O tym, że mogłabym

środa, października 28, 2015

Jedziemy z wizytą do Rodziny Fostersów. Fostersowie ostatnio widzieli Fruzię kiedy ta spokojnie egzystowała sobie w pozycji horyzontalnej na bejbikowej macie. (Aby zrozumieć, co zadziało się w międzyczasie, wystarczy spróbować położyć ją w ten sposób dzisiaj.)
Raptem Inżynier wpada na pomysł urozmaicenia wizyty.
- Moglibyśmy pojawić się z jakimś innym dzieckiem i jak gdyby nigdy nic udawać, że wszystko gra - proponuje.
- Mhm - przytakuję. - Może na jeden dzień zamienilibyśmy się dziećmi z Sąsiadami!
Inżynier parska nad kierownicą. Chyba właśnie to sobie zwizualizował.
- Czujesz, jakie oni by mieli miny, gdybyśmy tak po prostu wpadli tam z Alexem, mówiąc, że Fruzia ostatnio trochę urosła? - Mąż Mój aż się trzęsie ze śmiechu.
A ja myślę, że znając poczucie humoru Fostersów, ci natychmiast weszliby w rolę.
I wtedy to my moglibyśmy mieć dziwne miny.

Fostersowie witają nas rodzinnie. Nie brakuje nikogo, Foster Babcia też nie omieszkała pojawić się tego dnia u córki. W salonie na podłodze czekają dwa pudła bejbikowych grzechotek i grających potworów. Fruzia natychmiast się do nich dobiera, ostentacyjnie ignorując swoje własne zabawki, które przyjechały razem z nami. Mogłam się domyślić. Cała rodzina przygląda się poczynaniom naszego pełzaka. Mała nie ma żadnych zahamowań, rzuca się w wir zabawy z dziewięcioletnimi bliźniakami, śmieje się, piszczy, zaczepia. I tylko od czasu do czasu odwraca się, patrzy dłuższą chwilę na mnie i tatę, po czym wraca do swoich ekscytujących zajęć.

Na ręku Starszej Fostersówny małe dziecko. Isa łapie moje spojrzenie.
- Kolejne - uśmiecha się. - 8 tygodni.
Kristy opowiada o małym Ka. Jest dziewiątym dzieckiem swej 29-letniej matki. Żadne z tej gromady nie pozostaje pod jej opieką. Ojciec Ka więcej czasu spędza w więzieniu niż gdziekolwiek indziej. Mały ma dopiero kilka tygodni, więc jeszcze niewiele wiadomo, oprócz tego, że na pewno będzie zmagał się z kilkoma  poważnymi kwestiami zdrowotnymi. Ka nie podąża wzrokiem za zabawką, palcem czy twarzami znajomych osób. Być może w ogóle nie widzi.
Przyglądam się mu z daleka, siedząc na sofie. Przez całą naszą wizytę malutki właściwie śpi wtulony w któregoś ze swoich opiekunów albo je. Żadnych w zasadzie dźwięków czy popiskiwań. Wygląda jak maskotka. Dopiero pod koniec naszego pobytu u Fostersów Isa pyta, czy chcę go potrzymać.
Pewnie, że chcę.

Ka ożywia się na chwilę. Zastanawiam się (głupio), czy odczuwa zmianę.
Patrzę na niego.
Trzymam go na ręku i patrzę bez tej gonitwy myśli, którą znam aż za dobrze. Bez szaleństwa emocji, adrenaliny, chęci rozpłakania się i fali zalewającej czułości. Choć ta ostatnia jest, ale taka wyważona i spokojna.
Patrzę na niego i widzę małe, bezbronne dziecko.
Bardziej pragmatycznie i odpowiedzialnie powinnam widzieć całe mnóstwo komplikacji w dalszym życiu. Tylko w ten sposób adopcja ma sens i szansę na sukces.
Ale widzę tylko niemowlę.
Pachnące niemowlę z aksamitną skórą.
I myślę sobie, że mogłabym.
Cholera, mogłabym.
Nie z litości, czy porywu serca, choć współczucia we mnie dużo.
Po prostu.
Mogłabym być jego mamą.
Mogłabym też tak jak oni.
Przygarniać, dopieszczać, oddawać ze łzami w oczach. Albo i nie oddawać.
Teraz już tak. Mogłabym.
Oni też pokochali Fruzię, a jednak ich życie toczy się dalej bez niej.

(Pomijając to, że tryb przypuszczający nijak ma się do oznajmującego.
I że musiałabym zrezygnować z każdej innej pracy, bo to byłaby moja praca.
I że przecież ja nic tak naprawdę nie wiem o wychowaniu chorych dzieci.
I że pewne historie, pomimo chęci i czystości intencji, muszą wydarzyć się po swojemu.
W swoim czasie i miejscu.)

Uśmiecham się sama do siebie, bo przecież to jasne, że to życie wodzi mnie za nos.

***
Czasem o nich myślę. O Zośce, Konradzie i Ernie. Przede wszystkim o nich, bo to ich losów nie znam, nie wiem, czy znaleźli swoje rodziny-na-zawsze. Nie uprawiam męczeństwa, o nie. Nie myślę o nich bez przerwy, nie śnią mi się po nocach i nie dręczą mnie gigantyczne wyrzuty sumienia. Czasem po prostu o nich myślę, to wszystko. Takie historie zostają w człowieku. Jakoś. Człowiek dużo myśli, choć nie zawsze ma na to ochotę.

I wciąż nie wiem, czy to ten dobry czy ten niepożądany skutek uboczny adopcji.

You Might Also Like

2 komentarze

  1. Jeśli wiesz, że mogłabyś, to znaczy, że już bardzo dużo o sobie wiesz.

    Myślenie, czasem wbrew własnym intencjom, być może jest i skutkiem adopcji. A może i nie..? Może najzwyklejszej dojrzałości i empatii wykształconych na bazie własnych doświadczeń? W każdym razie widziałabym to w kategorii dobrych skutków. Jak najbardziej dobrych. Choć pewnie czasami męczących.

    OdpowiedzUsuń
  2. A z drugiej strony "tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono...":-)

    OdpowiedzUsuń