O tym, że niedaleko pada jabłko od jabłoni

środa, września 16, 2015

- Ałaaaa! - jęknął Inż. Pifko. - Fruziu!
Widać było, że jednocześnie zmielił w ustach jakieś paskudne słowo.
Siedział sobie spokojnie na sofie, trzymając na kolanach Fruzię, ale że córka nasza do tych nadaktywnych należy, szybko postanowiła przejść z siadu do pionu. I tak podtrzymywana pod pachami przez ojca swego, podeptała go Tam-Gdzie-Deptać-Nikt-Nie-Ma-Prawa. A tym bardziej z takim impetem.

To musiało być bardzo bolesne doświadczenie.

Niemniej jednak wiarygodne źródła podają, że to nie jedyny (a zarazem wcale nie najgorszy) taki przypadek w naszej rodzinie. Legenda głosi, że kiedy litermatka była jeszcze w wersji mini, przechodziła fazę gwałtownej miłości do kuchennych utensyliów. I tak na przykład zawędrowała kiedyś do pokoju, trzymając w dłoniach jeden z takich przyborów. Jakiż musiał być szok Ojca Dyrektora, kiedy z błogiej drzemki na kanapie wyrwał go dziki ból w Okolicach-Których-Deptać-Ani-Tłuc-Nikt-Nie-Ma-Prawa. Nawet własne, nieświadome niczego dziecko.

Przywaliłam Ojcu tłuczkiem do mięsa.

Szczęśliwie w obu przypadkach nikomu nic się nie stało. A przynajmniej nic nam o tym nie wiadomo.

(Choć teraz tak sobie myślę...

... że jestem ostatnim dzieckiem moich Rodziców, więc kto wie, panie, kto wie...)

You Might Also Like

2 komentarze