Fruzia - odsłona ósma

Rośnie nam łobuziara, to już oficjalne ustalone. Taka, której żadne drzewo nie będzie straszne, i do której zawsze będzie należało ostatnie słowo. Z tym ostatnim zamierzamy walczyć połowicznie - w domowych warunkach "natychmiast marsz do swojego pokoju!", publicznie - "dobrze mu się odgryzłaś". No, chyba że publicznie odgryzie się nam. Tej wersji jeszcze nie przemyśleliśmy zbyt dobrze.

Kręcą ją wszelkie miejsca, w których nie powinna być. Włazi pod łóżeczko, własny fotelik (po czym nie wie, co z tym fantem uczynić), przełazi z pokoju do pokoju, zatrzymując się tuż pod drzwiami łazienki, śledzi moje kapcie i usiłuje dowiedzieć się, co jest pod wózkiem. Uroczyście przecięła wstęgę z napisem 'faza roz- i wywalania'. Fruwają jej własne pieluchy, torebki do nich i kremy ułożone równiutko w koszyczku. Daj jej Newsweeka, a porwie go na strzępy. Pozwól potrzymać tablet, a wyjmie go z etui na skróty, przegryzając skórzaną oprawę.

W tym wszystkim jednak przywiązuje wagę do szczegółów. Na dywanie znajdzie maleńki okruszek, który tak długo będzie próbowała podnieść, aż jej się uda. Liść znaleziony na placu zabaw będzie oglądać z każdej strony (zanim zdecyduje się go zjeść). Plastikowy włącznik światła w łazience - typowo angielski maleńki, plastikowy dzwonek na sznurku - uparcie będzie próbowała złapać w dwa palce. Nieważne, że trzydzieści razy jej ucieknie. Warto się starać dla tego trzydziestego pierwszego.

Przemieszczając się na brzuchu po mieszkaniu ślizgiem prostym i skośnym coraz częściej podnosi mały tyłek, staje jak Rudolf na czterech łapach i na chwilę zastyga. Jeszcze nie wie, że ten rodzaj własnego transportu znacznie usprawni jej łobuzerstwo, ale wyraźnie czuje, że coś się za tym kryje. Wygodna (wyrodna?) matka siedzi cicho jak mysz pod miotłą, udając, że daje swemu dziecku czas na dorastanie we własnym tempie.

Podtrzymywana pod pachami, staje w pionie na palcach.
- Rośnie wam baletnica - śmiała się Foster Mama.
Cóż. Jeśli balet da się połączyć z łażeniem po drzewach...

Nosi buty! Dużo za duże, ale po wielu bojach zaakceptowała cokolwiek na swoich stopach. Nareszcie nasza córka nie świeci gołymi nogami w czasie jesiennych spacerów!

Urosły jej włosy, szczególnie grzywka, więc robię jej kitki. Cienkie, śmieszne kitajki oplecione maleńkimi gumeczkami, które triumfalnie wyszperał dla niej tata w wielkim supermarkecie. Wygląda jak Pończoszanka. Fruzia Pończoszanka. Ciocia Kocur już pewnie zaciera ręce na myśl o kitkach i warkoczach, które będzie jej plotła. (Choć za dużo to Ty się nie napleciesz, Kocurze.)

Zaczyna reagować na swoje imię. Kiedy je słyszy, najczęściej podnosi na mówiącego te swoje niewinne oczęta, a kąciki ust po chwili automatycznie się podnoszą. To dziecko chyba urodziło się uśmiechnięte. Czasem oczywiście nas ignoruje, a kiedy uzna, że jesteśmy zbyt natarczywi z zaczepianiem jej, po prostu nas odpycha, potrząsa gwałtownie głową i daje do zrozumienia, że mamy spadać, ona jest zajęta. Sprzedawanie buziaczków też ograniczyła. Rozumie, co od niej chcemy, ale to ona decyduje, czy warto.

Piski to jej sposób komunikacji. Według Fruzi, wysokie c wciąż jest w modzie. Od czasu do czasu uraczy nas głębokim, diabelskim głosem, takim z samego dna jej jestestwa. Po każdym takim show czeka na porcję zachwytów i naszego uwielbienia.
- Tasman, normalnie Tasman - mówi Inżynier i łaskocze ją, aż ta dostaje czkawki.
(Obie Babcie zabraniają nam nazywać ją diabłem.
- Ale Mamuśko, Diabeł Tasmański to postać z kreskówki - tłumaczę po raz setny.
- Nie szkodzi - po raz setny odpowiada niezrażona Mama. - Ona jest malutka, żaden z niej diabeł.
- A na mnie tak nie mówiłaś? - pytam chytrze.
- Tak brzydko? Nigdy! - mówi dumna z siebie Rodzicielka.
- Ale zmorą nazywałaś mnie dość często - wypominam triumfująco.
- Aaaaa! - Mama uśmiecha się szelmowsko. - To co innego. Ty czasem byłaś zmorą!)

Uwielbia oglądać własne zdjęcia i filmiki o sobie. Cieszy się jak szalona, kiedy pokazuję jej w aparacie najnowsze nagranie. Mam wrażenie, że tak jak w lustrze, rozpoznaje na nim siebie, ale kto ją tam wie. Może po prostu widzi tam fajnego towarzysza zabaw?

Każdą sesję na skypie musi rozłączyć przynajmniej trzy razy. Wali łapkami w klawiaturę i co rusz muszę na nowo dzwonić do Mamuśki.
- Fruziu, przestań rozrabiać - cieszy się Babcia do wnuczki.
Fruzia ani myśli.

Odkryła, że lubi tańczyć. Którego dnia po prostu zaczęła ruszać korpusem na boki w rytm Macareny i tak jej zostało. Kiedy leży, dołącza do tego resztę ciała. Wygląda komicznie. Z tatą w duecie nie mają sobie równych. Najlepiej wychodzi im freestyle do "Ostatni raz zatańczysz ze mną" Krawczyka.

Kiedy tak obserwuję, ile energii spala i jak się rusza, to wiem, że czas na poważnie wrócić do sportu. Niedługo mogę za nią nie nadążyć.

O tym, że mogłabym

Jedziemy z wizytą do Rodziny Fostersów. Fostersowie ostatnio widzieli Fruzię kiedy ta spokojnie egzystowała sobie w pozycji horyzontalnej na bejbikowej macie. (Aby zrozumieć, co zadziało się w międzyczasie, wystarczy spróbować położyć ją w ten sposób dzisiaj.)
Raptem Inżynier wpada na pomysł urozmaicenia wizyty.
- Moglibyśmy pojawić się z jakimś innym dzieckiem i jak gdyby nigdy nic udawać, że wszystko gra - proponuje.
- Mhm - przytakuję. - Może na jeden dzień zamienilibyśmy się dziećmi z Sąsiadami!
Inżynier parska nad kierownicą. Chyba właśnie to sobie zwizualizował.
- Czujesz, jakie oni by mieli miny, gdybyśmy tak po prostu wpadli tam z Alexem, mówiąc, że Fruzia ostatnio trochę urosła? - Mąż Mój aż się trzęsie ze śmiechu.
A ja myślę, że znając poczucie humoru Fostersów, ci natychmiast weszliby w rolę.
I wtedy to my moglibyśmy mieć dziwne miny.

