O tym, że czas się pośmiać

Może powinnam napisać poradnik dla adoptujących po raz kolejny. Tym bardziej, że oficjalnie to nawet nie jesteśmy w Stage One, a doświadczeń z drugiego frontu adopcyjnego mamy już całkiem sporo. Więc (- Nie zaczynajcie zdania od so...! - grzmiałam nie dalej niż dziś o szesnastej na zajęciach z pisania) kiedy dobrniemy do końca tej imprezy, to będziemy już adoptersami pełną gębą. Gdyż (-... ani od because!) na razie to my nic o adopcji nie wiemy. To znaczy wiemy. Ale (- ... taaaa...) chyba nie to, co sądziliśmy, że wiemy.

Może w Waszym przypadku będzie inaczej. Na pewno będzie. Choć w zasadzie może i nie. W ogóle nie sugerujcie się tym, co ja Wam tutaj wypisuję, bo może się okazać, że to wszystko to nieprawda jest. Że na przykład (boszeeeee, zapomniałam im powiedzieć, żeby nie zaczynali od że!) przy drugiej adopcji to powinno być średnio o dwa miesiące krócej, no i chyba mniej tych papierów, bo przecież już WSZYSTKO o waszym życiu napisaliście / zostało napisane. I nawet książka z tego powstała, pod wdzięcznym tytułem PAR - Prospective Adopters Report, która w rankingach czytelniczych przebija blog Jasona Hunta. Nie wierzcie w to. To znaczy PAR jest, przebija Jasona, ale nie wierzcie, że to już wszystko albo że będzie krócej. Bo może się okazać, że będzie tak samo długo albo na przykład ... jeszcze dłużej. I że trzeba będzie napisać sequel PAR. Nie byle jakie aneksidło. Nową powieść się napisze, wszak nowe wydawnictwo, nowe pisarskie możliwości, a co tam, jak szaleć to szaleć.

Więc nie wierzcie w nic, co ja Wam tutaj. Lepiej się pośmiejcie, bo to będzie jedyny punkt mojego poradnika dla adoptersów po raz drugi. Śmiejcie się, kochani, bo nic innego Wam nie zostało. (Koniec poradnika.)

Ja już nawet sama nie wiem, co konkretnie najbardziej mnie rozśmiesza w tym wszystkim, ale bardzo rozbawiła mnie prośba o to, abyśmy opisali nasz związek. Zanim w ogóle pomyślałam o nas, wyobraziłam sobie Mamuśkę i Ojca Dyrektora, Wielkiego Brata i Bratową oraz Handziuka i Marcina czule rozprawiających na temat swoich wzajemnych zalet i wad - za radą speców od rekrutacji przekutych w zalety. Zakładam, że żadne z nich nie powstrzymałoby jednak tego wybuchu autentycznej radości, którą ja zdołałam stłumić. Potem rozweselił mnie Mąż Mój, który z troską w głosie zaproponował:
- A masz to wszystko tak zachowane [z poprzedniego życia - przyp.red.], żeby zrobić kopiuj -wklej?
Bo się biedak szczerze zatroskał, że będę musiała o tych naszych życiach znów pisać od nowa, po nocach. A on wolałby naszym piątkowym zwyczajem wypić ze mną (teoretycznie moje) piwo ("przecież całego nie dasz rady, co?") Ja też bym wolała. A potem jeszcze zastanawiał się ten Mój Mąż, czy W Registration of Expression of Interest powinniśmy wpisać bisexual w rubryce dotyczącej orientacji. Tak dla sprawdzenia, czy taka informacja rzeczywiście nie rzutuje na postrzeganie nas jako rodziców. Ostatecznie jednak zostawiamy sobie tę wisienkę na torcie na proces adopcyjny numer trzy, gdyż: a) procesu numer trzy raczej na pewno nie będzie, jeśli okażemy się być ludźmi przytomnymi umysłowo, b) ten trzeci raz podejdziemy do tego na takim luzie, że zrobimy wszystko to, co podpowie nam fantazja, na przykład będziemy absolutnie szczerzy we wszystkim, co mówimy. Będzie zabawa.

Jest jeszcze całe mnóstwo rzeczy, które mnie bawią. Rudolf będzie musiał przejść przez kolejny assessment. (Znów musimy być dla niego mili.) Być może będziemy musieli skorzystać z podpowiedzi, aby nabyć jeszcze więcej doświadczenia w opiece nad dziećmi lub poprzebywać w otoczeniu innych - również adoptowanych - dzieci. Jak bowiem mówi Święta Księga Adoptersów, takiego doświadczenia nigdy za wiele. Nawet jeśli trzy lata pracowało się w sali z bejbikami, w domu ma sie trzylatkę, a w rodzinie i wśród znajomych całe mnóstwo jej podobnych. (Tak, ten punkt chyba jednak wygrywa w moim rankingu przezabawnych aspektów adopcji numer dwa). Referentów musimy wskazać tylu (aktualnie pięciu osobistych plus Różowa Chmurka jako referent Fruzi, Różowa Chmurka jako mój referent w kwestii opieki nad dziećmi plus aktualni pracodawcy), że jeszcze chwila, a zabrakłoby nam krewnych i znajomych królika w Krainie Deszczu.

A dodatkową atrakcją do tego wesołego miasteczka jest fakt, że jeśli przy ekspresowej adopcji Fruzi opieka społeczna była aktywnie zaangażowana w nasze życie przez równo dwa lata, to przy Early Permanence jest szansa, że będzie to trwało... sam Bóg i Karma raczą wiedzieć, jak długo.

A zatem śmiejcie się z nami, bo właśnie sobie uświadomiłam, co uczyniliśmy.

PS. Drugi, bierz to na klatę. Czekamy.

