Ósma Fruzi (i matki) pielgrzymka do ojczyzny (2): Jak wyzwolić język

Mamuśka stoi przy suszarce, składając nasze świeżo wyprane ubrania. Fruzia postanowiła spektakularnie powitać ojczystą ziemię i kiedy wysiadła z samochodu przed domem Stryja, wyhaftowała mi nowy wzór na bluzce, na dekolcie, w staniku, na spodniach i butach. Teoria o chorobie lokomocyjnej upadła, zanim ktoś dokończył ją werbalizować, choć ta o parówkach i sokach pomarańczowych w podróży wciąż trzyma się mocno. Nic to jednak, bo Fruzia nie zamierzała podupadać na duchu, a Mamuśka, gdybym tylko jej na to pozwoliła, kupiłaby nam calutką walizkę nowych outfitów na cały rok, choć pocieszyła się praniem i zaopatrzeniem Fruzi - na spółę z Drugą Babcią - w nową kolekcję Holiday Girl wiosna-lato. Teraz stoi, składa pranie i obserwuje skaczącą na jednej nodze wnuczkę.
- Fruziu - zagaja wreszcie z figlikiem w oczach.
W ręku trzyma różowe majtki Tasmana.
- Zobacz, jakie ładne gacie! Ciekawe, czyje... Takie różowe i ogromne to pewnie dziadka, tak, to na pewno gacie dziadka!
Fruzia przestaje skakać. Przez chwilę patrzy na Babcię Mamuśkę, jakby ta straciła rozum, no bo przecież jak mogła pomyśleć, że to majtki Dziadka Dyrektora, ale kiedy załapuje, że Babcia się z nią tylko  droczy, natychmiast zaczyna krzyczeć na całe gardło, zaśmiewając się do rozpuku:
- Nie! Moje gacie! MOJE! MOJE GACIE!

Piękne, wyraźne, polskie gacie.

To niesamowite, że wystarczy im intuicja, żeby wiedzieć, co jest co.Tym dzieciom znaczy, tym wszystkim dzieciom trzeciej kultury, żyjącym gdzieś pomiędzy ich własną ojczyzną, a ziemią ojców. Mimo że w domu mówimy po prostu majtki, dla Fruzi to wciąż raczej pants niż cokolwiek innego. A jednak wystarczy jej intuicja i figlik w oczach, żeby niektóre słowa zapamiętywały się i produkowały szybciej, łatwiej i zdecydowanie trwalej. Szczególnie w Polsce, którą teraz kocham jakby jeszcze bardziej za aktywowanie tych obszarów jej umysłu, których my tutaj nie jesteśmy w stanie ruszyć, bo zanurzenie odbywa się tylko w czterech ścianach jej własnego domu. A potem jeszcze wie, Tasman jeden, w jakim kontekście te najfajniejsze nabierają największej mocy. Zupełnie jak wtedy, kiedy wybrała się z Dziadkiem do Żabki po lody. (Szli tak sobie w słoneczny dzień, całkiem postawny Dziadek i drobna, biała pchełka, dla której ten pierwszy, wbrew swej naturze, zwolnił kroku do poziomu dreptania, a my stałyśmy w oknie i rzeźbiłyśmy ten obraz w głowach.) Poszli, wrócili, Babcia Mamuśka pyta kontrolnie, choć przecież nie musi, bo Młoda całą sobą koncentruje się na lodowym patyku:
- Dziadek kupił ci loda?
- Mhm - odmrukuje Fruzia, niespecjalnie zainteresowana konwersacją.
Ale sekundę później coś jej się przestawia w głowie, wyraźnie słyszę trzask otwierającej się klapki, Fruzia patrzy na nas, uśmiecha się szelmowsko i dodaje:
- Loda and pifko!

Zapomniałam uprzedzić Ojczula, że jeśli chodzi o sekrety, to te zdradza jednakowo dobrze w obu narzeczach.

Ósma Fruzi (i matki) pielgrzymka do ojczyzny (1): Czego boją się rodzice

Są tematy, które chciałabym zepchnąć na dno mojego jestestwa i nie musieć o nich nigdy myśleć ani, co gorsza, mówić. Problem w tym, że o większości z nich trzeba mówić głośno, bo od samego spychania na dno one nie znikną. Nie staną się też ani trochę mniej realne.