Fostersowie witają nas rodzinnie. Nie brakuje nikogo, Foster Babcia też nie omieszkała pojawić się tego dnia u córki. W salonie na podłodze czekają dwa pudła bejbikowych grzechotek i grających potworów. Fruzia natychmiast się do nich dobiera, ostentacyjnie ignorując swoje własne zabawki, które przyjechały razem z nami. Mogłam się domyślić. Cała rodzina przygląda się poczynaniom naszego pełzaka. Mała nie ma żadnych zahamowań, rzuca się w wir zabawy z dziewięcioletnimi bliźniakami, śmieje się, piszczy, zaczepia. I tylko od czasu do czasu odwraca się, patrzy dłuższą chwilę na mnie i tatę, po czym wraca do swoich ekscytujących zajęć.

Na ręku Starszej Fostersówny małe dziecko. Isa łapie moje spojrzenie.
- Kolejne - uśmiecha się. - 8 tygodni.
Kristy opowiada o małym Ka. Jest dziewiątym dzieckiem swej 29-letniej matki. Żadne z tej gromady nie pozostaje pod jej opieką. Ojciec Ka więcej czasu spędza w więzieniu niż gdziekolwiek indziej. Mały ma dopiero kilka tygodni, więc jeszcze niewiele wiadomo, oprócz tego, że na pewno będzie zmagał się z kilkoma  poważnymi kwestiami zdrowotnymi. Ka nie podąża wzrokiem za zabawką, palcem czy twarzami znajomych osób. Być może w ogóle nie widzi.
Przyglądam się mu z daleka, siedząc na sofie. Przez całą naszą wizytę malutki właściwie śpi wtulony w któregoś ze swoich opiekunów albo je. Żadnych w zasadzie dźwięków czy popiskiwań. Wygląda jak maskotka. Dopiero pod koniec naszego pobytu u Fostersów Isa pyta, czy chcę go potrzymać.
Pewnie, że chcę.

Ka ożywia się na chwilę. Zastanawiam się (głupio), czy odczuwa zmianę.
Patrzę na niego.
Trzymam go na ręku i patrzę bez tej gonitwy myśli, którą znam aż za dobrze. Bez szaleństwa emocji, adrenaliny, chęci rozpłakania się i fali zalewającej czułości. Choć ta ostatnia jest, ale taka wyważona i spokojna.
Patrzę na niego i widzę małe, bezbronne dziecko.
Bardziej pragmatycznie i odpowiedzialnie powinnam widzieć całe mnóstwo komplikacji w dalszym życiu. Tylko w ten sposób adopcja ma sens i szansę na sukces.
Ale widzę tylko niemowlę.
Pachnące niemowlę z aksamitną skórą.
I myślę sobie, że mogłabym.
Cholera, mogłabym.
Nie z litości, czy porywu serca, choć współczucia we mnie dużo.
Po prostu.
Mogłabym być jego mamą.
Mogłabym też tak jak oni.
Przygarniać, dopieszczać, oddawać ze łzami w oczach. Albo i nie oddawać.
Teraz już tak. Mogłabym.
Oni też pokochali Fruzię, a jednak ich życie toczy się dalej bez niej.

(Pomijając to, że tryb przypuszczający nijak ma się do oznajmującego.
I że musiałabym zrezygnować z każdej innej pracy, bo to byłaby moja praca.
I że przecież ja nic tak naprawdę nie wiem o wychowaniu chorych dzieci.
I że pewne historie, pomimo chęci i czystości intencji, muszą wydarzyć się po swojemu.
W swoim czasie i miejscu.)

Uśmiecham się sama do siebie, bo przecież to jasne, że to życie wodzi mnie za nos.

***
Czasem o nich myślę. O Zośce, Konradzie i Ernie. Przede wszystkim o nich, bo to ich losów nie znam, nie wiem, czy znaleźli swoje rodziny-na-zawsze. Nie uprawiam męczeństwa, o nie. Nie myślę o nich bez przerwy, nie śnią mi się po nocach i nie dręczą mnie gigantyczne wyrzuty sumienia. Czasem po prostu o nich myślę, to wszystko. Takie historie zostają w człowieku. Jakoś. Człowiek dużo myśli, choć nie zawsze ma na to ochotę.

I wciąż nie wiem, czy to ten dobry czy ten niepożądany skutek uboczny adopcji.

O dziedziczeniu

Dzwonię do pewnej instytucji.
- Bardzo mi przykro, ale osoby, która zajmuje się tą sprawą, nie ma, postaram się jednak znaleźć kogoś, kto ci pomoże - słyszę. - Mogłabyś podać swój numer telefonu, na który będziemy mogli oddzwonić?
Gonitwa myśli.
Giffgaff zapowiedział, że mój stary numer komórkowy będzie dostępny w nowej sieci dopiero we wtorek, a tego tymczasowego nie pamiętam. I za Chiny Ludowe i Pakistan Wschodni nie wiem, jak go odnaleźć w telefonie. Bo przecież to, że gdzieś w nim jest, jest więcej niż pewne.
- Hmm... - zaczynam z wahaniem. - Problem w tym, że komórka mi się popsuła.
- A ten numer, z którego dzwonisz? - dopytuje całkiem logicznie moja rozmówczyni.
Zaczynam się śmiać.
- Ale ja dzwonię ze stacjonarnego, którego prawie w ogóle nie używam. Wstyd się przyznać, ale nie znam numeru!
Tak.
Dokładnie.
Ani ja, ani Mąż Mój Wspaniały nie znamy numeru własnego telefonu domowego.
Prawda jest taka, że samego telefonu też często nie możemy znaleźć.

Po sekundzie ciszy kobieta wybucha śmiechem i prosi, żebym zaczekała. Dwie minuty później łączy mnie z kimś, kto odpowiada na moje pytania.

Po południu dzwonię do Inżyniera. A w zasadzie to chcę zadzwonić, ale w porę przypomina mi się, że transfer jego numeru też nastąpi we wtorek wieczorem. A tymczasowego - surprise, surprise! - nie znam. Jestem pewna, że on mojego również. Piszę więc maila, w duchu zastanawiając się (nie pierwszy raz w tym życiu), dlaczego jestem taka durna. Oczywiście natychmiast rozgrzeszam się ze wszystkich błędów tego wcielenia, dochodzę jednak do wniosku, że wypadałoby znać własny tymczasowy numer chociaż na ten jeden dzień. Dzwonię do Mamuśki. Nie odbiera. Do Ojca Dyrektora.
- Cześć, Ojcze, czy mógłbyś coś dla mnie zrobić? - pytam uprzejmie.
- Mógłbym - odpowiada pewny głos. - Ale kto mówi?
No tak.
Dzwonię z nowego numeru, a Ojciec nigdy nie miał głowy do głosów.
- Córka twoja.
- Aaaa! Co tam?
- Możesz wysłać mi smsem numer, z którego właśnie do ciebie dzwonię? - pytam.
Oczyma wyobraźni widzę, jak Ojciec Dyrektor marszczy czoło.
- Co mam zrobić? Powiedz jeszcze raz - prosi.
Tłumaczę trochę wolniej.
- Oj, dziecko! - mamrocze Dyrektor.
Dwadzieścia minut później dzwoni Mamuśka.
- Kochanie, powiedz mi, jaki ty numer chciałaś od taty, bo on nie wie - mówi.
Parskam niepohamowanym śmiechem.
Tłumaczę raz jeszcze.
- Ale że co? Wysłać ci ten numer, z którego dzwonisz na ten sam numer? - Mamuśka stara się zachować przytomność umysłu. - Korzystasz z numeru, którego nie znasz?
Yyyy...

