O psim parentingu

Chciałam się do niej uśmiechnąć, bo szczeniaczek tak bardzo przypominał mi maleńkiego Rudolfa, ale nie zdążyłam, bo ona pierwsza posłała mi pogardliwe spojrzenie. Przemawiała właśnie czule do puchatej kuleczki, która z trudem tarabaniła się na krawężnik. Łapki uroczo rozjeżdżały jej się na wszystkie strony, cieniutka jak spaghetti smycz plątała się między wszystkimi psimi kończynami. Chwilę wcześniej mój osobisty Rudolf na widok swej szczenięcej podobizny gwałtownie pociągnął za smycz, zaryłam klapkiem o asfalt, z trudem odzyskałam równowagę i spontanicznie zabluźniłam.
- Kurwa, Rudolfie, co ty wyprawiasz?! Zaraz mnie zabijesz!
Nic to, że po polsku. Kurwa nie zna granic, więc już po pierwszej sylabie było za późno.
Mimo wszystko chciałam się uśmiechnąć. W połowie drogi do znaku pokoju, łapiąc spojrzenie nowo upieczonej właścicielki labradora, zrezygnowałam, wykrzywiając twarz w dziwnym grymasie. Dziewczyna jeszcze czulej pogłaskała swojego pieszczocha i westchnęła współczująco w kierunku Rudolfa. Nie musiała nic mówić, żebym poczuła się zbesztana.

Syndrom matkipolki rozlewa się na właścicielki sierściuchów. Świat schodzi na psy.

Ale przynajmniej dzieci odetchną.

O edukacji seksualnej

Fruzia uwielbia paradować po domu w koszulce, spod której w okolicy szyi wystaje głowa jednego z jej mniejszych bejbików. Po Różowej co i rusz kręci się jakaś ciężarna, personel dość swobodnie odpowiada na pytania Lucasów, choć aż mnie skręca z ciekawości, czy aby na wszystkie pytania z tego cyklu. W Piątej dobrnęliśmy do poziomu bejbis hodowanych w brzuchu i któregoś dnia ja sama, nie wiedzieć czemu, pociągnęłam wątek dalej...
- A ty wiesz, którędy bejbis wychodzą z brzucha? - zapytałam, kiedy Fruzia magicznie 'rodziła' dziecko za dzieckiem, wyciągając je gwałtownie spod koszulki za nogi. Ałć!
- Here - pokazała Tasmanka na dół brzucha. - Doctor cut it.
- Tak, to prawda, czasem lekarz wyciąga je z brzucha, ale najczęściej wychodzą przez pituchę - wyjaśniłam.
Pitucha czy pipeczka to nazewnictwo odziedziczone z Rodzinnego Domu. Żadna tam pochwa czy wagina, jakoś nie potrafię przekonać się do prawidłowej biologicznej terminologii. Być może Fruzia też przejmie je kiedyś w spadku od nas, a może znajdzie sobie swoje własne określenia.
Na moje stwierdznie młoda wybuchnęła śmiechem, jakbym właśnie opowiedziała żart stulecia.
- Nooo! It's for wee wee! Siku!
- Tak, tędy robisz siku, ale też dzieci tędy wychodzą - powiedziałam spokojnie.
Nie mogła się pozbierać z rozbawienia. Poleciała do Inżyniera, aby zweryfikować te rewelacje, a kiedy ten potwierdził, że istotnie, to jest droga, którą muszą pokonać bejbis, aby wydostać się na świat, młodzież popatrzyła na nas uważnie, po czym stwierdziła:
- Oh!
... i wróciła do gwałtownych cesarek odprawianych na własnych koszulkach.
Następnego dnia wróciła jednak do tematu, choć wciąż wydał jej się on strasznie zabawny.

Jeszcze kiedy byłam nastolatką, Moja Mamuśka opowiadała mi, jak bardzo czuła się zagubiona w młodości w temacie dojrzewania i wiedzy z zakresu edukacji seksualnej. Jako dorosła osoba nie winiła swoich rodziców za brak otwartego dialogu z dziećmi. Dziadkowie zostali wychowani tak jak wszyscy albo większość ich rówieśników w tamtych czasach. Seks nie był materiałem do rozmów w przyzwoitych domach, o miesiączce dziewczyny często dowiadywały się w dniu jej pojawienia i wyobrażam sobie, jak mogły się czuć, bo przecież ta krew, Jezusmaryjo, chyba umieram! Życie seksualne człowieka było tematem tabu, zapobieganie ciąży nie istniało, a "żebyś mi tylko wstydu nie przyniosła" było dość enigmatycznym stwierdzeniem, które niejednokrotnie nabierało sensu dopiero w dorosłym życiu. Mamuśka Moja postanowiła sobie, że jeśli kiedyś będzie miała dzieci, to od niej dowiedzą się one o tym, jak funkcjonuje człowiek.

I zrobiła to. Przełamując własne bariery, wstyd i zahamowania, krok po kroku wprowadzała mnie w tajniki sekretnego życia ludzi. Ojciec Dyrektor był mnie wylewny w tym temacie, choć pamiętam, że kiedy mieliśmy jakiś temat na tapecie, w krótkich, encyklopedycznych słowach wyjaśniał, o co chodzi. Do łez doprowadziłam go kiedyś rewelacją, którą przyniosłam z lekcji biologii - że pryszcze na twarzy to wytryski...

W Moim Rodzinnym Domu dość swobodnie rozmawiało się o seksie. Nie pamiętam konkretnych rozmów uświadamiających mnie i Wielkiego Brata, a jednak dorastałam z wiedzą, skąd się biorą dzieci, co to jest seks, i że od tego całego seksu zachodzi się w ciążę. Mama przygotowała mnie na pojawienie się okresu i wiedziałam, że gdyby zaszła taka potrzeba, mogę zadać jej każde pytanie z tej dziedziny. Za dużo ich nie miałam, mówiąc szczerze. Nie wiedziałam też absolutnie wszystkiego - pamiętam szok, jakiego doznałam, kiedy starsza o trzy lata kuzynka uświadomiła mnie jak się rodzi dzieci. Mamuśka przeoczyła tę informację, a ja długo nie mogłam pozbierać się po tej niechcianej lekcji anatomii. Byłam też dość nieśmiałym dzieckiem, co nie pomagało w bombardowaniu Mamy pytaniami z cyklu co, jak i gdzie się instaluje, aby powstało dziecko, ale śmiało mogę powiedzieć, że bardziej niż podstawową wiedzę z edukacji seksualnej otrzymałam od rodziców, a na poziom zaawansowany przeniosłam się sama, bo dzięki nim wiedziałam też, gdzie i jak szukać odpowiedzi, jeśli coś mnie nurtuje. W Rodzinnym Drapaczu Chmur "Sztuka kochania" Wisłockiej stała sobie na półce w dużym pokoju i choć zajrzałam do niej kilka razy z ciekawości, niespecjalnie robiła na mnie wrażenie. Jestem przekonana, że to dlatego, iż słowo seks nie miało dla mnie wydźwięku zakazanego owocu, nie było czymś, o czym szepcze się po cichu, kiedy rodzice nie słyszą.

My też chcemy być dla Fruzi pierwszym źródłem wiedzy na temat wszystkiego, co dotyczy ludzkiego życia. Doskonale wiem, że nie zawsze jest to łatwe, nawet jeśli uważamy się za ludzi o otwartych umysłach. Zbyt dobrze pamiętam moment, kiedy mała Husia zastrzeliła mnie pytaniem, kto wkłada małe dzieci do brzucha mamy. Oglądałyśmy bajkę, Husia musiała mieć jakieś 5 lat, a ja kompletnie nie byłam przygotowana na pogadankę z wychowania do życia w rodzinie.
Po pierwsze, nie zmyślaj, zadźwięczało mi gdzieś z tyłu głowy.
- Tata tam je wkłada - powiedziałam najnaturalniej jak się dało.
(No bo... czyż nie?😂)
A potem gorączkowo zaczęłam zastanawiać się, co jej powiem, jeśli zapyta 'a jak je tam wkłada?'
Uff, nie zapytała, tyle jej wtedy wystarczyło.

I wówczas dotarło do mnie to, o czym już wcześniej czytałam i co wydawało mi się całkiem słuszną taktyką - podążaj za dzieckiem. Ono samo da ci znać, że jest zainteresowane danym zagadnieniem. Ono samo wyznaczy też granice wiedzy, która w danym momencie jest mu potrzebna. Zapamiętałam tę scenkę z Husią, dodałam sobie wiedzę ze szkoleń adopcyjnych (ta sama zasada - podążaj za dzieckiem) i dziś już wiem, że obraliśmy dobrą drogę. Fruzia pyta i dostaje konkretną odpowiedź. Nie za dużo naraz, ale też bez owijania w bawełnę i płótno. Czasem wiedza przychodzi do nas ze świata zewnętrznego - w jednym odcinku Peppy pani Królik z wielkim, ruszającym się brzuchem jedzie do szpitala, aby urodzić bliźniaki. A czasem to my coś podsuwamy, jeśli wiemy, że to ten wiek, w którym Fruzia jest w stanie zrozumieć daną informację. Wiecie, co mnie do takiego wychodzenia pół kroku przed nią motywuje?