Przełykam więc gorzką gulę w gardle i dzień przed odlotem zagajam:
- Fruziu, a wiesz, że będziemy jutro na lotnisku?
- Aha.
Zajęta jest.
- I tam zawsze jest bardzo dużo ludzi.
- Aha.
Kucam. Bardzo staram się nadać swemu głosowi neutralne brzmienie.
- Więc ja cię będę bardzo pilnować, żebyśmy się nie zgubiły, ok?
- Ok - Fruzia w końcu na mnie patrzy.
- Będę cię trzymać za rękę, ale ty też musisz się postarać - będziesz trzymała się blisko mnie, żadnego uciekania, ok?
Kiedyś, właśnie na lotnisku, schowała się za półkę z książkami w WH Smith. Byliśmy w trójkę, nie spuszczaliśmy jej z oka, ale udało jej się niepostrzeżenie wejść za jeden regał, a wyjść zza drugiego. Trwało to najwyżej kilka sekund, ale serce zdążyło przyspieszyć, kiedy nie zareagowała na nasze przywołanie.
- Ok, mummy. Why?
Boszeeee. Moja wyobraźnia galopuje z obrazami, których bardzo nie chcę oglądać.
- Bo możemy się zgubić.
Fruzia wciąż patrzy na mnie wyczekująco.
- Nie zgubimy się, bo będę cię pilnować, ale gdyby kiedyś tak się zdarzyło, że nie będziesz widziała mamy albo taty, to najpierw krzyknij głośno 'mummy! daddy!', a potem - wiesz, co trzeba zrobić? Trzeba podejść do kogoś dorosłego i powiedzieć...
Galop. Galop. Cwał. Prędkość światła. Wizja goni wizję. Zatłoczone supermarkety, wesołe miasteczka, plaże. I lotniska. I ten dorosły... (naprawdę nie chcę o tym myśleć, ale już nie ma odwrotu)... oby zawsze to była właściwa osoba. Oddychaj spokojnie. Oddychaj.
- I'm Fruzia Fruzińska. I lost my mummy.

Patrzę na nią zdumiona. Mam gęsią skórkę na całym ciele. Jestem pewna, że to robota Różowej, dużo się tam dzieje - wizyty policjantów, rozmowy o bezpieczeństwie, nauka przechodzenia przez ulicę. I'm Fruzia Fruzińska, I lost my mummy, dźwięczy mi w głowie. Ale na głos mówię tylko to, co zawsze:
- Właśnie tak trzeba powiedzieć, jesteś bardzo mądrą dziewczynką.

Pocieszam się, że ta wiedza to jak ubezpieczenie na życie.

(...)

(Ale co ja Wam tutaj w ten słoneczny dzień o horrorach rodzicielstwa! Silly me!)

O tym, że czas kupować mundurek

Odebrałam ją dziś z Różowej i nie mogłam się powstrzymać od mimowolnego uśmiechu, kiedy pędem ruszyła w kierunku uwiązanego przy płocie Rudolfa. Zdarza mi się przyjechać po nią prosto z pracy, bez sierściucha, a wtedy zawsze o niego dopytuje, bo why? why Rudy not pick up me? Dzisiaj był ze mną, więc czułościom nie było końca, potem oczywiście się poczubili, bo on ją niechcący trącił i miłość się skończyła. Szła do domu wyluzowana, niedbale i beztrosko machając papierową torbą, którą udziergała dzisiaj na zajęciach. Na głowie miała ogromne nauszniki Myszki Miki, poprzekręcane dziwnie na boki; spod puchatej opaski i czarnych, włochatych uszu wystawały białe kosmyki blond włosów. Kitka się zdeformowała, getry wisiały na chudym tyłku, buty były uwalane od ziemi. Muszą jakiś podkop robić do ogródka toddlerów, bo całoroczna kolekcja obuwnicza Fruzi od podeszew do samych czubków jest zwyczajnie czarna. I to bynajmniej nie z powodu ustawień domyślnych.

Uśmiechnęłam się na ten widok, bo tradycyjnie nie wiem kiedy to zleciało, a przecież wydawało się, że 'dopóki nie zaaklimatyzuje się w szkole' to jakiś bliżej nieokreślony termin jest, że skazywanie nas na takie czekanie jest nieludzkie, że przecież do tego czasu już trójkę moglibyśmy dopisać do tej rodziny, a ona wciąż jeszcze byłaby malutka. A tymczasem ta malutka idzie w kosmicznie dużych nausznikach, ja do niej, że zobacz, tu, drzwi obok, będziesz chodzić do szkoły, a ona wywraca oczami do nieba i śmiejąc się pobłażliwie stwierdza po raz kolejny, że wie. No wie i już.
- I know, mummy.

Powinnam coś epickiego napisać. Chwilowo jednak nie potrafię nic ponad to, że Fruzia została przyjęta do szkoły. Do szkoły. Fruzia. Myślałam, że klikam w aplikację online bez większego przejęcia, wszak dziecko mamy z wyjątkowej puli Premium, zdziwienia nie powinno być, nawet nie pokusiliśmy się o drugi lub trzeci wybór. Zanim Fruzia pojawiła się w naszym życiu, ba, zanim jeszcze znalazła się w nie-moim-brzuchu, my już wiedzieliśmy, że trafi do syjamskiej siostry Różowej Chmurki. Sklejone bokiem, odgrodzone jedynie drzwiami na kod, wyglądają jak jedno, choć przecież to dwa oddzielne organizmy. Offered. Tyle mówi dziś jej status online tuż pod nazwą szkoły. Żadnych gratulacji ani czułego słówka dla matki, która oddaje swoje pierworodne pod skrzydła poważnej edukacji. A przecież to, że wydawało mi się, że kliknęłam bez większego przejęcia, nie oznacza, że się nie przejęłam jak już zobaczyłam. Ejże, bezduszny systemie, wydusiłbyś z siebie coś na kształt pocieszenia. Powiedziałbyś, że wszystko będzie dobrze i że w Syjamskiej będzie jej równie ciepło jak w Różowej, może tylko odcień różu się zmieni.

