Adopcja w UK (2): Od czego zacząć?

Rozbroiło mnie to, że na polskich stronach w sieci można znaleźć tyle błędnych lub dziwnych informacji na temat adopcji w UK. Część z nich jest po prostu przeterminowana, bo prawo zmieniło się na korzyść dzieci i rodzin adopcyjnych, ale wciąż nie wiem, dlaczego ktoś kategorycznie stwierdza, że na roczne dziecko trzeba czekać na długiej liście oczekujących nawet do 10 lat (być może ktoś tyle czekał, ale to nie jest norma!), że osoby z obywatelstwem innym niż brytyjskie nie mogą adoptować (rozumiem, że tak było kiedyś, ale nie obecnie), że kandydatom na rodziców adopcyjnych potrzebne jest zameldowanie (nie ma czegoś takiego jak zameldowanie w Wielkiej Brytanii) albo zaświadczenie z poradni uzależnień, że się nie figuruje na liście pacjentów (naprawdę??) Nie, nie i jeszcze raz nie. Nie mogę tego czytać. Nie uważam się za eksperta do spraw adopcji, ale jeśli tym, co tu napiszę, pomogę choć jednej osobie (no dobra, chociaż dwóm!), to znaczy, że warto było.

O tym, jakie wymagania formalne stawiane są przed kandydatami na rodziców adopcyjnych w UK napisałam w zakładce Adopcja w UK (klik). W kolejnych postach z tej serii (publikowanych nie częściej niż dwa razy w miesiącu) opowiem wam o tym, jakich dokumentów będziecie potrzebować, czego możecie oczekiwać podczas pierwszej wizyty pracownika opieki społecznej, o szkoleniach, home study, panelu adopcyjnym... Dzisiaj natomiast - o tym, dokąd skierować pierwsze kroki.

Jeśli więc wiecie już, że adopcja to jest wasza droga, będziecie musieli zrobić małe rozeznanie po własnej okolicy. Są dwie ścieżki, którymi możecie pójść:

a) adopcja przez agencję działającą jako część local authority (LA), czyli przy miejscowym councilu
b) adopcja przez voluntary agencies (VA), które prowadzone są przez organizacje charytatywne, np. Barnardo's.

W przypadku pierwszej opcji wystarczy wyszukać na stronie lokalnego councilu dane kontaktowe do Adoption Services i ... zadzwonić po informacje. Plus takiego działania jest taki, że LA ma pod swoimi skrzydłami dzieci czekające na adopcję i do was pierwszych będą trafiać ich profile (zamiast np. do kandydatów w innych hrabstwach); wyjątkiem są rzadkie sytuacje, gdy dla dobra dziecka powinno ono znaleźć rodzinę adopcyjną jak najdalej od miejsca aktualnego pobytu.
VA nie mają pod swoimi skrzydłami dzieci, ale proces adopcyjny wygląda dokładnie tak samo i wasz team jest z wami do końca, tzn. pomaga rodzinom się odnaleźć i doprowadzić do szczęśliwego finału. Sami musicie jednak zdecydować, szperając w sieci, dowiadując się, dzwoniąc, którą agencję wybrać. Możecie to zrobić np. poprzez Adoption UK - Find an agency near you (klik), wpisując wasz kod pocztowy

Którąkolwiek drogą pójdziecie, nie martwcie się - na żadnym etapie nie zostajecie na niej sami.

Skoro już wiecie, z jaką agencją chcielibyście współpracować, telefon w łapkę i dzwonimy.

Tak było u nas: Ten numer wykręciłam tylko dlatego, że chciałam nas zapisać na otwarte spotkanie dla potencjalnych kandydatów na adoptersów, o którym zresztą dowiedziałam się przypadkiem, buszując po sieci. Sądziłam, że podam nasze dane i tyle. Okazało się, że aby zostać zaproszonym na spotkanie, najpierw musimy się zarejestrować w bazie. To była bardzo szczegółowa rejestracja. Dobre 20 minut rozmowy. Oprócz oczywistych pytań o  zawód czy o to, od jak dawna jesteśmy w UK, przemiła pani wypytywała o naszą motywację adopcyjną, mieszkanie, dziecko z jakiej grupy wiekowej chcielibyśmy adoptować, czy zakończyliśmy leczenie, które z nas i jak długo zostanie z dzieckiem w domu itp. Wszystko to, o czym rozmawiałyśmy od razu lądowało w bazie. Dzięki tej rozmowie nie byliśmy już anonimowi, kiedy pół roku później, po zakończonym leczeniu, nasze ROI (Registration of Interest) wylądowało na czyimś biurku. Wtedy zostaliśmy zaproszeni na spotkanie, ale dowiedzieliśmy się też, że musimy się przeprowadzić do większego mieszkania, żeby można było w ogóle rozważać rozpoczęcie procesu. 
Co oczywiście uczyniliśmy:-)

Nie zniechęcajcie się, jeśli usłyszycie, że chwilowo dana agencja ma tylu kandydatów na adoptersów, że nie może się wami zająć. Wypytajcie o to, jak długo może potrwać oczekiwanie. Jeśli zbyt długo, a wy nie chcecie tracić czasu, uderzajcie do innej agencji. To naprawdę działa - przetestowali to nasi znajomi, którzy po kilku tygodniach nerwowego oczekiwania na odpowiedź z councilu, zdecydowali się skontaktować z inną agencją. Dziś mają synka.

Pytanie o to, dlaczego chcecie adoptować, to pytanie kluczowe. Jak zawsze w takich przypadkach, najlepiej postawić na szczerość. Nikogo nie przekona przemowa na temat tego, jakie te dzieci są biedne, a ty chcesz im pomóc. Powiedz prawdę. Zakładam, że masz dobre intencje. A jeśli rzeczywiście twoją motywacją jest czysta chęć niesienia pomocy, to błagam, niech w twoim głosie nie pobrzmiewa nuta litości. Chyba nikt jej nie lubi. (Tak, mnie też się kroi serce jak sobie myślę o tych wszystkich czekających dzieciach. Ale w adopcji potrzeba i serca i głosu rozsądku.)

Tak było u nas: W odpowiedzi na to pytanie powiedziałam, że nie możemy mieć dzieci biologicznych, że natura i medycyna prokreacyjna zawiodły, a my jesteśmy już zmęczeni leczeniem. Dodałam, że po prostu pragniemy być rodzicami, nie wyobrażamy sobie życia bez dzieci oraz że nasze rodziny wspierają nas w tej decyzji. Ot, sama prawda. 

Co potem?

Być może będziecie zaproszeni na rozmowę do wybranej agencji, ale nie zawsze i nie wszędzie tak jest.  Prawdopodobnie otrzymacie Registration of Interest Form, pełnego różnych rubryk do wypełnienia oraz miejsca na małe wypracowanie - o tym, dlaczego chcecie adoptować, kim jesteście, co możecie zaoferować dziecku / dzieciom. Radziłabym odpuścić w tym miejscu takie szczegóły jak nazwy polskich miejscowości, w których się urodziliście lub mieszkaliście, zbyt dużo dat i tym podobnych detali.

Tak było u nas: Przedstawiliśmy się - imiona, narodowość, od jak dawna mieszkamy w UK. Następnie krótko napisaliśmy o tym, że rodzina jest dla nas najważniejszą wartością w życiu, a ponieważ nie możemy mieć dzieci, chcielibyśmy jedno lub dwoje adoptować. Potem o tym, jak długo jesteśmy małżeństwem, gdzie mieszkamy, czym się zajmujemy,  jakie są nasze pasje, a także o sierściuchu. Podsumowaliśmy wszystko zdaniem, że chcemy zaoferować dziecku stabilną, kochającą rodzinę i że głęboko wierzymy, że będzie to najlepsza decyzja naszego życia. W sumie około jednej strony A4.

A potem to już tylko wrzucacie formularz do koperty, tę do skrzynki i czekacie na dobre wieści od agencji, że macie przydzielonego  social worker (SW). I że to on niebawem was nawiedzi.:-)

Fruzia - odsłona siódma

Ma dwa zęby, z których szybko nauczyła się korzystać. Chrupka z polskiego sklepu rozpracowuje w dwie minuty, zaś mój palec zająłby jej prawdopodobnie minutę dłużej, gdybym tylko jej na to pozwoliła. Namiętnie gryzie, żuje i memła metki. Te doczepione do misiów, miękkich klocków, kocyków i pieluch tetrowych. Niedawno zorientowałam się, że jeszcze chwila, a z metki od Kulfona nie zostanie wiele, rzuciłam się więc na dobytek córki z misją odmetkowania go. A jednak wciąż odnajduję nowe. Może one odrastają?