Gdybyśmy sami nie rozmawiali przy niej i z nią o adopcji, Fruzia do dziś mogłaby nie wiedzieć, że nie była w moim brzuchu. Jak niby miałabym nagle zacząć rozmawiać z nią o tym teraz, bez tego wcześniejszego drążenia skały kropla po kropli, kropelka po kropelce? 

Co ciekawe, życie stawia przede mną kolejne wyzwania. Dawna uczennica poprosiła mnie o radę. Jej dziecko przyłapało ją i męża na wieczornych igraszkach. I co teraz? Jak wytłumaczyć małemu, co właściwie widział, skoro dotąd temat bliskości między dorosłymi był pilnie strzeżoną materią w ich domu? Jak przeskoczyć kulturowe bariery, które moja znajoma przywiozła ze sobą z ojczyzny? Wcale nie uważam, że znam odpowiedzi na wszystkie pytania. Bardzo ostrożnie podchodzę też do udzielania wszelkich porad, TYM BARDZIEJ mając świadomość, że - to moje prywatne odkrycie tego roku - niektórzy moi studenci naprawdę liczą się z moim zdaniem. Dla mnie oznacza to ogromną odpowiedzialność za wszystko, co mówię, głoszę i robię w ich obecności. Nie chciałabym nikomu nic narzucać, nie daję sobie prawa do negowania czyichś wierzeń, czy promowania jedynie słusznej drogi. W tak delikatnych kwestiach jak "co byś zrobiła na moim miejscu?" uważnie dobieram słowa.

Porozmawiałabym najszczerzej, jak tylko potrafisz.

I jednocześnie pozostałabym w tej rozmowie sobą.

Nie wiesz, jak się do tego zabrać? Poczytaj. Poszukaj. Pomyśl, jak Ty chciałabyś o tym wszystkim usłyszeć.

A potem zrób ten pierwszy krok.

Twoje dziecko będzie Ci kiedyś za to ogromnie wdzięczne.

O tym, kto nie potrafi rzucać biretem

Doświadczony przez los personel Różowej Chmurki sprytnie zaaranżował tegoroczne Graduation Party. Celem pierwszej części gali było wymęczenie Lucasów przez trenera, coby w drugiej Lucasy vel Przyszłe Truskawy padły, a Wendy mogła przemawiać bez zakłóceń. A że, jak sama przyznała, mówić bardzo lubi, to i trener musiał być nie w ciemię bity.
- Gracie w dwóch drużynach, dziewczynki przeciwko chłopcom - powiedział. - Zasady są dwie. Pierwsza: przerzucacie wszystko co zląduje na waszej stronie boiska na drugą połowę. Druga: rzucamy, przekładamy, odbijamy, podajemy, ale NIE kopiemy.
Dziatwa ruszyła. Gdyby ktoś wstawił nas w sam środek tej gry i na podstawie obserwacji nakazał samodzielnie rozgryźć jej zasady, zapewne szybko doszlibyśmy do wniosku, że zasad to tu żadnych nie ma, a w tej imprezie chodzi tak naprawdę o robienie chaosu. Szaleńczego, bez szans na okiełznanie chaosu. Młode nie wiedziały, co robią, ale bawiły się świetnie, jak i zresztą sam trener.
- Dobra robota, niezłe kopnięcie! - rzucił do kogoś z uznaniem.
Po czym przypomniał sobie o własnych zasadach i natychmiast się poprawił:
- A tak w ogóle to pamiętajcie, że nie kopiemy!
Natychmiast poczuliśmy z nim pokrewieństwo dusz.

Dorośli też mogli się wykazać, bo i czemu mieliby piknikować w pełnym słońcu bez możliwości przepocenia strojów-mało-galowych (pamiętajcie, że dress code w Krainie Deszczu istnieje tylko w placówkach karmiących, a i to tylko w przypadku uniformów). Okazało się, że pomimo wiary Wendy w moje możliwości, na boso i w prostej sukience do kolan nie jestem w stanie wygrać biegu w kategorii Mamuśki. On z kolei nie był w stanie pobić chudego jak patyk zawodnika z Em-Oł-Di, który w dodatku "miał buty, z którymi nie miałem szans". Zabawa zabawą, ale Tatusiowie walczyli o honor. A co niektórzy zapewne również o Boga i ojczyznę, co sugerowały ich ściągnięte usta i zmarszczone brwi. My byliśmy ponad to. Phi. Pełen luz. (Za cztery lata, kiedy Drugi będzie kończył Różową...  Za cztery lata i za cztery kilogramy mniej to my wam pokażemy jak się wygrywa!)

A Fruzia się obraziła, bo ona też chciała biec z mamą i tatą. Po spektakularnym biegu familijnym na 1km nie dalej jak miesiąc temu, podczas którego Fruzia zaskoczyła nas duchem walki ("mummy, daddy, run szybko, szybko!") i nie wymiękła ani na moment, młodzież domaga się regularnych treningów z matką i ojcem, i potwornie irytuje ją, że nie zawsze nasz jogging pokrywa się z jej planami treningowymi. Oto plony sportowych zapędów Inżyniera.

A potem jeszcze Wendy zaczęła gadać. Inżynier często podkreśla, że uwielbia Wendy, ale ma z nią problem, bo on też czasem chciałby coś powiedzieć. Albo chciałby odebrać Fruzię szybko, ale Wendy rozmawia z innym rodzicem i wtedy to już w ogóle jest drama, bo ani wyjść się nie da, kiedy ona twierdzi, że 'jeszcze minutkę i już jestem do twojej dyspozycji', ani tym bardziej czekać do zamknięcia Różowej aż ta minutka upłynie, podczas gdy Fruzia biega po Różowej jak opętana, bo w końcu daddy przyszedł, więc autorytet szefowej pre-school tak jakby chwilowo przygasł. Ale tym razem nawet Inżynier słuchał jak zaczarowany, bo Wendy w kilku zdaniach oddała charakter naszej Fruzi, naszego czteroletniego już Skrzata. Dotarło do mnie wtedy po raz kolejny, jak wiele cudownie dobrych chwil przeżyła Fruzia właśnie dzięki temu, że trafiła do Różowej. Jak bardzo się rozwinęła, ile przyjaźni zawarła, o ile bogatsze jest to jej małe życie. Zostając z nią w domu rok czy dwa dłużej, nie byłabym w stanie zapewnić jej tego, czego nasza Fruzińska potrzebuje równie mocno, co naszej miłości - regularnej interakcji z innymi dziećmi.
- Fruzia nabrała pewności siebie, odkąd trafiła do nas ponad rok temu - zaczęła Wendy, trzymając Tasmankę za rękę. - Jest bardzo opiekuńcza, zainteresowana samopoczuciem innych, codziennie troszczy się o młodszych i o swoje ukochane lalki. Obecnie bardzo intensywnie pracuje nad swoimi pisarskimi umiejętnościami - nie rozstaje się z notesem i tworzy niekończące się listy, zapewne jak mama, która dużo pisze. Regularnie i ze szczegółami - Wendy mrugnęła w naszą stronę - opowiada nam o tym, co dzieje się w domu, o niegrzecznym psie Rudolfie i o tym strasznym poranku, kiedy tata pojechał do pracy i nie pomachał jej na do widzenia. Kiedy dorośnie, chce być weterynarką oraz kucharką.

Nic dziewnego, że chce być cooker. Sama oświadczyła niedawno w pre-school, że urosła dzięki brokułom, czekoladzie i naleśnikom taty. Oczywiście z czekoladą.

Wciąż mam ten widok przed oczami. Stały tak w środku dziecięcego kręgu w pełnym słońcu, Wendy z kartką w w jednej dłoni, z Fruzi małą łapką w drugiej; nasza Skrzatka z niepewną miną, jakby nie do końca była przekonana, czy to, co mówi Wendy to w sumie komplementy, czy raczej nie, skoro wszyscy w skupieniu słuchają. Siedzieliśmy tuż za dziećmi; mrużyłam oczy, jedną dłonią zasłaniając się od słońca, żebym lepiej mogła je widzieć. Od czasu do czasu patrzyliśmy z Inżynierem na siebie, a od stóp po głowy wypełnieni byliśmy dumą i wdzięcznością. Ona jest nasza, nasza, myślałam, machając gwałtownie rzęsami. Kochana. Idealna nawet w samym środku największej histerii, kiedy ona krzyczy, a ja mielę w ustach jakieś rodzinne przekleństwa. W chaotycznej codzienności nie myślę już o tym tak często, ale to uczucie tam jest, gdzieś w samym środku mnie, i wiem, że już nigdy mnie nie opuści. Ta niesamowita wdzięczność za to, co dostaliśmy, za to, co dzięki temu mamy.