O powrotach do początków

Wieczór, leżę na kanapie otulona kołdrą. Fruzia wciąż jeszcze nie śpi i w zasadzie trudno powiedzieć, czy w ogóle zamierza to dziś uczynić. Na pewno jednak chce się bawić i wciągnąć w tę zabawę nas. Inżynier robi kolację, więc pada na mnie.
- Mummy, chodź playing - zachęca.
Jej mantra. Tysiąc pięćset sto dziewięćset razy dziennie.
- Pobawmy się w spanie - chwytam się jakże sprytnego i wyświechtanego przez rodziców sloganu.
Fruzia, o dziwo, chętnie się zgadza. Natychmiast wślizguje się pod moją kołdrę i zarządza:
- I mummy, you baby.
Och.
- Dobrze... Łaaaa łaaaaa łaaaaaaaaa! - zaczynam zawodzić głosem zmęczonego rodzica. To znaczy bejbika.
Fruzia natychmiast wczuwa się w rolę i zaczyna mnie uspokajać.
- Ciiiii.... ciiii... ciiii...
Głaszcze mnie. Delikatnie i czule. Po głowie i ramieniu.
- Ok, baby? - pyta cichutko.
- Ok, mummy - odpowiadam na wpół sennie.
Jestem dziś tak zmęczona, że niewiele mi potrzeba, abym odpłynęła w niebyt. Fruzia jakby zapamiętuje się w tym głaskaniu, robi się cicho, a ona wciąż delikatnie utula mnie do snu. Spod wpół przymkniętych powiek widzę, jak lekko pochyla się nade mną, patrzy na mnie z uczuciem, cała jest tym lulaniem, tą chwilą i tą ciszą. A ja zamykam oczy i na kilka sekund zawieszam się pomiędzy tym, co teraz, a tym, co kiedyś; pomiędzy jawą a snem; pomiędzy życiami. Wszystko zlewa mi się w jedno. Błogość rozlewa się po wszystkich komórkach mojego ciała, jest ciepło, bezpiecznie. Mam wrażenie, że znów jestem mała, i że to Mamuśka jest przy mnie, że to ona kładzie na mnie swoje dłonie, że to ona uspokaja i kołysze. Zupełnie jak kiedyś, kiedy nie mogłam zasnąć albo dręczyły mnie dziecięce niepokoje. Płynę tak przez chwilę, zanim do rzeczywistości nie przywołuje mnie głos Fruzi.

- Mummy, chodź playing! - krzyczy radośnie.
Ponownie jesteśmy mamą i córką w tym obecnym, przywróconym porządku.

Ale życie to tylko dwie chwile, które mają moc odwracania ról.

Kiedyś znów możemy być w takim momencie. Oblepione atmosferą i zapachem domu i kolacji przygotowywanej przez niego, zawinięte w kołdrę i poczucie bezpieczeństwa. Ona, oby jak najstarsza, ale przecież ta sama, będzie tuliła mnie do snu, jak teraz ja ją. Spokojne odpływanie w niepamięć, bez lęku i chwiejnych emocji.

A potem powrót do Mamy.

Kiedyś, na sam koniec końca, właśnie tego bym chciała.

O rąbku spódnicy u baletnicy

Pierwsza lekcja. Fruzia jest wyraźnie zaintrygowana tym, co dzieje się w poczekalni, choć raczej nie wie, o co nam chodzi, mnie i Husi, kiedy podekscytowane w kółko odmieniamy 'balet' przez wszystkie przypadki. Wie natomiast, i komunikuje to całkiem otwarcie wyrazem twarzy, że ona też chce taki różowy strój prawdziwej tancerki. Czuję, że informacja na stronie studia dotycząca legginsów i wygodnej koszulki jako obowiązkowego stroju dla małolatów to tylko taki chwyt marketingowy, bo wszystkie przedszkolaki paradują już po poczekalni w baletowych wdziankach. A kiedy instruktorka wita się z Fruzią i mówi:
- ... a jak ci się spodoba, to może poprosimy mamę, żeby też kupiła ci taki strój, co ty na to?
... to ja już wiem, że jeszcze tego samego dnia będę szukać jej tych różowych sukienusi i balerinek, wbrew własnym postanowieniom, że przecież nie o ubiór tu chodzi, a o ruch. Bo myślę sobie, że nam to może chodzi o ruch, ale Fruzi to już bardziej o to, żeby było tak jak u całej reszty. Zasada małych ludzi - dopasować się.
Instruktorka prosi małe tancerki o ustawienie się gęsiego i zabiera je do sali. Wyglądają obłędnie - różowo-beżowe krasnale, w tiulach i błyszczących, obcisłych kostiumach, oblekających ich szczupłe ciałka. Włosy gładko zaczesane go góry u tych, u których to możliwe, bo Fruzine kosmyki wymykają się spod najlepszych spinek i żyją własnym życiem. Mała ociąga się trochę, chce iść, to pewne, ją zawsze ciągnie w kierunku dzieci, ale chce iść ze mną, więc prowadzę ją do sali (w nadziei, że choć przez chwilę będę mogła zobaczyć, co one tam robią). Chwilę później już kucam, patrzę jej w oczy i mówię, że teraz sobie potańczy z grupą, a ja poczekam za drzwiami. Buziak, pa pa, wychodzę. Nic się nie dzieje, więc wiem, że jest dobrze. W poczekalni omawiamy z Husią przyszłe ścieżki rozwoju sportowego Fruzi. Obie raczej wątpimy w jej karierę baletową, bo Fruzia bardziej kojarzy nam się z wulkanem, ale ostatecznie kto je tam wie. Te baletnice. Kto wie, co w nich drzemie, osobiście nie znam żadnej, więc może jeszcze się zdziwimy.
Po skończonej lekcji tancerki 3+ wypadają z sali biegiem i każda natychmiast bezbłędnie lokalizuje własną matkę, rzucając się w jej ramiona z krzykiem.
- Mummy! - wrzeszczy Fruzia.
Cała jest radością, więc pytam tylko pro forma, czy jej się podobało. Kiwa głową, że tak.
- A opowiesz nam, co robiliście?
- Nothing - słyszymy.

Dwa dni później. Pierwsza lekcja. Te sobotnie, z Inżynierem, to był wstęp do prawdziwych treningów, tego dnia zaczynamy ciężką harówkę w kierunku potrójnego złota olimpijskiego. Intruktorki proszą mnie, żebym brała udział w sesji, bo to jej pierwszy raz na zorganizowanych zajęciach, a jeśli będzie dobrze, to dostanę przepustkę na kawę na balkonie. Zamiast tej kawy, oczyma wyobraźni widzę długopis i mój różowy zeszyt do myśli nieuczesanych, bo tamtego dnia jeszcze nie wiem, o litości!, że jestem z tych matek, co to czują większą potrzebę, żeby się jednak gapić z tego balkonu i cieszyć jej osiągnięciami na linowych drabinkach. Tymczasem rozgrzewamy się razem, ćwiczymy, pomagam jej włożyć szarfę, Fruzia myli kolory, choć przecież dobrze je zna, a potem siadam na dywanie obok Husi, bo widzę, że moja obecność tylko ją rozprasza.
Jesteśmy z Husią zaskoczone. Po rozgrzewce, która wyglądała jak typowe zabawy trzylatków, dzieci przechodzą od stacji do stacji i wykonują różnorodne zestawy ćwiczeń. Na kozłach, małych równoważniach, drabinkach. Muszą skakać, podciągać się, celować, rzucać, wchodzić, schodzić, trzymać równowagę, balansować, czołgać się... To naprawdę wygląda jak lekcja gimnastyki.
- Husiu, czy ty też to widzisz? - pytam z zadumą w głosie. - Przecież one mają po trzy, cztery lata!
- No! - mówi Husia w podobnym tonie. - Jak ja im zazdroszczę!
Po czym oddajemy się filozoficznej dyskusji o naszych zmarnowanych talentach, zmarnowanych dzieciństwach i zmarnowanej przyszłości. O zmarnowanym życiu, mówiąc krótko.
- Dlaczego nikt nie posłał mnie na gimnastykę, kiedy byłam mała?? - wyrzuca z siebie Husia, lat piętnaście.
- Dlaczego nikt nie dostrzegł we mnie w ogóle jakiegokolwiek talentu?? - wtóruję jej żałośnie ja, lat trzydzieści pięć plus. A następnie dorzucam z pasją w głosie:
- Husiu, ty przynajmniej masz życie przed sobą, pal licho z czasami mini, jesteś nastolatką, jeszcze możesz wszystko, pamiętaj, możesz wszystko!! ZRÓB COŚ ZE SWOIM ŻYCIEM!!
I kiedy już czuję się jak kołcz wszechczasów, wybuchamy śmiechem. Jeszcze kilka słów z serii 'co powiedziałam Husi', a Wielki Brat na zawsze usunie mnie z rodzinnej fotografii.