Zastanawiam się, po kim odziedziczyłam inteligencję. Albo raczej jej brak.
I dochodzę do wniosku, że to musi być po naprawdę dalekich przodkach.

Takich, którzy spędzili życie na bardzo wysokiej gałęzi.
  • poniedziałek, października 26, 2015
  • 2 Comments

O matce pijącej

Od tygodnia miałam fazę na fazę.
- Mamy jakieś piwo? - zapytałam w niedzielny wieczór Inżyniera Pifko.
Typowy błąd niedzielnego pijaka. Nie zadaje się facetowi takich pytań w końcówce weekendu.
Pifko pokręcił głową.
- A wino? - zapytałam z nadzieją w głosie. - Albo wódkę?
Mąż Mój zaczął się śmiać.
- Nic. A co się stało?
- Czuję, że muszę się napić. Najlepiej natychmiast - wyznałam.
Dlaczego dopiero teraz zdałam sobie z tego sprawę?
A przecież to jeszcze nie była ta niedziela, kiedy wygrał Peace.

Wytrzymałam do piątku.
- To o której pijesz? - zapytał Pifko, kiedy wracaliśmy z zakupów z butelką Smirnoffa*.
- Jak Fruzia pójdzie spać - odpowiedziałam po chwili namysłu.
Ach.
To teraz tak to się odbywa.
Teraz potrzebujemy nie tyle knajpy, imprezy i towarzystwa znajomych, co śpiącego dziecka i jednego dorosłego, który zadba o jego bezpieczny sen. A zamiast pubu wystarczy sofa i koc.
Zmieniło się też pre-party. Zamiast makijażu w towarzystwie pierwszego drinka u przyjaciółki, teraz człowiek (matka) po spacyfikowaniu potomka sprząta zabawki, składa ubranka i gotuje wodę na poranne mleko, bo przewiduje, że o leżący na podłodze bębenek może się potknąć w tym stanie, a jutrzejsze marudzenie Fruzi, bo mleko za długo się chłodzi, może być boleśniejsze niż zwykle.
O tak, matka potrafi przewidywać.

Ale to ciepło, które rozchodzi się po ciele po pierwszych łykach Smirnoffa ze Sprite'm* zupełnie się nie zmieniło!
Mąż Mój z wyraźnym rozbawieniem patrzył na swoją upadającą żonę.
On lubi takie obrazki.

Obudziłam się o czwartej, bo Fruzia zgubiła smoczka. Mąż Mój spał, choć potem twierdził, że w nocy musiał raz do córki wstać (usłyszał, alleluja!). Z zadowoleniem stwierdziłam, że myśli mam już czytelne, choć w głowie mi się jeszcze kręciło. Spojrzałam na swoje wdzianko. Różowy, o rozmiar za duży t-shirt z Race for Life 2014 i bladoróżowe majtki. Pifko twierdzi, że wskoczyłam w nie sama, ale kto go tam wie. Pomogłam Fruzi odnaleźć smoczek i wróciłam do łóżka z niejasnym poczuciem, że nie pamiętam, jak się w tym łóżku znalazłam.

W ciągu dnia z pomocą Męża odtworzyłam przebieg wieczoru.

Oglądaliśmy film. "Pogoda na jutro" ze Stuhrami. Bardzo dobry, choć z drugiej połowy pamiętam tylko końcową scenę.
Popłakałam się, bo we wszystkich rodzicielskich scenach (Stuhr martwiący się o dzieci) widziałam nas i Fruzię.
Popłakałam się, czytając w łazience post Brytusi.
(Ale tak poza tym to było mi wesoło, choć umiarkowanie, a nie tak durnowato jak kiedyś.)
Na ułamek sekundy dotknęłam absolutu (nie, że jeszcze Absolut* pojawił się w mojej szklance, no skąd!), dochodząc do wniosku, że wiem, o co chodzi w życiu. Doprawdy nie pamiętam, czy znów chodziło mi o rodzinę, czy może o takie wieczory jak ten. (Litości!)
Oglądaliśmy kolejny film. "Chłopaki nie płaczą". Uwierzyłam Inżynierowi dopiero późno wieczorem, kiedy włączył go po raz kolejny, bo oboje zasnęliśmy podczas seansu.

Ekscytujący wieczór. Serio, bawiłam się wyśmienicie.
To znaczy... tak to pamiętam.
(A przecież Stuhr powiedział, że "życie to nie to, co się przeżyło, ale to, co się pamięta.")

- Kiedyś człowiek umierał, kiedy budził się po pijaństwie, a w tym wieku raczej czuje, że żyje - wymamrotałam odkrywczo do Męża Mego, kiedy już na dobre się rozbudziłam.
- Tak? - w głosie Pifka pobrzmiewało rozbawienie. - To my chyba kiedyś mieliśmy zupełnie inne podejście do picia i kaca.
- A ty nie umierałeś? - teraz to ja byłam zdziwiona.
No przecież wyraźnie pamiętam wszystkich facetów w naszej rodzinie, którzy na kacu deklarowali, że nigdy więcej.
- Eeee - Pifko przybrał lekki ton. - Ja się budziłem i piłem dalej.
Ech.
W tej kwestii zawsze bardzo się różniliśmy.


* To nie jest wpis sponsorowany, chociaż przysięgam, że jeśli ktoś chciałby mi zapłacić, nie wahałabym się ani chwili. Mogę testować takie produkty!
  • poniedziałek, października 26, 2015
  • 3 Comments