Kiedy stanęli do grupowego zdjęcia w biretach i pamiątkowych naszyjnikach ze sznurka i drewna, fotograf poprosił ich o rzucenie czapkami w górę na trzy.
- One... - zaczął powoli.
W tym momencie Fruzia pieprznęła swój biret w trawę i tyle byłoby z Instagramowego rzutu.

Fruzia Fruzińska, kochani. Idealna w swej czteroletniej niepowtarzalności.

O tym, kto potrzebuje adaptacji

- Jak tak patrzę na to wszystko, to natychmiast mam ochotę wrócić do szkoły - wyznał Inżynier, kiedy przechadzaliśmy się po szkole Fruzi.
Krążyliśmy po korytarzach i salach, a ja zachodziłam w głowę, jakim cudem będę w stanie odbierać ją z tego przybytku, nie gubiąc się przez pierwszy miesiąc (term?) w tym labiryncie, w całości nadającym się do filmiku promującego kampanię "Szkoła dziś, czyli dlaczego zostało nam 30 lat względnie spokojnego życia na Ziemi." Jest dokładnie tak, jak powinno być dziś w zakresie stymulacji wizualnej w przestrzeni szkolnej, tak, jak sama chciałabym, aby moja szkoła wyglądała -dzieści lat temu. Nie jestem natomiast pewna, czy lasy są tego samego zdania.
- Ja też! - przytaknęłam, przyglądając się pierwszym osiągnięciom literackim obecnych Truskawek, zdobiącym okno sali. Próbowałam przywołać swoje pierwsze wspomnienia z nauki pisania, ale nie potrafiłam. Mamuśka twierdzi, że ja po prostu w którymś momencie przedszkola zaczęłam pisać i czytać, ale to wszystko. Żadnych spektakularnych ćwiczeń czy osiągnięć nie potrafiła sobie przypomnieć. Właściwie ja też nie wiem, kiedy dokładnie to się stało, ale Fruzia jest już mocno zafiksowana na literkach, ma swoje pierwsze, angielskie elementarze i wciąż się ze mną kłóci, że Inżynier to wcale nie jest imię taty, bo jej tata ma na imię INŻYNIER. No przecież. Silly me!

Pokusiłam się o próbę wyobrażenia sobie Fruzi siedzącej przy jednym ze stoliczków i pracującej nad jakimś arcyważnym zespołowym projektem, w mundurku szkolnym aktualnie czekającym w szafie na swoje więcej niż pięć minut, i o ile to pierwsze przyszło mi zaskakująco łatwo, wszak przy stoliczkach widziałam ją wielu, o tyle ten mundurek to nadal abstrakcja. Choć tak jakby ją widziałam. Ale nie do końca, bo Tasman zbyt niecierpliwa jest na przymierzanie.
Fruzia marzyła o byciu w Truskawkach. Zupełnie jak większość jej grupy. Wendy i jej team skutecznie użyźniali grunt pod to marzenie i najwyraźniej coaching wśród nieletnich to ich cup of tea, skoro klasa będzie tylko jedna, Truskawki właśnie, a i tak Lucasy czują się jak laureaci Milionerów, zaś Fruzia podśpiewuje z Inżynierem, że "we will, we will rock you!" Nie wiadomo do końca, z kim konkurują, ale dobrze w sumie, że wygrywają. I tak się w tej celebracji zwycięstwa unoszą, że kiedy widzą się przed szkołą, czekając z rodzicami na zajęcia adaptacyjne, sprawiają wrażenie takich, co to żadnej adaptacji nie potrzebują.
- John is coming, John, look! - wrzeszczą jeden przez drugiego, piszcząc z radości.
- And Abdul, Abdul too! - krzyczy ktoś po sekundzie.
A potem rzucają się na siebie tak, jakby fakt, że widzieli się najdalej wczoraj, a najbliżej to zaledwie pięć minut temu w pre-school, nie miał tu żadnego znaczenia. To chyba właśnie wtedy zaczęłam podejrzewać, że te zajęcia to dla nas, nie dla nich.

Głównodowodząca oddziałem trzydzieściorga Truskawek, postać przywołująca na myśl rozważne bohaterki Jane Austen, które po godzinach luzują w pubie krawat i wykrzykują imiona swoich byłych stojąc na barze z kolejnym shotem w dłoni, będzie miała ciężki orzech do zgryzienia, ale z drugiej strony, kiedy tak na nią patrzyłam, to nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że już niejeden owoc rozpracowała. Miss Teacher zarzuciła nas, rodziców, lawiną formularzy i informacji, zaś przyszłe Truskawki pytaniami o ulubione zwierzę, czym natychmiast zburzyła nasze sielskie życie rodzinne. Byłam pewna, i z tego tytułu od razu wbita w dumę, że Fruzia entuzjastycznie opowie o Rudolfie, może nawet łza się w oku ze wzruszenia zakręci, a tymczasem... a tymczasem oto dowiaduję się, że jej ulubiony członek fauny to jednorożec!
- I not said unicorn - zaperzyła się, postawiona w domu pod ścianą wyrzutów. - I said... um... I said ... don't know, but I not said unicorn!
A następnie, zapewne gnana sekretnymi wyrzutami sumienia, poszła wyznać Rudolfowi, że jest jej best friend. (W sumie.. jak tak mu się przyjrzeć...)

Za moich czasów, ach, ZA MOICH CZASÓW nie było zajęć adaptacyjnych. Było uroczyste rozpoczęcie roku szkolnego, na którym dowiedzieliśmy się, kto znajdzie się w której klasie, ucieszyłam się, że będę siedzieć z Anią Sąsiadką w jednej ławce, a potem był już pierwszy dzień w szkole i to by było na tyle. Zamglone te wspomnienia, bo i szumu takiego nikt wokół nas nie robił.  Nikt nie zastanawiał się, czy będziemy płakać pierwszego dnia, czy nie. Czy poczujemy się osamotnieni, przytłoczeni trzema piętrami szkolnego gmachu, siedzeniem w ławkach i głośnymi dzwonkami obwieszczającymi przerwę. Dużo lepiej pamiętam ocenę naszej gotowości szkolnej w zerówce. Siedziałam z kolegą i koleżanką przy małym stoliczku, jedna z przedszkolanek poprosiła nas o opis obrazka, a kiedy my się produkowaliśmy, ona jedną ręką notowała coś na dużym arkuszu papieru. Miałam zaledwie 6 lat, nie wiedziałam tak naprawdę, czego się ode mnie oczekuje, nie czułam stresu, ale jednocześnie wiedziałam, że to jakiś super ważny moment. Sama czułam się ważna. Dojrzała. Zdecydowanie gotowa do rozpoczęcia szkoły. Powoli dobijam do czterdziestki, a ten moment, kompletnie wyrwany z jakiegoś większego fragmentu obrazka, jest we mnie do dziś. Kiedy o tym myślę, zastanawiam się, jak wiele z przeróżnych obserwacji i 'testów'  oraz moich powrotów z Fruzinych wywiadówek - wywiadówek w pre-school! - zapamięta Tasmanka. Z pewnością nie tak dużo, może nic, ale na poziomie emocji to może być kosmos. Dlatego tak bardzo podkreślamy jak dobrze sobie radzi. Jak wielu ma przyjaciół w grupie. Jak bardzo się stara, nawet wtedy, kiedy jej nie wychodzi. Fruzia kwitnie w przedszkolu. Jej Różowa Chmurka jest cudownie wspierająca i pozytywna i już się cieszę na myśl, że Drugi zapewne też do niej trafi.

Wiem, że może być różnie, jej finalna przeprowadzka z toddlerów do pre-school była płaczliwie rozpaczliwa, pomimo ekscytujących dla niej wizyt adaptacyjnych. Ale ostatecznie szybko otrzepała pióra, siódmego dnia pomachała mi na do widzenia, usiadła przy stoliczku i tak zaczęła swoją przygodę w starszakach.

Teraz też jest gotowa.

My chyba też.

