym ruchu, więc nie jest to łatwe.)
- Tylko jej tego nie mów, bo już wszyscy ciosają jej kołki na głowie w tym temacie, a ona chce szyć tylko dla rodziny i przyjaciół - mówię po cichu.
- Dobra - zgadza się Mąż Mój.
Po czym wstaje, idzie do kuchni i obwieszcza na cały głos:
- Dziewczyno, ty jesteś genialna, powinnaś założyć własny biznes!
Propagator sukcesu w wersji self-employed.
Co ciekawe, zaczynam mu wtórować.

Dwuletni Lu przynosi mi książkę o budowlańcach. Sama ją wybierałam, więc przynajmniej jestem pewna, że nie będzie w niej nic o imigrantach. Mały daje mi jasno do zrozumienia, że mam mu poczytać, więc podnoszę go, sadzam na moich kolanach i zaczynamy.

Jestem pod absolutnym wrażeniem.
(Nie, nie książki.)

Lu był moim key child w Różowej. Kiedy 11 miesięcy temu rodzina Niemieckich sprowadziła się do Krainy Deszczu, Szwaczka twierdziła, że w ojczystym języku potrafił wówczas wyartykułować kilka podstawowych słów. Angielskiego nie uświadczyli wcale - ani on, ani trzyletnia wówczas Amela. W ciągu miesiąca Lu nauczył się kilkunastu słów, a większość potrafił po mnie powtórzyć, kiedy zaszywaliśmy się w kąciku i czytaliśmy wszystko, co oferowała nasza Chmurka. Amela jeszcze szybciej oswajała nowy język, moje koleżanki z pre-school były pod wrażeniem jej zdolności.
- To dziecko chłonie jak gąbka - mówiły.

Nie minął nawet rok.
- What's this? - pyta Lu, wskazując na obrazek z jakimś strasznym urządzeniem, którego nawet w ojczystym narzeczu nie potrafię nazwać.
Z pomocą przychodzi ktoś z gości.
- Where's the dog? - pytam za chwilę.
Lu bezradnie rozkłada ręce. Nie dostrzega psa na rysunku.
- It's gone - mówi w końcu.
Słyszę też, że they digging, truck working i don't know.
Pytam Szwaczkę, oMójBożeKiedyToSięStało? Ona się śmieje.
- Wiesz, on i Amela sa teraz dla mnie najlepszymi nauczycielami. Amela mówi po angielsku lepiej niż ja po niemiecku!
I nie ma w tym cienia matczynej przesady. Ta mała jest tak zdolna, że odruchowo nasuwa mi się myśl, że jej potrzebny jest trzeci język, właśnie teraz, kiedy przychodzi jej to tak naturalnie. Polski na przykład, wszak native speakerów ma na wyciągnięcie ręki. (Nie, jednak nie. Takie rzeczy to tylko u Kaczki.) Fascynujące. Jeśli czegokolwiek jestem spragniona w rozwoju Fruzi, to na pewno nie raczkowania w tempie odrzutowca (zdecydowanie nie!), pierwszych kroków czy utraty pociągu do smoczka. To wszystko przyjdzie w jej własnym czasie, a ja jestem zwolenniczką celebrowania tu i teraz, bo ono trwa tylko ułamek sekundy. Ale ta ciekawość jej rozwoju językowego to coś, za co być może pójdę do piekła.

A przecież życie i tak popłynie wedle własnego widzimiesię. Długowłosa twierdzi, że wychowywała dwoje swoich dzieci dokładnie tak samo, z jej ojczystym hiszpańskim w tle. Dziś jedno mówi po hiszpańsku całkiem nieźle i nie ma z tym problemu, a drugie świetnie wszystko rozumie, ale odmawia porozumiewania się w tym języku.

Jeśli Fruzia wróci z przedszkola i oznajmi, że polski jest be, za karę będę czytała jej przed snem podręcznik do fonetyki angielskiej.

Jeśli pogardzi angielskim, rzucę jej pod nogi Konrada Wallenroda.

You Might Also Like

2 komentarze

  1. Też bym chciała, żeby mój Syn poznał dobrze kilka jezyków obcych. Może odziedziczy tą smykałkę do nauki jezyków po mamusi ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze, że przynajmniej na razie, póki dzieciaki są małe, możemy coś z tym robić. Potem być może Fruzia wypnie się na nas i zapyta, dlaczego w takim razie nasz angielski jest taki beznadziejny, skoro języki są dla nas takie ważne;-)

      Usuń