Kiedy poprosimy o buziaczka, natychmiast wytyka język i sprzedaje nam najbardziej soczystego całusa na świecie. Ale nie tylko nam. Równie chętnie całuje inne dzieci, często ku ich bezbrzeżnemu zdziwieniu, swoje odbicie w lustrze, pluszaki i Rudolfa. Lustra (całe dwa w łazience, wow!) mamy oślinione, miśki są mokre, a Rudolf... Cóż, ten jest szybszy niż Fruzia i kiedy widzi ją zbliżającą się na niebezpieczną odległość, sam zaczyna pędzlować jej twarz jęzorem.

Rusza się nieustannie. Nie-us-tan-nie. No mercy, matka. Kręcą ją wszelkie próby przemieszczania się, więc na brzuchu potrafi już zawędrować tu i ówdzie. Łóżeczko notorycznie przemierza wzdłuż i wszerz. Najlepiej wychodzi jej kręcenie się wokół własnej osi z małymi odchyleniami na boki oraz cofanie się. Jest dość uparta w tych próbach, czuje, że może więcej, więc podciąga kolana pod brzuch i ... i nie bardzo wie, co z tym ruchem uczynić dalej. Dwa razy udało jej się przesunąć do przodu i była bardzo z siebie zadowolona, ale jak dotąd, nie powtórzyła tego wyczynu. Choć czuję w kościach, że moje beztroskie (?) dni są policzone.

Ma swoje ulubione książeczki. Numer jeden to zdecydowanie "Mały kotek". Wystarczy, że zobaczy okładkę i usłyszy:
"Pewien bardzo mały kotek ciągle chował się za płotek
Taki mały w wielkim świecie bać się może - sami wiecie."

a od razu buzia jej się rozjaśnia w szerokim uśmiechu.

Numer dwa to, jak na przyszłe dwujęzyczne dziecię przystało, angielski wybór. "Baby, boo!"
"(...) Baby knows just what to do
Baby, baby, where are you?
Boo!
Pekaboo, it's you!"

W tym momencie Fruzia odnajduje swoją buzię w dołączonym do książki lusterku i bacznie się sobie przygląda. Po czym, rzecz jasna, daje swojemu odbiciu buziaka. Mały narcyz.

Zaczęła spać na brzuchu. Kładę ją na plecach lub na boku, a ona jednym zwinnym ruchem przewraca się na brzuch. Kulfon przy twarzy, łapki zgięte w łokciach. To tylko uzmysławia mi, że rośnie i rośnie. Większość Lucasów powyżej 6 miesiąca w Różowej Chmurce spała właśnie w ten sposób.

Jest towarzyska, rozchachana i głośna. W księgarni tak ją rozbawił widok regałów z książkami, że dawała temu wyraz przez cały czas mojego buszowania między półkami. Wzbudziła zainteresowanie kasjerek i klientów, ale nic sobie z tego nie robiła. Piszczała i śmiała się dalej. Na przyjęciu urodzinowym Amelki rozprawiała w najlepsze o wszystkim, wybijając się wokalnie ponad hałas panujący w całym domu. A był niemały.

Niestety, ta reguła obowiązuje też w drugą stronę. Jak Fruzia zacznie ryczeć, to ratuj się kto może! Spanie nadal ją nie interesuje, musi więc głośno oprotestować niemal każdą próbę ułożenia ją do snu. W zależności od stopnia zmęczenia, czasem trwa to trzy sekundy, tak pro forma, częściej kilka minut, w wyjątkowych sytuacjach dziecię wyje, zasypia, wyje, zasypia... i tak w kółko. A nam uszy puchną. Na palcach jednej ręki mogę policzyć sytuacje, kiedy zasnęła bez szemrania. Raz padła podczas zmiany pieluchy, ale wtedy wróciliśmy z jakiejś imprezy i Fruzia nie miała z Morfeuszem szans. Najwyraźniej córka nasza uważa sen za stratę czasu.
- Zupełnie jak ja! - cieszy się Babcia Mamuśka.

Inżynier Pifko też się cieszy. Z tego, że córka je wszystko, co jej podamy ("Będzie kochać jedzenie!"; czyt: będą razem gotować i smakować) i z widocznego sportowego potencjału. Już nawet się z nim nie sprzeczam, bo widzę, że z tą energią naprawdę trzeba coś zrobić.
- To kiedy zaczniesz ją trenować? - pytam zrezygnowanym tonem, kiedy Fruzia daje w kość, wbijając mi ruchome części ciała w żebra lub lewego cycka. Zawsze lewego.
Pifko tylko się śmieje i snuje wizje naszej rodziny, biorącej udział w rodzinnych biegach.

Tylko nie przełajówki, błagam!

O tym, że wciąż żyję

A nie zapowiadało się.

To pewnie dlatego, że Mamuśka Moja zmieniła podejście do sportu (kiedy, jak i dlaczego, Ten u Góry raczy wiedzieć) i na wieść, że zamierzam pobiec kolejną w moim życiu dychę, kiwnęła tylko głową i z miną eksperta poradziła, żebym się przygotowała i dobrze rozgrzała przed biegiem.
Yyyy...?
Inżynier Pifko również zaniemówił.
Żadnego legendarnego "jeszcze coś się ci się stanie!" albo chociaż "daj sobie spokój, dziecko". No nic. Zupełnie nic.
Bardzo to demotywujące było.

Ten bieg wymyśliła Sąsiadka. Akurat w momencie, kiedy ona była już w zaawansowanym czwartym miesiącu romansu z joggingiem, a ja w czwartym miesiącu separacji z jakąkolwiek formą aktywności sportowej. Nie licząc noszenia niemowlaka czy notorycznego nurkowania pod łóżeczko Fruzi, żeby wydobyć spod niego smoczki.
- Ja muszę w czymś wystartować, muszę, bo mam w sobie takiego powera, że mnie rozniesie! - ekscytowała się Sąsiadka w typowym dla niej stylu. - Pobiegnijmy razem, co?
Pomyślałam, że w zasadzie to dobry kopniak do tego, żeby wrócić na utarte szlaki sportowe, więc niewiele myśląc wypaliłam:
- Jasne, biegnijmy, tylko daj mi chwilę na przygotowanie, bo ja w tym momencie to mogę pobiec co najwyżej do Różowej Chmurki.
Za róg, znaczy się.
Ustaliłyśmy, że będzie to wrześniowy bieg i że wynajdzie nam go w czeluściach sieci Mąż Mój. W dawnych czasach MOT. Mój Osobisty Trener. W obecnych, z Fruzią na pokładzie, sama musiałam być sobie trenerem, sterem i okrętem. Strasznie brakowało mi go na szlakach.

Była połowa lipca.
Z wielce zaplanowanych treningów do połowy sierpnia wyszło niewiele. Jakieś cztero - i pięciokilometrówki. Za mało, żeby podbić świat.
6 tygodni przed biegiem wzięłam się za siebie i przekroczyłam magiczną piątkę. Tempo miałam straszne, ale przynajmniej ciało przypomniało sobie, że kiedyś regularnie się ruszało.
3 tygodnie przed biegiem zaliczyłam siódemkę i ósemkę.
Tydzień później dziewiątkę.
Wciąż bez szału, trening dwa razy w tygodniu, ale poczułam się zdecydowanie lepiej i pewniej.
Na chwilę co prawda, bo polazłam na stronę organizatora biegu i wtedy zdębiałam, bo okazało się, że z braku innych sensownych opcji, Inżynier zapisał nas na typową przełajówkę. Przełajówkę (!), kiedy ja ostatnio biegam tylko, TYLKO po asfalcie!
I wtedy, 7 dni przed biegiem, siadło mi kolano.
Zgięte rwało tak, że wciąż budziłam się w nocy, żeby rozprostować nogę.
Osobisty Trener doradził odpuścić jakiekolwiek treningi w w tym ostatnim tygodniu, co też niechętnie uczyniłam. I tak wiedziałam już, że będzie ciężko.

