Fruzia - odsłona dwudziesta czwarta

Cisza mnie niepokoi, jak każdego czujnego rodzica, ale kiedy słyszę jej mamrotanie pod nosem dochodzące z salonu, wiem, że jest czymś pochłonięta do granic i nie warto przerywać tego błogiego, szczególnie dla rodzica, stanu. Czasem podglądam ją z przedpokoju. Widzę jak układa w równych rządkach ciastka z plasteliny, segreguje kredki tak, aby ich czubki równo wystawały z otwartego piórnika, zapamiętale kręci pedałami od roweru stacjonarnego, albo wyrównuje brzegi przylegających do siebie kart edukacyjnych. Tylko takie czynności angażują ją do tego stopnia, żeby Fruzia nie szukała towarzystwa. W pozostałych przypadkach Tasman potrzebuje drugiego człowieka.
- Mama! - ciągnie mnie za rękę do swoich zabawek.
- Mama! - powtarza, kiedy potrzebuje jego.
To wcale nie o mnie chodzi. Mama jest jest słowem-kluczem. Jest jak Sezamie otwórz się, jak mówisz i masz, jak czary mary i abrakadabra w jednym. I jak sok z gumijagód. Mama sprawia, że niemożliwe staje się możliwe. To z jej punktu widzenia. Bo dla nas mama to brak litości. Mama oznacza dla nas tylko jedno - trzeba iść. Jej dusza nieustająco łaknie dodatkowej pary oczu i fizycznej obecności. Różowa Chmurka musi jawić się w jej dziecięcej głowie jako raj. Nic dziwnego, że wystarczy hasło "pójdziemy do dzieci", a młodzież pędzi po plecak i ochoczo wskakuje w chińskie kozaki.

Wciąż gardzi lingwistycznymi normami. Owszem, mówi dużo i chętnie, ale coraz częściej zastanawiamy się, po jakiemu. Dużo w tych jej przemowach gestykulacji i ekspresji, i chyba tylko dlatego tak dobrze się rozumiemy. Po pierwszych sesjach w żłobku zaskoczyła nas swoim mummy! wykrzykiwanym na przemian z mama! A nasze przeświadczenie, że niektóre jej 'słowa' brzmią bardziej wyspiarsko niż ojczyście, niespodziewanie okazało się słuszne.
- Tak, mówi - usłyszałam któregoś dnia w Różowej. - Ostatnio ruszyło jej słownictwo. Potrafi powiedzieć cuddle i more.
Że more, to akurat mnie nie dziwi. To podstawowe słowo zapewniające jej i jej podobnym uzyskanie dodatkowej garści rodzynek lub kolejnego breadsticka. (Nie oszukujmy się - o kisz tak nie walczą.) Ale cuddle?! Na Boga i Karmę!

Inżynier mówi, że jest wyraźna. W dobrym nastroju tryska optymizmem i uśmiechem, jak się wścieknie, latają dydki i co-tam-jest-pod-ręką. Nie zna nudy ani stanów pośrednich. Nie snuje się po domu bez celu, zawsze wie, dokąd zmierza i o co jej w danej chwili chodzi. My nie zawsze, więc kiedy łączność między nami pada, Fruzia teatralnie pada na podłogę twarzą do dołu i albo ryczy, albo w milczeniu czeka na pożądaną reakcję. Ryczy coraz rzadziej, bo ... reakcji nie ma.
- Pa pa - mówię do niej spokojnie, przestępując równie teatralnie nad jej rozciągniętym jak szczupak ciałem.
- Przyjdź do nas jak ci przejdzie - mówi on.
Tym sposobem nauczyła się, że dydek sam do niej nie wróci, musi podnieść dwuletni tyłek i udać się po niego w drugi koniec pokoju. Potem krótki przytulas, pokrzepiające poklepanie rodziców po plecach ("dobrze wam idzie, staruszkowie") i wracamy do równowagi. W gorszych chwilach Inżynier bierze jej plastikowy telefon, który tuż przed chwilą młodzież posłała w diabły, przykłada go sobie do ucha i poważnym tonem przeprowadza dialog z powietrzem:
- Tak... przyjedźcie po nią... najlepiej zaraz...
Fruzia z zainteresowaniem zaczyna przysłuchiwać się rozmowie.
- Koniecznie... musicie ją zabrać... będziemy czekać... tak, kaftan bezpieczeństwa się przyda...
- Podwójny - podpowiadam.
- Podwójny... jak najszyciej, bo nie dajemy rady!!
Fruzia patrzy na tatę łobuzersko. Jestem pewna, że ten Tasman rozumie więcej niż sam potrafi powiedzieć.

Uwielbia skrytki, zakątki, przejścia na skróty, dziury w chodniku i wszelkie zakamarki. Jedna niezabezpieczona przed jej wścibskimi łapkami kuchenna szafka została mianowana JEJ szafką. Kilka miesięcy temu tak długo Fruzia przekładała konserwy i słoiczki z dżemem, tak natrętnie ładowała tam swoje małe ciałko, że górna półka rąbnęła w końcu na dół, razem z korpusem zdziwionego lotem dziecięcia. Nie zraziło to bynajmniej naszej córki. Usunięta półka zrobiła miejsce dla całego Tasmana i do dziś Fruzia potrafi przesiedzieć tam za zamknietymi drzwiczkami nawet pół godziny, przesypując mieszkankę herbat z wielkiej miski na pranie do małych miseczek. A wczoraj wlazła do piekarnika.
- Mummy! - dobiegł mnie z salonu cienki głosik, kiedy sortowałam w łazience pranie.
Nie brzmiała ani dramatycznie, ani zbyt radośnie, ale coraz bardziej ponaglająco.
Westchnęłam, przełożyłam jeszcze kilka rzeczy na osobną kupkę i ruszyłam do pokoju. Tam natychmiast uderzyłam w śmiech.

Z różowej, plastikowej kuchenki wystawała blond czupryna i ramiona, cały brzuch schowany był w piekarniku, nogi wystawały z drugiego końca piecyka. Fruzia najwyraźniej poległa przy matematycznych obliczeniach. Wyglądała jak Puchatek, który utknął w wejściu do norki Królika.
- Mummy! - zawołała radośnie Tasman, kiedy zorientowała się, że dostarczyła mi rozrywki.
Potrzeba było dwóch dorosłych osób, żeby ją stamtąd wyciągnąć. I na swoją obronę dodam, że to Inżynier pierwszy powiedział:
- Poczekaj, zróbmy jej zdjęcie, skoro nie płacze!
(Co za nieczułe pokolenie!)