O czym myślę, kiedy śpiewam

W piątkowe przedpołudnie do lokalnej biblioteki schodzą się mamy i bobasy. Mamy siadają w okręgu na pufach, dywanie, drewnianych stopniach do regałów, bejbiki rozpełzują się po pomieszczeniu, choć wciąż w zasięgu czujnych rodzicielskich rąk. O jedenastej przychodzi Wolontariusz i zaczynamy rhyme time.
- Good morning Fruzia, good morning JJ, good morning Freddie, it's good to see you here - śpiewamy na powitanie.
Nie mogę się zdecydować, na ile lat wygląda Wolontariusz, ale w mojej głowie mieści w granicach 45-55. Mówi cicho, jeszcze ciszej śpiewa, wciąż się uśmiecha, tak po angielsku, bo uprzejmie, ale jego body language daleki jest od tak potrzebnego w pracy z bejbikami drobnego choćby entuzjazmu. Trudno chyba pogodzić angielską powściągliwość z misją zabawiania dzieci.
Śpiewamy dalej. The wheels on the bus go round and round, round and round... Wolontariusz, wyprostowany jak struna, wywija dłońmi, naśladując kręcące się koła. Mamuśki produkują się aktorsko, bejbiki pełzną, gryzą zabawki, któreś zostało zatkane butelką, inne cyckiem. Fruzia zaczepia JJ'a, koniecznie chce go uszczypnąć w policzek. Ten wyciąga do niej łapkę, chyba zrozumiał, że z tą małą nie będzie łatwo i trzeba się bronić. Niemal jednocześnie Em i ja stwierdzamy, że najpilniejszą sprawą przed wyjściem na rhyme time okazuje się obcięcie maluchom paznokci. Miesiąc temu JJ przez tydzień pokornie nosił na policzku kilkucentymetrowe zadrapanie po Fruzinym wybuchu czułości.
Patrzę na Wolontariusza i nie pierwszy już raz przychodzi mi do głowy, że równie dobrze Ojciec Dyrektor mógłby poprowadzić tę imprezę. Języka nie zna, ale z jego zdolnościami nauczyłby się kilku pieśni w jeden poranek. I chociaż do bejbików nie ma ręki (pojawienie się Fruzi zdaje się gwałtownie zaprzeczać tej tezie), to do wodzirejstwa i towarzyskiego wodolejstwa nadaje się jak nikt inny. Ojciec Dyrektor nie pozwoliłby, żeby jego głos rozmył się wśród żeńskich głosów mamusiek. Nadawałby ton, rozmach i kolor tej zabawie. A nade wszystko, dyrygowałby ze skupioną miną, w duchu rechocząc ze śmiechu. Chyba już wiem, po kim mam to rozdwojenie jaźni.
Tak mnie rozbawia ta wizja, że całkiem nieświadomie obdarzam Wolontariusza szerokim uśmiechem. Ten odwzajemnia wyrazy sympatii, a w jego oczach widzę czystą radość, że najwidoczniej komuś ta impreza się podoba. Coś do mnie mówi, ale tak cicho, że nic nie rozumiem. Uśmiecham się więc jeszcze szerzej i na czuja kiwam głową. Uff, chyba trafiłam.
- Goodbye Fruzia, goodbye JJ, goodbye Freddie it's good to see you here - śpiewamy na pożegnanie.

Jeszcze w drodze powrotnej do domu pękam ze śmiechu.
Ojciec Dyrektor w roli bejbikowego leadera!

Z tą myślą jutro znowu pójdziemy do biblioteki.

***
A tymczasem na Starych Śmieciach... :-)

O zasypianiu

Kładę ją do łóżeczka. Jest strasznie zmęczona, ale wiem, że nie zaśnie zbyt szybko, a już na pewno nie sama. Kręci się, przewraca z pleców na brzuch, z brzucha na plecy, podnosi głowę i opuszcza ją szybko, bo za ciężko. Powieki też jej opadają, ale jeszcze walczy, jeszcze próbuje włączyć karuzelę nad głową, wyrzuca smoczek, fika nogami w śpiworku w rytm jeszcze nie chcę spać, mamo, jeszcze nie chcę...

Układam ją na boku, nachylam się do niej, przykładam policzek do policzka. Zgięta wpół, wiszę na barierce łóżeczka. Malutka natychmiast chwyta moją dłoń, małymi paluszkami oplata mój kciuk, zamyka oczy, jej oddech powoli się uspokaja. Mija minuta, dwie. Śpi. Na pewno śpi, głęboko. W zasadzie mogłabym już pójść.

Zostaję.

O sępach

Właściwie to mogłam się domyślić.

W Różowej Chmurce chowałyśmy się w przysalowej kuchni, żeby ukradkiem zjeść kawałek czekolady, a bejbiki i tak potrafiły zwęszyć spisek. Pędziły za nami na tych swoich krótkich nóżkach, przyklejały noski do grubej szyby w drzwiach i wpatrywały w nas tymi swoimi niewinnymi oczętami. Nam szybko odechciewało się jeść. Albo deptałyśmy święte Chmurkowe reguły, kruszyłyśmy czekoladę w dłoniach i karmiłyśmy Lucasów maleńkimi okruszkami mlecznego raju, modląc się o przebaczenie.

Mogłam się domyślić, bo przecież jednego takiego wiecznie-żebrzącego już mamy.
I żeby to tylko o czekoladę chodziło.

A jednak nie wpadłam na to, że po magicznych sześciu miesiącach  wszystko będę musiała dzielić na trzy.

Siadam do śniadania.
(Staram się jeść w tych samych godzinach, co Fruzia, ale nie zawsze się udaje. A nawet jeśli, to ona i tak chce jeść to, co ja. A ja nie zawsze chcę jeść to, co ona może...)
Rudolf natychmiast złazi z kanapy i ustawia się na strategicznej pozycji, obok mnie i wózka / krzesełka małej. Wlepia we mnie swe brązowe ślepia. On zawsze chce jeść, w sumie nieważne co.
Mała przestaje się bawić i kiedy ja zabieram się za pierwszy kęs, ona automatycznie otwiera mały dziób, dając mi do zrozumienia, że ona też. Jeszcze jest głodna. No przecież od jej śniadania upłynęły już 3 minuty!

Dwa gapiące się na mnie sępy.

Wzdycham. Nie chcę przekarmiać Fruzi, więc dostaje jeszcze kawałek owocu lub ryżowego ciastka, nie dam jej przecież wczorajszej pizzy. Jeszcze nie. Czasem dzielę się swoim śniadaniem. Kęs dla mnie, dla Fruzi, co drugi dla Rudolfa. Takie okruszki, żadne z nich się tym nie naje, ale szczęśliwi, jakby w totka wygrali. Na czekoladę i ciastka przychodzi czas, kiedy mała zasypia.

Czasem tylko zastanawiam się, co będzie dalej. Kiedy już nie da się jej oszukać, a szafka ze słodyczami będzie głównym punktem jej pielgrzymek do kuchni. Oddałabym jej przecież wszystko, ale uzależnieniem od cukru nie chciałabym się dzielić.
- Będziemy musieli założyć sobie dobrze strzeżone skrytki - oznajmiłam Mężowi po tym, jak Fruzia podejrzanie ochoczo zaczęła częstować mnie soczystymi buziakami z wytkniętym językiem.
Chwilę wcześniej widziała, jak jem czekoladę.
- Twoja na słodkie, a moja na piwo? - zapytał retorycznie Inżynier.

Dobrze przynajmniej, że nie jestem w tym sama.

O edukacji

Kraina Deszczu, rok 2015

Znajoma Liz pyta w bibliotece o książkę "Nutmeg gets adopted". Seria o Nutmegu, adoptowanej wiewiórce, to cykl jak dotąd 6 książek dla dzieci skupiających się na wiadomej tematyce i mającej pomóc rodzicom w rozmowach z pociechami.
Bibliotekarz sprawdza w komputerze dostępność pozycji i błyskotliwie zagaduje do kobiety:
- To jaka jest kolejna część? "Nutmeg idzie do więzienia"?