Lekcja czwarta. Wdzianko dopiero się skompletowało, bo sprytna matka tak to wymyśliła, że część stroju baletowego udaje strój na gimnastykę. Albo odwrotnie. W środy tiule i baletki, w piątki tylko body i bose stopy. Fruzia kręci w poczekalni piruety własnej produkcji, szczęśliwa, że wygląda jak reszta stale rozrastającej się drużyny. Ale Fruzia jest Fruzią i swoim zachowaniem potwierdza, że miałyśmy z Husią rację - balet to raczej chwilowe hobby. Zamiast z gracją płynąć w kierunku instruktorki, Fruzia ustawia się w szeregu krasali, jedną ręką nieustannie poprawiając sobie gumkę od majtek, a drugą pakując sobie brzeg tiulowej kiecy do buzi. A pod pachą trzyma mocno podduszonego królika, którego umyśliła sobie zabrać ze sobą.

Zaprawdę powiadam Wam, jeśli to jednak będzie balet, to Fruzia z pewnością zapoczątkuje jakiś nowy jego nurt.

Lekcja czwarta. Stoję na balkonie i staram się nie nawiązywać kontaktu wzrokowego z Fruzią, która od czasu do czasu przypomina sobie, że tam jestem, robi sobie przerwę w ćwiczeniach i macha do mnie zapamiętale. Odmachuję tak delikatnie, tak leciutko, żeby nie czuła się zawiedziona i natychmiast pokazuję jej na migi, że ma patrzeć na instruktorkę. Jak to dobrze, że takich jak ja jest więcej, że nikt nie karci mnie wzrokiem, a jedynie śle pokrzepiające półuśmiechy, mające znaczyć, że oni też nie potrafią ignorować tych niedozwolonych znaków z dołu sali.
Fascynują mnie te ich zmagania, siłą woli przypominam sobie o tej kawie, która stygnie na stoliku tuż za moimi plecami. Przedszkolaki włażą na wysokie kozły, a kiedy dotrą na szczyt, ześlizgują się do basenu wypełnionego gąbkami. Sami muszę dobrnąć do drugiego brzegu i wdrapać się po drabince do góry. Pokonują na czworakach tunele. Bujają się na kółkach gimnastycznych. Robią kontrolowane przewroty na drążkach. Wielkimi susami pokonują poziome drabinki, które mnie osobiście doprowadzają do drżenia komór na placach zabaw.
Czuję rosnącą dumę. Jeszcze tydzień wcześniej jedna z prowadzących zawołała mnie na dół, żebym pomogła Fruzi wejść na drabinki, na których młoda w połowie trasy zwątpiła we własne umiejętności. Dziś stawia stopy ostrożnie, ale bez wahania, nie przystaje, widzę, że daje radę, wcale mnie tam nie potrzebuje. Może tylko po to, żebym uniosła kciuki w górę na znak, że widziałam. Instruktorka bezbłędnie wyłapuje to jej pokonanie siebie, bije jej brawo i przybija piątkę.

Dwie lekcje później, lekko trzymając instruktorkę za rękę, Fruzia przewędruje całą długość całkiem dorosłej równoważni swobodnym i pewnym krokiem.


Różowy notes ma pozaginane kartki i jest potwornie oblepiony żelkami i lizakami pałętającymi się na dnie mojej torby. Niewiele w nim ostatnio zapisałam. Stanie na balkonie wciąga.

O zaklinaniu

- Weź mi przestań szczoteczki przestawiać, dobra? - zagaił on pewnego poranka.
- Przestawiać? - zdziwiłam się. - A co ja niby z nimi robię?
- Rozdzielasz je.
Chwila ciszy.
- Rozdzielasz je, a ja zawsze stawiam je w kubku razem, zwrócone w tym samym kierunku.
Patrzę na niego uważnie.
- No wiesz... żeby nic nas nigdy nie rozdzieliło... - mówi tak trochę niewyraźnie.

- A ja zawsze, kiedy wsiadam za kółko - mówię do niego po chwili - mantruję do siebie półgłosem, żeby On prowadził nas bezpiecznie po swoich drogach - Ciebie, Fruzię i mnie. Mówię to za każdym razem. Kiedy jadę w tę i kiedy jadę z powrotem, rano i wieczorem, zawsze. To jedyna modlitwa, którą mówię z taką regularnością.

Zapewne jest na to jakaś nazwa. Być może to zaburzenie psychiczne albo nieuleczalne natręctwo. Na pewno ktoś to już ładnie ujął w ramki, definicje i umieścił w Wikipedii.

Ale po jedenastu latach razem to najprzyjemniejsze wspólne wariactwo, jakie byłabym w stanie wymyślić.

O tym, że do mety jeszcze 42 km

Fruzia poinformowała wczoraj Nianię, że pojechaliśmy po Baby Sister. Obawiam się, Drugi Potomku, że masz aktualnie nowy pseudonim artystyczny, niezależnie od Twojej faktycznej płci. Tasman chyba naprawdę sądziła, że przywieziemy ze sobą dziecko, choć z drugiej strony, jako że sama jest dzieckiem, płynnie przeszła do porządku dziennego nad faktem braku rodzeństwa.

Coś mi się wydaje, że dla niektórych to będzie długi rok.

