O Drugich Rodzicach i ślubie jak z bajki

piątek, września 11, 2015

Mamuśka wiele razy mówiła mi, że dopiero po odejściu jej mamy i dopiero wtedy, kiedy sama przekroczyła magiczną pięćdziesiątkę, zaczęła rozumieć pewne bolączki człowieka dojrzałego, a później starszego. Pamiętam, jak wpadaliśmy do Dziadków na Ranczo - Babcia jak zwykle kręciła się po kuchni, Dziadek siedział przed podkręconym na pełną głośność telewizorem. Mamuśka zawsze musiała wtedy zakląć szpetnie pod nosem.
- Boszeeee, jak to pudło wyje! - komentowała półgłosem fakt, że w takich okolicznościach przyrody to nawet powitanie trzeba wykrzyczeć wprost do ucha Dziadka, żeby ten w ogóle zarejestrował naszą obecność.
Historia lubi się powtarzać, bo ja robię teraz dokładnie do samo.
- Mamuśko, przecież oszaleć można, czy ten telewizor musi tak wyć?? - pytam w czasie wizyty w Polandii.
Pytam całkiem bezsensownie, bo doskonale znam odpowiedź.
- Tak - odpowiada mi wesoło Mama. - Przecież wiesz, że jestem trochę głucha.
I dodaje z figlikiem w oczach:
- Co się dziwisz, ja już jestem starszy człowiek!
Taaa...

Siedziałyśmy z Drugą Mamą na tyłach naszego Blaszaka. Z przodu Inżynier Pifko konwersował z Drugim Tatą, Fruzia grandziła w foteliku. Wszyscy emocjonowaliśmy się spotkaniem, wspominając przy okazji niedawną wizytę Mamuśki i Ojca Dyrektora w Krainie Deszczu.
- A ty wiesz, ile my potrafimy z twoją mamą przegadać godzin przez telefon? - Druga Mama zrobiła małą dygresję.
Oj, wiem.
Ile razy dzwonię do Mamuśki i dowiaduję się, że linia jest zajęta, wiadomo, z kim nadaje Rodzicielka.
- I powiem ci, że my obie trochę przygłuche jesteśmy - Drugiej Mamie zaczęły się nagle szklić oczy i czułam już, że zaraz wybuchnie tym swoim zaraźliwym śmiechem. - Więc jak rozmawiamy, to czasem ja czegoś nie dosłyszę, a czasem twoja mama. I bywa, że w połowie rozmowy coś się nam zaczyna nie zgadzać... - Druga Mama już płakała ze śmiechu. - Musimy wtedy przerwać i wyjaśniać, ale tak się śmiejemy, że się nie da...

Droga Fruziu, gdyby moje uszy kiedyś zaniemogły i będziesz się irytować, dlaczego to pudło tak wyje (kiedy już wpadniesz do staruszków z wizytą z tej swojej Australii lub Nowej Zelandii), pamiętaj, że ja też to przerabiałam. I twoje dzieci też pewnie będą.

A potem była biesiada.
- Napijemy się kawuni? - rzucała Druga Mama radośnie.
I bardzo regularnie.
Ta kobieta nie potrafi żyć bez kawy. Ojciec Dyrektor wciąż wspomina, jak podczas ich wspólnego wypadu do Paryża on mierzył czas zwiedzania od jednego kufla złocistego napoju bogów do drugiego, a Druga Mama od jednej filiżanki espresso do drugiej. Poza tym gdyby 'wypadało', w każdej kawiarni Mama serwowałaby sobie samej swoją własną kawę, bo przecież kawa kawie nierówna i nie każdej można ufać. Nie zdziwiłam sie więc, gdy Rodzicielka Inżyniera pojawiła się w naszej kuchni z dwoma plastikowymi pojemnikami pełnymi brązowego proszku. Ten typ tak ma.
- Zjemy coś słodkiego? - odpowiadałam na to ja.
Jedni nie mogą żyć bez kawy, inni bez czekolady, a jeszcze inni... Dobrze, że Pifko miał przy sobie Tatę. Złocisty napój bogów znikał z lodówki równie szybko, co formuła Fruzi, więc wszyscy byli szczęśliwi.