Śpi w swoim własnym, dorosłym łóżku. W Ikei trudno było utrzymać ją przy sobie, najchętniej kupiłaby nie tylko łóżko, ale też szafę, wózek sklepowy, wagę oraz sprzedawców. Ochoczo pomagała tacie skręcać nowy nabytek, wiernie naśladując wszystkie czynności - tutaj trzeba włożyć śrubkę, teraz przykręcić, tam lekko przyklepać... Bez żalu pożegnała łóżeczko z żyrafą, które spokojnie poczeka na swoje kolejne pięć minut. Duże łóżko to więcej zabawy i nowe rytuały. Obowiązkowo czytamy przed snem - Fruzia pędzi po książki, układa całą ich stertę na kołdrze, po czym mości wygodnie tyłek tuż przy poduszce i ponaglająco wskazuje palcem na wybrane pozycje. Bywa, że trzeba też zaśpiewać jedną z tych ekspresyjnych przedszkolnych piosenek, które Fruzia podchwyciła już w pierwszym tygodniu pobytu w Różowej. Najchętniej "Wheels on the Bus" i "Twinkle, Twinkle". A potem, kiedy zgasimy już światło, wierci się. Jeszcze.Więcej.Niż.W.Łóżeczku. Układa się. Przekłada. Kopie mnie przypadkowo i całkiem nie. Kładzie się na lalce i obok lalki. Albo lokuje ją sobie na twarzy. Co rusz wali głową w ścianę, bo przy takim przekładańcu trudno zorientować się, gdzie kończy się łóżko. Leży w poprzek, wzdłuż i po skosie. Wisi głową w dół. Albo nogami. Chce być otulona pluszakami albo żąda przestrzeni. A w tym wszystkim ja usiłuję znaleźć sobie miejsce obok niej...

Ale nie - nie tęsknię za wiszeniem głową w dół!

Zaliczyła pierwsze kroki na łyżwach. Nie było ich wiele, część z nich dokonała się w powietrzu, kiedy usilowaliśmy postawić ją przy ciężkim jak granat pingwinie, ale pierwsze koty za płoty. Wyglądała komicznie i nic a nic się nie bała. Wściekła się dopiero po kilku minutach, bo te nogi w ogóle nie chciały jej słuchać, a ona przecież chciała śmigać jak mama i tata! (Poważnie sądziłam, że uda nam się wypożyczyć łyżwy dla toddlerów, takie z dwiema płozami, takie bardziej... toddlerowe. A tu niespodzianka - łyżwa to łyżwa, nie ma mowy o jakiejkolwiek taryfie ulgowej dla dwulatków. W końcu toddler też człowiek, prawda?) Nic to, spróbujemy za rok. (A tymczasem wypadało skorzystać z wizyty na lodowisku. Nie wiem, kto się bardziej tam zmęczył - my, usiłujac opanować drewniane po długiej przerwie od łyżew nogi, czy też ona, biegając bez opamiętania między szafkami, porzuconymi pingwinami i automatami z czekoladą.)

A jednak przy całym swoim temperamencie dokładnie wie, kiedy należy trzymać fason. W dniu urodzin rozdawała gwiazdorskie uśmiechy wszystkim zebranym przed monitorami gościom. Zdmuchnęła świeczkę, zatańczyła solo i wygłosiła przemowę (kilka/naście razy.) Z godnością i spokojem wysłuchała kilku okolicznościowych pieśni wydobywających się z gardeł najbliższych. Ani razu nie rzuciła (w nikogo) dydkiem. Sama urodzinowa słodycz, której baterie padły grubo po dwudziestej drugiej w naszym łóżku nad miską chrupek.

Następnego dnia, jak to zwykle bywa, wszystko wróciło do normy.

(Trochę ją rozumiem. Musiała zrobić sobie jednodniową przerwę od tych królewskich manier, bo chwilę później czekało ją dalsze świętowanie ze starszymi w rolach głównych. Znów trzeba było wziąć się w garść. Co też, przyznaję, udało jej się wyśmienicie.)

I o sezonie na jednego

Co roku robię to z rozmysłem. Przez dłuższą chwilę przyglądam się otoczeniu, łapię dobre światło, ustawiam w kadrze dekoracje. Potem głęboki oddech, jedno pstryknięcie i już. Kolejna mentalna fotografia, której przyjrzę się dokładniej za rok.

(...)

W roli dekoracji butelka coli, której w zasadzie nie pijemy. Obok whisky, którą jedynie z Ojcem Dyrektorem, od wielkiego dzwonu, dla towarzystwa. Ojca co prawda z nami nie ma, ale ta wspólna dekada, którą właśnie żegnamy, zasługuje na nie-codzienność.
- Po jednym drinku? - pyta on, bo przecież whisky to tylko z Ojcem Dyrektorem, wiadomo.
- Po jednym - mówię, otulając się szczelniej kołdrą.
Nastrój wytworzony przez domowe piernaty skłania bardziej do myślenia o odespaniu całego tygodnia niż o delektowaniu się gorzkim trunkiem. Jeden zapewne przyspieszy ten proces.

Jedno piwko i wracam do domu, myślałam wtedy, brnąc przez zaśnieżone ulice. Zawsze mogę wrócić najwcześniejszym możliwym pociągiem, gdyby było nudno.
On prowadził, więc nawet o jednym nie pomyślał. I może to dlatego ukruszył w dłoniach szklankę od coli.

Wtedy wróciłam do domu o pierwszej, zaskoczona dokładnie tak samo, jak dziesięć lat później, kiedy o piątej nad ranem zamiast whisky, w butelce zaświeciło jej dno. Serio? Przegadaliśmy tyle godzin?


(...)

Z tamtego dnia pamiętam plataninę emocji. I trzy pytania, wybijające się na podium - czy to już koniec? czy dopiero początek? i co dalej? No doprawdy. Typowa ja. Szukająca znaków, uwielbiająca nowe, a jednocześnie tak kurczowo trzymająca się tego, co jej, co na zawsze, co przyklepane do grobowej deski.
- Zobaczysz, w maju to już będziesz w ciąży - śmiała się Kocurowa dwa dni wcześniej.
Przez łzy się śmiała, bo to jej urodziny były, a ja zadzwoniłam, żeby się pożegnać.

W dzień Świętego Walentego dobiliśmy do progu Cegiełki. Opatrzność czuwała, zsyłając nas na emigrację tego symbolicznego dnia, bo nawet nie przypuszczałam, ile razy przyjdzie mi wpisywać tę datę do przeróżnych urzędowych formularzy.

Rudolf natychmiast ubrudził błotem dywany w Cegle. Zupełnie jak dzisiaj podłogę, kiedy w trójkę wróciliśmy ze spaceru po parku. Fruzia pogroziła mu palcem, kiedy próbował wskoczyć na łóżko w sypialni.

Jest remis. Pięć do pięciu. Połowę wspólnego życia spędziliśmy tam, a połowę tutaj.  Za kilka dni szala zacznie przechylać się na stronę Krainy Deszczu.

(...)

Kiedy rodzi się dziecko, większość ludzi zachowuje się tak, jakby byli zaskoczeni. Jakby przespali tych dziewięć ostatnich miesięcy. Albo kiedy dzwoni ten telefon, wiecie jaki. Ten wyczekany od dnia zero. Niby wiesz, że kiedyś w końcu zadzwoni, niby się wgapiasz w niego tęsknym wzrokiem, ale kiedy wreszcie dzwoni, ty albo nie słyszysz, albo zapominasz zabrać do pracy komórkę. Albo w ogóle nawet nie myślisz o telefonie, bo przecież wyraźnie powiedzieli ci, że teraz to na nic nie licz, teraz to sobie znajdź mieszkanie, bo wygląda na to, że za miesiąc nie będziecie mieli gdzie mieszkać.