I to nie tylko dla niej. Wczorajsza Introdukcja do Adopcji, że tak sobie pozwolę sparafrazować naszą Kaczkę (Kaczka naszym dobrem publicznym, z którego należy czerpać), którą to (Introdukcją, nie Kaczką) w ferworze codzienności nie było czasu się przejąć, przypomniała nam wiele. Na przykład to, co nas czeka, i to, co czasem umyka, a o czym powinniśmy pamiętać.
- Chwilami zupełnie zapominam, że tak naprawdę to niewiele wiemy o tym jej życiu przed. I że pewne rzeczy mogą wynikać z tego, czego możemy się albo domyślać, albo tylko zgadywać. I że są obszary, w których ona być może nigdy w swoim życiu nie będzie w stanie zapełnić pewnych luk.

A przecież ma być jeszcze bardziej nieprzewidywalnie, z jeszcze większą liczbą dziur do połatania.

Mamuśka z wrażenia zasłoniła sobie dłońmi pół twarzy, kiedy usłyszała od Inżyniera - który aż nie mógł powstrzymać nadmiernego optymizmu - że hej, a co byś Babciu Teściowo powiedziała na dwójkę nowych wnucząt? Ręce mi opadły, bo przecież... ejże, co ty wygadujesz? Myślałam, że na razie nie mówimy nikomu o naszych ambicjach?! Wam też miałam nie mówić. Ale skoro on nie może utrzymać języka za zębami...
Mamuśka popatrzyła na nas niepewnie.
- Dasz radę jeszcze z dwoma? - zapytałam, poddając się.
- Ja tak, oczywiście, skoro kocham ich wszystkich, to będę kochać kolejnych, ale wy dzieci... wy się pozabijacie sami z trójką, bez pomocy babć!
Och. Ma rację, Babcia Jedna! Ale co robić, panie, kiedy ktoś ci podsuwa taką myśl, a ona pada sobie spokojnie na podatny grunt i rośnie w tempie niemożliwego do wytępienia chwasta? Co robić?

Jak dobrze, że wciąż jednak jestem trzeźwa. (Inżynier chyba też, choć głowy nie dam sobie uciąć.) Bardzo chłodno przewiduję, że elastyczność adopcyjnego teamu ma swoje granice i nikt przy zdrowych zmysłach nie da nam dwójki dzieci na aktualny metraż Piątej.

Chyba że... wiecie... znajdzie się jakiś szalony osobnik... bo różnie to w życiu bywa... Wtedy to już nie będzie nasza wina, że się zgodzili! (Ale jednak przyjrzę się temu komuś podejrzliwie.)

Siedziałam tam wczoraj, słuchając adopcyjnego rodzica trójki dzieci i nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że jeśli człowiek tam wraca, to to już nie jest tylko sposób, w jaki twoje dziecko znalazło się w waszej rodzinie. Po drugim, trzecim, czy - jak w przypadku naszej prowadzącej - piątym dziecku, to już jest sposób życia. Taki lifestyle. Podobno od wszystkiego można się uzależnić, no kto by pomyślał. Próbowałam też wyobrazić sobie Drugiego. I Trzeciego, tak na wszelki wypadek. Usiłowałam zobaczyć ich razem z Fruzią, ale widzę tylko niewyraźne kształty obok roześmianej buzi Tasmana. Widzę ją pochylającą się nad nim/i z tą jej czułością malutkiej mamy. A zaraz potem, jak się wścieka, bo zabrali jej zabawkę, którą od pół roku przecież w ogóle się nie bawi, ale właśnie teraz ma ochotę, mummyyyyyyy! Jeden z tych wyobrażonych ma buzię Czekoladki z Różowej. Tej samej Czekoladki, która została ostatnim moim key child w Chmurce. Czekoladka jest jeszcze w grupie Fruzi, za 3 miesiące rusza do szkoły. Tasman skarżyła mi ostatnio na niego, chyba nie chciał się z nią bawić, a ja... ja byłam rozbawiona. Wtedy, za czasów Czekoladki, Fruzi jeszcze nie było na świecie. Dziś trudno przewidzieć, kto z tej rodziny już jest, a kogo jeszcze nie ma.

Obejrzeliśmy dwa krótkie filmy o zdrowych i niestabilnych więziach. Still Face Experiment i Strange Situation Experiment wstrząsnęły mną w środku, choć nie dzieje się w nich nic drastycznego. Problem w tym, że ja wszędzie widzę Fruzię. Nawet w tym gumowym bobasie, którego prowadząca nosiła, tuliła, wkładała do łóżeczka i - mam wrażenie, że nieświadomie, jakby odruchowo - uspokajająco poklepywała po plecach, kiedy prezentowała nam healthy attachment cycle, czyli jak wygląda zdrowe budowanie więzi z niemowlęciem.
- Więź nie powstaje po dwóch zaspokojeniach potrzeb dziecka. Więź powstaje w procesie nieustannego, często nieuświadomionego wręcz zaspokajania potrzeb dziecka. Setki razy, tysiące razy, kiedy słaniając się ze zmęczenia idziesz robić kolejną butelkę mleka albo zmieniasz kolejną pieluchę.

Nieustannie od trzech lat i dwóch tygodni. And still counting.

Znów tam byliśmy, tak spokojni i pewni tego, że tak właśnie ma być. W pewnym momencie byliśmy o krok od decyzji o kolejnej próbie ivf. To było wtedy, kiedy tak wiele razy powtarzano nam, że na chwilę obecną nie, przykro nam, ale sami rozumiecie, lepiej za kilka lat, jak ona pójdzie do szkoły, a najlepiej, gdybyśmy poczekali jeszcze trochę dłużej. Poczuliśmy, że wizja Drugiego odsuwa się od nas na drugi koniec świata. Bo życie jest życiem. W ciągu kilku lat może zdarzyć się tyle, że Drugiego może nigdy dla nas nie być. Albo nas dla niego. Poszperałam, podzwoniłam, napisałam. Do Czech. Miałam się zgłosić do kliniki na histeroskopię w czerwcu zeszłego roku.

Przez jakiś tydzień nawet o tym myśleliśmy. Nawet z niejakim entuzjazmem, że skoro nie tamtymi drzwiami, to może tymi. Adoptujmy zarodek. To też rodzaj adopcji. Choć czułam jakiś bezsensowny wyrzut. Niepokój. Sama nie wiem, co.

Bo.

Bo to jednak nie to samo. To już nie była nasza droga. Zaskakujące, ale zupełnie naturalnie straciliśmy zainteresowanie tematem, żeby nie powiedzieć wprost, że o nim... zapomnieliśmy. Któregoś dnia on zapytał, czy nadal w to wchodzimy.
- Wiesz coooo... - zaczęłam. - Myślę, że nie. A ty co sądzisz?
- To samo. Odpuśćmy, kompletnie tego nie widzę.

