O wielkomiejskich manierach

wtorek, września 15, 2015

- A powiedz mi, jest tam coś godnego uwagi? - zapytała Mamuśka, wskazując na szarą budę z zielonym szyldem, szumnie nazywaną osiedlowym sklepem.
- Tam nie ma nic, absolutnie nic - oświadczyłam z mocą.
- Jak to nic? No coś przecież muszą sprzedawać - dopytywała Rodzicielka.
- No tak, ale nic, co by cię mogło zainteresować - odparłam. - Ani mnie. Ani Ojca Dyrektora lub Inżyniera. Albo kogokolwiek.
I dodałam:
- Ten sklep to jakaś pomyłka. Sam chłam. No, może oprócz mleka.
Mamuśka spojrzała na mnie podejrzliwie.
- Proszę, jaka ty się wielkomiejska dama zrobiłaś! - rzuciła drwiąco. - Ja chcę tam pójść i zobaczyć.
- Ale przecież byłaś tam rok temu! - niemal wykrzyknęłam.
Jak mogła zapomnieć? Myślałam, że takich wizyt się nie zapomina.
- Ale nie pamiętam.
(A jednak.)
Poszła, mieląc pod nosem jakieś ironiczne komentarze na temat mojej rzekomej wielkopańskości.
(Tak. Na tej wsi nabiera się właśnie takich manier.)
Zaczęłam spacerować z Fruzią po chodniku, ale Rodzicielka już była z powrotem.
Uśmiechnęła się rozbrajająco, pocałowała mnie w ramię i wypaliła radośnie:
- Miałaś rację, tam NIC nie ma. Nie jesteś wielkomiejską damą!

No dobrze, coś jednak tam jest. Wino, piwo, podłe parówki, jeszcze podlejszy ser, podpaski i papier toaletowy bez nazwy, karma dla sierściuchów, czekolada Galaxy, przy odrobinie szczęścia lody na patyku i rożki, śmieciowaty chleb i tabloidy. I mleko, sprawca moich regularnych wizyt w budzie. Odkąd pojawiła się Fruzia, nie potrafimy obejść się bez kawy, a tej z kolei nie potrafimy wypić inaczej niż z mlekiem. Co jakiś czas parkuję więc Rudolfa pod drzewkiem, Fruzię między świecącymi pustkami (i papierem toaletowym bez nazwy) półkami, wędruję prosto do święcącej pustkami (i podłymi parówkami) lodówki, łapię za jedyny sensowny produkt w tym sklepie (oprócz czekolady Galaxy) i zmierzam do kasy, nie oglądając się na boki. Przygnębia mnie to miejsce.
- Przykro mi, żeby zapłacić kartą, musisz zrobić zakupy za minimum 5 funtów - zaśpiewała mi w niedzielę bardzo znudzona ekspedientka.
Kasa wyraźnie pokazywała £1,19.
Jak ja mam tu wydać tyle pieniędzy?, pomyślałam, nie zachęcona nawet wizją czekolady.
Przecież nie kupię pięciu butelek mleka.
- Sekundę, zapytam męża - oświadczyłam i wychyliłam głowę za drzwi.
Tym razem cała rodzina zaparkowana była pod drzewem.
- Potrzebujesz czegoś? - zapytałam rozbawiona. - Muszę wydać pięć funtów.
- Weź papier toaletowy - rzucił to, o czym sama zdążyłam pomyśleć.

Mleko i 16 rolek papieru wciąż nie dobrnęły do pożądanej kwoty.
Bardzo znudzona ekspedientka machnęła ręką.
- Niech będzie i tak. £4,78.

Wyszłam ze sklepu, gubiąc po drodze paczkę z czterema rolkami.
- Czy ty widziałaś to ogłoszenie? - Inżynier wskazał na okno budy.
Zaczęłam czytać, ale coś mi nie szło. Zdanie proste jak budowa cepa, a do mojego mózgu zupełnie nie chciało dotrzeć. Bo jak to tak...?
... - zamykają sklep? - zawiesiłam oburzony pytajnik w powietrzu.
- No najwyraźniej - pokiwał głową Mąż Mój. - A dziwisz się?
- No nie, ale... ale na pewno zamykają? Tak na dobre? - zaczęłam ponownie studiować ogłoszenie. Kilka słów, a ja doszukiwałam się drugiego dna.
- Nie wierzę - westchnęłam melodramatycznie, kiedy w końcu dotarło do mnie, że to prawda. - Zamykają naszą budę!

Następnego dnia relacjonuję Mamuśce najgorętszy temat na naszej wsi. Rodzicielka wybucha śmiechem.
- To straszne! - ironizuje. - I co wy teraz zrobicie?
- No właśnie! - cieszę się, że mam w Mamie oparcie w tych trudnych chwilach.
Ale Mamuśka wreszcie kończy swoją myśl:
- I dobrze, przecież tam NIC nie ma.

Aż mną zatrzęsło.
Jak to NIC?!
A mleko? A papier toaletowy? A Galaxy w godzinie kryzysu?
Ta Mamuśka nic a nic nie rozumie...

To pewnie przez te jej wielkomiejskie maniery!

You Might Also Like

0 komentarze