O zębaczu

- Pokaż, Fruzino, co tam masz w buzi - zagaiłam uprzejmie do córki wiedziona nagłą intuicją.
Fruzia natychmiast zassała mój palec wskazujący, za nic sobie mając bon ton, który mówi, że ludzkich palców to się raczej nie je. Prawdopodobnie był to odwet za pogwałcenie przez matkę tegoż samego bon tonu, który mówi również, że nie grzebie się innym ludziom w buzi, nawet tym ludziom w wersji mini. Rewanż czy nie, zassało dziecię ten palec, pomemłało i wypluło. Tych kilka sekund wystarczyło mi jednak na dogłębną analizę stanu jej jamy ustnej.
- Jest, jest, Fruzino, mamy zęba! - wykrzyknęłam radośnie, błyskawicznie dopisując sobie zasługi córki w temacie zębnej produkcji.
Jak na komendę, mała uśmiechnęła się lekko pobłażliwie od ucha do ucha, jakby chciała powiedzieć, że przecież dlatego pojękiwałam w nocy przez sen, niedomyślna matko!

- Mamuśko, Mamuśko, wczoraj Fruzi wyszedł ząb! - poinformowałam entuzjastycznie dzisiejszego poranka.
Mama stała akurat w kolejce w sklepie.
- To wspaniale! - ucieszyła się.
I natychmiast przeszła do praktycznych pytań:
- Kto znalazł?
- Ja - odrzekłam dumnie.
- W takim razie mąż musi ci kupić prezent - oświadczyła z mocą Rodzicielka. - Taki jest zwyczaj.

Jestem przekonana, że Mamuśka uważa ten zwyczaj za obowiązujący na całym świecie i we wszystkich wyznaniach. Ja usłyszałam o nim po raz pierwszy w życiu tuż przed ich wizytą w Krainie Deszczu, jako że Mamuśka postanowiła, że to ona znajdzie ten pierwszy ząb i wtedy to jej przypadnie w udziale nagroda.

Fruzia, jak widać, miała inne postanowienia. Charakternie wstrzymała się do 25 sierpnia, pokazując światu (= rodzicom) maleńką, białą, ale za to bardzo ostrą lewą dolną jedynkę.

Bezzębne dziąsła odchodzą do lamusa.

O konsekwencjach

- Aghrrrr - wydobywa się z wnętrza Fruzi wraz z chmurą mokrych bąbelków.
Siedzimy w bujanym fotelu. Malutka usiłuje wskrobać się na szczyt oparcia, przy okazji boleśnie depcząc po moim podbrzuszu. Głową wywija na oślep, prawo, lewo, góra, lewo, prawo, dół, góra...
- Fruzino droga, zaraz przywalisz w moją osobistę głowę - ostrzegam ją lojalnie. - Będzie płacz i zgrzytanie bezzębnymi dziąsłami.
- Aghrrrr, aghrrrrr - odpowiada mi na to niefrasobliwe dziecię.
Chwilę później następuje zbliżenie pierwszego stopnia i wielkie łuuuup.
Gwiazdki pokazują mi się przed oczami, bezgłośnie mielę w ustach jakieś przekleństwo.
Przez ułamek sekundy dziecię patrzy na mnie zdziwiona, a kiedy do jej małego mózgu dociera sygnał 'boli', zaczyna rozpaczliwie płakać.
Tulę ją, rozcieram czerwone czółko i tłumaczę:
- Przecież od razu ci mówiłam, że tak będzie.* Nie można tak postępować. Wiem, że boli, ale...
- Łeeeeee! Łeeeeee! - zawodzi Fruzia.
- No już, już - całuję ją po małej buźce. - ... ale trzeba ponosić konsekwencje swoich niekontrolowanych i lekkomyślnych zachowań...
- Łeeee! Aghrrrr! - rzuca Fruzina, powoli się uspokajając.
I ponownie zaczyna wdrapywać się na szczyt oparcia, wbijając mi stopy w powłoki brzuszne.