O tym, kto siada i dlaczego

Fruzia odkryła, że Rudolf reaguje na komendę 'siad'. Zanim ktokolwiek pomyśli, że to ułożony pies, spieszę z podpowiedzią, że Tasman potrzebowała aż czterech lat, aby to odkryć, co mówi samo za siebie. Reagowanie na komendę zdarza się Rudolfowi tylko wtedy, kiedy nasz renifer oczekuje na rzut badylem w powietrzu (a i to nie zawsze) lub kiedy kolektywnie usiłujemy wmówić postronnym obserwatorom (social workers), że tych kilka lekcji w psiej szkole za lat szczenięcych jednak nie poszło na zmarnowanie. Aby popis się udał, należy sugestywnie machać w powietrzu parówką lub kawałkami karmy tuż przed nosem Rudolfa.

Fruzię strasznie to bawi.

- Mummy, me now, me, can I try? - zapiszczała ostatnio podekscytowana.
- Jasne, możesz spróbować.
Zaprezentowałam Fruzi podstawy:
1) najpierw pokazujemy Rudolfowi nagrodę, którą następnie trzymamy z dala od jego nosa
2) mówimy 'siad' zdecydowanym głosem
3) machamy palcem wskazującym z góry do dołu, nakazując tym obniżenie psiego dupska
4) kiedy Rudolf usiądzie, natychmiast go nagradzamy, bo sierściuch jest w stanie wytrzymać najwyżej trzy sekundy z tyłkiem na podłodze, zanim ekstaza znów wyrwie go w powietrze.
- Zrozumiałaś? 
Zrozumiała.

Rozsiadła się na kanapie w pozycji 'na teachera' (noga na nogę + przemądrzała mina), wybrała nagrodę z miseczki, którą jej wręczyłam, niedbale machnęła palcem w powietrzu, po czym wrzasnęła:
- Sit! Sit! SIT!
- Fruziu, ale zdecydowanie to nie znaczy, że masz wrzeszczeć na niego. A poza tym, musisz mówić do niego po polsku, siad.
Powtórzyłyśmy pokaz. Fruzia kiwnęła głową na znak, że już rozumie i prawie wyrwała mi miskę z nagrodami z ręki. Spróbowała kolejny raz.
- Siat, siat, SIAT! - ponaglała go tym swoim angielskim zaśpiewem.
Rudolf, skołowaciały, wciąż gapił się na mnie. Nie kumał, o co mi chodzi, kiedy tłumaczyłam mu (litości!), że teraz ma słuchać małej, bo to ona ma w ręku żarcie. W końcu postanowiłam zostawić ich samych, nie chcąc psuć Fruzi lekcji posłuszeństwa.

Z kuchni słyszałam, że plączą jej się języki.
- Sit! Siat! Sit, no, siat, Rudolf!
Po radosnych piskach wywnioskowałam, że odniosła też pierwszy sukces. Po nim nastąpiła jednak lawina niepowodzeń i nerwowych pouczeń Rudolfa, ale nie ingerowałam w te sprzeczki. W końcu Fruzia jęknęła niezadowolona, po czym zaraportowała zniechęconym i urażonym tonem:

- Mummy, Rudolf's NOT SIATING!

Za to ja aż usiadłam na podłodze, bo nie mogłam przestać się śmiać.

Horrory mojego życia, czyli 13 historii, których jeszcze nie znacie (lub nie pamiętacie, ale ja Wam przypomnę)


Całe miesiące temu Lady Makbet nominowała mnie do oldschoolowej, blogowej zabawy, polegającej na wyspowiadaniu się z 13 rzeczy, których jeszcze o mnie nie wiecie, a następnie klepnięciu kolejnych blogerów do uczynienia tego samego. Jak zwykle przy takich zabawach nagięłam nieco temat do tego, co sobie po drodze wymyśliłam, a wymyśliłam tak, że chyba nie skończę do lipca, a Wy zaśniecie po pierwszej historii, ale wiadomo, z blogerami się nie dyskutuje, blogerów się głaszcze po głowie. Nie będzie więc o obgryzaniu paznokci, ani o zgrzytaniu zębami przez sen, bo wiem, że to już wiecie. Będzie 13 historii z życia wziętych, o których tutaj jeszcze nie czytaliście, a przynajmniej nie w całości, albo czytaliście, ale na starych śmieciach.

Trzymajcie się, lecimy.

1. To było w trzeciej lub czwartej klasie podstawówki. Na WF-ie intensywnie ćwiczyliśmy lambadę, a że do tańca zawsze mnie ciągnęło, a i dryg do wywijasów mam nienajgorszy, przy najbliższej nadarzającej się okazji postanowiłam potrenować z kolegą na parkiecie. Okazją był bal karnawałowy lub szkolna dyskoteka, nie pamiętam dokładnie, które z nich, pamiętam za to ze szczegółami klasę, w której tańcowaliśmy. Ławki i stoliki poustawiane były pod ścianami, a do naszej dyspozycji był środek bardzo ubogiej, prowizorycznej sali balowej. W tamtym przedziale wiekowym do dyspozycji dziewczyn było dwóch (DWÓCH) kolegów, którzy bez głupich chichotów grzecznie potrafili porwać dziewczyny do tańca. Jednym z nich był Krzysiek, z którym w pewnym momencie zaczęłam wywijać taką lambadę, że poczułam się jak na planie jakiegoś teledysku. Spódnica mi wirowała, Krzysiek zgrabnie inicjował obroty w lewo, w prawo, przechył przez ramię do tyłu... I właśnie w trakcie takiego przechyłu runęłam z Krzyśkiem na podłogę.

I to nawet nie o to chodzi, że on spadł na mnie, i że hi hi hi, ha ha ha w klasie, albo że mi majtki było widać przez chwilę spod rajstop, kiedy spódnicę miałam na wysokości brody. O nie, rówieśnicy byli litościwi, prawdopodobnie dlatego, że sami byli zajęci swoją własną wersją lambady. Problem w tym, że upadając, mocno uderzyłam głową o podłogę. Finał był taki, że przez kilka minut musiałam siedzieć obok zaniepokojonej wychowawczyni, która wciąż dopytywała, czy dobrze się czuję.

Nie, nie czułam się dobrze. Nie czułam się dobrze, bo lambada leciała dalej, a ja nie mogłam tańczyć!

2. Musiałam mieć wtedy 11, może 12 lat. Wczasowaliśmy z rodzicami i całą bandą ich znajomych na włoskim kempingu. Któregoś wczesnego wieczoru siedzieliśmy z Wielkim Bratem i naszym kolegą nad basenem. Chłopaki grali w stołowy football, ja stałam obok i tylko się przyglądałam. Dołączył też do nas włoski chłopak, mniej więcej w moim wieku, a więc trochę młodszy od "moich" chłopaków. Cała trójka zaczęła grać razem i wszystko było pięknie do momentu, kiedy między chłopakami wywiązała się polsko-włoska sprzeczka. Włoch wymachiwał ramionami, wyraźnie odgrażał się przeciwnikom, krzyczał jak opętany, ale w pewnej chwili musiał uznać, że z dwoma starszymi raczej nie da sobie rady, więc... ni stąd ni zowąd z całej siły uderzył mnie pięścią w brzuch! Aż się zwinęłam w pół i upadłam na basenowe płytki. Gwałtownie próbowała złapać powietrze, ale z mojego wnętrza wydobywał się tylko głuchy świst. Pamiętam, że pomyślałam wtedy, że chyba zaraz umrę. Po chwili oczywiście odzyskałam oddech, ale wciąż byłam przerażona. Wielki Brat puścił się za uciekającym Włochem w pogoń, ale młody, napędzany zapewne strachem, zdążył mu uciec. Chłopaki zaprowadzili mnie szlochającą do rodziców, którzy oczywiście postanowili odszukać gówniarza. Udało się następnego poranka. Młody miał śmierć w oczach, kiedy Ojciec Dyrektor podszedł ze mną do jego rodziców, ale ci zdecydowanie woleli nie rozumieć, o co w zasadzie nam chodzi.

Żałuję, że mu wtedy nie oddałam.

3. Kiedy wspominam liceum, przed oczami mam głównie dworce autobusowe, przystanki i zatłoczone autobusy miejskie. Tak zatłoczone w godzinach szczytu, że czasem ja jechałam w autobusie, a mój plecach poza nim, przytrzaśnięty drzwiami. Na przystankach grasowały też zorganizowane grupy złodziejskie, które pewnego pięknego dnia dopadły i mnie. W szatni przed WF-em zorientowałam się, że w plecaku brakuje mi portfela, w którym miałam nie tylko dokumenty, ale też kieszonkowe odłożone na nową kieckę... Był dramat, bo bilet biletem, najwyżej wrócę na stopa (patrz: punkt 4), ale ta kiecka! Rodzice nie byli szczęśliwi, ale pożałowali mnie, wspomogli nadprogramowym kieszonkowym, wyrobiłam dokumenty i bilet miesięczny... Po czym równy tydzień później, kiedy trzymałam plecach na brzuchu, pilnując go jak oka w głowie, znowu straciłam portfel! Bez pieniędzy tym razem, ale za to z nowo wyrobionym biletem!