Nawet mi przez myśl nie przeszło, że oto nadchodzi dzień świętowania. W błogiej nieświadomości zaplanowałam więc spędzić własne urodziny objadając się czekoladkami i czytając książki do południa. Nie przypuszczałam, że to ostatnie takie urodziny. (Właściwie to nawet dobrze. Gdybym wiedziała, nie byłabym w stanie przełknąć ani jednej czekoladki.)

Zamiast małej, łysej głowy, mam przed sobą bujną czuprynę dwuletniego toddlera. Zamiast siebie 30+, widzę siebie 35+. Niezmiernie mnie to dziwi i bawi. Zaczynam rozumieć Mamuśkę, która twierdzi, że momentami nie wierzy własnej metryce.

(...)

- Wiesz, zawsze mi się wydawało, że jak już coś, to wtedy poczuję się naprawdę dorosła - wyjawiłam Mężowi Memu sekret mego życia.
Podczas opróżniania tej whisky wyjawiłam, co prawdopodobnie wiele tłumaczy.
Inżynier spojrzał na mnie bystro, wyraźnie oczekując bardziej porywającego rozwinięcia akcji.
- Na przykład jak pójdę do pracy. Tyle tylko, że poszłam do pracy dosyć wcześnie, więc tak jakby miałam prawo nie poczuć się dorosła - kontynuowałam. - Potem miałam dorosnąć jak urodzę dziecko. Urodziłam, jestem mamą, a nadal tej dorosłości nie czuję. Więc pomyślałam, że jak zostanę kierowcą! Będę parkować przed koledżem, ostentacyjnie zamykać drzwi własnego wozu, paradować przez cały parking z teczką pełną książek w jednej dłoni, z kluczykami w drugiej... no wiesz, marzenie nastolatka spełnione w czwartej dekadzie życia... - zaczęłam się śmiać.
- No i? - uśmiechnął się on.
- No i dupa - westchnęłam komicznie. - Nie umiem wczuć się rolę. Ciągle zapominam, w którą stronę muszę przekręcić kluczyk, żeby zamknąć drzwi. Nie mówiąc już o tym, że wożę ze sobą tenisówki do jazdy.

Inżynier parsknął śmiechem.
- To chyba dobrze, że wciąż masz piętnaście lat?

(...)

Nie można zrobić dokładnie dwóch takich samych fotografii. Bo nawet Rudy notorycznie zmienia futro. I kanapy, od czasu do czasu.

O sezonie na paracetamol

Przed pierwszą adaptacyjną wizytą w Różowej Inżynier pobrał Fruzię z łóżeczka i zaanonsował się w przychodni, bo to przeziębienie, z którym Fruzia wracała z Polski, przybrało na sile. Piguła oświadczyła, że to wirus i rozłożyła ręce w geście bezradności. Paracetamol i plenty of fluids, jeśli gorączka.

Pierwszy oficjalny dzień w przedszkolu Fruzia zakończyła powrotem do Piątej Chatki z wysypką. Wróciliśmy do przychodni. Piguła oświadczyła, że to wirus i rozłożyła ręce w geście bezradności. Paracetamol i fluids, wiadomo. Następnego dnia odkryłam piękną dolną piątkę w buzi Fruziaka. Obsypało ją kropkami na twarzy jeszcze mocniej.

Po kolejnych dwóch tygodniach wróciliśmy do przychodni, bo ten kaszel, który Fruzia zapoczątkowała gdzieś na trasie pomiędzy Polandią a Krainą Deszczu, zaczął mnie niepokoić. Obadano Fruziaka, pozaglądano w różne otwory, co dziecię przyjęło z iście stoickim spokojem, co z kolei lekko zszokowało matkę, po czym oświadczono, że to resztki paskudnej infekcji, które młodzież musi wykaszleć, ale że od środka Fruziak jest czysty. Nie warto kupować syropów, bo nie pomogą.
- Przeczekać - piguła rozłożyła ręce w geście bezradności.

Dwa dni później wzięłam dzień wolnego, bo chociaż kaszel faktycznie zaczął ustępować, to dla odmiany Tasman zaczęła haftować. Cały piątek, trochę w sobotę, w niedzielę już tylko nad ranem.
- We wtorek chyba wróci do Różowej - oznajmiłam z ulgą Inżynierowi.
(- Mam nadzieję - dodając trochę ciszej.)

Tyle, że we wtorek Fruzia obudziła się z zaklejonymi ropą oczami. Zbyt długo pracowałam w Różowej, żeby nie wiedzieć, co to za stwór. Conjunctivitis. Zapalenie spojówek. Inżynier znów wziął wolne, a Fruzia lata z butelką kropli do oczu po domu i każe się kurować, jednocześnie mocno zaciskając powieki tuż przed zabiegiem.

Jutro planujemy powrót do Różowej. Ale wiecie, jak to z planami bywa.

Więc gdyby ktoś się martwił, że zniknęliśmy, oficjalnie dementuję plotki.
Jesteśmy.
Nawet jeśli nas nie ma.

O potrzebach

Wchodzę do sali Fruzi. Toddlery siedzą przy stoliku i pałaszują owoce. Snack time. Szukam wzrokiem blond loków, które dopiero po chwili wychylają się zza innej małej głowy.
- Cześć, Fruziu! - mówię radośnie.
Lico młodej rozjaśnia się w szerokim uśmiechu, ale Fruzińska wcale nie zrywa się do dzikiego, stęsknionego biegu. Zamiast tego, macha mi na powitanie, widzę, że pod stołem stuka kozakiem w krzesło sąsiada i spokojnie konsumuje swoją porcję.

Moja głowa w ułamku sekundy trzykrotnie produkuje tę samą myśl.

Ona mnie nie potrzebuje! (duma)

Ona mnie nie potrzebuje! (niebotyczne zdumienie)

Ona-mnie-nie-potrzebuje! (chyba zaraz się rozpłaczę!)

Chwilę później Fruzia kończy jeść, pędzi do mnie i wesoło macha wszystkim na pożegnanie.

Wieczorem, kiedy już całą wieczność próbuję spacyfikować wiercącego się jak owsik toddlera, z ulgą myślę, że ten mały człowiek jednak mnie potrzebuje.

I jeszcze długo będzie.

Tak jak ja wciąż potrzebuję mojej Mamy.

O czym należy pamiętać

- Intensywnie poszukujemy lektora na poranne zajęcia w Kampusie C - powiedział mój manager i znacząco zawiesił głos.
- A dokładnie na które poranki? - zapytałam kurtuazyjnie, starając się zabrzmieć neutralnie i nie wzbudzać zbytniej nadziei w szefie.
Zbyt dobrze wiem, jak daleko jest do Kampusu C.
- Poniedziałki i środy.
Teoretycznie idealnie. Choć nie powiedziałam tego na głos, bo w praktyce punkt C na mapie naszego hrabstwa odpada. Za daleko dla doświadczonego kierowcy, a dla takiego żółtodzioba jak ja to byłoby zwykłe szaleństwo.
- Wiesz, gdyby to byłoby tutaj, wzięłabym te zajęcia bez zastanowienia. Ale dla mnie oznacza to trzy godziny dziennie w samochodzie. Przy czym nie jeżdżę jeszcze zbyt dobrze i to byłaby trzecia trasa, której musiałabym się nauczyć.
- ... albo jeździć pociągiem - szef nie dawał za wygraną. - Wiesz, jesteśmy tak zdesperowani, że bylibyśmy gotowi opłacać twój bilet.