Czujecie to?!
***
Teoretycznie to nie jest blog o adopcji. To jest blog o naszym codziennym życiu, o naszej rodzinie. A ponieważ adopcja jest częścią tego naszego życia, będę o niej pisać tyle, ile uważam za słuszne, tak jak w dawnych czasach pisałam o niepłodności albo o tym, że pracuję w szkole i że czasem mam dość. Uważam też, że powinno się o tym mówić, edukować społeczeństwo - zarówno to polskie, angielskie, jak i każde inne. Żeby takie sytuacje jak ta przytoczona wyżej, nie miały miejsca.

Bo #adopcjaTOnieTABU, o czym pięknie napisała Ala na swoim blogu.

Jeśli jest tu ktoś wątpiący i szukający odpowiedzi na ważne pytania adopcyjno-rodzicielskie, myślę, że Ala jest w stanie na niektóre z nich odpowiedzieć. Dlaczego akurat ona? Zajrzyjcie, żeby się przekonać.

O życiowych wyzwaniach

Stanęłam przed lustrem i spojrzałam krytycznie na swoje włosy. Machnęłam głową w lewo i prawo, przeczesałam je palcami. Nie, no tragedia. Te przednie kosmyki, okalające moją buzię, znów kruszą się i łamią, a ja wyglądam, jakbym przedawkowała z lokówką. Z całą resztą nie jest źle, więc dlaczego te nie chcą rosnąć tak jak pozostałe? Presję jakąś czują i nie dają rady, czy co?
Zaczesałam niesforną wiązkę siana na twarz. Zagięłam ją wpół, podwijając cienką końcówkę pod nasadę kosmyka i martwiąc się, czy nie skruszy mi się doszczętnie w dłoniach. Podpięłam spinką, która w zasadzie nie za bardzo miała na czym się trzymać, a jednak podtrzymała to, co podtrzymać miała. Voila, mam grzywkę.
A może by tak...?
Włączyłam laptopa, odpaliłam skype i dałam Mamuśce sygnał, że czekam na widzenie. Dusiłam się ze śmiechu, przeczuwając, co za chwilę usłyszę ("wyglądasz jak księżyc w pełni! nigdy nie rób sobie grzywki i trwałej, obiecaj mi! obiecaj") i w zasadzie byłam blisko, bo Rodzicielka na dzień dobry wybuchnęłam radosnym rechotem.
- Ślicznie wyglądasz! - rzuciła.
Z mocnym, świszczącym akcentem na pierwszą sylabę.
Szydera jak nic.
- Tak tragicznie? - zapytałam. - Bo ja właśnie zastanawiam się nad grzywkową opcją.
Mamuśka przyjrzała mi się uważniej.
- Właściwie... wyglądasz młodziej - oświadczyła po chwili wahania.
Młodziej!
(Jeśli ktoś mówi ci, że w czymś wyglądasz młodziej, to... o rany, jak wyglądasz na co dzień?!)
I chociaż komplement Mamuśki nie do końca mnie przekonał, postanowiłam jednak trzymać się wersji, że z grzywką mi do twarzy.
I że jeśli Mąż Mój potwierdzi tę opinię, to pędzę do fryzjera.
(Żałosna jestem, wiem. Uzależniam taką decyzję od opinii męża i mamy, no doprawdy. Feministki zaraz mnie zlinczują i nakażą zrobić fioletowego irokeza na znak wyrwania się z objęć matko-patriarchatu.)

Wieczorem powtórzyłam operację z grzywką. Wymknęłam się z sypialni, ułożyłam fryzurę i ostrożnie, coby nie rozwalić delikatnego rusztowania na czole, wróciłam do pokoju, znów dusząc się ze śmiechu. Miałam wejść z miną 'nic-się-nie-dzieje' i czekać, aż sam zauważy, ale Mąż Mój tak był pochłonięty sportową relacją z czegoś tam, że mogłabym tak czekać do rana.
- Ładnie wyglądam? - zapytałam więc wprost i na tyle głośno, że Inżynier Pifko postanowił na mnie spojrzeć.
- Bardzo - rzucił zwięźle.
Serce na chwilę podskoczyło.
- Ale serio? - zapytałam poważnie.
Pifko oderwał się od laptopa.
Poświęcił mi 5 sekund swojej uwagi.
- Nie, no co ty - oświadczył równie poważnie.
A w tych czterech słowach zawierało się wszystko.

Koncepcja grzywki upadła z hukiem.

Ja doprawdy nie rozumiem tego fenomenu. Potrafiłam rzucić pracę i ojczyznę i nie martwiąc się przesadnie o jutro, zamieszkać w Krainie Deszczu. Z własnej i nieprzymuszonej woli wytrwałam w bejbikowej sali prawie trzy lata. Zdecydowałam się na życie z labradorem. I chciałabym jeszcze jednego, a najlepiej dwóch takich Rudolfów. Nie wspominając już o tym, że kiedyś zrobiłam prawo jazdy. Uwierzylibyście?

... a w kwestii fryzury nie stać mnie na najdrobniejsze nawet szaleństwo! Od lat nie zrobiłam z włosami nic nowego. Nic. Podcinam, czasem lekko stopniuję i koniec. Finito. Nudna jestem jak flaki z olejem. I jestem pewna, że jeśli 10 na 10 zapytanych osób (w tym Inżynier, Mamuśka i Kocur jako najmocniejsza część jury) nie powie mi z odpowiednią dawką entuzjamu 'tak, wyglądasz bosko, rób sobie grzywkę! już dziś!', to ja jej nigdy nie zrobię. Nigdy. Never ever.

Taka to jestem odważna i szalona.

(Kocie, przed Tobą bojowe zadanie na styczeń. Masz tydzień na przekonanie mnie do czegoś nowego.)

Adopcja w UK (3): Niezbędne dokumenty, referencje oraz opieka nad dziećmi

Proces adopcyjny to, niestety, sporo papierkowej pracy. Warto więc wcześniej sprawdzić, czego możecie potrzebować, żeby nie okazało się - jak w moim przypadku - że akurat w godzinie zero nie miałam pod ręką żadnego potwierdzenia adresu z moim nazwiskiem;-)

DOKUMENTY

Tak naprawdę dopiero, kiedy oficjalnie znaleźliśmy się w etapie pierwszym procesu (Stage 1), musieliśmy okazać niezbędne dokumenty. Potrzebne one były nie tylko agencji dla potwierdzenia naszej tożsamości, ale również do sprawdzenia naszej niekaralności w UK w DBS (Disclosure and Barring Service).

Te najbardziej podstawowe to:

1. paszport
2. polski dowód osobisty
3. prawo jazdy
4. odpis aktu małżeństwa
5. certificate of good conduct, czyli polskie zaświadczenie o niekaralności
6. potwierdzenie adresu: utility bills (rachunki za prąd, gaz itp.) i / lub bank statement (wyciąg z banku) - wszystko na wasze imię i nazwisko oraz bieżący adres - w momencie okazania liczą się tylko te z ostatnich 3 miesięcy

Z DBS wygląda to tak, że należy przedstawić 3 dokumenty z trzech grup podanych na stronie DBS (klik) wraz z instrukcją, które dokumenty z których grup można ze sobą łączyć. W miarę możliwości należy spróbować przedstawić dokumenty ze ścieżki 1, czyli np. (jak w naszym przypadku) był to paszport, prawo jazdy oraz wyciąg z banku.
Jeżeli nie posiadasz paszportu, radzę czym prędzej zabrać się za jego wyrobienie. To trochę trwa i kosztuje, ale w przypadku adopcji dziecka i tak będzi ci on potrzebny przy składaniu do sądu wniosku o adopcję. Nie musisz też posiadać prawa jazdy, ważne, żeby udało się skompletować dokumenty zgodnie z instrukcjami, w przeciwnym bowiem razie nie przejdziecie wstępnej weryfikacji w DBS.