Sąsiadka pojawiła się na placu boju w nastroju  chcę-dobiec-do-Księżyca i z jednej strony dodawało mi to sił, a z drugiej trochę przerażała mnie ta jej energia, bo wiedziałam, że mojej jest na styk. Do tego okazało się, że bieg jest naprawdę kameralny, niewiele ponad 80 osób, co tylko uzmysłowiło mi, że tam raczej nie ma ludzi z łapanki. Na pierwszych stu metrach jeszcze się śmiałyśmy, ale szybko Sąsiadka wyznała mi, że jest ciężko. Nooo... Trawa, błoto, wystające z ziemi konary. Miejscami błoto ciągnęło się po kilkanaście metrów na wąskiej, leśnej ścieżynie bez pobocza i było tak śliskie i głębokie, że trzeba było zastopować i zwyczajnie przez nie przejść, co samo w sobie było trudne. Prawdopodobnie nie była to najcięższa trasa świata, ale moje samopoczucie tego dnia było straszne. Sąsiadka z każdym metrem nabierała powera, ja z każdym kolejnym krokiem słabłam. Na trzecim kilometrze odcięło mi prąd. Tak znienacka, zupełnie bez ostrzeżenia. Na trzecim kilometrze, ponad siedem przed metą! Nawet nie krzyknęłam do Sąsiadki, pozwoliłam jej biec przed siebie, a sama po prostu usiadłam na ziemi i oznajmiłam siedzącej przy drogowskazie wolontariuszce ("jeśli tylko będziecie czegoś potrzebować, dajcie im znać", powiedział prowadzący imprezę tuż przed startem), że strasznie mi słabo i chyba zaraz zamdleję. Liczyłam na łyk wody, pokrzepiające słowo, cokolwiek. Wiecie, co usłyszałam?
- Oh, dear.
A w załączniku puste spojrzenie.
Oki-doki, pomyślałam.
Czułam się fatalnie, ale miałam dwa wyjścia - schodzę z trasy lub walczę dalej aż naprawdę padnę.
Pierwsza opcja odpadła natychmiast, bo zejście z trasy oznaczało tyle, że muszę tą samą drogą wrócić pieszo, przy czym spojrzeć w oczy trenerowi i Fruzi i oznajmić, że się poddałam. No way! Druga opcja oznaczała, że być może porzygam się na trasie.
Jakimś cudem dogoniłam Sąsiadkę, zdziwioną, że gdzieś się zagubiłam. Do piątego kilometra walczyłam z własnym ciałem i psychiką. One wyraźnie nie chciały biec tego dnia i robiły wszystko, żeby mi to wyperswadować. Bardzo pomogła mi Sąsiadka. Zamiast gnać przed siebie, dopingowała, motywowała i co chwilę poiła wodą. Słońce - typowe! - akurat tego dnia postanowiło rozszaleć się jak dzikie. Było jak w ukropie.
Po piątym kilometrze złapałam więcej wiatru w żagle. Klęłyśmy na kolejne zwały błota, w których dosłownie tonęłyśmy - obie wpadłyśmy po kostki w muł i ciężko było wydobyć z niego stopy. Moje buty... może bez komentarza. Grunt, że po dwóch praniach doszły do siebie.
Na ósmym kilometrze Sąsiadka zdecydowała, że chyba jednak nie zemdleję i że ona musi jeszcze wyprzedzić tego faceta przed nami, bo jak to tak, facet będzie pierwszy?!
Od piątki wiedziałam już, że ukończę ten bieg. Ale nawet chwilę przed metą, kiedy normalnie człowiek dostaje skrzydeł i te ostatnie metry pokonuje na haju endorfinowym, nie poczułam żadnego zrywu. Biegłam siłą woli, modląc się, żeby Ten u Góry się zlitował i jeśli ma zamiar mnie uśmiercić, to może niech to zrobi za finiszem.

Sąsiadka wbiegła na metę jako 61 osoba (z 82) z czasem 64:13, ja jako 65 z czasem 65:40. To najgorszy wynik biegowy w mojej karierze, ale i tak jestem dumna, że się nie poddałam. Sąsiadkę uściskałam za koleżeński doping i towarzystwo w chwili kryzysu. Och, i nie zawiodłam Męża ani córki! Mnie samą zawiodły treningi, których było mało oraz kilkumiesięczna, naprawdę długa przerwa w ćwiczeniach, ale ten bieg był mi potrzebny. Dostałam solidnego kopa w dupę, przypomniało mi się, co to znaczy harować, więc moja głowa jest pełna postanowień na kolejny rok. Będzie się działo.

Ladies and gentlemen, I'm back on track!

O Polandii

Podczas gdy ja od jakiegoś czasu funkcjonuję codziennie tylko i wyłącznie dzięki uprzejmości trzeciej półkuli mózgu, tej z etykietką baby brain, Mamuśka Moja już od dwunastu lat z hakiem opiera się głównie na pracy czwartej. Tej od jestem-babcią-i-mam-swoje-prawa.
- Zamówiliście łóżeczko? - zapytała wczoraj po raz któryś z rzędu.
- Nie, jeszcze nie - odparłam grzecznie. - Ale luzik, Mamuśko, przyjeżdżamy dopiero za trzy miesiące i 6 dni. Jeszcze dziesięć takich łóżeczek zdążymy zamówić.
(- Trzy miesiące i 5 dni - sprostowałaby Rodzicielka dzisiaj.)
- Tak, ale przecież to musi tutaj dotrzeć, a to chwilę trwa... no wiesz... - rzekła niezrażona Mama.
No wiem.
Nie urodziłam się wczoraj i jestem córką mej własnej Matki, więc wiem.
Mamuśka najchętniej już dziś przesunęłaby tę szafę w moim dawnym pokoju, wstawiła łóżeczko dla Fruzi pomiędzy rzeczony mebel a łóżko, które okupujemy z Pifkiem podczas wizyty w Rodzinnym Domu ("nie będzie jej tak wiało od okna"), a potem włożyła do niego jej zdjęcie. Tak, żeby każdego poranka mogła rzucić okiem na pokój przygotowany na przyjazd wnusi. (Mniejsza o nas.) Każdego poranka, przedpołudnia, południa, popołudnia, przedwieczoru i wieczoru. I może podczas jakiejś bezsennej nocy.
Cała Mama.
Strasznie ją za to kocham.
Muszę wreszcie zerknąć na allegro, żeby nie zabierać jej tej przyjemności odliczania w towarzystwie łóżeczka. Jest jesień. Już tylko jedna pora roku dzieli nas od spotkania.
I jak zwykle role same się podzieliły. Mama zajmie się Fruzinym snem, Kocur zorganizuje jej brykę (oraz inne 'klamoty', jak sama twierdzi) na te dwa tygodnie, zaś Drudzy Rodzice użyczą auta. Oficjalnie jeszcze o tym nie wiedzą, ale nieoficjalnie myślę, że czują pismo nosem.

Wielki Brat wykazał się ogromnym poczuciem humoru, kiedy uroczystym tonem poinformowaliśmy:
- Chcielibyśmy zaprosić was na chrzciny. Ciebie w roli chrzestnego, jeśli się zgodzisz.
Buchnął wtedy gromkim śmiechem, takim szczerym i z samego dna brzucha.
- No nie pomyślałem, że mogłoby być inaczej, ha ha ha!
W tej rodzinie w ogóle nic nikomu nie trzeba mówić, bo przecież wszystko z góry wiadomo.
(9 lat temu też jakoś nie przeszło mi przez myśl, że Diabeł mógłby nie być mój, mimo że Wielka Bratowa ma dwie siostry. Taka jestem zachłanna. Jakiś czas temu dodałam, że w razie czego na trzecie też się piszę, ale Bratowa posłała mi tylko groźne spojrzenie przez telefon.)

Że Gwiazda biega, to już nie nowość. Mogłabym to jeszcze jakoś podciągnąć pod 'ma to po mnie', bo wiadomo, że wszystko, co najlepsze, ma po mnie, ale ona jeszcze zakochała się w piłce nożnej. Nie tak aktywnie jak Diabeł, który co chwilę ma trening lub gra mecz, ale ma taką wiedzę o tym sporcie, że wszystkim szczęki opadają.
- Wyobraźcie sobie, siedzimy w trzech chłopa i zastanawiamy się, kto gra GdzieśTam, nikt nie wie, a przysłuchująca się Gwiazda nagle włącza się do rozmowy i mówi, że Iks... No wstyd jak cholera, że ona wie, a my takie kołki!
Jej fejsbuk przesiąknięty jest piłką. Zamiast produkować sweet focie, selfie i dzióbki, ona twierdzi, że Łączy nas piłka i  doinformowuje świat o poczynaniach Lewandowskiego i Błaszczykowskiego. Choć nie chce powiedzieć, który z nich bardziej jej się podoba.
No cóż. Niech już coś ma po wujku Pifko. Nie mogę być taka pazerna. Po rodzicach mieć nic nie musi, po co, skoro my jej wszystko zapewnimy? Inteligencję, erudycję, kondycję... A do tego wdzięk i poczucie humoru.
Choć w zasadzie mogłaby mieć jedną rzecz po ojcu swym. Zimną krew i opanowanie, kiedy ratuje ludziom życie.
- A sporo masz takich wezwań do poważnych spraw i wypadków? - zapytał Pifko.
Wielki Brat znów zatrząsł się ze śmiechu. Poczucie humoru nie opuszczało go przez całą sesję na skypie.
- Zdarzają się ciężkie dni, ale najwięcej to mamy wezwań do sraczek, ciśnionek i do zbierania pijaczków z ławek w parku.
Ups.
Jakoś tak natychmiast przyszła mi na myśl mina pana ratownika, kiedy w czerwcu 'ratował mi życie'. Następnym razem powiem, że mam sraczkę. Może będzie bardziej wyrozumiały.

