O byciu i bywaniu

czwartek, października 08, 2015

Na studiach marzyłam, że będę tłumaczką.
Rozrywaną, rozchwytywaną, taką, której kalendarz spotkań i deadlinów pęka w szwach.
Opanowaną, ambitną profesjonalistką.
W butach na niezbyt wysokim obcasie, bo przecież będę zabiegana, w spodniach na kant i żakiecie.
Ze skórzaną teczką w dłoni, choć przysięgam, że nie wiem, co miałabym w niej nosić na te wszystkie konferencje i biznes mitingi.
Bo przecież nie słowniki.
Serio, tak to widziałam.

Zostałam nauczycielką wbrew swoim wizjom, że nigdy w życiu!
(A przynajmniej nie w tym życiu.)
Niespodziewanie dla mnie samej, zaczęło mi się podobać, choć twierdziłam, że to tak na chwilę, bo przecież plan jest inny.
Tłumaczką zostałam kiedyś na jeden dzień.
Ten biznes miting mnie wykończył i pomyślałam, że byłabym beznadziejna w tej robocie i że dzięki-Ci-że-mnie-na-dobry-szlak-poprowadziłeś.
Poza tym pracowałam dużo. Czasem za dużo.
Jedna szkoła rano, druga po południu, kursy tu, korepetycje tam.
W butach na niezbyt wysokim obcasie, bo kolana już dawały o sobie znać.
W jeansach, ale i w żakiecie.
Ze skórzaną torbą wciąż wypełnioną książkami i kserówkami.
Dobrze było, choć po kilku latach zaczęłam odczuwać zmęczenie.
Dobrze było, bo niczego po drodze nie zgubiliśmy.
Wieczorami byliśmy my i nasze scenariusze na dalsze życie.

I wtedy bum, jesteśmy w Krainie Deszczu.
Pierwsza praca. Pomyłka. Lądujemy w sądzie pracy. Stres.
Druga praca. Nie moja bajka.
Trzecia praca, przedszkole, strzał w dziesiątkę, choć wciąż mam wrażenie, że część znajomych nie dowierza. Wszystko, co robię, sprowadza się przecież do podcierania tyłków bejbikom, prawda?
Ale zanim, to pomiędzy dużo samotnych dni, bo on w pracy, a ja szukam albo czekam na świstek z CRB.
I mam dużo czasu, aby wciąż pytać samą siebie jak to będzie z tą naszą duża rodziną, która ma być, a wciąż jej nie ma.

Siedzę w salonie i piję herbatę. Rudolf posapuje na sofie. Fruzia śpi, choć pewnie zaraz się obudzi i będę pisać na raty, próbując złapać urwany wątek.
Nie szkodzi.
Jest tak cicho, że słyszę tykanie zegara.
Myślę.
Rozmawiamy o mojej/naszej przyszłości zawodowej właściwie codziennie.
Moja wygląda średnio, choć teoretycznie wszystko, czego potrzebuję, mam w głowie i na papierkach.
Teoretycznie, bo w praktyce tylko szalony pracodawca zatrudni mnie w godzinach, które oferuję.
Wieczory i weekendy poproszę, najlepiej w czasie snu Fruzi.
Mam jednak w sobie spokój i wiarę, że będzie dobrze.
Nie jakoś, a dobrze.
Lepiej nawet niż kiedykolwiek, bo nareszcie czuję tak w pełni, o co chodzi.

Nie, to nie jest post z serii wtedy-nie-wiedziałam-co-jest-w-życiu-ważne-a-teraz-się-nawróciłam-bo-mam-dziecko.
Wtedy też wiedziałam, co jest w życiu ważne i wtedy też byłam szczęśliwa.
Tylko szczęśliwa inaczej, adekwatnie do etapu życia.
Bo ja naprawdę kocham moje życie. Od zawsze.
W szpilkach i w kaloszach. To życie Tam i to Tu, wtedy i teraz.
Tyle, że to teraz jakby jeszcze bardziej i jeszcze bardziej świadomie.

Och, bywałam nieszczęśliwa, to jasne.
Tego się naprawdę nie zapomina, wciąż pamiętam, jak to boli.
Trafiam na blog kogoś, kto właśnie zbiera się po nieudanym in vitro. Fizycznie i psychicznie współodczuwam. Wszystko wraca, choć na co dzień o tym nie myślę i nie rozdzieram szat, bo już nie mam powodu.
Wtedy przerażała mnie myśl, że jeśli nie doczekamy się dzieci, to naprawdę będziemy nieszczęśliwi, a przecież bez sensu jest być nieszczęśliwym, kiedy jesteś zdrowy, masz kochającą rodzinę i tego kogoś, kto trafił ci się jak szóstka w totka.
Jeśli być nieszczęśliwym, to raczej z powodu tego, co cię spotyka, a nie dlatego, że czegoś nie możesz mieć. Chyba.
Więc byliśmy szczęśliwi, bywając nie.

I bum, jest ona.
Jeśli strach, to już tylko o nią.
To takie banalne, że aż bije po oczach.
I wiem, że nie wrócę do pracy po dziewięć godzin dziennie tylko po to, żeby ktoś inny się nią opiekował teraz, kiedy jest taka malutka.
Więc zamiast butów na niezbyt wysokim obcasie, mam baleriny i trampki, a zamiast skórzanej teczki - torbę wypchaną pieluchami.
Moje cv będzie dziurawe jak sito, potem może być tylko trudniej, wiem.
Ale teraz właśnie mamy najwięcej pomysłów na to, co dalej.
Pomysłów, na które kiedyś być może zabrakłoby odwagi i wiary.

To najlepsze tu-i-teraz, w jakim zdarzyło mi się być.

You Might Also Like

7 komentarze

  1. Na wszystko jest swój czas w życiu- na szkołę, imprezy, przyjaciól, na pracę, miłość i na dzieci. Teraz przeszedł w twoim życiu czas dla dziecka, potem wrócisz do pracy i będzie czas na "życie zawodowe" wszystko się ułoży samo i będzie dobrze. Jestem tego pewna. Ważne, że czujesz spokój i jesteś szczęśliwa tu i teraz :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A najlepsze jest to, że każdy kolejny etap naprawdę mnie zaskakuje, najczęściej pozytywnie. I jeśli ta passa się utrzyma, to jeszcze wiele przed nami;-)

      Usuń
  2. Mężczyźni zmieniają często nasz świat, ale dzieci wywracają go na drugą stronę.
    Jednym z najwspanialszych momentów w moim życiu był ten, w którym popatrzyłam na gotowy już produkt moich zabiegów wychowawczych, nieprzespanych nocy, niezrealizowanych marzeń, braku czasu na wiele przyjemności, upadków i wzlotów, godzin spędzonych na czytaniu na głos, zabawy klockami, tłumaczenia świata....i poczułam ogromną satysfakcję, nieporównywalną z niczym:-) Warto było!

    OdpowiedzUsuń
  3. HA! A ku ku!
    I że was na Wyspy Brrr rzuciło! O jacie jacie, ale mam zaległości.
    Są plany a kolejne żółwiątka??? :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Ha! No jakżeś mnie tu znalazła?!;-)
    Na Wyspach Brr to już czwarty rok nam leci... A plany są, a jakże - plan minimum to magiczna trójka, ale że los już nas nauczył, że on i tak wie lepiej, to zadowolimy się każdą liczbą :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po nitce do kłębka, Watsonie.

      Mam tyły w Twoim CV jak nic. Czas nadrobić.
      Każda liczba bardzo mi się podoba jako myśl docelowa.

      Usuń