O tym, że wciąż żyję

poniedziałek, września 28, 2015

A nie zapowiadało się.

To pewnie dlatego, że Mamuśka Moja zmieniła podejście do sportu (kiedy, jak i dlaczego, Ten u Góry raczy wiedzieć) i na wieść, że zamierzam pobiec kolejną w moim życiu dychę, kiwnęła tylko głową i z miną eksperta poradziła, żebym się przygotowała i dobrze rozgrzała przed biegiem.
Yyyy...?
Inżynier Pifko również zaniemówił.
Żadnego legendarnego "jeszcze coś się ci się stanie!" albo chociaż "daj sobie spokój, dziecko". No nic. Zupełnie nic.
Bardzo to demotywujące było.

Ten bieg wymyśliła Sąsiadka. Akurat w momencie, kiedy ona była już w zaawansowanym czwartym miesiącu romansu z joggingiem, a ja w czwartym miesiącu separacji z jakąkolwiek formą aktywności sportowej. Nie licząc noszenia niemowlaka czy notorycznego nurkowania pod łóżeczko Fruzi, żeby wydobyć spod niego smoczki.
- Ja muszę w czymś wystartować, muszę, bo mam w sobie takiego powera, że mnie rozniesie! - ekscytowała się Sąsiadka w typowym dla niej stylu. - Pobiegnijmy razem, co?
Pomyślałam, że w zasadzie to dobry kopniak do tego, żeby wrócić na utarte szlaki sportowe, więc niewiele myśląc wypaliłam:
- Jasne, biegnijmy, tylko daj mi chwilę na przygotowanie, bo ja w tym momencie to mogę pobiec co najwyżej do Różowej Chmurki.
Za róg, znaczy się.
Ustaliłyśmy, że będzie to wrześniowy bieg i że wynajdzie nam go w czeluściach sieci Mąż Mój. W dawnych czasach MOT. Mój Osobisty Trener. W obecnych, z Fruzią na pokładzie, sama musiałam być sobie trenerem, sterem i okrętem. Strasznie brakowało mi go na szlakach.

Była połowa lipca.
Z wielce zaplanowanych treningów do połowy sierpnia wyszło niewiele. Jakieś cztero - i pięciokilometrówki. Za mało, żeby podbić świat.
6 tygodni przed biegiem wzięłam się za siebie i przekroczyłam magiczną piątkę. Tempo miałam straszne, ale przynajmniej ciało przypomniało sobie, że kiedyś regularnie się ruszało.
3 tygodnie przed biegiem zaliczyłam siódemkę i ósemkę.
Tydzień później dziewiątkę.
Wciąż bez szału, trening dwa razy w tygodniu, ale poczułam się zdecydowanie lepiej i pewniej.
Na chwilę co prawda, bo polazłam na stronę organizatora biegu i wtedy zdębiałam, bo okazało się, że z braku innych sensownych opcji, Inżynier zapisał nas na typową przełajówkę. Przełajówkę (!), kiedy ja ostatnio biegam tylko, TYLKO po asfalcie!
I wtedy, 7 dni przed biegiem, siadło mi kolano.
Zgięte rwało tak, że wciąż budziłam się w nocy, żeby rozprostować nogę.
Osobisty Trener doradził odpuścić jakiekolwiek treningi w w tym ostatnim tygodniu, co też niechętnie uczyniłam. I tak wiedziałam już, że będzie ciężko.