Na potrzeby agencji adopcyjnej musieliśmy ponadto okazać akt małżeństwa wraz z tłumaczeniem przysięgłym, a także certificate of good conduct. Ten ostatni można uzyskać na dwa sposoby:
1) przez Ambasadę RP w Londynie (klik), aktualna opłata wraz z przesyłką to 49.50, czas oczekiwania: 8 tygodni;
2) w Polsce - można to zrobić osobiście lub upoważnić kogoś bliskiego do złożenia i odebrania wniosku (klik), aktualna opłata to 30 zł, nie wiem, czy czas oczekiwania jest wszędzie jednakowy, ale moja Mama odbierała zaświadczenie następnego dnia.

Sami przyznacie, że różnica w opłatach jest znacząca. Ważna rzecz: tu też jest potrzebne tłumaczenie. Jeżeli wnioskujecie przez Ambasadę, wtedy dokument przyjdzie z krótką adnotacją w j.angielskim, że dana osoba jest / nie jest karana.

REFERENCJE

Kandydaci na rodziców adopcyjnych muszą wskazać 3 referentów. Nie jestem pewna, czy wszędzie wygląda to tak samo, ale my usłyszeliśmy, że tylko jedna z tych osób może być z nami spokrewniona, powinny to być osoby, które znają was minimum 3 lata oraz że idealnie, gdyby to były osoby mieszkające w Krainie Deszczu (angielski obowiązkowy, bo referencje składa się pisemnie oraz ustnie). Jeśli jednak macie problem ze spełnieniem wszystkich tych warunków, nie ma powodu, żeby panikować. W momencie rozpoczęcia procesu adopcyjnego byliśmy w UK 2 lata i mieliśmy tu tylko jedną parę krewnych (= 1 referent), którzy znali nas dłużej niż 3 lata. Pozostali referenci (para przyjaciół i szefowa Męża) znali nas od momentu naszej przeprowadzki do UK. Nie było z tym żadnego problemu.
Powiedziano nam też, że z każdą ze wskazanych osób nasz SW spotka się osobiście. W rezultacie tylko jedno spotkanie było face to face, pozostałe rozmowy odbyły się przez skype i telefon. I naprawdę nie dotyczyły żadnych szczegółów z naszego życia -  czy jesteśmy odpowiedzialni, jak radzimy sobie ze stresem itp.

Referentem może być pracodawca, landlord, sąsiad, kolega z pracy - naprawdę jest trochę możliwości, a nikt nie żyje w próżni, więc spokojnie można znaleźć te trzy osoby, które będą w stanie coś dobrego o nas powiedzieć. Ja nie wskazałam mojego pracodawcy jako referenta, ale agencja zwróciła się do niego o pisemną opinię w związku z wykonywaną przeze mnie pracą (przedszkole). I tu przechodzimy do ostatniego punktu:

DOŚWIADCZENIE W OPIECE NAD DZIEĆMI

U nas było prosto - moja praca w przedszkolu wystarczyła, żeby przekonać opiekę społeczną, że podołamy wychowaniu dzieci. Wy też na pewno zostaniecie poproszeni o udokumentowanie swojego doświadczenia w tej kwestii. Czasem wystarczy duża rodzina z małymi dziećmi na pokładzie albo okazjonalny babysitting u sąsiadów, ale może być też tak, że zostaniecie poproszeni o zorganizowanie sobie wolontariatu np. raz w tygodniu po dwie godziny w lokalnym przedszkolu. Nasz znajomy, wielbiciel krykieta, postanowił przez kilka tygodni trenować grupę małych ludzi, co do dziś wspomina jako naprawdę fajne doświadczenie.

Osobiście polecam celować w grupę wiekową, o której myślicie w kontekście adopcji. Szeroko rozumiany wolontariat jest bardzo rozpowszechniony w Krainie Deszczu, nie powinniście więc mieć problemu ze znalezieniem miejsca, w którym przyjmą was z otwartymi ramionami.

O Wyższej Szkole Zapinania Pieluch

Życie z nią to alpejska mieszanka nawracającego deja vu, dnia świra oraz braku pomysłów na wyrwanie się z tego zaklętego kręgu.

Podczas zmiany pieluchy fika. (Wszystkie dzieci fikają, już słyszę.) Kiedy pozbędę się mokrej, leży zadowolona z nogami w górze. (No przecież wszystkie dzieci uwielbiają wietrzyć tyłeczki.) Kiedy usiłuję założyć jej czystą, zaczyna się show. (Wam też?) Wygląda to jak breakdance na poziomie advanced. Do pierwszego przylepca działa jeszcze rozpraszanie, zabawianie i ulubiona zabawka do gryzienia (każdego dnia inna, więc trzeba być na bieżąco.) Za to przy drugim przylepcu nie działa już nic. Drugi przylepiec obrósł już legendą, bo nie mam na niego (nią) siły. Choćby nie wiem jak dobrze szło mi rozpraszanie, zabawianie i próba jeszcze szybszego niż zwykle zapięcia pieluchy po OBU stronach - a zważcie, że powoli dobijam do prędkości światła - wystarczy, że dotknę legendarnego przylepca nr 2, a Fruzi już nie ma. To znaczy jest, ale na pewno nie na macie i na pewno nie z porządnie zapietą pieluchą. Przysięgam, że nie wiem, o co jej chodzi, ale najwyraźniej z prawym przylepcem ma mocno na pieńku. (Ale też trzeba jej oddać, że jest nad wyraz konsekwentna.)

A może to ja popełniam gdzieś błąd, który może zaciążyć na jej dorosłym życiu?

Czy ktoś mógłby mi polecić jakiś wychowawczy bestseller,w którym znajdę rozdział dotyczący zakładania pieluch z naciskiem na prawy przylepiec?

O byciu i bywaniu

Na studiach marzyłam, że będę tłumaczką.
Rozrywaną, rozchwytywaną, taką, której kalendarz spotkań i deadlinów pęka w szwach.
Opanowaną, ambitną profesjonalistką.
W butach na niezbyt wysokim obcasie, bo przecież będę zabiegana, w spodniach na kant i żakiecie.
Ze skórzaną teczką w dłoni, choć przysięgam, że nie wiem, co miałabym w niej nosić na te wszystkie konferencje i biznes mitingi.
Bo przecież nie słowniki.
Serio, tak to widziałam.