Największym horrorem w tej historii była próba udowodnienia Ojcu Dyrektorowi, że ja naprawdę pilnowałam plecaka. Do dziś mi nie wierzy, a ja do dziś mam żal, że tak mnie potraktował w kryzysie.

Foch, Ojcze Dyrektorze!

4. Z Kaśką z ogólniaka i Rodzinnego Town (Kasia, pozdrawiam!) wybrałyśmy się w ogólniaku do Warszawy na eliminacje do "Szansy na Sukces". Ona świetnie śpiewa, równolegle do liceum uczyła się w szkole muzycznej, więc miała po co tam jechać. Ja mam przyzwoity głos, nie fałszuję, ale do poziomu scenicznego to doprawdy mi daleko, pojechałam więc dla zabawy (choć nie ukrywam, że przeszło mi przez myśl, jak cudownie byłoby zostać Anitą Lipnicką) i adrenaliny. Na Woronicza szybko okazało się, że tej ostatniej było aż nadto, bo takich jak my było setki (tysiące?), w związku z czym po rejestracji przyszło nam czekać do naszego przesłuchania jakieś... 12 godzin. Doskonale pamiętam ten moment i siebie stojącą na środku sali przed mikrofonem, w dłoniach obracającą długopis i śpiewającą "Nie płacz Ewka". A wszystko to mniej więcej w okolicach północy. Anyway, to była era bez komórek i bez internetu. Meldowałyśmy się rodzicom z budek telefonicznych co kilka godzin, problem w tym, że w końcu skończyły nam się impulsy (czy ktoś z młodych rozumie, o czym ja tutaj?), a zaraz potem forsa. Nie bardzo było jak poinformować rodziców, że następny pociąg to my mamy nad ranem, bo tym z przesiadką w Kutnie to może jednak niekoniecznie chcemy jechać. Bezpieczniej było posiedzieć trochę dłużej na dworcu w stolicy i doczekać do świtu. Siedziałyśmy więc. Ja pełna niepokoju, bo znam swoich starszych, no ale cóż było robić, chyba się domyślą...

O 10 rano weszłam do domu. Mamy spojrzenie mówiło tylko jedno - płakała całą noc. Ojciec Dyrektor, biały na twarzy, powiedział tylko, że mam pójść do swojego pokoju, żeby on mógł się uspokoić, w przeciwnym wypadku za chwilę rozegrają się tu sceny dantejskie. Posłuchałam jego rady i oddaliłam się ze zwieszona głową do komnaty, aby odbyć pokutę. Odczekałam kilka minut, po czym wypełzłam z pokoju na kolanach i w tej pozycji błagalnej udałam się do kuchni przepraszać mamę. Kiedy dotarłam do fotela Ojczula, ten miał już na twarzy barwy pokojowe. Nie uziemili mnie nawet. Stwierdzili, że wróciłam taka skruszona, że swoją karę odbyłam już w głowie.

W tej historii najstraszniejsze jest to, że karma lubi wracać.

5. Do szkoły średniej dojeżdżałyśmy we dwie, Kaśka i ja, wiecznie pędzące na autobus albo dyskretnie obserwujące przez okno pracowni historycznej, czy nasza jedenastka już jechała, a jeśli nie, to czy wciąż mamy szansę dobiec na przystanek, jeśli profesor Dziurlo wyjątkowo wypuści nas z klasy równo z dzwonkiem (za dużo było tych 'jeśli'; tylko jeden na dziesięć dzikich sprintów pozwalał nam złapać autobus, który przy sprzyjających okolicznościach przyrody pozwalał nam złapać pociąg...) W trzeciej klasie miałyśmy już tak dość tych wszystkich poczekalni i kasowania biletów, że Kaśka wpadła na pomysł, abyśmy pojechały do domu stopem. (Swoją drogą, jestem ciekawa, czy to pamiętasz!) Umówmy się - ona, zdecydowanie większa ryzykantka ode mnie, miała ze mną problem, bo ja generalnie z tych chickenów jestem, takie akcje to nie dla mnie. Nie wiem już sama jak to się stało, czy to jej siła przekonywania, czy znużenie dworcowe, ale ostatecznie zgodziłam się. I to trzy lub cztery razy! Być może nawet rozkręciłabym się jako autostopowiczka, ale przeznaczenie stanęło nam na drodze (dziś twierdzę, że miałyśmy, głupie, po prostu wiele szczęścia!) Za tym czwartym razem jechałyśmy sportowym autem, z facetem, który wydawał się sympatyczny i zupełnie nie wzbudzał w nas negatywnych odczuć. Jednak w pewnym momencie gość zwolnił tuż przy skręcie na leśną ścieżynę, popatrzył na nas, uśmiechnął się głupkowato i wypalił:
- To co, to teraz rozliczymy się za tę przejażdżkę!
Nie pamiętam dokładnie swojej reakcji, ale wydaje mi się, że minę musiałam mieć nieziemską. Prawdopodobnie nie zdążyłam nawet wyprodukować żadnej sensownej myśli, ale do mózgu dotarł sygnał z serii "o kurwa!"
To wszystko trwało sekundę, facet ruszył dalej, zaczął się śmiać, powiedział, żebyśmy zastanowiły się nad takimi podróżami i odstawił nas do domu.
Żartował. Na szczęście tylko żartował.

Ale dla mnie to była ostatnia wyprawa stopem do domu.

6. Pierwsze delikatne makijaże zaczęłam uskuteczniać pod koniec szkoły średniej, ale to naprawdę nie było nic wielkiego. Wystarczył mi podkład, maskara i blady błyszczyk, a już czułam się jak cheerleaderka. Na studiach postanowiłam zaszaleć i kupiłam sobie eyeliner, taki w tuszu. Tamtego dnia wychodziłyśmy ze Współlokatorką z naszej bursy o różnych porach, ja zdecydowanie później niż ona, więc w zasadzie się nie widziałyśmy. Pech, bo zakładam, że uratowałoby mnie to przed kosmetycznym blamażem. Na zajęciach nie miałyśmy okazji pogadać, ale w czasie przerwy ona zaczęła mi się dziwnie przyglądać. Zresztą nie tylko ona; złapałam na korytarzu kilka niewyraźnych spojrzeń, ale prawdopodobnie uznałam, że z tym eyelinerem muszę wyglądać jak milion dolców. Nic bardziej mylnego. Wreszcie Współlokatorka nie wytrzymała i zapytała ostrożnie:
- Agaciu, a powiedz mi, dlaczego ty masz tak ... dziwnie umalowane oczy?
Natychmiast ruszyłam do łazienki. Kiedy spojrzałam w lustro, przeżegnałam się prawą stopą. Pół biedy, gdyby tusz wyglądał na rozmazany - wtedy każdy zwróciłby mi uwagę, no bo zdarza się, prawda? Nie, o nie, moja linia rozjechała się po całym oku, ale tak, że nie wyglądała na rozmazaną. Na górnej powiece miałam grube, czarne krechy, które wyglądały JAK BYM JE SOBIE CELOWO TAK NAMALOWAŁA!

I wiecie co? Nie miałam czym tego zmyć!


7. Kolegium języków obcych, zajęcia z fonetyki, na szczęście już chyba na trzecim roku, z przyjemniejszym wykładowcą niż w czasie dwóch pierwszych lat studiów. Czytamy na głos fragmenty wybranych lektur na zaliczenie. Dostaję trzy plus i szlag mnie trafia, bo wykładowca mówi mi, że intonacja super, wszystko płynnie, że generalnie przyjemnie się tego słuchało, ale były błędy w wymowie. Jestem wściekła, bo ostatnio zbieram same tróje z plusem, choćbym nie wiem, ile siedziała nad RP, ciągle czegoś brakuje do dobrego stopnia. Myślę sobie, że może on - Mr Fonetyka - ma to gdzie podprogowo zapisane; że już nie wiem, co bym zrobiła, on zawsze da mi trzy z plusem. Że ja to trzy plus mam niemal na czole wypisane i chuj, tak już zostanie. Tak sobie żuję tę swoją frustrację aż w pewnym momencie słyszę, że mówię to  na głos (ale bez chuja) dość sfochowanym tonem urażonej panienki:
- Kurczę, ja już nie wiem sama, co mam robić, czy ja wyglądam na trzy plus?
Po rozbawionej minie wykładowcy orientuję się, jak zostałam zrozumiana. Otóż, tego dnia mam na sobie krótką spódniczkę, pół przezroczystą bluzkę i wysokie obcasy. Dodajcie sobie blond włosy i już macie pełny obrazek.