Tęsknię za nimi.

O miłości i innych demonach

Nocami, kiedy nie śpię, czasem włącza mi się strach. Umysł wyświetla złe filmy, wyobraźnia podszeptuje słowa, od których cierpnie mi skóra. Nie chcę ich, ale one płyną nieprzerwanym strumieniem i końca ich nie wydać. Tylko sen, jasność dnia i jej uśmiech mogą pomóc przetrwać ten lęk. Lęk, który już nigdy mnie nie opuści.

Patrzymy na nią, kiedy śpi. Co wieczór, choćby przez chwilę. Codziennnie głaszczę ją po małej główce i mówię jej, że kocham ją najmocniej w kosmosie. Najmocniej w całym kosmosie, słyszysz, maleńka? Opieram się o barierkę łóżeczka i tak sobie trwamy. Ona śpi, oddycha spokojnie, a mnie często łzy napływają do oczu z tej miłości.

Bo ta miłość aż boli, tak do szpiku kości. Ta miłość każe całować ją setki razy dziennie, wtulać się w małą szyję i wdychać jej zapach. On mówi, że ma ochotę ścisnąć ją jak cytrynę. Z miłości tak. Z tej miłości, która aż się z nas wylewa. To aż boli fizycznie, tak kochać i nie móc tego wyrazić, bo słów brakuje, a ręce związane. Wybiegać ani wykrzyczeć też się tego nie da.

Nie chcę być matką nadopiekuńczą, matką wciąż się lękającą, matką histeryczką. Więc śmieję się z tej jej rosnącej samowolki, ustawiając dmuchane kółko tak, żeby nie walnęła w coś głową, kiedy znów mnie oszuka i wylezie. Wiem, że w końcu i tak gdzieś nabije sobie o coś guza. Pozwolę jej odkrywać nowe, mimo że jeszcze nie raz przyprawi mnie o siwe włosy swoją brawurą i dziecięcą beztroską. Będę patrzeć, jak wdrapuje się na szczyt ślizgawki, bijąc brawo i pęczniejąc z dumy, że taka zwinna. Będę stała wtedy z boku z zadowoloną miną, emanując pozornym spokojem. Gotowa do skoku, gdyby. Później nieustannie będę myśleć, dlaczego się spóźnia, przecież już powinna być w domu. Znów nie będę spać po nocach, kiedy w najlepsze będzie imprezować na dyskotece. Pewnie będę robić jej wyrzuty, że powinna była zadzwonić. A przy tym wszystkim będę wyluzowana. Będę mówić jej, że wszystko może, jeśli tylko zechce. Poznawaj świat. Bądź ostrożna, ale ufaj ludziom. Podróżuj. Smakuj. Jedź, pewnie, że jedź. Baw się dobrze!

Wiem, że on też, tak jak ja. Oddalibyśmy jej wszystko, wszystko za nią, wszystko dla niej. Oddalibyśmy jej nerkę, rękę, nogę, głowę, cokolwiek byłoby jej potrzebne. A nawet więcej. Serca już oddaliśmy, więc cała reszta nie miałaby znaczenia.

"Nie wiem, jak się kocha urodzone przez siebie dziecko. Nie dowiem się. Zapewne każdego człowieka kocha się nieco inaczej." *

Wiem za to, jak kocham(y) Fruzię.

Aż do łez.

* "Wieża z klocków" Katarzyna Kotowska

O dążeniu do wolności

18 września w godzinach porannych Fruzia, korzystając z pięciosekundowej nieuwagi matki, samowolnie opuściła dmuchane koło i udała się na zwiedzanie własnego pokoju. Matka przypuszcza, iż metoda, którą obrało dziecię to metoda 'na-główkę-a-potem-na-plecy'. Fruzia nie odniosła żadnych obrażeń, do tego wydawała się wielce zadowolona z osiągniętego rezultatu ucieczki.

Matka dochodzi do siebie po przeżytym szoku.

O rzeczach gorszych

Siedzimy w trójkę w przychodni. Fruzia, można się było tego domyślić, odzyskała dobry humor i nie wygląda na kogoś, komu coś dolega. Łazi po nas, zagaduje piskliwym tonem do siedzącej obok kobiety, szczerzy się do wszystkich wokoło. Zastanawiam się, czy ta wysypka, z którą tu przyszliśmy, wciąż jeszcze tam jest. I czy ten jej podły nastrój przypadkiem nam się nie przyśnił.
Naprzeciwko nas para, mniej więcej w naszym wieku. Trzymają się za ręce, coś do siebie szepczą, zerkają na Fruzię, uśmiechają się do niej. Za chwilę pada nazwisko dziewczyny. Oboje podnoszą się i z plikiem kartek w dłoniach razem wędrują do gabinetu.
Skojarzenie mam jedno. W ułamku sekundy.
Mój umysł naprawdę został zinfekowany na wieki.

Do gabinetu wywołuje nas mama małej Abi z Różowej Chmurki. Imię i nazwisko Fruzi wymawia tak, że spoglądamy na siebie pytająco. To było do nas? Najwyraźniej.
- Tęsknisz za pracą? - babeczka uśmiecha się przyjaźnie.
- O, tak! - rzucam ze śmiechem.
Mam nadzieję, że zawarłam w nim wystarczająco czytelną ironię.
Cieszę się, że nie zadaje pytania-które-zadają-wszyscy-rodzice-Lucasów. Wracasz?
Aktualnie moja przyszłość zawodowa owiana jest mgłą tajemnicy. Gęsta ta mgła, mówiąc szczerze, ale coś przecież za nią jest. Przecież nawet w osiedlowej budzie sprzedają coś, choć wygląda to jak nic.
Cieszę się, że nie muszę odpowiadać. Jeszcze-nie-wiem-czas-pokaże.
A właśnie, że wiem.

Wysypka nadal jest tam, gdzie była. Piguła uważnie ogląda Fruzi plecy i brzuszek. Mierzy temperaturę. Zagląda do ucha. Maca główkę. Przykłada mały aparacik do paluszków u stóp i coś sprawdza. Refleks niewyspanej matki każe mi zapytać Inżyniera kilka dobrych godzin później, w środku nocy:
- A właściwie to co to było to coś przyłożone do jej stóp?
Pifko też niewyspany i też ząbkujący, więc mówi równie błyskotliwie:
- Nie wiem, ale też się nad tym zastanawiałem.
O.
Człowiek uczy się całe życie.

- It's viral - mówi w końcu mama Abi.

Innymi słowy to, co przypisywaliśmy nieznośnej prawej dolnej jedynce, w dużej mierze mogło być zasługą wirusa, który nie dał nam wszystkim spać. Mogło, choć nie musiało. Wielce prawdopodobne jest, że przyczyną naszych bolączek jest suszarka Zamroczonej z mieszkania nad Piątą Chatką. Suszarka, która wydaje z siebie dźwięk podobny do, o złośliwy losie!, wiertła dentystycznego. Suszarka, która przez ostatnie dni nic tylko suszy i wyje, suszy i wyje, suszy i wyje...

Albo Zamroczona przez cały sierpień prała i teraz dopiero zaczęła suszyć, albo tym wyjcem zagłusza swoje problemy egzystencjalne.

Zaprawdę powiadam Wam, są na tym świecie rzeczy gorsze niż wirusy, wysypki, czy wyrzynające się zęby.

O tym, że niedaleko pada jabłko od jabłoni

- Ałaaaa! - jęknął Inż. Pifko. - Fruziu!
Widać było, że jednocześnie zmielił w ustach jakieś paskudne słowo.
Siedział sobie spokojnie na sofie, trzymając na kolanach Fruzię, ale że córka nasza do tych nadaktywnych należy, szybko postanowiła przejść z siadu do pionu. I tak podtrzymywana pod pachami przez ojca swego, podeptała go Tam-Gdzie-Deptać-Nikt-Nie-Ma-Prawa. A tym bardziej z takim impetem.