Druga Mama w kwestii skarpetek postanowiła być Babcią-Bardziej-Do-Przodu. Bardziej wiadomo od kogo. Mamuśka, pogromczyni zimnych stópek i zawianych uszek, nie mogła nic zdziałać, siedząc w Polandii, ale jestem pewna, że po cichu usiłowała wprowadzić Drugą Mamą w stan hipnozy na odległość i przeciągnąć ją na jasną i jedynie słuszną stronę mocy. Mogło jej się udać, gdyż Druga Mama okazała się wcale nie aż tak bardzo do przodu jak jej się samej początkowo wydawało.
- To bardzo dobrze, że jej nie przegrzewacie - deklarowała stanowczo podczas sesji na skypie. - Nabierze odporności, nie będzie tak łatwo się przeziębiać...
Drugiego dnia w Piątej Chatce zerknęła na Fruzię raz, drugi, trzeci... Wreszcie nie wytrzymała i dotknęła małych stópek.
- Ale nóżki to ona jednak ma chłodne - powiedziała z błyskiem zrezygnowanego figlika w oku.
Wybuchnęłam śmiechem.
- I ty, mamo?? - zapytałam teatralnie, oszczędzając jej jednak Brutusa.
Trzeba jej bowiem oddać, że do Mamuśki to jej w tej kwestii naprawdę daleko.

Fruzia była wniebowzięta. Znów miała kolejne pary rąk do noszenia i zagadywania, uruchamiała więc swoje największe hity: dlaczego-znowu-mam-spać?, pobawmy-się-jeszcze! oraz już-nowy-jest-dzień!-pobudka! Na farmie ekologicznej, do której zawitaliśmy w niedzielne popołudnie, ekstatycznie pozowała do zdjęć z wielką świnią, kurami, owcami, kucykami i przecudownymi, różnokolorowymi kozami. Te ostatnie musiały chyba być w jej wieku, bo nić porozumienia była uderzająca. Podatne na palpitacje serce matki doznało mini ataku, kiedy Mąż Mój spokojnie pozwalał małej głaskać czterokopytnego bejbika.
- Wyluzuj, matka - uspokajał mnie, widząc panikę w moich oczach.
Wyluzuj, mówiłam sama do siebie. Wyluzuj.
(Oraz: Chyba mu łeb oberwę, jak ta koza ją choćby poliże!)
Jestem bardzo wyluzowaną matką, jakby ktoś jeszcze nie wiedział.

Największą imprezę zaliczyliśmy 1 września. Co ciekawe, werbalne zaproszenie 2+1 otrzymaliśmy dość wcześnie, kiedy Fruzi nie było jeszcze na świecie,  a my wciąż nie wiedzieliśmy, czy czekamy na błękit czy róż, nie wspominając już o wieku naszego przyszłego dziecia.
- Zakładam, że do września będziecie już w trójkę - oświadczyła stanowczo Liz. - Wobec tego zapraszamy was całą rodziną.
- Byłoby cudnie - powtarzaliśmy jak mantrę.
Zaproszenie oficjalne było już imienne. My + Ona. Pamiętam, że gapiłam się na nie jak sroka w gnat. Jeszcze dziś mam momenty, że nie mogę w to uwierzyć, choć codzienność tak nas pochłonęła, że mogłoby się wydawać, że przestaliśmy wreszcie się dziwić i zachwycać.
Otóż nie przestaliśmy.
Wątpię, czy kiedykolwiek przestaniemy.