Dobrze, że mój manager nie zagrał sprytniejszą kartą. Wiecie, "jesteś najlepszą lektorą w tej szkole, nikomu innemu nie powierzylibyśmy tej grupy!" Próżność zapewne pozwoliłaby mi uwierzyć, że mają mnie za genialnego nauczyciela zaledwie pod dwóch tygodniach pracy. Na szczęście szef jest przyzwoitym facetem, a na desperację nikt przy zdrowych zmysłach nie leci.

Wystarczyłoby kilkugodzinne opóźnienie w drodze powrotnej z Polandii, a mogłabym pomaszerować na pierwsze zajęcia prosto z trasy. Nawet ćwiczenia miałam ze sobą, bo w tym szale przedświątecznym nie udało mi się przygotować kserówek. Nie miałam więc czasu na dywagacje, zastanawianie się, jak to będzie i w co się ubrać, bo podróż mnie wykończyła, a włożyć mogłam jedynie to, co zostało czyste w walizkach. Prawda, że to ogromna oszczędność energii i redukcja stresu? Stres pojawił się dopiero po pierwszych zajęciach, kiedy pod Kampus B podjechała moja Mikruska wraz z zawartością (Instruktor + toddler), po czym Instruktor wręczył mi kierownicę i zakomenderował:
- Jedź, ciotka.
Co było dalej, już wiecie.
Niechętnie, ale jednak pojechałam.

I tak sobie nadal jeżdżę, rano ze zdziwieniem skrobiąc szyby Mikruski, bo w Krainie Deszczu wciąż mróz, a w trakcie jazdy coraz częściej głośno stwierdzając - "o, to mój ulubiony kawałek" albo - "tego odcinka nie znoszę, skup się". Na tych ulubionych zdarza mi się pomyśleć, że chyba oszaleję, jeśli dziś znowu dostanę maila z pracy od kogoś, kogo jeszcze nie znam, a kto chciałby (powinien) się ze mną spotkać w Bardzo Ważnej Kwestii. Okazuje się bowiem, że oprócz nauczania, mam jeszcze tygodniowo średnio czterdzieści osiem Bardzo Ważnych Kwestii do omówienia z czterdziestoma ośmioma osobami odpowiedzialnymi za moją łatwą i przyjemną adaptację w nowej placówce. Koledż objął mnie swymi spracowanymi ramionami i przysięgam, że nie wygląda jakby zamierzał puścić.

Ale, co najważniejsze, jestem na swoim miejscu. Lubię moich kursantów, biurka, przy których pracuję, oswoiłam wielkie jak traktor urządzenia kopiująco-drukujące, rzutnik, który odpala dopiero po kilku nerwowych przyciśnięciach włącznika i elektroniczne dzienniki. Wciąż mam bałagan w papierach, zalegam z planami i szkoleniami online, ale powoli zaczynam widzieć większość tego obrazka, zamiast stosu pomieszanych puzzli, i ten obrazek naprawdę mi się podoba.

On też (wiedzieliście?) jest w nowym miejscu. Otworzyły się przed nim nowe możliwości, co było główną przyczyną rozstania z piekarnią. Wydłużył mu się dzień pracy, wydłużyły dojazdy, miejmy jednak nadzieję, że długofalowo wyjdzie mu to na dobre. Pierwszego styczniowego tygodnia wciąż musieliśmy przypominać sobie, kto i czym ma się zająć, kogo skąd odebrać i kiedy właściwie mamy znaleźć czas na moje ćwiczenia za kółkiem. Choroba Fruzi zmuszała do przestawiania planu po raz trzeci i czwarty, ale jak dotąd jedziemy z tym koksem, zatrzymując się jedynie w weekendy na piątkowe Polaków rozmowy, kiedy Fruzia już zaśnie.

A powiem Wam, że niechętnie zasypia. Nie wiem, czy sama nie kręce na siebie bicza tym stwierdzeniem, ale już nie mogę doczekać się, kiedy Fruzia przeprowadzi się na zwykłe łóżko. To już niebawem, już za chwilkę! Wówczas matka wstąpi do raju. (A przynajmniej tak to wygląda w jej wyobraźni.) Bo.Nie.Będzie.Musiała.Więcej.Wisieć.Głową.W.Dół. Dwa lata narażania się na wylew powinny wystarczyć. A i łóżeczko skrzecząco daje do zrozumienia, że wypracowało już swoje i należy mu się godziwa emerytura. Nawet w schowku będzie mu lepiej niż aktualnie z Fruziakiem.

Różowa Chmurka, jak można było przewidzieć, bardzo szybko zapamiętała Fruzię. Być może to efekt bycia niezauważoną przez Baptystów, a może chęć ustalenia od początku, kto tu rządzi... Pozostaje nam się domyślać, dlaczego pierwszego oficjalnego dnia pobytu dziecięcia w Różowej Chmurce matka usłyszała, że Fruziak szczypie w policzki, zaś dnia drugiego i trzeciego musiała podpisać Incident Form, który to podetknęła matce pod nos lekko zażenowana koleżanka po fachu. Fruzia nie płacze w Różowej. Fruzia do niej biegnie i ponagla rodzicielkę, żeby szła szybciej, bo dzieci czekają. I bawi się z dziećmi, a jakże. Je, co dadzą. Śpi, kiedy wszyscy śpią. Jest wszystkim zainteresowana. I tylko od czasu do czasu postanowi zostawić ślad na przypadkowym, dziecięcym policzku.

Jak to dobrze, że dwa z trzech razy w tygodniu z Różowej będzie odbierał ją Inżynier.

Ta nowa rzeczywistość jeszcze daje w kość, bo oswajanie nie jest proste, ale czuję, że się polubimy. Jak tylko będę o wszystkim pamiętać. Na przykład o tym, żeby zjeść śniadanie przed wyjściem z domu. I żeby włożyć tenisówki do jazdy samochodem, bo na koturnach to zupełnie nie czuć, kiedy wciskam gaz. Żeby spakować smoczek do plecaka Fruzi. Mieć drobne w portfelu na wypadek, gdybym nie znalazła miejsca parkingowego przed Koledżem. I żeby koniecznie przywiązać Rudolfa do drzewa przed wejściem na teren Różowej Chmurki, bo znowu mi się dostanie od Matki Przełożonej III.

Ale najbardziej to trzeba pamiętać, żeby nie powtarzać raz popełnionych błędów  i nie wyrżnąć się spektakularnie pod Kampusem A w błoto.

O tym, jak zostałam kierowcą

Wkładam do torebki jedyny koralik, który został mi z bransoletki podarowanej mi przez Mamuśkę po którymś z ich wakacyjnych wypadów. Oko proroka.
- Na szczęście - powiedziała, wręczając mi niebieskie koraliki na gumce.
Nosiłam je wtedy przez całe lato, potem schowałam do torebki jak najcenniejszy skarb. Nieważne, czyje to oko, ważne, że od Mamy.
Torebki zmieniły się w międzyczasie zapewne ze czterdzieści razy; nic dziwnego, że prorokowi została tylko ta jedna źrenica.