To musiało być bardzo bolesne doświadczenie.

Niemniej jednak wiarygodne źródła podają, że to nie jedyny (a zarazem wcale nie najgorszy) taki przypadek w naszej rodzinie. Legenda głosi, że kiedy litermatka była jeszcze w wersji mini, przechodziła fazę gwałtownej miłości do kuchennych utensyliów. I tak na przykład zawędrowała kiedyś do pokoju, trzymając w dłoniach jeden z takich przyborów. Jakiż musiał być szok Ojca Dyrektora, kiedy z błogiej drzemki na kanapie wyrwał go dziki ból w Okolicach-Których-Deptać-Ani-Tłuc-Nikt-Nie-Ma-Prawa. Nawet własne, nieświadome niczego dziecko.

Przywaliłam Ojcu tłuczkiem do mięsa.

Szczęśliwie w obu przypadkach nikomu nic się nie stało. A przynajmniej nic nam o tym nie wiadomo.

(Choć teraz tak sobie myślę...

... że jestem ostatnim dzieckiem moich Rodziców, więc kto wie, panie, kto wie...)

O wielkomiejskich manierach

- A powiedz mi, jest tam coś godnego uwagi? - zapytała Mamuśka, wskazując na szarą budę z zielonym szyldem, szumnie nazywaną osiedlowym sklepem.
- Tam nie ma nic, absolutnie nic - oświadczyłam z mocą.
- Jak to nic? No coś przecież muszą sprzedawać - dopytywała Rodzicielka.
- No tak, ale nic, co by cię mogło zainteresować - odparłam. - Ani mnie. Ani Ojca Dyrektora lub Inżyniera. Albo kogokolwiek.
I dodałam:
- Ten sklep to jakaś pomyłka. Sam chłam. No, może oprócz mleka.
Mamuśka spojrzała na mnie podejrzliwie.
- Proszę, jaka ty się wielkomiejska dama zrobiłaś! - rzuciła drwiąco. - Ja chcę tam pójść i zobaczyć.
- Ale przecież byłaś tam rok temu! - niemal wykrzyknęłam.
Jak mogła zapomnieć? Myślałam, że takich wizyt się nie zapomina.
- Ale nie pamiętam.
(A jednak.)
Poszła, mieląc pod nosem jakieś ironiczne komentarze na temat mojej rzekomej wielkopańskości.
(Tak. Na tej wsi nabiera się właśnie takich manier.)
Zaczęłam spacerować z Fruzią po chodniku, ale Rodzicielka już była z powrotem.
Uśmiechnęła się rozbrajająco, pocałowała mnie w ramię i wypaliła radośnie:
- Miałaś rację, tam NIC nie ma. Nie jesteś wielkomiejską damą!

No dobrze, coś jednak tam jest. Wino, piwo, podłe parówki, jeszcze podlejszy ser, podpaski i papier toaletowy bez nazwy, karma dla sierściuchów, czekolada Galaxy, przy odrobinie szczęścia lody na patyku i rożki, śmieciowaty chleb i tabloidy. I mleko, sprawca moich regularnych wizyt w budzie. Odkąd pojawiła się Fruzia, nie potrafimy obejść się bez kawy, a tej z kolei nie potrafimy wypić inaczej niż z mlekiem. Co jakiś czas parkuję więc Rudolfa pod drzewkiem, Fruzię między świecącymi pustkami (i papierem toaletowym bez nazwy) półkami, wędruję prosto do święcącej pustkami (i podłymi parówkami) lodówki, łapię za jedyny sensowny produkt w tym sklepie (oprócz czekolady Galaxy) i zmierzam do kasy, nie oglądając się na boki. Przygnębia mnie to miejsce.
- Przykro mi, żeby zapłacić kartą, musisz zrobić zakupy za minimum 5 funtów - zaśpiewała mi w niedzielę bardzo znudzona ekspedientka.
Kasa wyraźnie pokazywała £1,19.
Jak ja mam tu wydać tyle pieniędzy?, pomyślałam, nie zachęcona nawet wizją czekolady.
Przecież nie kupię pięciu butelek mleka.
- Sekundę, zapytam męża - oświadczyłam i wychyliłam głowę za drzwi.
Tym razem cała rodzina zaparkowana była pod drzewem.
- Potrzebujesz czegoś? - zapytałam rozbawiona. - Muszę wydać pięć funtów.
- Weź papier toaletowy - rzucił to, o czym sama zdążyłam pomyśleć.

Mleko i 16 rolek papieru wciąż nie dobrnęły do pożądanej kwoty.
Bardzo znudzona ekspedientka machnęła ręką.
- Niech będzie i tak. £4,78.

Wyszłam ze sklepu, gubiąc po drodze paczkę z czterema rolkami.
- Czy ty widziałaś to ogłoszenie? - Inżynier wskazał na okno budy.
Zaczęłam czytać, ale coś mi nie szło. Zdanie proste jak budowa cepa, a do mojego mózgu zupełnie nie chciało dotrzeć. Bo jak to tak...?
... - zamykają sklep? - zawiesiłam oburzony pytajnik w powietrzu.
- No najwyraźniej - pokiwał głową Mąż Mój. - A dziwisz się?
- No nie, ale... ale na pewno zamykają? Tak na dobre? - zaczęłam ponownie studiować ogłoszenie. Kilka słów, a ja doszukiwałam się drugiego dna.
- Nie wierzę - westchnęłam melodramatycznie, kiedy w końcu dotarło do mnie, że to prawda. - Zamykają naszą budę!

Następnego dnia relacjonuję Mamuśce najgorętszy temat na naszej wsi. Rodzicielka wybucha śmiechem.
- To straszne! - ironizuje. - I co wy teraz zrobicie?
- No właśnie! - cieszę się, że mam w Mamie oparcie w tych trudnych chwilach.
Ale Mamuśka wreszcie kończy swoją myśl:
- I dobrze, przecież tam NIC nie ma.

Aż mną zatrzęsło.
Jak to NIC?!
A mleko? A papier toaletowy? A Galaxy w godzinie kryzysu?
Ta Mamuśka nic a nic nie rozumie...

To pewnie przez te jej wielkomiejskie maniery!

Adopcja w UK (1): Wymagania wstępne dla kandydatów na rodziców adopcyjnych

Pamiętam czas, kiedy nasze myśli mocno zaczęły kierować się w kierunku adopcji. Byliśmy już wtedy w Krainie Deszczu i byliśmy ciekawi, czy uda nam się znaleźć kontakt do rodaków, którzy już procedurę adopcyjną  w UK mają za sobą lub dopiero zamierzają ją rozpocząć, tak jak my. Była w nas taka potrzeba znalezienia kogoś, kto poklepie nas po plecach i w naszym własnym języku powie nam"dacie radę! my daliśmy, więc wy z pewnością też!"

Niestety, albo tak źle się do tego zabrałam, albo naprawdę nie było wówczas w sieci nikogo, kto chciałby nam o tym opowiedzieć ze swojej perspektywy. A przecież wiem, że takich jak my jest całkiem sporo.

Dziś ja chciałabym poklepać po plecach tych, którzy dopiero o tym myślą lub już rozpoczynają proces adopcji w Krainie Deszczu.  Dacie radę! My daliśmy, więc Wy z pewnością też! Wasze dziecko gdzieś na Was czeka!

Pomyślałam też, że na tej stronie zbiorę trochę informacji dla tych, którzy wciąż nie są pewni, czy sprostają wszystkim wymaganiom adopcyjnym. Nie napiszę Wam, gdzie mieszkam, która agencja nam pomogła, nie zdradzę osobistych szczegółów ani historii naszego dziecka, ale podzielę się tym, co uznam za pomocne, przydatne, a jednocześnie uniwersalne.

Odezwijcie się, proszę, jeśli znajdziecie tu coś, czego szukaliście.