Zostałam nauczycielką wbrew swoim wizjom, że nigdy w życiu!
(A przynajmniej nie w tym życiu.)
Niespodziewanie dla mnie samej, zaczęło mi się podobać, choć twierdziłam, że to tak na chwilę, bo przecież plan jest inny.
Tłumaczką zostałam kiedyś na jeden dzień.
Ten biznes miting mnie wykończył i pomyślałam, że byłabym beznadziejna w tej robocie i że dzięki-Ci-że-mnie-na-dobry-szlak-poprowadziłeś.
Poza tym pracowałam dużo. Czasem za dużo.
Jedna szkoła rano, druga po południu, kursy tu, korepetycje tam.
W butach na niezbyt wysokim obcasie, bo kolana już dawały o sobie znać.
W jeansach, ale i w żakiecie.
Ze skórzaną torbą wciąż wypełnioną książkami i kserówkami.
Dobrze było, choć po kilku latach zaczęłam odczuwać zmęczenie.
Dobrze było, bo niczego po drodze nie zgubiliśmy.
Wieczorami byliśmy my i nasze scenariusze na dalsze życie.

I wtedy bum, jesteśmy w Krainie Deszczu.
Pierwsza praca. Pomyłka. Lądujemy w sądzie pracy. Stres.
Druga praca. Nie moja bajka.
Trzecia praca, przedszkole, strzał w dziesiątkę, choć wciąż mam wrażenie, że część znajomych nie dowierza. Wszystko, co robię, sprowadza się przecież do podcierania tyłków bejbikom, prawda?
Ale zanim, to pomiędzy dużo samotnych dni, bo on w pracy, a ja szukam albo czekam na świstek z CRB.
I mam dużo czasu, aby wciąż pytać samą siebie jak to będzie z tą naszą duża rodziną, która ma być, a wciąż jej nie ma.

Siedzę w salonie i piję herbatę. Rudolf posapuje na sofie. Fruzia śpi, choć pewnie zaraz się obudzi i będę pisać na raty, próbując złapać urwany wątek.
Nie szkodzi.
Jest tak cicho, że słyszę tykanie zegara.
Myślę.
Rozmawiamy o mojej/naszej przyszłości zawodowej właściwie codziennie.
Moja wygląda średnio, choć teoretycznie wszystko, czego potrzebuję, mam w głowie i na papierkach.
Teoretycznie, bo w praktyce tylko szalony pracodawca zatrudni mnie w godzinach, które oferuję.
Wieczory i weekendy poproszę, najlepiej w czasie snu Fruzi.
Mam jednak w sobie spokój i wiarę, że będzie dobrze.
Nie jakoś, a dobrze.
Lepiej nawet niż kiedykolwiek, bo nareszcie czuję tak w pełni, o co chodzi.

Nie, to nie jest post z serii wtedy-nie-wiedziałam-co-jest-w-życiu-ważne-a-teraz-się-nawróciłam-bo-mam-dziecko.
Wtedy też wiedziałam, co jest w życiu ważne i wtedy też byłam szczęśliwa.
Tylko szczęśliwa inaczej, adekwatnie do etapu życia.
Bo ja naprawdę kocham moje życie. Od zawsze.
W szpilkach i w kaloszach. To życie Tam i to Tu, wtedy i teraz.
Tyle, że to teraz jakby jeszcze bardziej i jeszcze bardziej świadomie.

Och, bywałam nieszczęśliwa, to jasne.
Tego się naprawdę nie zapomina, wciąż pamiętam, jak to boli.
Trafiam na blog kogoś, kto właśnie zbiera się po nieudanym in vitro. Fizycznie i psychicznie współodczuwam. Wszystko wraca, choć na co dzień o tym nie myślę i nie rozdzieram szat, bo już nie mam powodu.
Wtedy przerażała mnie myśl, że jeśli nie doczekamy się dzieci, to naprawdę będziemy nieszczęśliwi, a przecież bez sensu jest być nieszczęśliwym, kiedy jesteś zdrowy, masz kochającą rodzinę i tego kogoś, kto trafił ci się jak szóstka w totka.
Jeśli być nieszczęśliwym, to raczej z powodu tego, co cię spotyka, a nie dlatego, że czegoś nie możesz mieć. Chyba.
Więc byliśmy szczęśliwi, bywając nie.

I bum, jest ona.
Jeśli strach, to już tylko o nią.
To takie banalne, że aż bije po oczach.
I wiem, że nie wrócę do pracy po dziewięć godzin dziennie tylko po to, żeby ktoś inny się nią opiekował teraz, kiedy jest taka malutka.
Więc zamiast butów na niezbyt wysokim obcasie, mam baleriny i trampki, a zamiast skórzanej teczki - torbę wypchaną pieluchami.
Moje cv będzie dziurawe jak sito, potem może być tylko trudniej, wiem.
Ale teraz właśnie mamy najwięcej pomysłów na to, co dalej.
Pomysłów, na które kiedyś być może zabrakłoby odwagi i wiary.

To najlepsze tu-i-teraz, w jakim zdarzyło mi się być.

O wnioskach z przyjęcia

Impreza urodzinowa u Niemieckich.

Czteroletnia jubilatka otwiera nam drzwi, odbiera prezent, po czym kilka sekund później Beauty and the Beast z hukiem ląduje na stercie innych podarunków, a sama Amela z wypiekami na twarzy pędzi nie-wiadomo-dokąd. Uśmiecham się do siebie rozbawiona. Jak to dobrze, że nie spędziłam więcej czasu w księgarni, usiłując wybrać jakąś godną pozycję dla czterolatki, i że wszystkie podarunki spotkał ten sam los. Urodzinowa poprawność polityczna, ma dziewczyna głowę na karku.

W domu panuje adekwatny do okoliczności chaos.
- Wiesz przynajmniej, ile dzieci masz aktualnie na stanie swojego domu? - pytam Fotografa.
- Ekhm... - odchrząkuje gospodarz znacząco. - Najważniejsze, żeby wieczorem została tylko dwójka, najlepiej własnych.
Takiej matematyki powinno się uczyć w szkole.

Szybko okazuje się, że połowa obecnej na przyjęciu dzieciarni ma na sobie jakąś część garderoby uszytą przez Szwaczkę, gospodynię. Fruzia ma w domu kapelusz i spodnie jej autorstwa.
- Przecież ona powinna założyć własny biznes! - ekscytuje się Inżynier, przyglądając się dziełom Szwaczki. (Dzieła są w ciągłym ruchu, więc nie jest to łatwe.)
- Tylko jej tego nie mów, bo już wszyscy ciosają jej kołki na głowie w tym temacie, a ona chce szyć tylko dla rodziny i przyjaciół - mówię po cichu.
- Dobra - zgadza się Mąż Mój.
Po czym wstaje, idzie do kuchni i obwieszcza na cały głos:
- Dziewczyno, ty jesteś genialna, powinnaś założyć własny biznes!
Propagator sukcesu w wersji self-employed.
Co ciekawe, zaczynam mu wtórować.

Dwuletni Lu przynosi mi książkę o budowlańcach. Sama ją wybierałam, więc przynajmniej jestem pewna, że nie będzie w niej nic o imigrantach. Mały daje mi jasno do zrozumienia, że mam mu poczytać, więc podnoszę go, sadzam na moich kolanach i zaczynamy.

Jestem pod absolutnym wrażeniem.
(Nie, nie książki.)

