O Polandii

środa, września 23, 2015

Podczas gdy ja od jakiegoś czasu funkcjonuję codziennie tylko i wyłącznie dzięki uprzejmości trzeciej półkuli mózgu, tej z etykietką baby brain, Mamuśka Moja już od dwunastu lat z hakiem opiera się głównie na pracy czwartej. Tej od jestem-babcią-i-mam-swoje-prawa.
- Zamówiliście łóżeczko? - zapytała wczoraj po raz któryś z rzędu.
- Nie, jeszcze nie - odparłam grzecznie. - Ale luzik, Mamuśko, przyjeżdżamy dopiero za trzy miesiące i 6 dni. Jeszcze dziesięć takich łóżeczek zdążymy zamówić.
(- Trzy miesiące i 5 dni - sprostowałaby Rodzicielka dzisiaj.)
- Tak, ale przecież to musi tutaj dotrzeć, a to chwilę trwa... no wiesz... - rzekła niezrażona Mama.
No wiem.
Nie urodziłam się wczoraj i jestem córką mej własnej Matki, więc wiem.
Mamuśka najchętniej już dziś przesunęłaby tę szafę w moim dawnym pokoju, wstawiła łóżeczko dla Fruzi pomiędzy rzeczony mebel a łóżko, które okupujemy z Pifkiem podczas wizyty w Rodzinnym Domu ("nie będzie jej tak wiało od okna"), a potem włożyła do niego jej zdjęcie. Tak, żeby każdego poranka mogła rzucić okiem na pokój przygotowany na przyjazd wnusi. (Mniejsza o nas.) Każdego poranka, przedpołudnia, południa, popołudnia, przedwieczoru i wieczoru. I może podczas jakiejś bezsennej nocy.
Cała Mama.
Strasznie ją za to kocham.
Muszę wreszcie zerknąć na allegro, żeby nie zabierać jej tej przyjemności odliczania w towarzystwie łóżeczka. Jest jesień. Już tylko jedna pora roku dzieli nas od spotkania.
I jak zwykle role same się podzieliły. Mama zajmie się Fruzinym snem, Kocur zorganizuje jej brykę (oraz inne 'klamoty', jak sama twierdzi) na te dwa tygodnie, zaś Drudzy Rodzice użyczą auta. Oficjalnie jeszcze o tym nie wiedzą, ale nieoficjalnie myślę, że czują pismo nosem.

Wielki Brat wykazał się ogromnym poczuciem humoru, kiedy uroczystym tonem poinformowaliśmy:
- Chcielibyśmy zaprosić was na chrzciny. Ciebie w roli chrzestnego, jeśli się zgodzisz.
Buchnął wtedy gromkim śmiechem, takim szczerym i z samego dna brzucha.
- No nie pomyślałem, że mogłoby być inaczej, ha ha ha!
W tej rodzinie w ogóle nic nikomu nie trzeba mówić, bo przecież wszystko z góry wiadomo.
(9 lat temu też jakoś nie przeszło mi przez myśl, że Diabeł mógłby nie być mój, mimo że Wielka Bratowa ma dwie siostry. Taka jestem zachłanna. Jakiś czas temu dodałam, że w razie czego na trzecie też się piszę, ale Bratowa posłała mi tylko groźne spojrzenie przez telefon.)

Że Gwiazda biega, to już nie nowość. Mogłabym to jeszcze jakoś podciągnąć pod 'ma to po mnie', bo wiadomo, że wszystko, co najlepsze, ma po mnie, ale ona jeszcze zakochała się w piłce nożnej. Nie tak aktywnie jak Diabeł, który co chwilę ma trening lub gra mecz, ale ma taką wiedzę o tym sporcie, że wszystkim szczęki opadają.
- Wyobraźcie sobie, siedzimy w trzech chłopa i zastanawiamy się, kto gra GdzieśTam, nikt nie wie, a przysłuchująca się Gwiazda nagle włącza się do rozmowy i mówi, że Iks... No wstyd jak cholera, że ona wie, a my takie kołki!
Jej fejsbuk przesiąknięty jest piłką. Zamiast produkować sweet focie, selfie i dzióbki, ona twierdzi, że Łączy nas piłka i  doinformowuje świat o poczynaniach Lewandowskiego i Błaszczykowskiego. Choć nie chce powiedzieć, który z nich bardziej jej się podoba.
No cóż. Niech już coś ma po wujku Pifko. Nie mogę być taka pazerna. Po rodzicach mieć nic nie musi, po co, skoro my jej wszystko zapewnimy? Inteligencję, erudycję, kondycję... A do tego wdzięk i poczucie humoru.
Choć w zasadzie mogłaby mieć jedną rzecz po ojcu swym. Zimną krew i opanowanie, kiedy ratuje ludziom życie.
- A sporo masz takich wezwań do poważnych spraw i wypadków? - zapytał Pifko.
Wielki Brat znów zatrząsł się ze śmiechu. Poczucie humoru nie opuszczało go przez całą sesję na skypie.
- Zdarzają się ciężkie dni, ale najwięcej to mamy wezwań do sraczek, ciśnionek i do zbierania pijaczków z ławek w parku.
Ups.
Jakoś tak natychmiast przyszła mi na myśl mina pana ratownika, kiedy w czerwcu 'ratował mi życie'. Następnym razem powiem, że mam sraczkę. Może będzie bardziej wyrozumiały.

Tęsknię za nimi.

You Might Also Like

7 komentarze

  1. Najlepiej jednak udawać, że to atak serca...niech mają trochę radości chociaż przez chwilę:-) Co do łóżeczka, to serdecznie nie radzę tych produkcji czeskiej...my nasze montowaliśmy 6 godzin (ale ponad 20 lat temu, więc pewnie i w tej materii zaszły zmiany).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja muszę poćwiczyć pozorowanie ataków, żeby się nie zbłaźnić. Wypróbuję dzisiaj na mężu własnym. (Chociaż po namyśle... na niego nie zadziała. Za dobrze mnie zna.) My myslimy o łóżeczki turystycznym, żeby łatwiej nam było wozić je od jednych rodziców do drugich.
      A tak w ogóle to witaj, Pieprzu! Wiesz, że Cię podglądam, prawda?:-)

      Usuń
    2. Wiem:-) i vive-versa i vis a vis!:-)))))!

      Usuń
  2. To chyba jest najgorsze w emigracji ta tęsknota.... dobrze , że jest skype :-) .Twoja Nana coraz bardziej z tego co piszesz przypomina moją! :-D pewnie znalazlyby wspólny język a propo wnuków :-). Widzę , że bedzie wszystko na tip top na przyjazd Royal Baby czyli Fruzi :-D super :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nicole, ja się martwię, że będzie bardziej niż tip top i wrócę pięć kilo cięższa. Moja Szalona Matka zamówiła taką ilość żarcia na chrzciny - a spotkanie jest małe, tylko rodzice+rodzeństwo - że ja się zastanawiam, kto to zje. (- Jak to kto? - zapytałaby oburzona Mamuśka.)

      Usuń
  3. Miało być Mama nie Nana :-)

    OdpowiedzUsuń