***

Zacznijmy od formalności. Jeśli myślisz o adopcji dziecka w UK, musisz:

mieć ukończone 21 lat
- mieszkać (i pracować, jeśli jesteś osobą pracującą) na terenie UK od minimum 1 rok
- ewentualnie: jedno z pary jest Brytyjczykiem i na stałe mieszka w UK
- jeśli chcecie adoptować dziecko jako para, musicie być w związku od przynajmniej 3 lat
- mieć w domu / mieszkaniu wolną sypialnię dla dziecka
* Oznacza to tyle, że musisz / musicie mieszkać w przynajmniej 2-bedroom flat / house. Pokój dzienny nie jest sypialnią! Uwierzcie mi, ten warunek jest rygorystycznie przestrzegany, więc aby ktokolwiek poważnie rozważał wasz wniosek, musi być spełniony
- porozumiewać się w języku angielskim w mowie i piśmie (a przynajmniej jedno z was)
- być w miarę zdrowy
- mieć czystą kartotekę

Ale:

nie musisz być właścicielem mieszkania / domu – możesz wynajmować, choć musi to być wynajem stabilny (rozmowa z landlordem wskazana, referencje mile widziane)
- nie musisz być w związku małżeńskim ani żadnym innym, możesz adoptować jako singiel
- twoja orientacja seksualna nie ma znaczenia, w UK prawo wyraźnie zezwala na adopcję dzieci przez pary tej samej płci
- nie musisz czytać Szekspira w oryginale, czyli twój angielski naprawdę nie musi być na poziomie dziennikarzy z BBC – z doświadczenia wiem, że często zaniżamy własne umiejętności
- niepełnosprawność lub przewlekłe choroby nie przekreślają adopcji! To raczej kwestia tego, czy podołasz opiece nad dzieckiem
- możesz adoptować, korzystając z zasiłków
- drobne potyczki z prawem z przeszłości nie zawsze dyskwalifikują – to zależy, co zrobiłeś i jak szczery będziesz w rozmowach z social services (oczywiście sprawy związane z dziećmi w roli głównej dyskwalifiikują w przedbiegach)
- zwierzęta domowe mile widziane (oczywiście ze wszystkimi aktualnymi szczepieniami)

Ponadto:

Jeśli leczyliście się z powodu niepłodności, leczenie musi być zakończone. Większość agencji poradzi wam odczekać min. 6 miesięcy (do roku) od ostatniego zabiegu / etapu leczenia, zanim rozpoczniecie proces adopcyjny. Dlaczego? Ten czas potrzebny jest na poukładanie sobie wszystkiego w głowach i uporanie się z żałobą po nienarodzonych dzieciach.

Tak było u nas:

Tematem adopcji interesowaliśmy się już w trakcie leczenia. Zadzwoniliśmy do odpowiednich osób po informacje, zostaliśmy zaproszeni na tzw. adoption information day, przeprowadziliśmy się do większego mieszkania. Kiedy ostatecznie zamknęliśmy rozdział leczenia, między ostatnim zabiegiem in vitro a pierwszą rozmową z pracownikiem opieki społecznej minęły jedynie 2 miesiące. Wyjaśniliśmy szczerze, na jakim etapie jesteśmy (całkowie pogodzenie się z niemożliwością poczęcia potomka oraz definitywne zakończenie leczenia) – i to wystarczyło. Zostaliśmy zarekomendowani do rozpoczęcia procesu adopcji.

O maskotkach Rudolfa

- Rudolfie, powoli - syczę od czasu do czasu przez zęby, kiedy labisko zapomina się i zaczyna szaleńczo pędzić w kierunku boiska.
Muszę być czujna nawet wtedy, kiedy przez większość czasu dostojnie kroczy obok wózka i udaje wychowanego. Sekunda zapomnienia i wszyscy będziemy frunąć przez trawnik, co do pewnego stopnia mogłoby być nawet zabawne. Ale tylko do pewnego i wolałabym jednak nie testować swojego poczucia humoru w taki sposób.
- Przypominam, że nie jesteś ani psem zaprzęgowym ani reniferem Śniętego - mówię już trochę bardziej uprzejmie, kiedy Rudolf niechętnie, ale jednak zwalnia.

Mówią, że wygrzeczniał. Że przesunięcie jego tronu i zrobienie miejsca na nowy, Fruziny, dobrze mu zrobiło. Nie mogą się nadziwić, że tak dojrzał. Wyciszył się. Zmądrzał (!?). Bo skoro Ojciec Dyrektor był w stanie sam wychodzić z nim na spacer, to faktycznie coś musi być na rzeczy. Zresztą my sami daliśmy się ponieść fali zachwytu nad nowym wcieleniem Rudolfa.

Na chwilę przed przylotem Mamuśki i Ojca Dyrektora niemal zemdlałam, kiedy któregoś dnia Rudolf podniósł się z legowiska, złapał w pysk swoją maskotkę, podszedł do mnie i siedzącej na moich kolanach Fruzi, po czym takiego wymemłanego, brudnego, obślinionego i podartego pluszaka złożył na nogach malutkiej. Złożył, merdnął wesoło ogonem i wrócił na swoje posłanie.
Zaniemówiłam.
- Mężu, mężu, cuda na kiju! - zawołałam Inżyniera Pifko, kiedy już odzyskałam głos. - Nasze pierwsze dziecko wreszcie dorasta!

Potem padliśmy jeszcze kilknaście razy, kiedy ukradzione Fruzinie zabawki labisko grzecznie oddało bez walki (znacząco merdając ogonem, że teraz czas na nagrodę, no ale żyjemy w czasach coś za coś...). Czyżby porady Trudi, zaklinaczki Rudolfów, na coś się przydały? Czy może to zrzędliwe i monotonne powtarzanie 'oddaj, to Fruzi', 'grzeczny piesek', 'chodź, coś dostaniesz' po pięciu latach nareszcie zaczęło przynosić jakieś wymierne efekty? Czy...

... czy ja ronię łzę ze wzruszenia, czy może raczej z żalu? Że teraz to już grzeczny i ułożony będzie, że koniec dzikich wygłupów, szalonej radości, roześmianej mordy... Nie wiem, czy jesteśmy na to gotowi...

Rudolfie, ach Rudolfie sprzed lat!

Kilka dni temu poszliśmy całą rodziną na spacer w krzaczory. Rudolf hasał, od czasu do czasu kontrolnie wyłaniał się z traw, podbiegał , żebyśmy mogli musnąć w locie jego wielki łeb, po czym znów znikał. Na ostatnim zakręcie przed powrotem do domu wylazł z buszu, dzierżąc w pysku wielkiego, puchatego i bardzo zdechłego zająca. Kolejnego w swoim życiu i jak dotąd, największego.

- Kurrrrwa!!! - wymsknęło nam się jak na komendę.
Nie było już, niestety, miejsca na nie przeklinaj przy dziecku.

Albowiem wszystkim razem i każdemu z osobna wiadomo, że jak Rudolf znajdzie padlinę, to żadna najcudowniejsza kiełbasa tego świata, ani żadna micha pełna golonki nie jest w stanie sprawić, że sierściuch odda maskotkę. Nie ma takiej mocy na świecie, która by go do tego przekonała. On odda, jak już się pobawi i znudzi. Wymemle. Wypluje. Uzna, że już bardziej zdechłe być nie może, więc można zostawić.

Najlepiej w domu na swoim posłaniu, ewentualnie we własnym ogródku.

Tak.
Grzeczny, ułożony, usłuchany.
Zmądrzał i dojrzał.
Wyciszył się.

Jeśli jeszcze kiedyś zacznę bredzić coś o tęsknocie do dzikości Rudolfa, ja Was uprzejmie proszę, zdzielcie mnie wirtualnie przez łeb.

O Drugich Rodzicach i ślubie jak z bajki

Mamuśka wiele razy mówiła mi, że dopiero po odejściu jej mamy i dopiero wtedy, kiedy sama przekroczyła magiczną pięćdziesiątkę, zaczęła rozumieć pewne bolączki człowieka dojrzałego, a później starszego. Pamiętam, jak wpadaliśmy do Dziadków na Ranczo - Babcia jak zwykle kręciła się po kuchni, Dziadek siedział przed podkręconym na pełną głośność telewizorem. Mamuśka zawsze musiała wtedy zakląć szpetnie pod nosem.
- Boszeeee, jak to pudło wyje! - komentowała półgłosem fakt, że w takich okolicznościach przyrody to nawet powitanie trzeba wykrzyczeć wprost do ucha Dziadka, żeby ten w ogóle zarejestrował naszą obecność.
Historia lubi się powtarzać, bo ja robię teraz dokładnie do samo.
- Mamuśko, przecież oszaleć można, czy ten telewizor musi tak wyć?? - pytam w czasie wizyty w Polandii.
Pytam całkiem bezsensownie, bo doskonale znam odpowiedź.
- Tak - odpowiada mi wesoło Mama. - Przecież wiesz, że jestem trochę głucha.
I dodaje z figlikiem w oczach:
- Co się dziwisz, ja już jestem starszy człowiek!
Taaa...