Kiedyś nosiłam różaniec, ale nigdzie nie mogę go znaleźć. Też od Mamuśki.

Muszę poprosić ją o nowy talizman. I obrazek świętego Krzysztofa. Koniecznie.

Całą noc nie mogłam spać. Wierciłam się jak owsik, a kiedy już udało mi się przysnąć, dręczyły mnie niespokojne sny. Te z serii - wjeżdżam na rondo z dziką prędkością, nie mogę zahamować, ruch potworny, a ja nie panuję nad kierownicą. Albo - hamuję z piskiem opon na skrzyżowaniu, w ostatniej chwili. To już chyba lepiej w ogóle nie spać.
Rano nie mogę nic przełknąć, żołądek mam zawiązany w supeł, wmuszam w siebie kawałek tosta z masłem. Nie mogę skupić myśli na niczym innym oprócz tego, że za parę godzin mam ruszyć sama z naszej wsi do Kampusu A. Sama.
Sa-ma.
Sa-ma.
SA-MA.
SA-MA.
Samasamasamasamasama.
24 km.
Dwadzieścia cztery. O jakieś dwadzieścia trzy za dużo. Jak to się stało? Dlaczego to już? Przecież dopiero zaczęłam ćwiczyć. Ranyboskie, chyba zaraz zwymiotuję.

Nie pomaga fakt, że Fruzia zaczyna płakać, kiedy tylko w drzwiach staje Niania. Nie lubi tych moich wyjść do pracy. Wiem, że minutę po zamknięciu drzwi uspokoi się i jak gdyby nigdy nic wróci do swoich małych zajęć, ale dziś ten jej płacz przeżywam podwójnie. Potrójnie nawet. Cała się trzęsę. Jeszcze chwila, a ja też zacznę płakać.

Ejże, to tylko jazda samochodem. Ćwiczyłaś. Próba generalna zdana. Dostałaś od niego zielone światło.

A poza tym ... sama to wymyśliłaś, mała!

Chyba zaraz zwymiotuję.

Nie rozumiem ani słowa z tego, co mówi do mnie Niania. Myślami jestem już za kółkiem. W pośpiechu całuję Fruzię w czoło, przytulam i wychodzę, zanim wybuchnę płaczem.

Odpalam silnik. Wyjeżdżam z osiedla. Włączam się do ruchu. Jadę. Trochę się wyluzowuję. Połowa trasy jest dość prosta, dopiero później zaczynają się ronda. Mnóstwo rond. Nie wiem, piętnaście? Siedemnaście? Muszę patrzeć na znaki, nie ma szans, żeby nauczyć się tej drogi na pamięć. Przynajmniej nie na tym etapie. W głowie huczą mi wszystkie wykrzykniki Inżyniera. - Na tym rondzie uważaj, trzymaj się bardzo blisko lewej. - Zmień pas jak najszyciej, ale upewnij się dwa razy, czy nikt cię nie wyprzedza. - All routes, pamiętasz? Pierwszy zjazd z ronda.
- Aaaaaa! - piszczę sama do siebie, kiedy na wąskiej drodze mijam się z wielkimi ciężarówkami.
- Aaaaaa! Co ja tu robię??! - rzucam w przestrzeń.
Przejeżdżając przez miasto rozpoznaję kolejne skrzyżowania i ronda.
- Dobra, teraz drugim zjazdem. Dru-gim. Potem będzie to durne, małe rondko, trzymaj się lewej... Aaaaa! Jest, teraz w lewo... Boże, zaraz będę na miejscu. Nie wierzę.

Nie wierzę. Naprawdę jestem na miejscu, parking w połowie pusty, gaszę silnik. Dojechałam. Opieram dłonie na kierownicy, rozluźniam spięte mięśnie.

W drodze powrotnej jest gorzej. Zaparowały mi szyby mimo włączonej dmuchawy. Leje jak cholera. Jest dwudziesta pierwsza, ciemno, zimno, sunę ulicami miasta trochę po omacku, niemal wiszę na przedniej szybie, mijające mnie samochody oślepiają w tym deszczu i mam momenty, że zwalniam maksymalnie, bo niewiele widzę. Inni kierowcy snują się w tym samym tempie co ja, najwyraźniej to nie jest przypadłość mojej eLki. Dopiero za miastem robi się jakby lepiej. Nadal leje, ale widoczność się poprawia.
- Boże, pozwól mi dojechać do domu! - zaczynam szeptać, ale coraz bardziej chce mi się śmiać.

Zostałam kierowcą. Jeszcze dwa miesiące temu nie postawiłabym na to złamanego grosza.
Przez tyle lat żadna siła, żadne postanowienia noworoczne nie zmusiły mnie do jazdy w ojczyźnie, a tu raptem jedna oferta pracy robi ze mnie (początkującego) kierowcę w ruchu lewostronnym.

Masz jeszcze jakieś ciekawe pomysły na życie, mała?

W domu padam na łóżko i przytulam się do śpiącej z Inżynierem Fruzi. On oddycha z ulgą. Bardzo się martwił. Fruzia wybudza się i sadowi głowę na mojej szyi. Jak ciepło. (I ciężko, ale to nieważne.) Jak dobrze.

Jutro wyjazd do Kampusu B i parkowanie na zatłoczonym parkingu.

Przetrzepuję torebkę. Może znajdę jeszcze jakiś talizman od Mamy.

Druga Fruzi Pielgrzymka do Ojczyzny (z dygresjami matki)

Kiedy wśród burz i zawieruch usypiam w sobie wewnętrznego kronikarza zdarzeń, usiłując złapać uciekający grunt pod nogami, szybko zaczynam czuć, że żyję bez kropki nad i. Nie pamiętam, gubię chronologię, potykam się o dni i godziny. I brakuje mi. Ewidentnie brakuje mi przekładania naszej rzeczywistości na słowa.

(...)

Przetrwaliśmy dzięki samoprzylepnym emotikonom, którymi Fruzia upstrzyła siebie, pół Blaszaka i kawałek ucha Rudolfa od czasu do czasu wystawiającego z bagażnika ciężki łeb na oparcia naszych siedzeń. Emotikonek było, zdaje się, kilogram. Trzydzieści deko zużyłyśmy jeszcze w domu, co zainspirowało mnie do schowania reszty na podróż, pozostałe Fruzia wyciągała, przyklejała, odklejała, przeklejała... Z ulgą myślałam, że zanim dotrzemy do Deutschlandu, nie będę musiała już na nie patrzeć, a tymczasem trzy tygodnie później wciąż je skądś wyjmuję. Znalazca płaczącej rozpaczliwie granatowej emotikony w toalecie którejś ze stacji Unii niech wie, że tu byłam. Fruzia.

(...)