Sąsiadka pojawiła się na placu boju w nastroju  chcę-dobiec-do-Księżyca i z jednej strony dodawało mi to sił, a z drugiej trochę przerażała mnie ta jej energia, bo wiedziałam, że mojej jest na styk. Do tego okazało się, że bieg jest naprawdę kameralny, niewiele ponad 80 osób, co tylko uzmysłowiło mi, że tam raczej nie ma ludzi z łapanki. Na pierwszych stu metrach jeszcze się śmiałyśmy, ale szybko Sąsiadka wyznała mi, że jest ciężko. Nooo... Trawa, błoto, wystające z ziemi konary. Miejscami błoto ciągnęło się po kilkanaście metrów na wąskiej, leśnej ścieżynie bez pobocza i było tak śliskie i głębokie, że trzeba było zastopować i zwyczajnie przez nie przejść, co samo w sobie było trudne. Prawdopodobnie nie była to najcięższa trasa świata, ale moje samopoczucie tego dnia było straszne. Sąsiadka z każdym metrem nabierała powera, ja z każdym kolejnym krokiem słabłam. Na trzecim kilometrze odcięło mi prąd. Tak znienacka, zupełnie bez ostrzeżenia. Na trzecim kilometrze, ponad siedem przed metą! Nawet nie krzyknęłam do Sąsiadki, pozwoliłam jej biec przed siebie, a sama po prostu usiadłam na ziemi i oznajmiłam siedzącej przy drogowskazie wolontariuszce ("jeśli tylko będziecie czegoś potrzebować, dajcie im znać", powiedział prowadzący imprezę tuż przed startem), że strasznie mi słabo i chyba zaraz zamdleję. Liczyłam na łyk wody, pokrzepiające słowo, cokolwiek. Wiecie, co usłyszałam?
- Oh, dear.
A w załączniku puste spojrzenie.
Oki-doki, pomyślałam.
Czułam się fatalnie, ale miałam dwa wyjścia - schodzę z trasy lub walczę dalej aż naprawdę padnę.
Pierwsza opcja odpadła natychmiast, bo zejście z trasy oznaczało tyle, że muszę tą samą drogą wrócić pieszo, przy czym spojrzeć w oczy trenerowi i Fruzi i oznajmić, że się poddałam. No way! Druga opcja oznaczała, że być może porzygam się na trasie.
Jakimś cudem dogoniłam Sąsiadkę, zdziwioną, że gdzieś się zagubiłam. Do piątego kilometra walczyłam z własnym ciałem i psychiką. One wyraźnie nie chciały biec tego dnia i robiły wszystko, żeby mi to wyperswadować. Bardzo pomogła mi Sąsiadka. Zamiast gnać przed siebie, dopingowała, motywowała i co chwilę poiła wodą. Słońce - typowe! - akurat tego dnia postanowiło rozszaleć się jak dzikie. Było jak w ukropie.
Po piątym kilometrze złapałam więcej wiatru w żagle. Klęłyśmy na kolejne zwały błota, w których dosłownie tonęłyśmy - obie wpadłyśmy po kostki w muł i ciężko było wydobyć z niego stopy. Moje buty... może bez komentarza. Grunt, że po dwóch praniach doszły do siebie.
Na ósmym kilometrze Sąsiadka zdecydowała, że chyba jednak nie zemdleję i że ona musi jeszcze wyprzedzić tego faceta przed nami, bo jak to tak, facet będzie pierwszy?!
Od piątki wiedziałam już, że ukończę ten bieg. Ale nawet chwilę przed metą, kiedy normalnie człowiek dostaje skrzydeł i te ostatnie metry pokonuje na haju endorfinowym, nie poczułam żadnego zrywu. Biegłam siłą woli, modląc się, żeby Ten u Góry się zlitował i jeśli ma zamiar mnie uśmiercić, to może niech to zrobi za finiszem.

Sąsiadka wbiegła na metę jako 61 osoba (z 82) z czasem 64:13, ja jako 65 z czasem 65:40. To najgorszy wynik biegowy w mojej karierze, ale i tak jestem dumna, że się nie poddałam. Sąsiadkę uściskałam za koleżeński doping i towarzystwo w chwili kryzysu. Och, i nie zawiodłam Męża ani córki! Mnie samą zawiodły treningi, których było mało oraz kilkumiesięczna, naprawdę długa przerwa w ćwiczeniach, ale ten bieg był mi potrzebny. Dostałam solidnego kopa w dupę, przypomniało mi się, co to znaczy harować, więc moja głowa jest pełna postanowień na kolejny rok. Będzie się działo.

Ladies and gentlemen, I'm back on track!

You Might Also Like

6 komentarze

  1. Dałaś radę wytrwałaś, więc możesz być z siebie dumna! Brawo gratulacje ☺

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Inesko, czasem faktycznie wyczynem jest zwyczajne doczołganie się do mety;-)

      Usuń
  2. A ja bym sobie zadała pytanie - Na którym metrze wyzionę ducha. Ciągle tkwię w zadziwieniu, że ludzie chcą biegać chociaż nikt ich nie goni!:-)
    Brawo, kłaniam się nisko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To dokładnie jak ja kilka lat temu. Dzisiaj zresztą też mi się zdarzy tak pomyśleć - kiedy tak ślizgałam się po tym błocie do mety, to też pytałam samą siebie po jaką cholerę, no po jaką?? Taaa... A potem obmyślałam, jakie będzie moje następne wyzwanie... To trochę jak z kawą. Wciąga.:-)

      Usuń
  3. Zbieram szczękę...powiem więc tylko: podziwiam :))

    OdpowiedzUsuń
  4. Sollet - Dziękuję bardzo, choć mam nadzieję, że jeszcze Cię zadziwię lepszymi wynikami na wiosnę!:-) (No i tym, że nie będę miała odcięć prądu na trzecim kilometrze, rany boskie!;-))

    OdpowiedzUsuń