Siedziałyśmy z Drugą Mamą na tyłach naszego Blaszaka. Z przodu Inżynier Pifko konwersował z Drugim Tatą, Fruzia grandziła w foteliku. Wszyscy emocjonowaliśmy się spotkaniem, wspominając przy okazji niedawną wizytę Mamuśki i Ojca Dyrektora w Krainie Deszczu.
- A ty wiesz, ile my potrafimy z twoją mamą przegadać godzin przez telefon? - Druga Mama zrobiła małą dygresję.
Oj, wiem.
Ile razy dzwonię do Mamuśki i dowiaduję się, że linia jest zajęta, wiadomo, z kim nadaje Rodzicielka.
- I powiem ci, że my obie trochę przygłuche jesteśmy - Drugiej Mamie zaczęły się nagle szklić oczy i czułam już, że zaraz wybuchnie tym swoim zaraźliwym śmiechem. - Więc jak rozmawiamy, to czasem ja czegoś nie dosłyszę, a czasem twoja mama. I bywa, że w połowie rozmowy coś się nam zaczyna nie zgadzać... - Druga Mama już płakała ze śmiechu. - Musimy wtedy przerwać i wyjaśniać, ale tak się śmiejemy, że się nie da...

Droga Fruziu, gdyby moje uszy kiedyś zaniemogły i będziesz się irytować, dlaczego to pudło tak wyje (kiedy już wpadniesz do staruszków z wizytą z tej swojej Australii lub Nowej Zelandii), pamiętaj, że ja też to przerabiałam. I twoje dzieci też pewnie będą.

A potem była biesiada.
- Napijemy się kawuni? - rzucała Druga Mama radośnie.
I bardzo regularnie.
Ta kobieta nie potrafi żyć bez kawy. Ojciec Dyrektor wciąż wspomina, jak podczas ich wspólnego wypadu do Paryża on mierzył czas zwiedzania od jednego kufla złocistego napoju bogów do drugiego, a Druga Mama od jednej filiżanki espresso do drugiej. Poza tym gdyby 'wypadało', w każdej kawiarni Mama serwowałaby sobie samej swoją własną kawę, bo przecież kawa kawie nierówna i nie każdej można ufać. Nie zdziwiłam sie więc, gdy Rodzicielka Inżyniera pojawiła się w naszej kuchni z dwoma plastikowymi pojemnikami pełnymi brązowego proszku. Ten typ tak ma.
- Zjemy coś słodkiego? - odpowiadałam na to ja.
Jedni nie mogą żyć bez kawy, inni bez czekolady, a jeszcze inni... Dobrze, że Pifko miał przy sobie Tatę. Złocisty napój bogów znikał z lodówki równie szybko, co formuła Fruzi, więc wszyscy byli szczęśliwi.

Druga Mama w kwestii skarpetek postanowiła być Babcią-Bardziej-Do-Przodu. Bardziej wiadomo od kogo. Mamuśka, pogromczyni zimnych stópek i zawianych uszek, nie mogła nic zdziałać, siedząc w Polandii, ale jestem pewna, że po cichu usiłowała wprowadzić Drugą Mamą w stan hipnozy na odległość i przeciągnąć ją na jasną i jedynie słuszną stronę mocy. Mogło jej się udać, gdyż Druga Mama okazała się wcale nie aż tak bardzo do przodu jak jej się samej początkowo wydawało.
- To bardzo dobrze, że jej nie przegrzewacie - deklarowała stanowczo podczas sesji na skypie. - Nabierze odporności, nie będzie tak łatwo się przeziębiać...
Drugiego dnia w Piątej Chatce zerknęła na Fruzię raz, drugi, trzeci... Wreszcie nie wytrzymała i dotknęła małych stópek.
- Ale nóżki to ona jednak ma chłodne - powiedziała z błyskiem zrezygnowanego figlika w oku.
Wybuchnęłam śmiechem.
- I ty, mamo?? - zapytałam teatralnie, oszczędzając jej jednak Brutusa.
Trzeba jej bowiem oddać, że do Mamuśki to jej w tej kwestii naprawdę daleko.

Fruzia była wniebowzięta. Znów miała kolejne pary rąk do noszenia i zagadywania, uruchamiała więc swoje największe hity: dlaczego-znowu-mam-spać?, pobawmy-się-jeszcze! oraz już-nowy-jest-dzień!-pobudka! Na farmie ekologicznej, do której zawitaliśmy w niedzielne popołudnie, ekstatycznie pozowała do zdjęć z wielką świnią, kurami, owcami, kucykami i przecudownymi, różnokolorowymi kozami. Te ostatnie musiały chyba być w jej wieku, bo nić porozumienia była uderzająca. Podatne na palpitacje serce matki doznało mini ataku, kiedy Mąż Mój spokojnie pozwalał małej głaskać czterokopytnego bejbika.
- Wyluzuj, matka - uspokajał mnie, widząc panikę w moich oczach.
Wyluzuj, mówiłam sama do siebie. Wyluzuj.
(Oraz: Chyba mu łeb oberwę, jak ta koza ją choćby poliże!)
Jestem bardzo wyluzowaną matką, jakby ktoś jeszcze nie wiedział.

Największą imprezę zaliczyliśmy 1 września. Co ciekawe, werbalne zaproszenie 2+1 otrzymaliśmy dość wcześnie, kiedy Fruzi nie było jeszcze na świecie,  a my wciąż nie wiedzieliśmy, czy czekamy na błękit czy róż, nie wspominając już o wieku naszego przyszłego dziecia.
- Zakładam, że do września będziecie już w trójkę - oświadczyła stanowczo Liz. - Wobec tego zapraszamy was całą rodziną.
- Byłoby cudnie - powtarzaliśmy jak mantrę.
Zaproszenie oficjalne było już imienne. My + Ona. Pamiętam, że gapiłam się na nie jak sroka w gnat. Jeszcze dziś mam momenty, że nie mogę w to uwierzyć, choć codzienność tak nas pochłonęła, że mogłoby się wydawać, że przestaliśmy wreszcie się dziwić i zachwycać.
Otóż nie przestaliśmy.
Wątpię, czy kiedykolwiek przestaniemy.

To Liz wymyśliła, że dobrze byłoby wykorzystać przyjazd Drugich Rodziców jako szansę na darmowych babysitterów!;-) Rodzicom nie trzeba było dwa razy powtarzać, a poza tym ślub i wesele były daleko od domu i w taaaaakim miejscu, że zrobiła nam się z tego dwudniowa, rodzinna wycieczka z hotelem, łażeniem po kamienistej plaży i chłonięciem zupełnie nie-inglandzkiej atmosfery. Jeśli chcielibyście choć przez chwilę poczuć się w Krainie Deszczu jak na południowoeuropejskim wybrzeżu, choć zdecydowanie nie tak ciepłym, koniecznie pędźcie do Ilfracombe w Devon. Zaprawdę powiadam Wam, poczułam się tam jak w raju.

Oczywiście było po naszemu. Garnitur Inżyniera wieczór przed wyjazdem okazał się tragicznie wygnieciony, ja nie mogłam znaleźć dobrych rajstop, bo bank holiday, a to, co dzień wcześniej kupił mi Mąż Mój to zdecydowanie NIE były rajstopy, nowe szpilki miałam przetestować w dniu imprezy ... i tylko Fruzia miała gotowe dwie kreacje oraz całą niezbędną bejbikową wyprawkę (czytaj: 90% zawartości walizki należało do niej) na długo przez godziną zero. Dobrze, że choć jedna osoba w tej rodzinie potrafi się ogarnąć przed czasem!

To był ślub jak z bajki. Jak w Kaliforni jakiejś albo Nowej Zelandii. Jak w Beverly Hill 90210. Człowiekowi wydaje się, że już tyle w życiu zobaczył, a tu proszę, takie Tunnels Beach, powiew morskiej bryzy, skały, altana, a w tej scenerii panna młoda prowadzona przez ojca, w sukni jak marzenie, przed nią orszak powabnych nimf, pan młody rozczulony do łez... A my, matkobosko, wśród najbliższych gości!