Nie ma na naszej planecie takiej warstwy ziemi, pod którą miała ochotę się wtedy zapaść.

8. Obcasy to temat na osobą opowieść. Jeśli mnie znacie, wiecie, że się w nich kocham mniej więcej od czasów liceum, choć nauczyłam się bez nich obywać dla własnego zdrowia. Był jednak taki czas, że nawet po górach najchętniej łaziłabym w szpilkach (spokojnie, ta na Giewoncie w czółenkach to nie ja). I w tamtym właśnie czasie pojechałam sobie z kolegą, który smalił do mnie cholewki, na zakupy do sąsiedniego miasta. Tam, na środku Starówki, potknęłam się i niczym w reklamie Mentos, The Freshmaker, odpadł mi jeden obcas, a z buta wystawał wielki gwóźdź (proszę, nie pytajcie, co ja za buty nosiłam! jak znam życie, to kupiłam je na lokalnym rynku). Nie pomagał fakt, że zaczęło lać jak z cebra, a ja kuśtykałam w jednym bucie, próbując przeskakiwać kałuże, podczas gdy z drugiego buta wystawało metalowe ustrojstwo! Kolega na szczęście stanął na wysokości zadania, posadził mnie na schodach jakieś kamienicy, a sam pobiegł do najbliższego sklepu kupić mi najtańsze trampki, w których mogłam wrócić do domu.

To jednak nie koniec historii.

Kilka dni później, już w innych butach, wychodziłam od Kocura z domu. Ona i Przyszywany Brat stali jeszcze w drzwiach, kiedy schodziłam ze schodów. Cały czas rozmawialiśmy, z czegoś się śmiejąc, ja żywo gestykulowałam, schodząc powoli stopień po stopniu, rozbawiona byłam nieziemsko... I jak nie rąbnę z półpiętra w dół, z najwyższego stopnia do samego dołu! Wyszorowałam tyłkiem jakieś dziesięć schodów, a potem zapadła cisza. Którą przerwał Przyszywany Brat, najpierw upewniając się, że daję oznaki życia, a dopiero później rycząc ze śmiechu na całą klatkę:
- I obcasy ci odpadły! Obydwa!

No. Odpadły. I spadły całe kolejne półpiętro niżej.

Kolejny rok to był dramat, bo za każdym razem, kiedy wpadałam na Przyszywanego, ten ryczał ze śmiechu. A że mieszkaliśmy blok w blok i chodziliśmy na te same imprezy... Szkoda słów.


9. To jest bardzo krótka historia. Mamuśka zrobiła "tort", a ponieważ piecze jeszcze gorzej ode mnie, domyślacie się, ile wysiłku kosztował ją ten wyczyn (tort = biszkopt z kremem ze Śnieżki i galaretki). Wyglądał pięknie, a kiedy dumna Mama transportowała go do lodówki, "tort" spadł na podłogę i rozpierdolił się w drobny mak. Albo w drobny cukier. Mamuśka bluzgnęła, spojrzała na mnie, a kiedy mrugnęłam jej na znak, że popieram pomysł, pozbierałyśmy ciasto, uklepałyśmy z powrotem w tortownicy, posypałyśmy cukrem pudrem, chlusnęłyśmy luźnymi malinami i podałyśmy gościom jako "takie tam, GNIECIONE."

Nie jestem pewna, dlaczego piszę o tym w horrorach, ale chyba ładnie się komponuje z autostopem i tym, co niżej.

10. Mój osobisty faworyt tego zestawienia.

Tuż przed pierwszym zabiegiem laparoskopii jestem na badaniu ginekologicznym. W sali jest jeszcze drugi lekarz i pielęgniarka. Leżę na cudownej kozetce, zestresowana maksymalnie, z rozłożonymi nogami, a jakże. W zasadzie badania się nie boję, mam też w nosie, ilu lekarzy mnie ogląda, bo boję się operacji i tego, czy badanie histopatologiczne nie okaże się patologiczne. Wtem lekarz pyta:
- Współżycie było?
Co, kurwa?, myślę sobie. Myśli mam rozbieganie, nie bardzo wiem, o co mu, do cholery chodzi, ale nie nadążam akurat za samą sobą, więc na szybko zakładam, że sprawdza, czy trzymam się zaleceń mojej lekarki (zaleceń z serii: "zero seksu"), i zaczynam się plątać:
- Yy... no ostatnio to nie, bo pani doktor zabroniła...
Po czym widzę, jak panowie lekarzy wymieniają się spojrzeniami i w sali zapada cisza.

Miałam wtedy 26 lat, a wyglądałam na jakieś kilka lat mniej.

Dużo później zrozumiałam, o co pytał. Na pewno nie o to, czy OSTATNIO uprawiałam seks!

Do dziś prześladuje mnie to wspomnienie.

11. Kiedy pracowałam w Mechaniku, uczyłam samych chłopaków. Moje szczęście, że spódnice i sukienki wkładam tylko na specjalne okazje i na co dzień biegam w portkach, bo któregoś dnia miało to kluczowe znaczenie.

Tamtego popołudnia po zajęciach odkryłam, że jedna z ławek ma poluzowaną śrubę u nogi. Postanowiłam zgłosić to Panu Mietkowi od napraw wszelakich, ale już pięć minut później o tym zapomniałam. Następnego dnia rano prowadziłam lekcję w tej samej klasie i, swoim zwyczajem, tłumacząc pewnie nieśmiertelny present simple, oparłam się jednym półdupkiem o pierwszą z brzegu wolną ławkę.

Samego lotu nie pamiętam. Ocknęłam się na podłodze, obok złożonej na jeden bok ławki.
- Nic się pani nie stało? - zapytał ktoś na wstrzymanym oddechu.
- Nie, żyję, możecie zacząć się śmiać - łaskawie odparłam.

Ciekawe, czy jeszcze to pamiętają?

12. Ten jeden jedyny raz w życiu, kiedy rzygałam po alkoholu, nastąpił dopiero w Krainie Deszczu, kiedy Zamroczona zaprosiła nas do siebie na wino. Dopiero się sprowadziliśmy, wtedy jeszcze nie wiedziałam, że Zamroczona jest tak bardzo zamroczona, że nie należy z nią pić nawet wody, ale to nieistotne, bo nawet nie wypiłyśmy dużo. Jakąś butelkę na głowę, przy czym ja piłam na pusty żołądek, bo ZAPOMNIAŁAM tego dnia, że trzeba jeść, aby żyć, ewentualnie aby nie rzygać.

W domu (Alleluja, najpierw wróciliśmy do domu, więc Zamroczona nie miała szansy opublikować mnie na fejsie!) poszłam prosto do łóżka, po czym obudziłam się o niesprecyzowanej porze i poczułam, że to jest TA NOC.

Uwierzcie mi, różowe wino niespecjalnie komponuje się z łazienkową zielenią.

Ale horrorem była wizyta w Sainsbury'sie dnia następnego. Inżynier, bardzo rozbawiony sytuacją, uparł się, że na kaca najlepsze jest wyjście z domu...

13. Praca w koledżu była spełnieniem moich emigracyjnych marzeń. Ale dopiero kiedy przydzielono mi własne biurko w staff roomie, poczułam się jak ta-która-osiągnęła-już-wszystko. Miałam mnóstwo książek, dla których nie mogłam znaleźć miejsca w klasowych szafach, pozostało więc tylko wejść do wielkiego staff roomu, zlokalizować biurko i ... wprowadzić się.

Trzy miesiące później wciąż byłam niewprowadzona. Moja koleżanka Tan, przyjęta do pracy w tym samym czasie co ja, zapytała któregoś dnia, jak mi się pracuje we własnym kąciku. Spojrzałam na nią i dusząc śmiech, wypaliłam:
- Nie wiem, bo jeszcze tam nie weszłam. Brakuje mi odwagi!
Byłam przekonana, że spojrzy na mnie jak na wariatkę, bo hello, podstawówkę dawno mamy za sobą, ale ku mojemu zdumieniu, ona też parsknęła i wyznała:
- Boże, ja też nie!

Poszłyśmy we dwie. Chichocząc ja dwie małe dziewczynki nieśmiało torowałyśmy sobie drogę wśród ciekawskich spojrzeń stałych bywalców biura.

Żartuję. Nikt nie zwrócił na nas uwagi, a ja do dziś zastanawiam się, czy mam w głowie po kolei.

(...)

Pora na Was. Do zabawy nominuję Alutkę  i Agatę. Temat możecie sobie dowolnie modyfikować, ale trzymamy się trzynastki. Na uporanie się z zadaniem daję Wam 6 miesięcy (to mniej więcej tyle, ile ja potrzebowałam). Jeśli się z niego nie wywiążecie... to jeszcze nie wiem co, ale coś na pewno!