To Liz wymyśliła, że dobrze byłoby wykorzystać przyjazd Drugich Rodziców jako szansę na darmowych babysitterów!;-) Rodzicom nie trzeba było dwa razy powtarzać, a poza tym ślub i wesele były daleko od domu i w taaaaakim miejscu, że zrobiła nam się z tego dwudniowa, rodzinna wycieczka z hotelem, łażeniem po kamienistej plaży i chłonięciem zupełnie nie-inglandzkiej atmosfery. Jeśli chcielibyście choć przez chwilę poczuć się w Krainie Deszczu jak na południowoeuropejskim wybrzeżu, choć zdecydowanie nie tak ciepłym, koniecznie pędźcie do Ilfracombe w Devon. Zaprawdę powiadam Wam, poczułam się tam jak w raju.

Oczywiście było po naszemu. Garnitur Inżyniera wieczór przed wyjazdem okazał się tragicznie wygnieciony, ja nie mogłam znaleźć dobrych rajstop, bo bank holiday, a to, co dzień wcześniej kupił mi Mąż Mój to zdecydowanie NIE były rajstopy, nowe szpilki miałam przetestować w dniu imprezy ... i tylko Fruzia miała gotowe dwie kreacje oraz całą niezbędną bejbikową wyprawkę (czytaj: 90% zawartości walizki należało do niej) na długo przez godziną zero. Dobrze, że choć jedna osoba w tej rodzinie potrafi się ogarnąć przed czasem!

To był ślub jak z bajki. Jak w Kaliforni jakiejś albo Nowej Zelandii. Jak w Beverly Hill 90210. Człowiekowi wydaje się, że już tyle w życiu zobaczył, a tu proszę, takie Tunnels Beach, powiew morskiej bryzy, skały, altana, a w tej scenerii panna młoda prowadzona przez ojca, w sukni jak marzenie, przed nią orszak powabnych nimf, pan młody rozczulony do łez... A my, matkobosko, wśród najbliższych gości!



- Fruziu, kochanie moje, wypij łaskawie to mleko teraz, co? - zagadałam uprzejmie do córki, celowo akcentując teraz.
Wiedziałam jednak, że jeśli nasze dziecię mówi nie, to nie ma co próbować dalej.
- Jestem przekonana, że zachce jej się jeść w chwili przysięgi - zawyrokowałam.
- To byłoby w jej stylu - odparł dumny ojciec.
Fruzia spędziła więc najbardziej doniosły moment całej ceremonii przyssana do butli. Zdążyła otworzyć buzię do wyartykułowania swoich najwyższych tonów, mających zasygnalizować głód, ale matka była szybsza. Szast, prast i diablę zatkane.
Przetrwała drinki, krykieta na plaży, spacer i wędrówkę z ręki do ręki, nawet nie gniotąc sobie tiulowej kiecki, aż w końcu podczas uroczystego obiadu na świeżym powietrzu padła. Nie bacząc na okoliczności przyrody, które raptem przeszły w średnio sprzyjające, bo wiało jak cholerrrraaaa!, ona przytuliła się do Kulfona i po prostu odleciała. (Wciąż nie mogę w to uwierzyć - większość kobiet siedziała niewzruszona trzy bite godziny w tych swoich letnich kreacjach, podczas gdy ja trzęsłam się w ciepłym żakiecie. O, czapeczkowo-skarpetkowe wychowanie! Jesteś wszystkiemu winne!) Tylko po to, żeby obudzić się akurat na przemowy. (Tata Liz jest mistrzem zdradzania rodzinnych sekretów. Gdyby Ojciec Dyrektor ujawnił tyle moich tajemnic, nie pożyłby zbyt długo. Muszę jednak przyznać, że goście dobrze się bawili kosztem panny młodej i jej siostry.)
Poza tym Fruzina była najgrzeczniejszym bobasem na planecie. Czasem myślę, że ona chyba urodziła się do jakichś wyższych celów, a już na pewno, że będzie rządzić na salonach. Im więcej ludzi, im większe wydarzenie, tym lepiej czuje się nasz bejbik. Uśmiech tu, mrugnięcie okiem tam, tu pogada, tam zaczepi... Zupełnie jak Rudolf! Jeszcze kilka lat, a zostaniemy zupełnie wyautowani i będziemy jedynie odcinać kupony od bycia rodzicami takiej Fruzi...
Wieczorem malutka została odtransportowana do Rodziców, ułożona do snu, a my ruszyliśmy na tańce.
Czy muszę dodawać, że Inżynier Pifko został królem parkietu?
- Czy wy w Polsce tak właśnie tańczycie? - zapytał ktoś nowego Majkela Dżeksona.
- Mniej więcej - lekko odparł zapytany.
O.
Gdyby nie fakt, że Liz i Paolo wyraźnie zastrzeli sobie żadnych filmików w internecie, Pifko niechybnie zostałby królem YouTube.