Sprawiedliwie obdarowała Dziadków i chrzestnych radością. U jednych Dziadków zawzięcie odkurzała różowym odkurzaczem, u drugich prała rękawiczki i smoczki w miniaturowej pralce o wiadomym kolorze, od czasu do czasu wymownie dając nam do zrozumienia, że zjadła już cały słodki proszek do prania i wypadałoby napełnić szufladę. Z Wielką Szwagierką, od niedawna nazywaną Siasią, szalała na rowerku biegowym tak długo, aż zaliczyła upadek godny Golloba na wirażu, za to u Wielkiego Brata z dumą prezentowała plecak podarowany na okoliczność rozpoczęcia edukacji żłobkowej oraz okupowała stworzony specjalnie z myślą o niej bufet. Szwedzki stół na wysokości pół metra od podłogi składał się ze szklanic wypełnionych paluszkami, dużej miski maślanego popcornu, jeszcze większej miski chrupków i ogromnej michy chipsów, którą to Mamuśka, zagorzała przeciwniczka 'tego syfu', natychmiast skonfiskowała. Nie szkodzi. Fruzia i tak nie odstępowała stołu przez bitą godzinę, przez co nabrałam podejrzeń, że jeszcze moment, a Fruzia zacznie strzelać. Tym popcornem.

(...)

Nie dla niej całodniowe Polaków rozmowy przy stole w lokalu. Tym bardziej, jeśli w sąsiedniej sali odbywa się inna polska impreza. Nie udało nam się odnaleźć solenizanta wśród dzieci i rodziny wyglądającej na dobre 35+, ale podobno była to osiemnastka. Fruzia wbiła do sali balowej, rozejrzała się i w amoku frustracji spowodowanej faktem, iż parkiet jest pusty, tak przytuliła plączącą się po nim dziewczynkę, że ta nie odważyła się już więcej do Tasmana podejść. Zniesmaczona brakiem potańcówy Fruzia musiała zadowolić się jednoosobowym show na własnej imprezie bożonarodzeniowej.

(...)

- A jej nie jest tak zimno bez szalika? - zapytała niespokojnie Kocur.
Przechodziłyśmy z Fruziakiem i Kluskiem z naszych Rodzinnych Drapaczów Chmur do trzeciego. Dwadzieścia? Dobrze, może trzydzieści metrów. (Los tak to wszystko genialnie urządził, że w dzieciństwie mogłam zaglądać w Kocurowe okna z pokoju Wielkiego Brata, a teraz będę ją podglądać z salonu. Mój Rodzinny Drapacz Chmur, do którego - uwaga, uwaga! - jeszcze wrócimy całą rodziną, stoi dokładnie pomiędzy Rodzinnym a Obecnym Drapaczem Chmur Kocura. Małe przetasowanie, a ile uchronionych od zakurzenia wspomnień.) Kurtka, czapka - wszystko na miejscu. Oprócz jednego.
Zaczęłam się śmiać, bo przerabiałyśmy tę rozmowę dzień wcześniej.
Kocur zadziornie uniosła do góry głowę, po czym mnie samą zaczęła owijać szalikiem.
- Obsmaruję cię na forum dla szalonych Matek Polek - pogroziłam jej.
- Możesz mnie obsmarowywać, gdzie tylko chcesz - nie straciła rezonu Kot. - Ty to ty, ale dziecko masz ciepło ubierać, bo mróz jest.

Po powrocie zrobiłam w szafie osobne miejsce na bardzo ciepłą garderobę, którą opatrzyłam etykietką do-użytku-w-obecności-Kocura. Zakładam, że kiedy zjedziemy do Rodzinnego Town na kolejny, kilkuletni etap w życiu, może być nam bardzo potrzebna.
(- Bez sensu! To znaczy z sensem, że tu wrócicie, ale dlaczego tylko na chwilę? Gdzie wam będzie lepiej? Zostaniecie tu na zawsze! - zarządziła radośnie Kocur, kiedy wyjawiliśmy jej nasz kolejny plan na życie. Po czym zrobiła smutną minę i oznajmiła, że ona nie wierzy w ten nasz powrót. 
Ona, of all people!)

(...)

Kocur ma najładniejszą choinkę świata. Wedle Kocurowego Małżona to ''masakra, nie choinka'', o czym nie omieszkał nas poinformować Klusek na progu Kocurowej chaty, ale ja ją uwielbiam. Szkoda, że Liz i Kocur się nie znają *. Mogłyby razem urządzać wnętrza. Najlepiej dla nas.

(...)

Już dawno temu ustaliłyśmy z Kotem, że Fruzia i Klusek będą kumplami. Nie będziemy ich swatać. O słuszności tej decyzji przekonałyśmy się podczas Drugiej Pielgrzymki.
- Ciociu, a Fruzia to nie wie, że to są moje zabawki i powinna mnie najpierw zapytać, czy może się nimi bawić? - zapytał zaniepokojony Klusek.
- Nie wie, kochanie, bo jest jeszcze za mała - odpowiedziałam, czując, że trochę zaczynam kłamać.
Kto ją tam wie, co ona wie, a czego nie. Toż to Tasman, a te loki zupełnie o niczym nie świadczą.

Ale jeśli mają zostać kumplami, to się dogadają bez naszej ingerencji. Gdyby się w sobie zakochali, wszyscy bylibyśmy w kłopotach.

(...)

Za chwilę na świat wyjrzy Klusek II. Szlag mnie trafia, że zobaczę go dopiero w czerwcu.

(...)

Rozgadała się. Nie żeby zaraz po polsku albo w innym rozpoznawalnym narzeczu, ale - o ile to w ogóle możliwe - jest jeszcze głośniejsza i jeszcze bardziej wyrazista. Mama, tata, Gaga, baba, dziadzia to wciąż zestaw pierwszej pomocy linwistycznej. Siasia w chwilach radosnego grzebania w kosmetyczce matki chrzestnej, z której wyciągała i roznosiła po całym domu tampony. Zachwycone łaaaa wymawiane na wydechu z buzią wciągniętą w ciup, kiedy ta sama przybrana matka dokonywała pierwszego prawdziwego manicuru na miniaturowych i ostrych jak brzytwa paznokciach. Pomalowała dziewięć. Na dziesiąty nie starczyło Fruzi cierpliwości.

(...)

Jak przystało na prawdziwą kobietę, wróciła z wojaży z nowymi butami, bodziakami i mnóstwem spinek. Matka z nowymi butami na wysokich szpilach, dwoma zimowymi płaszczami i zaległą prasą.

Ojciec wrócił z Newsweekiem.

(...)

Siły starczyło jej na tydzień. Ósmego dnia, co daje jednodniowy postęp w stosunku do Pierwszej Pielgrzymki, Fruzi zaczęły puszczać nerwy, co szczególnie niekorzystnie odbiło się na relacji z kuzynkami, jednak w sylwestrowy wieczór dziecię postanowiło wymienić baterie. Wybrała Duracell, choć uprzedzała lojalnie, że nikt za lokowanie produktu mi nie zapłaci. Mamuśka twierdzi, że bawiła się fantastycznie, dzięki czemu i oni mieli wystrzałowego i historycznego Sylwestra (wszystkie wnuczęta zgromadzone pod opiekuńczymi skrzydłami Mamuśki i Ojca Dyrektora), ale tylko Gwiazda odważyła się wyznać, że pod koniec już wymiękali. Nic dziwnego. Fruzia padła jak rażona piorunem o 2.20 am.
- Ona jest niemożliwa - powtarzała następnego dnia Mama. - Jeśli nie śpi, to wciąż się rusza.