Pamiętam, że mi wtedy ulżyło, że ona nigdy nie będzie musiała zadać nam pytania, dlaczego po jej adopcji wciąż chciałam urodzić dziecko. Nie, kochanie, nie chciałam. Wtedy pomyślałam tylko, że to może być jedyna opcja. Nie chciałam i nie chcę. Ja i tata chcemy znaleźć twoje rodzeństwo tak samo, jak znaleźliśmy ciebie. Dokładnie w taki sam sposób.

Więc znów tam byliśmy. To nawet nie cały krok, a pół. Pół kroku w drodze do mety maratonu. Już wiem, czym to pachnie, ale ostatecznie dopiero po raz pierwszy biegniemy nasz drugi maraton. Dystans znany i oswojony, ale trasa inna i raczej na pewno bardziej wyboista.

Ale za to doskonale wiemy, jaka satysfakcja czeka na finiszu.

Nasza rodzina - by Fruzia

Fruzia zmienia zeznania co do tego, kto jest kto na obrazku poniżej, ale jedno jest pewne - są tam wszyscy: mummy, daddy, Fruzia, Rudolf oraz BABY SISTER (chyba wciąż w moim/czyimś brzuchu, choć mnie nic o tym nie wiadomo!). Bo tak jakby nie ma negocjacji - ma być sister i koniec. A ona będzie ją karmić, przewijać i -  och! - utulać do snu, jeśli zapłacze!

I jak my to wytłumaczymy na jutrzejszym szkoleniu dla (ponownych) adoptersów??



PS. Odniosę się do Waszych komentarzy z poprzednich postów jutro. Czytam, nie ignoruję - tylko nie ogarniam :-)

O mistrzyni zen

Wychodzę z dziewczynami z naszego centrum rozrywki wszelakiej. Zabukowałyśmy właśnie sesję na ściance wspinaczkowej dla Husi i zmierzamy do samochodu. Fruzia dzikuje, jak na dzika przystało, więc upominam ją po raz setny, że tu jeżdżą samochody i ma trzymać mnie za rękę, ale dziewczę wie swoje, podskakuje, próbuje się mnie pozbyć, więc szybko podrywam ją  do góry i zanoszę do auta. Tam pakuję ją do fotelika, tradycyjnie rzucając kluczyki na siedzenie pasażera, żebym nie wybiła nimi komuś oka w trakcie akrobacji Fruzi, wręczam młodzieży lizaka, a potem zamykam drzwi i mówię stojącej z drugiej strony auta Gwieździe, że może wsiadać.
- Ale jest zamknięte - mówi ona.
Jeszcze niczego nie podejrzewając, podchodzę do niej i próbuję otworzyć samochód z jej strony. Nie mogę.
- O fuck! - mówię tylko.
Sprawdzam wszystkie drzwi.
- Fuck!

A kluczyki na przednim siedzeniu pasażera.

Nie myślę. W ogóle nie myślę o tym, że pewnie trzeba będzie wybijać szybę albo czekać na specjalistów od ratowania blondynek. Nie myślę nawet o tym, że jestem blondynką, bo czasem to aż nazbyt oczywiste. Myślę tylko i wyłącznie o tym, że Fruzia zamknięta jest w Blaszaku, do którego nie mogę się dostać i jeśli tylko się zorientuje, co jest grane, przestraszy się i będzie płakać. A ja nie będę mogła jej pomóc, o mój boszeeee, ratunku, co ja wtedy zrobię... (Oczywiście w wyobraźni już widzę, jak Fruzia leje łzy i z rozpaczy rzuca się na szybę auta.)
- Pędzę do recepcji, może coś mi poradzą, zostań tu z nią i w razie czego zagaduj - rzucam do Husi i już biegnę z powrotem do centrum.
W budynku bardzo nie po angielsku przerywam rozmowę recepcjonistce i klientowi. Zdenerwowanym głosem wyjaśniam, co się stało i pytam, czy mogliby mi jakoś pomóc. Babeczka pyta, gdzie jestem ubezpieczona i czy nie chciałabym do nich zadzwonić, żeby przyjechali mnie ratować. Uprzejmie (ha.ha.) wyjaśniam, że w tej chwili to nie jestem niczego pewna, a już na pewno nie tego, czy moje ubezpieczenie pokrywa takie wygłupy. A nawet jeśli tak, to omójbożeiwszyscyświęci, ja mam tam dziecko, nie mam czasu na czekanie na zespół ratujący!
- Ale pani dziecko nie jest takie małe.. - wtrąca się dotąd milczący klient.
Patrzę na niego i natychmiast kojarzę, że kiedy szłyśmy w stronę Blaszaka, on mijał nas i zerkał tak trochę z ciekawością na dzikującą Fruzię. Ha. Teraz to już w ogóle musi mieć o mnie wyrobione zdanie, myślę sobie i nawet przez chwilę chce mi się śmiać.
- ... więc może będzie w stanie otworzyć okno albo drzwi? - kończy.
Aaaa! Aż podskakuję z radości! Czemuż, ach czemuż, Boże i Karmo, obdarzyliście mnie tak małym rozumem? No jasne!
- O boże, no jasne, dziękuję, to przecież takie proste! - piszczę z radości i naprawdę podskakuję w miejscu, a potem zrywam się i pędzę przed siebie.
Serio. Dokładnie tak się zachowuję. Emocje mam czasem aż zanadto na wierzchu. Oni chyba tam jeszcze czegoś takiego nie widzieli.