- Ty wiesz, jak ja się stresowałam - wyznała następnego ranka Druga Mama. - Bałam się, że się obudzi, będzie płakać, ja nie będę mogła jej uspokoić... A ona była taka kochana, że nawet nie westchnęła przez sen!
Uśmiechnęłam się.
Żeby ta Mama wiedziała, ile razy ja myślałam o tym samym - że się obudzi, będzie płakać, Druga Mama będzie się stresować...
Nie było nas raptem pięć godzin.
Dopiero teraz dociera do mnie, co musiała sobie myśleć Mamuśka, wyjeżdżając z Ojcem Dyrektorem na dwutygodniowe wczasy za granicę, a nas zostawiając u Dziadków.
- Boże, teraz nie wiem, jak ja to przeżyłam - wyznała mi kiedyś, zdumiona samą sobą.

Po solidnym śniadaniu ruszyliśmy na kolejną część wyprawy. Lynton & Lynmouth to dwie miejscowości połączone ze sobą klifową kolejką; Lynton usytuowane jest na wzgórzu, Lynmouth u jego stóp. Gdzie nie sięgnąć okiem, tam pocztówkowy widok - morze, wzgórza, potoki.





Po powrocie do Piątej Chatki Drudzy Rodzice postanowili pomóc nam w naszym chałupniczym szlifowaniu detali produkowanych w firmie Inżyniera.
- Mamo, daj spokój, to może poczekać - mówił Pifko.
- Mamo, przecież nie przyjechaliście tutaj, żeby pracować - dorzucałam.
Na nic się to nie zdało.
- Napisz do Męża, żeby przyniósł ich więcej, podoba mi się ta praca - prosiła jegoRodzicielka.
Po dwudziestej prośbie z tej serii, napisałam do Inżyniera. Akurat tak się złożyło, że w firmie na gwałtu rety wciskano pracownikom całe kartony, bo coś się zmieniło w zleceniu klienta. Więc przywiózł ich więcej. Wieczorno-nocne Polaków rozmowy toczyły się więc głównie przy złocistym napoju bogów i detalach. Skrob, skrob, pac do kartonu. Skrob, skrob, pac.
Drudzy Rodzice powinni dostać Pokojową Nagrodę Nobla za ujarzmienie tylu kartonów plastiku.

I raptem znów siedzieliśmy w samochodzie mknącym na lotnisko. Fruzia pochrapywała w foteliku, od czasu do czasu wzdychając, jakby chciała powiedzieć, że ech, znowu gdzieś mnie wiozą... Ja też już, już miałam zacząć wzdychać, że te dni tak szybko zleciały, że w domu będzie bez nich pusto i cicho, kiedy raptem Drugi Tata wypalił:
- O kurczę! Zastanawiałem się przez chwilę, dlaczego tak mi luźno w butach, a ja nie mam butów.
Zbiorowa konsternacja trwała trzy sekundy, w trakcie których Tata dopowiedział z rozbrajającą szczerością:
- Zapomniałem butów... jadę w klapkach!

Inżynier Pifko musiał gwałtownie zwolnić, gdyż nie był w stanie utrzymać kierownicy.


You Might Also Like

2 komentarze

  1. Dziękuję Drugiemu Tacie za tyle radości:))
    A Fruzia jest najwspanialsza!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, Drugi Tata jest specem od takich akcji!;-)

      Usuń