A Wy, niezblogowani? Podzielicie się swoimi historiami (horrorami)?

O priorytetach


Od niedawna ma swoją własną kartę biblioteczną, ponieważ moja eksploduje przy każdej naszej wizycie w świątyni książek. Fruzia nie rozumiała, że nie można wynosić z niej więcej niż dwunastu sztuk, postanowiłam więc wziąć na klatę obsługę drugiego konta i chwilowo mieścimy się w limicie dwudziestu czterech lektur. Jeśli zajdzie potrzeba, założymy kartę Inżynierowi i Rudolfowi, ale wtedy będę zmuszona wziąć nadgodziny, żeby było z czego spłacać ewentualne kary za niepilnowanie deadline'ów. W tych okolicznościach przyrody w ostatnich dniach dość często bawimy się w bibliotekę. Fruzia z powagą pomaga mi wybierać książki dla moich bejbików ("Here's Peppa, your baby like Peppa?"), ogląda moją kartę, pomaga ją skanować, a na koniec następuje zamiana ról i to ona przychodzi z czytelniczymi rozterkami, a ja uprzejmie rekomenduję bestsellery dla niemowlaków ("Proszę, osiem książek o Peppie, czy twoje dziecko lubi jeszcze jakieś inne tytuły?") Czasem zdarza mi się zgubić tożsamość, a wtedy Fruzia poprawia mnie surowo:
- No, mummy, I'm biblioteka girl!
Zwieszam wówczas pokornie głowę i przepraszam za tupet. Jakże mogłam pomyśleć, że z moim angielskim ktoś zatrudni mnie w publicznej bibliotece na full-time!

W piątek weszła w rolę całą sobą i nie wyszła z niej aż do zamknięcia biblioteki z powodu niedomagającego personelu. Fruzia była wówczas poważną mamą dwójki dzieci o wdzięcznych imionach Big Baby oraz Big Sister. Monologowała właśnie na temat preferencji czytelniczych progenitury, rozciągając samogłoski długie, to wznosząc lub obniżając intonację, to przewracając oczami, zupełnie jakby chciała dać do zrozumienia, że te wieczory spędzone na czytaniu dzieciom to już doprawdy lekka przesada, bo ona też chciałaby się czasem napić wina na sofie, ale co robić, skoro cała Polska w Krainie Deszczu czyta dzieciom... I ja jej całkowicie uwierzyłam! W pewnej chwili mama Fruzia zatrzymała się w tym rzęsistym słowotoku, cała stając się powagą; zmarszczyła brwi, wyraźnie czymś strapiona (obstawiałam, że żałuje tego wyznania o winie), przechyliła głowę na bok, jakby z tej perspektywy myśli stawały się klarowniejsze, po czym nie wypadając z roli, oznajmiła tonem kogoś, kto pyta o dzieła zebrane Szekspira niezbędne jej do doktoratu:
- I need a poo. Do you have a toilet here?

A kiedy personel, któremu odebrało mowę, skinął głową na znak, że i owszem, Fruzia z godnością oddaliła się do bibliotecznej toalety, nakazując biblioteka girl objęcie chwilowej opieki nad jej potomstwem.

Prawdziwa matka nigdy nie zapomina o dzieciach.

O babskich sekretach

Kupiłyśmy Inżynierowi kubek na Dzień Ojca wypadający w Krainie Deszczu w najbliższą niedzielę. Designerski, z Poundlandu, z peleryną superbohatera i wszystko mówiącym napisem SuperDad. Fruzia zdecydowała, że czerwony lepiej niż granatowy oddaje superbohaterski charakter ojca jedynego, stanęło więc na kolorze serca. Nie sądziłam, że Fruzia dotrzyma tajemnicy do dnia polskiego święta tatuśków, ale żywiłam nadzieję, że do niedzieli da radę. Wkładałam jej do głowy głodne kawałki o sekrecie między nami, o niespodziance, jaką zrobimy tacie, kiedy już za dwie nocki (only two sleeps!, przekonywałam jej językiem) podamy mu do łóżka kafkę w nowym kubku! A potem bezczelnie ukryłam kubek na resztę dnia, zaserwowałam dziecięciu rozrywki i udawałam, że tematu nie ma.

Inżynier wrócił z pracy, przywitał się z dzikim Fruziakiem, zapytał, jak jej minął dzień, na co Fruzia rzuciła się do mojego ucha i teatralnym szeptem słyszalnym w całej okolicy zapytała:
- Mummy, we give daddy his cup?
Inżynier zakrztusił się ze śmiechu, ale wdzięcznie udawał, że nic nie słyszał. Ja zakrztusiłam się własną naiwnością i wyszeptałam do Fruziakowego ucha;
- Ciii... to jest sekret! Tata ma nie wiedzieć, ok?
Tasman zachichotała i potrząsnęła głową w górę i dół na znak zgody. Po czym znów przysunęła się do mojego ucha i WYSZEPTAŁA DRUKOWANYMI LITERAMI:
- MUMMY, WE GIVE DADDY HIS CUP NOW!

Cóż było robić.

Happy birthday Father's Day!

O tęczy nad boiskiem

Zdradziła ich skrzypiąca szafa w naszej sypialni, kiedy on szeptem instruował ją, że muszą być ekstra cicho, ale zamierzałam wycisnąć mój dzień do ostatniej kropli ciszy, którą oferował przynajmniej o świcie, więc tylko uśmiechnęłam się do siebie w półśnie i znów wpadłam w objęcia Morfeusza. Zdążyłam jedynie zarejestrować, że gdzieś jadą. Albo nie spałam zbyt długo, albo to oni tak się ociągali z powrotem, bo kiedy na dobre się rozbudziłam, ich wciąż nie było. Dobry Boże i Karmo, czytam książkę o poranku!
Wreszcie dotarli. Ułożyłam się wygodniej na poduszce i niczym królowa oczekiwałam na rozwój wypadków. Po krótkich nie-tak-znów-cichych szeptankach przed drzwiami sypialni do pokoju wtargnęli Inżynier i Fruzia. We dwoje nieśli laurkę, nie wiedzieć czemu - w pozycji poziomej, zupełnie jakby ważyła z pięć kilo. Robi się ciekawie, pomyślałam. Dzień wcześniej Fruzia ćwiczyła swoją frazę "happy Mother's Day", jako że na ojczystą wersję nie starczyło mi determinacji i już za chwilę dane mi było usłyszeć rezultaty tych prób.
- Happy birthday Mother's Day! - rzuciła podekscytowana Tasmanka.
A dla wzmocnienia efektu dodała:
- Sto lat!
Team Fruzia & Daddy uroczyście wręczył mi laurkę, a następnie podał śniadanie do łóżka - lody czekoladowo malinowe na patyku. Jadłyście kiedyś coś fajniejszego w łóżku bladym świtem o ósmej trzydzieści? Bo ja nie.
W trakcie konsumpcji przyszła pora na wyzwanie, czyli odczytanie, co też autor miał na myśli, produkując laurkę. Miałam rację, że nie wybrałam na maturze interpretacji tekstu, bo ja to chyba potrafię jedynie nadinterpretować, czego dowiodłam i tym razem.
- Wiem, wiem! - wyrwałam się natychmiast.
(Wiadomo, wzorowa uczennica!)
- To jest mecz piłki nożnej!
Byłam z siebie dumna. No bo to przecież widać od razu, boisko i bramka. Na boisku nakreślonym różowym pisakiem stały trzy ludziki-gumki, piłka-gumka oraz tęcza-gumka. Stały, dlatego laurka wjechała do sypialni w poziomie, coby nie obalić drużyny. A obok Fruzia narysowała bramkę. Boisko, piłka, bramka. Proste jak konstrukcja cepa. Tym bardziej, że Fruzińska jest ostatnio zapaloną piłkarką, więc ułatwiła mi sprawę.
- No, mummy! - wybuchnęła śmiechem Tasmanka.
Popatrzyłam pytająco na Inżyniera, który z kolei odwzajemnił się pobłażliwym spojrzeniem.
- Mummy, ogarnij się! Nie widzisz, co to jest? - droczył się ze mną.
- No przecież widzę. Boisko, piłka, bramka. Mecz. A nie? - zwątpiłam.
Fruzia aż się za buzię złapała.
- Silly mummy, it's a birthday cake and a rainbow!

No tak, silly me! Tort i tęcza do pary, jak mogłam tego nie skumać?

Happy birthday Mother's Day!