Dopadam auta. Husia, biedactwo, stoi przy samochodzie, nie wiedząc, co ze sobą począć. Fruzia natomiast siedzi spokojnie w foteliku i je lizaka.
- Fruziu, Fruziu - zagaduję do niej przez szybę, starając się nadać memu głosowi spokojne brzmienie. - Otworzysz szybę, kochanie?
Taaa.
Fruzia uśmiecha się do mnie, majta nogami w fotelu i dalej wsuwa lizaka.
Próbuję wskazać palcem na przycisk, którym normalnie uwielbia się bawić, otwierając okno w trakcie jazdy.
- Otwórz okno, Fruziu, OK? - czuję, że mój głos niebezpiecznie zaczyna się podnosić.
- OK - mówi Fruzia, macha do mnie zadowolona i dalej nic nie robi. Oprócz lizania lizaka, oczywiście.
- Okno, Fruziu, otwórz okno! - niemal krzyczę, stukając jak oszalała w szybę. - Widow, open the window, please!
Może w tym drugim/pierwszym języku szybciej zrozumie?
- CAN YOU OPEN THE WINDOW OR THE DOOR, FRUZIU???? - wrzeszczę.
Tasman macha do mnie radośnie, kiwa głową na tak i dalej nic nie robi. Majta dolnymi kończynami i wygląda jak ktoś, kto właśnie jest na dobrze rozkręconym urlopie. No żesz kurwa jasna!
Zaczynam się histerycznie śmiać.
- Ja tu chyba zaraz zejdę na zawał!
Husia patrzy na mnie niewyraźnie, bo w takiej akcji to na pewno mnie jeszcze nie widziała. Kątem oka dostrzegam, że w samochodzie zaparkowanym maska przy masce do mojego siedzi facet, który przygląda się nam zblazowanym wzrokiem. Mógłbyś człowieku chociaż zapytać, czy potrzebuję pomocy!, myślę sobie trochę bez sensu, bo i w czym miałby mi pomóc?
Tymczasem z budynku wychodzi pani recepcjonistka i pyta, jak toczą się sprawy.
- Cóż, moja córka jest bardzo zrelaksowana i zupełnie nie przejmuje się moimi prośbami - parskam.
Ale do śmiechu mi nie jest wcale. Wciąż wyobrażam sobie, co się stanie, jak się zorientuje.
- Fruziu, wyjdź z fotelika, OK? - krzyczę.
Choć oczywiście staram się NIE. Nie krzyczeć i nie histeryzować. Obawiam się jednak, że średnio mi wychodzi.
- OK! - Fruzia chyba myśli, że to taka zabawa.
Recepcjonistka stoi z boku. Przez szklaną ścianę siłowni spoglądają na nas ciekawie amatorzy rowerów stacjonarnych. Drama queen i przedszkolak uwięziony w aucie to musi być niezłe urozmaicenie nudnego treningu.
Ale... cóż to? Alleluja! Fruzia wreszcie odpina pasy i zeskakuje z fotela.
- Now open the door, OK? - cieszę się.
Próbuje. Drzwi są zablokowane. No jasne, sama je zablokowałam, żeby ich sobie nie otworzyła!
- Kochanie, przejdź do przodu i weź kluczyki! - czuję, że wreszcie zmierzamy w dobrym kierunku, choć głos wciąż mi się trzęsie.
Mała przełazi na fotel pasażera, cały czas ogromnie z siebie zadowolona. Powtarza, że ok, fine, macha do mnie... Cyrk na kółkach! Łapie za kluczyki i klamkę od drzwi jednocześnie.

Otwarte.

Łapię Fruziaka z ulgą, zaczynam się śmiać jak dzika, a potem stawiam małą na ziemi i biegnę uściskać panią z centrum rozrywki wszelakiej za psychiczny doping. Rozrywkę to ona dziś miała przednią.

Oddycham z ulgą i wymownie patrzę na Fruziaka. Młoda dalej zajęta jest lizakiem.
- OK, Fruziu? - pytam.
- OK, mummy - odpowiada wesoło, choć lekko jakby już znudzonym głosem.

No bo przecież cały czas jest OK, a mama wciąż pyta i pyta!

O tym, kogo brakuje

Brakuje nam jej. Mnie szczególnie wtedy, kiedy Fruzia baletuje za zamkniętymi drzwiami, albo kiedy stoję na balkonie, obserwując jej poczynania w sali gimnastycznej, i nie mam z kim skomentować jej akrobatycznych dokonań. Inżynier nie ma z kim sprzeczać się na tematy sportowe (jednocześnie trzęsąc się ze śmiechu, że ona taka buńczuczna i w ogóle po kim ona to ma, no bo chyba nie po ojcu i matce), Fruziak, wychodząc z przedszkola, wciąż pyta "A Husia?" i deklaruje chęć chodzenia z nią do szkoły, jeśli to miałoby przywrócić jej ukochaną przyszywaną siostrę, no i nikt nie zbiera zamówień na herbatę z takim poczuciem misji jak ona. Jaką pijecie? Zieloną, czerwoną, niebieską, czy czarną? Zaprawdę powiadam Wam, hektolitry płynów w kolorach tęczy przelały się przez Piątą Chatkę w ciągu tych kilku tygodni. Nie wiem, czy to przez ten five o'clock, ale Wielki Brat utrzymuje, że jakaś taka europejska wróciła do domu, taka doroślejsza - w domyśle: również bardziej buńczuczna i wymagająca - ale to widocznie już tradycja rodzinna, bo kiedy ja wróciłam z Oxfordu sto lat temu, Mamuśka mówiła dokładnie do samo.
- 18 lat nie mogłam nakłonić jej do picia mleka w jakiejkolwiek formie, a wystarczył jeden wypad do wielkiego świata i proszę - płatki z zimnym mlekiem na śniadanie! - ironizowała.
Husia pewnie pije (jeszcze) więcej herbaty, ale to pewnie nie jedyny powód takiego wyroku. Wielki najbardziej załamał się wizją studiów za granicą, w Szkocji lub Niemczech, bo w tych ostatnich zdecydowanie taniej. Obstawialiśmy Berlin, ale Wielki twierdzi, że puści Husię co najwyżej dwie wsie od Rancza, tam ponoć też można posmakować świata, w końcu on jej trzymać nie będzie (dalej niż smycz pozwala). A to już coś. Jesteśmy o jedną wieś dalej od ostatniej wizyty.

Z Gwiazdą prowadziliśmy dysputy na tematy wszelakie. Dowiedzieliśmy się, czym zajmuje się gimbaza w wolnych chwilach, jaki rodzaj fotografii ją interesuje (proszę, nie pytajcie),
co wszyscy obstawiają na egzaminach w przyszłym roku (charakterystyka!) i dlaczego Jezus jest świetnym bohaterem wypracowania. Barierę językową omówiliśmy na sto czterdzieści pięć sposobów i śmiem twierdzić, że Huśka mogłaby z niej zrobić doktorat. Bariera językowa to zresztą coś, czego Wielki pojąć nie może.
- No, ale czego ty się wstydzisz? Ja was nie kumam. Gdybym ja znał angielski choć w połowie tak jak ty - tu Wielki zwrócił się do córki - gadałbym z każdym i wszędzie. Nawet z kierowcą w autobusie.
Wielki ma coś z Ojca Dyrektora. Teoretycznie nie zna żadnego języka obcego, ale dogada się zawsze. Bez kłopotu, bez barier i z zadziwiającą skutecznością.
Gwiazda tylko wywracała teatralnie oczami, wzdychała i zaczynała litanię "boszeee, tato, jak ty nic nie rozumiesz!" W takich chwilach byłam rozdarta. Bo z jednej strony też wywracałam oczami na równi z Huśką, bo on NAPRAWDĘ nic nie rozumie!, a w duchu łączyłam się solidarnie z Wielkim. Bo psychiczna bariera językowa faktycznie jest bez sensu, jeśli tak się nad nią zastanowić, a do tego w tym Huśkowym przewracaniu oczami widziałam Fruzię za dziesięć lat, kiedy po wakacjach na Ranczo młodzież zaśpiewa nam "boszeeee, jak wy nic nie rozumiecie!" Pamiętaj o tym, Wielki Bracie, kiedy zechcesz triumfalnie wyrzucić z siebie "to teraz wiesz, jak to jest!"