Lu był moim key child w Różowej. Kiedy 11 miesięcy temu rodzina Niemieckich sprowadziła się do Krainy Deszczu, Szwaczka twierdziła, że w ojczystym języku potrafił wówczas wyartykułować kilka podstawowych słów. Angielskiego nie uświadczyli wcale - ani on, ani trzyletnia wówczas Amela. W ciągu miesiąca Lu nauczył się kilkunastu słów, a większość potrafił po mnie powtórzyć, kiedy zaszywaliśmy się w kąciku i czytaliśmy wszystko, co oferowała nasza Chmurka. Amela jeszcze szybciej oswajała nowy język, moje koleżanki z pre-school były pod wrażeniem jej zdolności.
- To dziecko chłonie jak gąbka - mówiły.

Nie minął nawet rok.
- What's this? - pyta Lu, wskazując na obrazek z jakimś strasznym urządzeniem, którego nawet w ojczystym narzeczu nie potrafię nazwać.
Z pomocą przychodzi ktoś z gości.
- Where's the dog? - pytam za chwilę.
Lu bezradnie rozkłada ręce. Nie dostrzega psa na rysunku.
- It's gone - mówi w końcu.
Słyszę też, że they digging, truck working i don't know.
Pytam Szwaczkę, oMójBożeKiedyToSięStało? Ona się śmieje.
- Wiesz, on i Amela sa teraz dla mnie najlepszymi nauczycielami. Amela mówi po angielsku lepiej niż ja po niemiecku!
I nie ma w tym cienia matczynej przesady. Ta mała jest tak zdolna, że odruchowo nasuwa mi się myśl, że jej potrzebny jest trzeci język, właśnie teraz, kiedy przychodzi jej to tak naturalnie. Polski na przykład, wszak native speakerów ma na wyciągnięcie ręki. (Nie, jednak nie. Takie rzeczy to tylko u Kaczki.) Fascynujące. Jeśli czegokolwiek jestem spragniona w rozwoju Fruzi, to na pewno nie raczkowania w tempie odrzutowca (zdecydowanie nie!), pierwszych kroków czy utraty pociągu do smoczka. To wszystko przyjdzie w jej własnym czasie, a ja jestem zwolenniczką celebrowania tu i teraz, bo ono trwa tylko ułamek sekundy. Ale ta ciekawość jej rozwoju językowego to coś, za co być może pójdę do piekła.

A przecież życie i tak popłynie wedle własnego widzimiesię. Długowłosa twierdzi, że wychowywała dwoje swoich dzieci dokładnie tak samo, z jej ojczystym hiszpańskim w tle. Dziś jedno mówi po hiszpańsku całkiem nieźle i nie ma z tym problemu, a drugie świetnie wszystko rozumie, ale odmawia porozumiewania się w tym języku.

Jeśli Fruzia wróci z przedszkola i oznajmi, że polski jest be, za karę będę czytała jej przed snem podręcznik do fonetyki angielskiej.

Jeśli pogardzi angielskim, rzucę jej pod nogi Konrada Wallenroda.

O przyjaźni między gatunkami

Kadr pierwszy

Dwuletnia Ajka z rezerwą wita się z szalejącym Rudolfem.
Sierściuch ma na pysku miękki kaganiec, ale i tak próbuje lizać ją po twarzy.

Kadr drugi, dziesięć minut później

- Chodź, Ludolf, no chodź - ponagla Ajka. - Pobawimy się w chowanego.
Z rezerwy nie zostało nawet wspomnienie.
Oto rodzi się przyjaźń.
Pędzą do kuchni. Młoda staje za lodówką, sierściuch obok niej. Nie wiem, kto tu się chowa, a kto szuka.

Kadr trzeci

Ajka korzysta z okazji i siada okrakiem na leżącego na podłodze Rudolfa.
- Wstawaj - zachęca go. - Jedziemy!
Sierściuch nawet nie drgnie.
Rodzice małej tłumaczą córce, że psy to nie konie, nie jeździ się na nich.

Jak tak się przyglądam Rudemu z poziomu podłogi, to wcale się nie dziwię Ajce, że pomyliła go z koniem.

Kadr czwarty

W obu dłoniach Ajka trzyma chrupki. Rudolf wpatruje się w nie cielęcym wzrokiem, ale spokojnie czeka na przyzwolenie lub znaczący ruch dłoni sugerujący, że jeden z tych skarbów jest dla niego. Ajka się zawiesza. Nie wiadomo, czy planuje podzielić się posiłkiem, czy raczej włączy jej się syndrom Joeya Tribbiani. Z braku jakichkolwiek sygnałów, Rudolf postanawia działać. Podchodzi do Ajki i zwyczajnie, delikatnie wyjmuje zębiskami chrupka z jej dłoni. Po czym oboje przechodzą nad tym faktem do porządku dziennego.

Kadr piąty

Fruzia pełznie po kocu. Ajka siedzi obok i bawi się plastikowymi kółkami. Wszędzie pełno zabawek. Pośrodku tej imprezy stoi Rudolf, niezdecydowany co do następnego ruchu. Wreszcie udaje się na sofę i nie bacząc na pluszowego Pluto, zapada w drzemkę z pyskiem na jego łapach.

Kadr szósty

Ajka i Fruzia bawią się grającą farmą. Fruzia na oślep wali w guziki, jest zachwycona prezentem. Ajka sprawdza poszczególne przyciski, coś do siebie mówi. Rudolf nie ma już siły, ale wciąż chce być blisko dziewczyn i zabawek. Niucha więc, trąca nosem, ale nawet nie próbuje nic złowić ani podgryźć. Wie, co za chwilę usłyszy, jeśli. Głaszczę go więc i zamiast 'nie wolno', mówię mu, że dobry z niego sierściuch. Trzy sekundy później Rudolf zasypia na klawiszach plastikowego pianinka. W Do i Re Fruzia jeszcze może trzasnąć małą łapką, ale Mi, Fa i So przygniecione są ciężkim, pluszonym łbem. Fruzia zdaje się nie zauważać przeszkody. Wygrywa dalej swoje dziecięce etiudy na nosie Rudolfa.
  • poniedziałek, października 05, 2015
  • 2 Comments

O nowych zdolnościach

Legendarne 'teraz wam się zacznie' naprawdę się zaczęło. Już albo dopiero, nie mogę się zdecydować. Odsłona siódma sprzed dwóch dni aktualnie nieaktualna.

Bo ona już potrafi.

Nie dość, że sprawnie przesuwać się do przodu - lewy łokieć plus lewa i prawa noga na przemian - to jeszcze wydłubywać drobne elementy z piankowej maty i zawzięcie je gryźć. Odbieram więc. Najpierw te maleńkie, potem średnie, następnie te największe.

Coraz mniej maty w macie. Coraz więcej dziur.

Łóżeczko to moja ostatnia nieoddana jeszcze twierdza. Wózek i fotelik odpadły, kiedy odkryłam, jakie mostki w nich odstawia. Ciekawe, kiedy i ono się zdezaktualizuje.

I co się dzieje potem?
Mam chodzić w jej towarzystwie tam, dokąd nawet król w samotności chadza?