My też się ruszaliśmy. To dopiero było wychodne. Pierwsze od dwudziestu miesięcy. W sali, w której ponad siedem lat temu rozpoczynaliśmy życie pod wspólnym nazwiskiem. Z fajerwerkami, szampanem, tańcami. Rozmowami przy fajce i atmosferze Rancza. I z przytupem. Na wielu płaszczyznach.

(...)

Z Gwiazdą rozumiem się w pół słowa. Wiem, kiedy tylko udaje, że śpi, wiem, że rozumie więcej niż się wszystkim wydaje. Powstrzymujemy śmiech w tych samych momentach, zawstydzamy się tak samo, choć w momentach krytycznych potrafimy wypalić tak, że zaskakujemy same siebie. Mogę z nią porozmawiać jak z dorosłą, choć wiem też, że do dorosłości jeszcze jej daleko. Czuję jednak, że to nie tylko bardzo podobne postrzeganie świata, ale też wspólnota dziecięcych doświadczeń.

Kiedyś z nią o tym porozmawiam.

(...)

W drodze powrotnej głowa pękała mi od nadmiaru historii i ludzkich dylematów. Wydaje ci się, że dobrze kogoś znasz, aż przychodzi dzień, kiedy zaczynasz zastanawiać się, czy aby na pewno. I co tak naprawdę siedzi w drugim człowieku.

Każdy z nas w jakimś punkcie swojego życia zostaje zraniony. Jedni lekko, draśnięci zaledwie, nie ma o czym mówić. Inni poważniej, choć da się z tym żyć. Pechowcy dostają tak, że trudno potem nieść taki bagaż. Choć przecież skala porównawcza nie istnieje.

Ale nawet tym pierwszym zwykłe draśnięcie może odbić się czkawką.

(...)

Tęsknię za nimi.

* jeszcze

Tuż przed

Szaleństwo sięgnęło zenitu.

Rudolf nażarł się mąki, przegryzając płatkami owsianymi, Fruzia wycięła czterdzieści trzy ciastka nożem i widelcem, a moja pewność siebie za kierownicą została wyceniona na dwadzieścia pięć procent. A według MOJITO, potrzebuję sześćdziesięciu, żebym mogła samotnie ruszać do pracy.

Pomachałam Seniorom na do widzenia, nie na pożeganie, bo będę do nich wracać w czasie half termów, o których, mam nadzieję, Baptyści poinformują mnie szybciej niż koledż, i w czasie wakacji, kiedy nie będzie kogo uczyć. Jestem pewna, że Francesco i jego noga wciąż tam będą. Bo nadal są razem, wyobrażacie to sobie? Francesco toczy chyba solidne negocjacje na przedsionku zaświatów.

Koleżanki z Błękitnej mylnie zinterpretowały mój wirtualny kalendarz nocnych zmian i wyprawiły mi małe pożegnalne party tej nocy, której ja smacznie spałam z Fruzią w jednym łóżku. Podobno były kwiaty i dużo ciastek. Jak łatwo się domyślić, ciastka się nie zmarnowały. Dostałam nawet ich zdjęcie. Warto było wrócić na tę jedną, ostatnią noc, żeby na progu Błękitnej zobaczyć ich miny na mój widok.

Jeden z Seniorów z hotelowego dołu z wyraźnym niesmakiem zapytał mnie, czy będziemy jeść karpia w Wigilię.
- Karp będzie, ale ja raczej będę jadła inną rybę - powiedziałam grzecznie i zgodnie z prawdą.
W odpowiedzi uprzejmy Senior uraczył mnie wykładem na temat "Jak wy możecie to jeść? Przecież to obrzydliwe!"
- Wiesz, to kwestia tradycji, kultury i przyzwyczajonych kubków smakowych - poinformowałam go równie uprzejmie. - Jest kilka dań w twojej kulturze, które też mi nie odpowiadają, a mimo to wierzę, że ktoś może je lubić. Szczególnie, jeśli się na nich wychował.
Nie przekonałam Seniora. Patrzyłam, jak wykręca twarz w dziwnym grymasie i zamierza ciągnąć wątek dalej, ale koleżanka, przy której toczyła sie rozmowa, postanowiła go zakończyć:
- Nie rozumiem, jak możesz wygłaszać takie opinie doskonale wiedząc, że twoja rozmówczyni pochodzi z Polski.
Mrugnęłam do niej nad głową Seniora.
To kwestia kultury, pomyślałam z rozbawieniem.

I takich właśnie kulturalnych i podnadkulturowych Świąt Wam życzymy. Abyście mieli do kogo mrugnąć w niemym porozumieniu nad głową męczącej ciotki i aby towarzyszyły Wam same życzliwe i spokojne myśli, niezależnie od wszystkiego.

Ściskamy Was mocno na dziesięć godzin przed podróżą do Polandii,

L& I & F & R

O tym, że boli

Bolesna jest ta nauka, chociaż MOJITO ma zdecydowanie więcej cierpliwości do moich drogowych wybryków niż wskazywałby na to jego charakter. Albo tak bardzo mnie kocha, albo ma już dość wożenia mi tyłka do pracy. A przynajmniej miejmy nadzieję, że to drugie nie wyklucza pierwszego.
I tak bardzo, niemal do złudzenia, przypomina mi w tej roli mojego instruktora jazdy sprzed 17 lat. Wysokiego na dwa metry dryblasa, który w każdym samochodzie wygląda jak złożony na pół ludzik z klocków lego. A przecież Mamuśkę i Ojca Dyrektora Dryblas szkolił do egzaminu jeszcze w maluchu.
- Krzaki, nie wjedź w krzaki - mówi Inżynier, usiłując nadać swemu głosowi łagodne brzmienie.
Staram się, no staram się jak mogę, ale, kurwa jasna, że się tak mało przedświątecznie wyrażę, nie dość, że jest ciemno jak w dupie, to jeszcze droga wąska, kręta i boję się, że zamiast w krzaki, zaraz zaparkuje na czyjejś karoserii. 
- No co ty robisz, krzaki! - podnosi wreszcie głos.
Identycznie jak z Dryblasem, kiedy na własnym osiedlu nie wyrobiłam na zakręcie i zatrzymałam Corsę przy na krzewie na skwerku. Z tym, że wtedy było jasno, osiedlowa droga szeroka, a ja zestresowałam się faktem, że wjeżdżam na własne terytorium, na którym zapewne za chwilę znów ujrzę stado kolegów Wielkiego Brata, z zainteresowaniem obserwujących moje poczynania.
Teraz jest inaczej. Mam gdzieś, co sobie pomyślą sąsiedzi, kiedy bardzo nieidealnie wyjeżdżam z parkingu Mikruską ozdobioną z przodu i z tyłu pięknymi eLkami. Sama poprosiłam Inżyniera o te eLki. Niech Kraina Deszczu wie, kogo ma na szosie.
Ale jest też dokładnie tak samo. Ten proces boli, bo naiwnie sądziłam, że postępy przyjdą szybciej, że będą bardziej spektakularne, i że te pierwsze osiedlowe jazdy już o czymś świadczą. A tymczasem świadczą co najwyżej o tym, że na dwójce pięknie wymijam sznur zaparkowanych aut, dobrze wjeżdżam i wyjeżdżam z pustego parkingu oraz dość swobodnie poruszam się po małym rondzie, na którym raz lub dwa razy podczas ćwiczeń mam szansę ujrzeć inny od swojego samochód. W drodze do jednego z moich koledżowych kampusów zmuszona zostałam do spojrzenia prawdzie w oczy. Mimo że dojechałam i wróciłam bez żadnych widowiskowych wtop, to bez Inżyniera siedzącego obok miałabym te wtopy na koncie jak nic. Jeszcze dużo nauki przede mną, zanim odważę się pojechać do pracy sama.