Z każdym kolejnym tygodniem psychiczna bariera językowa stopniowo opuszczała Gwiazdę.
- Bo widzisz, obcokrajowcy to zupełnie inna historia - tłumaczyło mi moje przybrane dziecko. - Ja ich rozumiem prawie bez problemu, a poza tym oni są na takiej samej pozycji jak ja. Ale Brytyjczycy mówią tak, że nie łapię wszystkiego i to mnie dołuje.
Nie pomogły tłumaczenia, że ona dopiero przyjechała, a ja, zanim na dobre i naprawdę zaczęłam rozumieć Brytyjczyków, byłam po ponad dwudziestu latach nauki ich języka, magisterce z filologii i kilku miesiącach mieszkania w Krainie Deszczu. Pod wpływem dylematów Husi zaczęłam się nawet zastanawiać, czy to może ze mną było coś nie tak, skoro to wszystko tak długo trwało, ale potem przypomniałam sobie, że 1. młodzież teraz szybciej dojrzewa, 2. z Internetu zaczęłam regularnie korzystać PO napisaniu magisterki, 3. do momentu matury do nauki języka musiał wystarczyć mi mały kieszonkowy słownik w brązowej, sztywnej okładce. Może dlatego przez wiele lat nie zawracałam sobie głowy tym, czy ja naprawdę mówię po angielsku czy nie.
W końcu jednak lody zaczęły topnieć.
- No, that's fine - odpowiedziała Huśka jednej Brytyjce, której dziecko trącało ją systematycznie w udo. Lub żebra. Lub inną część jej ciała. Nieważne to, bo duma rozlała się po wszystkich członkach mego ciała. Powiedziała to tak pewnie, tak swobodnie, tak melodyjnie i tak... bo angielsku, że na chwilę zaniemówiłam. Potem złożyła zamówienie w kawiarni, pokonwersowała z kurierem dostarczającym super ważną przesyłkę, kupiła bilety w autobusie...
- Widzisz, rozmawiasz z Brytyjczykami! - cieszyłam się.
Zapominałam wtedy kompletnie, że miałam ją przepytać z żółtych słówek, a Husia skrzętnie z tego mojego zapominalstwa korzystała. Aż wreszcie wczoraj znalazłam pęk żółtych fiszek w kanapie, którą postanowiła rozłożyć na kawałki Fruzia. Pozbierałam je, chichocząc do siebie półgłosem. Oj, przepytam ja Ciebie w październiku, Husiu, przepytam!!

W swoje urodziny Huśka dwa razy zdmuchiwała świeczki i dostała cztery mini torty, bo taką miał(am) fantazję dostawca z Sainsbury'sa. Szacowna solenizantka przyjmowała tego dnia gości z dalekiej zagranicy i po czułych powitaniach ze stęsknionymi rodzicami niemal natychmiast zaczęła sprzeczać się z ojcem swym jedynym. Samo życie. Rozłąka niczego nie zmienia w relacjach rodzinnych, skoro nie dalej jak cztery tygodnie wcześniej posprzeczałam się znienacka z Ojcem Dyrektorem o jakiś idiotyczne podanie, która miałam napisać na jego prośbę we własnym interesie. Ach, te dzieci!

Brakuje mi jej w weekendy, kiedy mam się zebrać na samotny jogging. Albo kiedy siedzę z Fruźką w ogródku i ćwiczymy jaskółki. Fruziak pomaga jak może, ale jednak nie dźwignie mojej nogi do góry, służąc za trenera. Fruzia jest mini trenerem, który wszystko akceptuje, a najgorszą karą jest stwierdzenie 'silly mummy!', kiedy obalam się na trawę. Albo kiedy Zamroczona odstawia swoje show w ogródku, a dookoła nie ma nikogo, kto w mig złapie moje spojrzenie, bo Inżynier w pracy.

Ale jak dobrze, że oni są. Ta mała i ten duży. Bo mają w szafach dokładnie taki sam bałagan jak Husia na swojej półce przez 6 tygodni, więc przynajmniej za tym z tego rozrzewnienia nie tęsknię!

 ❤️

O dziczyźnie

Rozmawiamy z Mamuśką na nieśmiertelnym skypie. Fruzia wciąż wpada w kadr i znika, wpada i znika, nie może usiedzieć na tyłku przez minutę. Wreszcie biegnie do swojego pokoju, przymyka drzwi i zapada  cisza.
- Fruziu, gdzie się chowasz? - krzyczy Babcia.
Tak. U nas się czasem krzyczy przez skype'a.
- Fruziu, chodź pogadać z Babcią - ponaglam Tasmana.
Młoda biegnie. Coś rzuca do nas w tym biegu, jakąś zdawkową uwagę, coś mamrocze, łapie zabawkę i pędzi z powrotem do sypialni.
- Fruziu, ty jesteś dzika! - śmieje się Mamuśka. - Mogłabyś przez chwilę przestać się poruszać? Dzik jesteś, słyszysz? Dzik!
I wtedy okazuje się, że Tasman jednak nas słucha, bo natychmiast odkrzykuje ze swojego pokoju urażonym tonem:
- I'm NOT dzik!!!
Po czym wraca do nas do salonu, wyciąga oskarżycielsko palec w stronę monitora i rzuca:
- You dzik, Baba!

Kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie.

(...)

Wracam już za chwilę. Jeszcze tort urodzinowy dla (H)usi, jeszcze jedno rodzinne spotkanie i opowiem Wam o wszystkich krewnych i znajomych królika. To znaczy dzika.


O ślubie jakich mało

Był upalny czerwiec 1977 roku.