O polskiej elicie

Poznałyśmy się, stojąc w drzwiach oddzielających salę bejbików od toddlerów. Wyglądałam fatalnie w biało-czerwonym fartuchu w kratkę narzuconym na czarny top i legginsy, prawdopodobnie upstrzone wszelakimi niemowlęcymi wydzielinami, z kosmykami włosów wymykającymi się spod kitki związanej przed lustrem jakby całe wieki temu. Jeśli coś pozostało po moim makijażu, z pewnością w tamtej chwili nie dodawało mi uroku. Mocno kontrastowałam z jej świeżością.
- To jest Liz - przedstawiła mi szeptem Matka Przełożona II uśmiechniętą blondynkę, na oko w moim wieku. - Liz będzie nas odwiedzać w poniedziałki jako wolontariuszka. I chyba nie będzie nietaktem, jeśli zdradzę, że wy dwie będziemy miały o czym rozmawiać, bo Liz też przechodzi właśnie przez proces adopcyjny.
Szeptała, bo w bejbikowni, z której właśnie wyłaniała się z Liz, bardzo nieletnie towarzystwo odpływało w niebyt. Na podłodze trudno było znaleźć wolną przestrzeń do postawienia stopy pomiędzy rozłożonymi materacami, z boom boxa sączyły się kołysanki. Nikt nie poważyłby się w tych okolicznościach przyrody zaburzać świętego spokoju personelu Lucasów.
- Świetnie! - odszeptałam. - Koniecznie musimy później pogadać!

Teraz znów stała w drzwiach. Przyszła życzyć nam powodzenia na chwilę przed Panelem.
- Powiedzmy, że mnie tu nie było - mrugnęła do nas okiem. - Dajcie czadu jak zawsze!

Wtedy, pięć lat temu, jak zaczęłyśmy rozmawiać, to do dziś nie możemy skończyć. Nasze ścieżki plączą się w zaskakujący sposób, w jakimkolwiek punkcie życia tutaj się znajdziemy, zaraz okazuje się, że Liz jest tuż obok. Ofsted Outstanding to już trzecia nasza wspólna placówka.
- Zobaczysz, jeszcze przyjdzie nam pracować razem po raz kolejny - zapewniam ją, a ona spokojnie przytakuje.
Jesteśmy sobie pisane.
Nasi mężowie chyba też, bo kiedy się spotkają, to albo tańczą salsę (nie z nami), albo łażą nocą po polach, szukając fajerwerków. Choć o tym akurat nie wspomnieliśmy na Panelu, kiedy zapytano o support network na czas mojego przymusowego zamknięcia w czterech ścianach z nowym człowiekiem. Wymieniłam wszystkich, którzy okazali się wsparciem przy Fruzi, w ostatniej chwili gryząc się w język przed zdradzeniem, że przy nowym człowieku pewnie będę jak Liz - siadać wieczorami na kanapie i lekkim skinieniem głowy dawać znać Inżynierowi, że już pora. A najlepiej to nalej od razu dwa. Uparcie omijaliśmy ten motyw, omawiając wyimaginowane strategie radzenia sobie z prawdopodobnymi trudnościami Drugiego i jeszcze bardziej prawdopodobnym regresem Fruzi. Jeśli regresem można nazwać to, że Fruzia żąda ostatnio "rock me like a baby", a ja kołyszę  w objęciach szesnastokilowe bejbi - na siedząco, bo inaczej się nie da - do snu, to już tylko pozostaje pytanie, czy to jej regres, czy mój, i czy aby na pewno o to nas pytają. Inżynier, jako ten odważniejszy, napomknął o naszych weekendowych nocnych nasiadówach jako sposobie na odstresowanie, ale jednogłośna przychylność Panelu każe mi przypuszczać, że oni szybciej pomyśleli o nadrabianiu cielesnych zaległości, niż o utracie kontaktu z bazą pod wpływem napojów mocno relaksujących. W sumie to sama już nie wiem, co bardziej pomaga. Tego drugiego dawno nie praktykowałam i trzeba by odświeżyć nieco pamięć.
Potem ugrzęźliśmy na chwilę w koncepcji wychowania dwukulturowego i cóż, znów było o Fruzi. Szanowne Zgromadzenie pamięta, że Fruzia jest szekspirojęzyczna? Pieprzyć wszystkie moje dawne ubolewania nad tą jej pierwszojęzycznością, Bóg i Karma czuwają, bo dzięki niej mamy szansę na małego Wyspiarza, co poszerza spektrum poszukiwań. Drugi raczej na pewno, do wtóru z siostrą, wytknie nam w niedalekiej przyszłości te wszystkie sobotnie szkoły i świszczące, przyprawiające o ból głowy i zębów dźwięki, ale luz, bo z doświadczenia wiem, że do niekończącej się listy wyrzutów sumienia matki polki na obczyźnie dołączy po prostu kolejny, nie zmieniający w sumie nic, bo przecież wiadomo, że zawsze któregoś języka będzie za mało, a dokładnie którego, to będzie zależało od aktualnego położenia i humoru samego zainteresowanego. Niestety, do moich super mocy nie należy umiejętność zmuszania dziecka do lingwistycznego drylu tak, aby ono myślało, że się wciąż bawimy w chrząszcz-brzmi-w-trzcinie. I doprawdy nie pojmuję, dlaczego państwa, Szanowni Państwo, to uspokaja. Czasem zresztą mnie samej wydaje się, że polski został wymyślony przez niemieckiego logopedę, który z fińskim ortodontą upił się Żywcem w angielskim pubie. Tak, Fruzia pomoże nam tam, gdzie matka z ojcem nie dadzą rady, a świadkiem nam Sofia. Mentorka była, widziała i wreszcie uwierzyła, że można. Że można wysłać piłkę w jednym narzeczu na drugą stronę kortu, a otrzymać takie odbicie w innym, że później nawet replay nie pomoże ustalić, co się zdarzyło po drodze. W głowie Fruzi. Więc już nie ubolewam, Szanowny Panelu. Dawać nam tu tego Wyspiarza z piętnastu pokoleń! Najwyżej jeszcze trochę się podszkolimy w tutejszym narzeczu, jeszcze trochę pouczę matmy, jeszcze jeden lud dwa procesy adopcyjne strzelimy sobie na rozgrzewkę, a wtedy to już raczej chyba na pewno podołamy tej dwukulturowości.
Przekonaliśmy ich. Byli na tyle immigrant-friendly, że wprowadzili nas w stan miłego odprężenia, a wiadomo, że wtedy mówimy dużo, a jednak udało nam się nie stracić czujności i nie wyznać, że Paolo trzyma dla Inżyniera popanelowe piwo w lodówce. On twierdzi, że w egzaminacyjnych okolicznościach przyrody emanuję blaskiem wzorowej uczennicy, która odpowiada, zanim na dobre wybrzmi pytanie. I wyczuwam w tym stwierdzeniu nutę podziwu. Zaraz obok całej tony zdumienia. Ja za to jestem zdumiona, że po 12 wspólnych latach on wciąż się dziwi.
On nie potrzebował powtórek ani stosu mądrych książek o wychowaniu dziecka z przeszłością i na pełnym go with the flow przekonał towarzystwo, że wie, o czym mówi.
- Nawet jeśli nie do końca wiedziałem, o czym mówię - podsumował później. - No bo w końcu kto wie, jak to będzie? Kto mógł przewidzieć wtedy, że trafi nam się taka Fruzia, przy której wszystkie podręczniki należy uzupełnić o stertę poprawek?

No nikt. A Drugi dopiero przed nami. Może tych dwoje napisze kiedyś swój własny poradnik o wychowaniu ("Jak NIE wychowywać. Wszystkie błędy naszych rodziców")

Liz znów zajrzała do pokoju, w którym oczekiwaliśmy na formalną rekomendację Panelu. Z naszych min wywnioskowała, że ta może być tylko jedna.
- Wy, Polacy! - komicznie wywróciła oczami. - Jeden panel, drugi, tu dziecko, tam dziecko, po polsku czy nie - co to dla was!
Roześmialiśmy się, bo po pierwsze - tylko my wiemy, jak to wygląda od kuchni, a po drugie, Liz właśnie sparafrazowała jedną członkinię Panelu, która nie mogła powstrzymać się od końcowego komentarza poza protokołem:
- Ja wiele rzeczy rozumiem, ale publicznych wystąpień tego typu w obcym języku to moja głowa nie ogarnia.
Pozostało nam wierzyć, że to był komplement. A potem poczuć się jak polska elita na Wyspach. Oraz pomyśleć, że trzeba pielęgnować to uczucie, bo nie dość, że nie zdarza się zbyt często, to jeszcze  rozsądek podpowiadał, że nie potrwa zbyt długo. Ot, maksymalnie do pory snu Fruzi, która wiadomo (nam) jak ostatnio wygląda.

Żadna wydumana elita nie ma z nią szans.