Na przykład ta cholerna trójka, która na mnie burczy. Żaden inny bieg, tylko trójka. Ruszanie pod górę z ręcznego (a niech cię szlag, pagórkowata Kraino Deszczu!). Trzymanie się lewej, a nie środka jezdni. Rozwijanie prędkości, zamiast telepanie się na trójce od punktu A do punktu B, jeśli nie chcę mieć sznura niezadowolonych kierowców za sobą. 
- Będziesz jeździć - mówi on, próbując mnie pocieszyć. - Dobrze ci idzie, musisz tylko dużo ćwiczyć.

Będę jeździć, wiem. Wbrew temu, co wygadywałam wczoraj, rycząc po porannej jeździe do koledżu. Podobno trening czyni mistrza, choć jeszcze dzisiaj naprawdę trudno mi w to uwierzyć. Ale trochę już znam życie, a siebie to nawet całkiem nieźle, więc za rok o tej porze, pięć dni przed Wigilią, zamierzam śmiać się z dzisiejszego wpisu. 

I niech to będzie najlepszym postanowieniem na Nowy Rok.

O przedświątecznych zakrętach

Nie wyrabiam na zakrętach. Choć Inżynier, obecnie Mój Osobisty Instruktor Jazdy Terenowo-Osiedlowej (niemal jak MOJITO) twierdzi, że akurat na tych asfaltowych daję radę.
- Jestem zbudowany twoją jazdą po tylu latach przerwy - powiedział dnia pierwszego.
Trzeciego, kiedy oznajmiłam, że wieczorem będę ćwiczyć sama, przestrzegł jednak:
- Tylko nie przydzwoń w nikogo.
Na szczęście moje całkiem nowe nastawienie do własnej przygody drogowej w ruchu lewostronnym nie pozwala mi gubić się w meandrach rozważań na temat tego, czy ostatecznie to on jednak sądzi, że coś ze mnie będzie, czy może on też ćwiczy. Pokerową twarz.

(Choć przecież sam zapytał, czy pojadę z nim do Dużego Miasta i w drodze powrotnej poprowadzę moją osobistą Micrę. Czyli jednak wierzy. Święty człowiek!)

Z Fruzią nie wyrabiam na tych zakrętach. Świąteczne prezenty kupuję w biegu, co rusz przewracając sklepowe dekoracje i wlokąc za sobą wieszaki ze sweterkami w renifery made in China, które Fruzia zdążyła pociągnąć, kiedy na szóstym biegu usiłowałam dosprintować do kasy. Na poczcie, do której wczoraj kolejka wiła się od parkingu pod supermarketem, poczułam, że tracę wszystko - energię, cierpliwość, a nade wszystko zmysły. To był dzień, kiedy lało jak z cebra, w portfelu nie miałam ani pensa na bilet autobusowy, a kartę mogłam sobie o kant dupy rozbić, gdyż najbliższy bankomat mamy w miasteczku. Szłyśmy więc z Fruzią do centrum pieszo. 2 mile. (Nie, jeszcze nie odważyłam się powieźć Fruzię Micrą). To znaczy ja szłam, a ona (biedactwo!) jechała w wózku. Przemoczone byłyśmy do suchej nitki. Obie, gdyż dziecię me najdroższe, kwiatuszek mój niebiański włączała syrenę za każdym razem, kiedy usiłowałam obudować wózek osłoną przeciwdeszczową.

Tak że ten.

W domu, kiedy już zaparkujemy, wcale nie jest spokojniej. Fruzia na dobre złapała kuchennego bakcyla po tym, jak odkryliśmy, że w tej różowej kuchence, co to ją ma od kilku miesięcy, są jeszcze dwa wejścia na baterie. Kuchenka dostała nowe życie, a mnie wciąż się wydaje, że ten charakterystyczny szum plastikowych palników jest wydawany przez naszą całkiem prawdziwą kuchenkę, na której być może właśnie, po raz kolejny, przypalam ziemniaki. A to przecież tylko plastelina zmieszana z wodą i torebkami herbaty.

Fruzia gotuje jak jej tata. Efekty są spektakularne, ale bałagan również.

Kartki, nie wiedzieć czemu, kleję już od listopada, a końca nie widać. Kiedy już myślałam, że Niegów opanowany, Domy Dziecka i najbliżsi znajomi tutaj również, Inżynier zapytał, czy zrobię mu kilka kartek do pracy (dziesięć na dobry początek), a mnie olśniło, że przecież jeszcze są sąsiedzi. Sąsiedzi, którzy od paru już dni wiążą kokardy na prezentach dla Fruzi.
- To dla malutkiej - oznajmiła Starsza Pani, kiedy wracałyśmy z Tasmanem i Rudolfem ze spaceru.
(Ubłoceni jak nieboskie stworzenia, albowiem wymyśliłam, że pójdziemy do parku, zapominając, że przez dwa dni lało i park zamienił się w bajoro. Nie chciałam jednak rezygnować z uciechy dla Rudolfa na progu krzaczorów, poza tym Fruzia miała kalosze, więc w dobrej wierze podwinęłam jej nogawki spodni do kolan i uznałam, że oj tam, od kilku kropel błota jeszcze nikt nie umarł. Dwa kroki później Tasman runęła jak szczupak w sam środek bajora.)
- Włóżcie to pod choinkę i niech otworzy w Święta - to mówiąc, Starsza Pani wręczyła Fruzi dużą, ozdobioną Mikołajem paczkę.
Do rąk jej dała.
Dobryboże.
Podziękowałyśmy serdecznie, a ja zdążyłam pomyśleć, że teraz to tylko cud mógłby sprawić, iż uda mi się spełnić prośbę Starszej Pani.
Jak można się domyślić, cud nie nastąpił.

Ciastka za to wychodzą nam koncertowo. Pierwszą turę dla najbliższych tubylców zrobiłyśmy razem z Fruzią, która nie chciała rozstać się z nową wersją plasteliny, ale kiedy wreszcie udało mi się namówić ją do wycinania ciastek i kiedy już popatrzyłam na takie piękne, upieczone i ozdobione, czekające w pojemniku na pakowanie, dopadły mnie wątpliwości, czy te dzieciaki, które mają być nimi obdarowane, to przypadkiem wszystkie nie są na diecie bezglutenowej. F.

Albo po prostu mam już glutenowe omamy, bo sporo ostatnio tego glutenu wokół mnie.

Jeszcze tylko dwa szkolenia w nowym przybytku pracowym i przygotowanie zajęć na początek mojego nowego życia zawodowego. Jeszcze jedna noc u Seniorów. Trzy tury ciastek do upieczenia. Pakowanie. I driving home for Christmas z naszym osobistym reniferem w bagażniku.

Przewiduję, że będziemy gotowi do Świąt trzy sekundy przed pierwszą gwiazdką.

Uwielbiam ten czas.