Tydzień przed ślubem ona została magistrem, a jej świadkowa tak się zdoiła, że w pijackiej malignie wywaliła na światło dzienne wszystkie brudy swej duszy, aby następnie się obrazić i na ślub przyjaciółki nigdy nie dotrzeć. Niestety, nie ona jedna przesadziła z procentami. To było wiejskie wesele drugiej połowy dwudziestego wieku: za lokal służył dom panny młodej, za catering - rzeźnik, kucharki i znajome kelnerki. I żeby to jeszcze kelnerka! Ale to rzeźnik na starcie nie wywiązał się z umowy i dopiero dobę przed imprezą zabrał się za ubijanie zwierzyny.
- Myślałyśmy z mamą, że nie będzie co na stół postawić - wspomina ona. - Dzielenie, mielenie, gotowanie, duszenie i pitraszenie trwało całą noc i kawałek weselnego dnia.
Potem opowiada dalszy ciąg tego nie-bajkowego zamążpójścia.
- Najpierw nie przyjechała dorożka. W tamtych czasach oddzielnie brało się ślub cywilny i kościelny. Nasza wieś podlegała pod urząd w miejscowości oddalonej o kilka kilometrów, nie było szans, żeby dotrzeć tam piechotą. Kiedy zrozumieliśmy, że najwyraźniej dorożkarz o nas zapomniał, chcieliśmy dzwonić pod taksówkę, ale - nie uwierzysz! - tego dnia była awaria prądu, komórek przecież nie było, więc nie mieliśmy z czego i skąd zadzwonić. Nie wspominając o lodówkach i zamrażarkach, które miały uchować mięso od tego upału.

Przytomnością umysłu wykazał się przyszły szwagier panny młodej. Zatrzymał przypadkowego motocyklistę, pożyczył od niego motor i pognał do sąsiedniego miasteczka na postój taksówek.

- Wpadliśmy do urzędu spóźnieni dobrą godzinę. To była sobota, urzędniczka, sądząc, że się nas nie doczeka, zamierzała właśnie zamknąć urząd i złapać ostatni tego dnia autobus do domu. Zdążyliśmy, ale pamiętam, że byłam strasznie zdenerwowana, a potem naszą urzędniczkę zabraliśmy ze sobą, bo nie miałaby jak wrócić z pracy.

Z prawnego punktu widzenia byli już małżeństwem. Pozostało im czekanie na błogosławieństwo księdza.

- Na plebanii okazało się, że mój obecny i jednocześnie niedoszły mąż nie przywiózł ze swojej parafii wymaganego zaświadczenia o tym, że jest kawalerem. Ksiądz poprosił jego rodziców o zaprzysięganie, że ich syn nigdy wcześniej nie był żonaty, ale tu z kolei pojawił się problem, bo rodzice przyjechali... bez dowodów osobistych. Myślałam, że się wścieknę!
- I co zrobiliście? - pytam.
- Moi rodzice przysięgali, że jego rodzice to naprawdę jego rodzice, a ci z kolei, że ich syn nigdy nie był w związku  małżeńskim. Totalne wariactwo!

Oczyma wyobraźni zobaczyłam tę scenę na ranczerskiej parafii. I chociaż wiem, że to nie był ślub jej marzeń, niczyich marzeń, parsknęłam śmiechem.
- I co było dalej?
- Tego było tyle, że połowy już pewnie nie pamiętam. Na pewno zgubiłam przygotowane specjalnie na tę okazję klipsy. Koleżanka, która była obecna na weselu przez przypadek, bo nie zauważyła, że dostała zawiadomienie zamiast zaproszenia, z czego ostatecznie bardzo się ucieszyłam, zdjęła z uszu swoje, stwierdzając, że i tak powinnam mieć coś pożyczonego. To wszystko tak nas wytrąciło z równowagi, że jeszcze chwila, a byśmy się pokłócili - ja byłam spłakana, on wkurwiony; zaczęłam mu poprawiać muszkę, a on tak się wciekł, że jest mu za ciasno przy szyi, znasz go przecież, że zerwał tę muszkę w cholerę. Spójrz na nasze zdjęcia ślubne i zwróć uwagę na jego rozchełstaną przy szyi koszulę... Co jeszcze... Nowa świadkowa, znasz ciotkę E, tak długo się mizdrzyła, że spóźniła się do kościoła. Już szliśmy do ołtarza, ja obmyślając, kogo by tu z łapanki na świadka przygarnąć, kiedy ciotka zjawiła się w drzwiach. Z mokrymi włosami, bo jeszcze jej czasu zabrakło! Kurwa mać, co to był za ślub! Ach, a potem jeszcze chleb z piekarni nie dojechał na czas i mama martwiła się, że nie będzie ani kromki chleba. A tu sześćdziesięciu ludzi do nakarmienia!
- Matkobosko, jak w jakimś kiepskim filmie!
- Od lat powtarzam, że niebo mnie ostrzegało, że czeka mnie wyboista droga. Nawet moja mama, oaza spokoju, w końcu się wściekła na to wszystko i powiedziała: "Córka, jak ty masz mieć całe życie takie, jak ten ślub, to pieprznij to wszystko w cholerę!"
- A chciałaś pieprznąć?
- Nawet nie zdążyłam o tym pomyśleć, nie było czasu, byłam cała w nerwach i za dużo się działo - Mamuśka mruga do mnie porozumiewawczo. - Poza tym wesele było cudowne, pomimo faktu, że nasz fotograf, znajomy, zamiast fotografować nas, przez całą noc biegał z aparatem za moją koleżanką, którą wciąż podrywał. Dlatego na pamiątkę tego dnia mam całe dwa, w dodatku średnio ciekawe zdjęcia z imprezy. Taaaak. To był ślub!

Jesuuuuu, jak dobrze, że nie pieprznęła!  Zresztą, Inżynier ma swoją osobistą teorię w kwestii mniejszych i większych piorunów towarzyszących Mamuśce i Ojcu Dyrektorowi przez ostatnich czterdzieści lat.
- Mogą sobie gadać, co chcą, a ja wiem, że szaleją za sobą - powiedział kiedyś.
Co więcej, Gwiazda zgadza się z tą szaleńczą hipotezą.
Ja natomiast wiem jedno -
- Mamuśko, czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, że gdybyś wtedy zdezerterowała, nie byłoby nas tutaj? Mnie ani Jusi nie byłoby w ogóle. Inżynier żyłby sobie spokojnie nie mając pojęcia o swoim alternatywnym życiu, a Fruzia... Fruzia miałaby innych rodziców!
Nagle wybucham śmiechem.
- Bez was nie byłoby mnie, Wielkiego Brata, Diabła i Jusi, ale moje nieistnienie nie wpłynęłoby prawdopodobnie w ogóle na fakt istnienia Fruzi.

Jak dobrze, że nie pieprznęła.

(...)

Dwie godziny później.

Mamuśka patrzy na mnie zawadiacko i mówi:
- A ty wiesz, że on mi "Dla Elizy" zagrał w kościele?

On. Niedoszły narzeczony. Ale pssst! Wy nic nie wiecie!