- Fruziu, kochanie moje, wypij łaskawie to mleko teraz, co? - zagadałam uprzejmie do córki, celowo akcentując teraz.
Wiedziałam jednak, że jeśli nasze dziecię mówi nie, to nie ma co próbować dalej.
- Jestem przekonana, że zachce jej się jeść w chwili przysięgi - zawyrokowałam.
- To byłoby w jej stylu - odparł dumny ojciec.
Fruzia spędziła więc najbardziej doniosły moment całej ceremonii przyssana do butli. Zdążyła otworzyć buzię do wyartykułowania swoich najwyższych tonów, mających zasygnalizować głód, ale matka była szybsza. Szast, prast i diablę zatkane.
Przetrwała drinki, krykieta na plaży, spacer i wędrówkę z ręki do ręki, nawet nie gniotąc sobie tiulowej kiecki, aż w końcu podczas uroczystego obiadu na świeżym powietrzu padła. Nie bacząc na okoliczności przyrody, które raptem przeszły w średnio sprzyjające, bo wiało jak cholerrrraaaa!, ona przytuliła się do Kulfona i po prostu odleciała. (Wciąż nie mogę w to uwierzyć - większość kobiet siedziała niewzruszona trzy bite godziny w tych swoich letnich kreacjach, podczas gdy ja trzęsłam się w ciepłym żakiecie. O, czapeczkowo-skarpetkowe wychowanie! Jesteś wszystkiemu winne!) Tylko po to, żeby obudzić się akurat na przemowy. (Tata Liz jest mistrzem zdradzania rodzinnych sekretów. Gdyby Ojciec Dyrektor ujawnił tyle moich tajemnic, nie pożyłby zbyt długo. Muszę jednak przyznać, że goście dobrze się bawili kosztem panny młodej i jej siostry.)
Poza tym Fruzina była najgrzeczniejszym bobasem na planecie. Czasem myślę, że ona chyba urodziła się do jakichś wyższych celów, a już na pewno, że będzie rządzić na salonach. Im więcej ludzi, im większe wydarzenie, tym lepiej czuje się nasz bejbik. Uśmiech tu, mrugnięcie okiem tam, tu pogada, tam zaczepi... Zupełnie jak Rudolf! Jeszcze kilka lat, a zostaniemy zupełnie wyautowani i będziemy jedynie odcinać kupony od bycia rodzicami takiej Fruzi...
Wieczorem malutka została odtransportowana do Rodziców, ułożona do snu, a my ruszyliśmy na tańce.
Czy muszę dodawać, że Inżynier Pifko został królem parkietu?
- Czy wy w Polsce tak właśnie tańczycie? - zapytał ktoś nowego Majkela Dżeksona.
- Mniej więcej - lekko odparł zapytany.
O.
Gdyby nie fakt, że Liz i Paolo wyraźnie zastrzeli sobie żadnych filmików w internecie, Pifko niechybnie zostałby królem YouTube.

- Ty wiesz, jak ja się stresowałam - wyznała następnego ranka Druga Mama. - Bałam się, że się obudzi, będzie płakać, ja nie będę mogła jej uspokoić... A ona była taka kochana, że nawet nie westchnęła przez sen!
Uśmiechnęłam się.
Żeby ta Mama wiedziała, ile razy ja myślałam o tym samym - że się obudzi, będzie płakać, Druga Mama będzie się stresować...
Nie było nas raptem pięć godzin.
Dopiero teraz dociera do mnie, co musiała sobie myśleć Mamuśka, wyjeżdżając z Ojcem Dyrektorem na dwutygodniowe wczasy za granicę, a nas zostawiając u Dziadków.
- Boże, teraz nie wiem, jak ja to przeżyłam - wyznała mi kiedyś, zdumiona samą sobą.

Po solidnym śniadaniu ruszyliśmy na kolejną część wyprawy. Lynton & Lynmouth to dwie miejscowości połączone ze sobą klifową kolejką; Lynton usytuowane jest na wzgórzu, Lynmouth u jego stóp. Gdzie nie sięgnąć okiem, tam pocztówkowy widok - morze, wzgórza, potoki.





Po powrocie do Piątej Chatki Drudzy Rodzice postanowili pomóc nam w naszym chałupniczym szlifowaniu detali produkowanych w firmie Inżyniera.
- Mamo, daj spokój, to może poczekać - mówił Pifko.
- Mamo, przecież nie przyjechaliście tutaj, żeby pracować - dorzucałam.
Na nic się to nie zdało.
- Napisz do Męża, żeby przyniósł ich więcej, podoba mi się ta praca - prosiła jegoRodzicielka.
Po dwudziestej prośbie z tej serii, napisałam do Inżyniera. Akurat tak się złożyło, że w firmie na gwałtu rety wciskano pracownikom całe kartony, bo coś się zmieniło w zleceniu klienta. Więc przywiózł ich więcej. Wieczorno-nocne Polaków rozmowy toczyły się więc głównie przy złocistym napoju bogów i detalach. Skrob, skrob, pac do kartonu. Skrob, skrob, pac.
Drudzy Rodzice powinni dostać Pokojową Nagrodę Nobla za ujarzmienie tylu kartonów plastiku.

I raptem znów siedzieliśmy w samochodzie mknącym na lotnisko. Fruzia pochrapywała w foteliku, od czasu do czasu wzdychając, jakby chciała powiedzieć, że ech, znowu gdzieś mnie wiozą... Ja też już, już miałam zacząć wzdychać, że te dni tak szybko zleciały, że w domu będzie bez nich pusto i cicho, kiedy raptem Drugi Tata wypalił:
- O kurczę! Zastanawiałem się przez chwilę, dlaczego tak mi luźno w butach, a ja nie mam butów.
Zbiorowa konsternacja trwała trzy sekundy, w trakcie których Tata dopowiedział z rozbrajającą szczerością:
- Zapomniałem butów... jadę w klapkach!

Inżynier Pifko musiał gwałtownie zwolnić, gdyż nie był w stanie utrzymać kierownicy.


O nowym hobby Fruzi

Niedawno Pifko dopiął swego i uczynił z córki fankę żużla.

Godzina 21.20. Za chwilę ostatni bieg tego meczu. Na zewnątrz zrobiło się trochę chłodno, więc już dużo wcześniej uwiłyśmy sobie z Fruzią spokojne gniazdko w kąciku pomieszczenia, które byłoby kawiarnią, gdyby serwowano w nim kawę lub choćby herbatę, a wygląda jak skrzyżowanie dworcowej poczekalni z salą gry w bingo dla emerytów. Przy stołach kibice pilnie zapisujący punkty w gazetkach meczowych, wszyscy wpatrują się w to, co dzieje się za oszklonymi ścianami oddzielającymi ich od toru lub w telebimy wiszące nad ich głowami. Z głośników płynie muzyka, taka do tup-tupania w rytm ryku motorów.
Mała grandzi. W wielkich, wyciszających słuchawkach dla bejbików wygląda komicznie, ale zdaje się ich nie zauważać. Odmawia siedzenia w wózku, żąda natomiast uwagi, interakcji oraz wyjaśniania jej tajników żużlowego sportu. Tym ostatnim zajmuje się Inżynier, wpadający do nas z zewnatrz pomiędzy biegami. Donosi nam herbatę, nowinki z toru, obcałowuje córkę, pokazuje jej żużlowców, po czym znów znika, a my z Fruziną organizujemy sobie czas.
Kiedy ze stadionu ponownie dociera do nas ryk motorów, Fruzia zaczyna smęcić. Dopiero teraz, RanyBoskieTenDzieciakOdDwóchGodzinPowinienSpać!
- Jesteś jak Rudolf - mówię do niej.
Się dzieje, to spać nie będę.
Zaczynam ją kołysać, bo każda próba umieszczenia jej w wózku kończy się krzykiem.
Na ręku jest nieźle, pomimo zdjętych słuchawek i hałasu wokół, Fruzia zaczyna odpływać.
Ale obrazek!, myślę sobie i uśmiecham się do siebie.
Chodzę po stadionowej kawiarni w tę i z powrotem.
Kibice w ogóle nie zwracają na nas uwagi. Pełny luz. Żadnych krzywych spojrzeń z serii "wyrodna matka trzyma dziecko w takim miejscu, w środku nocy". Mimo wszystko cieszę się, że nikt z teamu adopcyjnego nas tu nie widzi. A przynajmniej taką mam nadzieję.
Po ostatnim biegu wraca do nas Mąż Mój i zaczyna bacznie mi się przyglądać.
- Wyglądasz jak Matka Boska - wyznaje w końcu.
O tak. Zdecydowanie. W uwalanej bananem bluzie, potarganych włosach i trampkach muszę przypominać nie tylko matkę, ale i jeszcze boską.
To chyba jednak był komplement, więc rewanżuję się uprzejmie:
- A ty wyglądasz jak Święty Józef.
Po czym oboje zerkamy na nasze dzieciątko. Biała bluza z kapturem i jeansowe ogrodniczki.

Wizualnie jej chyba najbliżej do nowego wizerunku...