Cóż, niech ci będzie. Wrócimy do tej rozmowy później.

Za jakieś 15 lat.

* Muszę mieć się na baczności. Niepokojąco zaczynam słyszeć we własnych wywodach Ojca Dyrektora...

Rodzinne dialogi (1)

- Ależ macie ładne i fajne dziecko! - westchnęła po raz setny Mamuśka, siedząc po drugiej stronie monitora.
Fruzia usiłowała właśnie zjeść klawiaturę od laptopa.
- Eeee... - machnęłam niedbale dłonią. - My przecież tylko takie robimy...

Wystarczy spojrzeć na Rudolfa...

Wieczorem Inżynier długo przypatruje się córce.
-Wiesz co? - mówi w końcu. - My nigdy nie zrobilibyśmy tak fajnego dziecka!

Czyżby Ten u Góry jednak wiedział, co robi?

***
Sadzam Fruzię w wózku, Mamuśkę w monitorze na blacie kuchennym, oczywiście w pozycji "na malutką", a sama przygotowuję sobie śniadanie. Jak co dzień plotkujemy z Mamą o wszystkim i o niczym.
- Co będziesz jadła? - pyta Rodzicielka.
- Owsiankę z bananem i morelą - mówię.
Podtykam miseczkę z owocami pod kamerę i dumnie prezentuję gotowy posiłek.
- Owsiankę! - ironicznie powtarza Mamuśka. - Lepiej byś sobie chleb z serem i szyneczką zjadła, coś porządnego, jakieś warzywka...
- Mamuśko! - burzę się natychmiast. - To najzdrowsze i najbardziej pożywne śniadanie na świecie, a ty jeszcze marudzisz! No wiesz! Może te twoje jajeczka powinnam jeszcze dorzucić, co? - teraz to ja rzucam sarkastyczną uwagę.
Rodzicielka milknie.
Już, już zaczynam żałować, że tak na nią wyskoczyłam, kiedy Mamuśka wypala z diabłem w oczach:
- Eeee... Mów co chcesz. To psie gówno, a nie śniadanie!

W domyśle: "smacznego, córeczko!"

***
U nas nad ranem była taka burza, że jak wyszłam do kuchni, to była cała w ogniu, doniosła pewnego dnia Mama. Przypatrywałam się tej treści chwilę, zanim zdecydowałam się zadzwonić. Pewnie nic takiego, ale sprawdzę na wszelki wypadek, pomyślałam.
- Kochanie, czegoś takiego to jeszcze nie przeżyłam! - zaczęła Mama, a mnie już się gęba uśmiechnęła na dźwięk jej przejętego głosu. - W blok obok chyba musiał grzmotnąć piorun, bo raptem był taki huk, że mi w głowie zadzwoniło, a cała kuchnia zrobiła się pomarańczowa, jakby w płomieniach stanęła!
- Ale nic się nie zapaliło? - upewniam się.
- No nie, oczywiście, że nie, ale przysięgam, przez chwilę mi się wydawało, że mnie żywcem do piekła wzięli! - wyznała Mama.

Zarząd piekła musiałby na głowę upaść, żeby ją brać do siebie.
Mamuśka szybko dokonałaby zamachu stanu i przejęła stery...

***
Fruzia rozrabia wieczorem na kolanach Inżyniera. Widzimy w końcu, że zaczyna trzeć powieki. Dla nas to oczywisty znak, że robi się zmęczona.
- Idziemy do łóżeczka? - pytam retorycznie Fruzię, bo decyzja i tak już została podjęta.

Ledwie stawiam w powietrzu znak zapytania, a malutka w ułamku sekundy gwałtownie potrząsa głową na prawo i lewo, wydając z siebie niekontrolowane i przeciągłe neeeeeee!

Czyżby pierwszy... bunt?