O dziedziczeniu

poniedziałek, października 26, 2015

Dzwonię do pewnej instytucji.
- Bardzo mi przykro, ale osoby, która zajmuje się tą sprawą, nie ma, postaram się jednak znaleźć kogoś, kto ci pomoże - słyszę. - Mogłabyś podać swój numer telefonu, na który będziemy mogli oddzwonić?
Gonitwa myśli.
Giffgaff zapowiedział, że mój stary numer komórkowy będzie dostępny w nowej sieci dopiero we wtorek, a tego tymczasowego nie pamiętam. I za Chiny Ludowe i Pakistan Wschodni nie wiem, jak go odnaleźć w telefonie. Bo przecież to, że gdzieś w nim jest, jest więcej niż pewne.
- Hmm... - zaczynam z wahaniem. - Problem w tym, że komórka mi się popsuła.
- A ten numer, z którego dzwonisz? - dopytuje całkiem logicznie moja rozmówczyni.
Zaczynam się śmiać.
- Ale ja dzwonię ze stacjonarnego, którego prawie w ogóle nie używam. Wstyd się przyznać, ale nie znam numeru!
Tak.
Dokładnie.
Ani ja, ani Mąż Mój Wspaniały nie znamy numeru własnego telefonu domowego.
Prawda jest taka, że samego telefonu też często nie możemy znaleźć.

Po sekundzie ciszy kobieta wybucha śmiechem i prosi, żebym zaczekała. Dwie minuty później łączy mnie z kimś, kto odpowiada na moje pytania.

Po południu dzwonię do Inżyniera. A w zasadzie to chcę zadzwonić, ale w porę przypomina mi się, że transfer jego numeru też nastąpi we wtorek wieczorem. A tymczasowego - surprise, surprise! - nie znam. Jestem pewna, że on mojego również. Piszę więc maila, w duchu zastanawiając się (nie pierwszy raz w tym życiu), dlaczego jestem taka durna. Oczywiście natychmiast rozgrzeszam się ze wszystkich błędów tego wcielenia, dochodzę jednak do wniosku, że wypadałoby znać własny tymczasowy numer chociaż na ten jeden dzień. Dzwonię do Mamuśki. Nie odbiera. Do Ojca Dyrektora.
- Cześć, Ojcze, czy mógłbyś coś dla mnie zrobić? - pytam uprzejmie.
- Mógłbym - odpowiada pewny głos. - Ale kto mówi?
No tak.
Dzwonię z nowego numeru, a Ojciec nigdy nie miał głowy do głosów.
- Córka twoja.
- Aaaa! Co tam?
- Możesz wysłać mi smsem numer, z którego właśnie do ciebie dzwonię? - pytam.
Oczyma wyobraźni widzę, jak Ojciec Dyrektor marszczy czoło.
- Co mam zrobić? Powiedz jeszcze raz - prosi.
Tłumaczę trochę wolniej.
- Oj, dziecko! - mamrocze Dyrektor.
Dwadzieścia minut później dzwoni Mamuśka.
- Kochanie, powiedz mi, jaki ty numer chciałaś od taty, bo on nie wie - mówi.
Parskam niepohamowanym śmiechem.
Tłumaczę raz jeszcze.
- Ale że co? Wysłać ci ten numer, z którego dzwonisz na ten sam numer? - Mamuśka stara się zachować przytomność umysłu. - Korzystasz z numeru, którego nie znasz?
Yyyy...

Zastanawiam się, po kim odziedziczyłam inteligencję. Albo raczej jej brak.
I dochodzę do wniosku, że to musi być po naprawdę dalekich przodkach.

Takich, którzy spędzili życie na bardzo wysokiej gałęzi.

You Might Also Like

2 komentarze

  1. U nas na szczęście pod tym względem świetnie się uzupełniamy ;) Mąż ma pamięć do cyfr, wszelkich numerów, PINów, NIPów i PESELów, a ja z kolei do nazw własnych :)

    Natomiast gdybym znalazła się zupełnie sama na jakimś odludziu, bez własnej komórki, to jedynym numerem na jaki mogłabym zadzwonić byłby ten alarmowy - ponieważ wszystkie inne mam wpisane jedynie w pamięci telefonu, a własnej pamięci sobie nimi nie zaprzątam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja z kolei pamiętam to, co najważniejsze - numer do siebie, Męża (oprócz tymczasowych, ha ha!) oraz PIN do jego karty!;-)

      Chyba po prostu za dużo jest tych wszystkich ciągów cyfr, żeby normalny człowiek mógł sobie z nimi radzić:-)

      Usuń