Powinni nam od razu powiedzieć, że Drugi, proszę państwa, to dopiero jak się zaaklimatyzujecie w szkole. Ze szczególnym uwzględnieniem matki. Wtedy od razu bym zrozumiała.

O trudnościach w nauce

 Na początku była czekolada. Mleczna z orzechami.

- Fruziu, nie nosimy jedzenia do przedszkola, pamiętasz? - zapytałam retorycznie po raz kolejny. Nie miałam siły ciągnąć tej dyskusji; zresztą od początku czułam, że przegrałam z samą sobą.
- But I want, mummy - powiedziała ona żałośnie.
I natychmiast dodała, podnosząc brodę do góry i błagalnie wlepiając we mnie te swoje ślepia, którymi mami nas oboje częściej niż byśmy chcieli:
- Pliiiiiis!
Westchnęłam. (W końcu to czekolada. Mleczna z orzechami!)
- Ale obiecaj mi, że nie wyjmiesz jej z torby, dopóki nie przyjdę po ciebie - wymamrotałam, dopijając szybko herbatę.
- Yes, yes, I eat it you pick up me! - świergotała Fruzia, skacząc na jednej nodze niebezpiecznie blisko krawędzi stołu.
Parsknęłam. Ta jej gramatyka skutecznie robi mi dzień.
Niczym świstak zaczęłam zawijać rządek czekolady w sreberko, zastanawiając się, jak daleko można zaufać czterolatce w kwestii nietykania czekolady, skoro samej sobie nie mogę wierzyć. Ulokowałam mały pakunek na dnie różowego plecaka, pod stertą ubrań na zmianę, zupełnie jakby miały one magiczną moc trzymania Fruzi z dala od czekoladowego raju, po czym westchnęłam raz jeszcze.
- Obiecałaś, pamiętaj.

Przed odbiorem Fruzi odebrałam z Różowej maila. Uprzejmie prosimy o nieprzynoszenie jedzenia... alergie...  z poważaniem. Trzy lata w Różowej, m o j e trzy lata, najwyraźniej nie nauczyły mnie niczego. Oczywiście, że Fruzia postanowiła zjeść czekoladę, oczywiście, że poczęstowała cała grupę (ooooch! potrafi się dzielić!), i oczywiście, że czekoladę skonfiskowano. Skrzywiłam się na swoją lekkomyślność. Przeprosiłam osobiście, skruszyłam się, posypałam głowę popiołem i obiecałam poprawę. W domu wyjadłam resztę czekoladowych zapasów. Żeby nie kusić losu.

Fruzia niczego nie obiecywała, więc jakiś czas później było ciastko ryżowe.
- Fruziu, nie nosimy jedzenia do przedszkola, pamiętasz? - zapytałam retorycznie po raz kolejny. - Pamiętasz czekoladową aferę?
- But I want, mummy, pliiiiiis!
Tym razem byłam uosobieniem konsekwencji.
- Nie, kochanie, nie nosimy jedzenia do przedszkola - oznajmiłam, cała dumna ze swej postawy. - Ale możesz zjeść to ciastko w drodze.
- Oł-kej... - zgodziła się niezadowolona Fruzia.
Dłubała w tym ciastku całą trzyminutową drogę. Kiedy stanęłyśmy w progu pre-school zorientowałam się, że jest dopiero w połowie.
- I keep it in my bag, mummy, and not take it out - przekonywała gorąco, pakując rozmemłany suchy ryż do plecaka.
Nie wiem, co jest w tych pracowych porankach, że o świcie to ja się z rozsądkiem mijam bez słowa w drzwiach. Ale najpierw spojrzałam na ciastko (zero orzechów lub innych alergenów), potem na zegarek (zdecydowanie późno), a następnie machnęłam ręką.
- Ale proszę, nie wyjmuj go z torby dopóki nie przyjdę - powiedziało uosobienie konsekwencji.
- Ok, mummy!

Z późniejszej relacji dowiedziałam się, że mniej więcej w połowie dnia Wendy zaniepokoiło podejrzanie zgodne kółko przedszkolaków debatujących nad czymś przyciszonymi głosami na dywanie. Nasza rzeczniczka prasowa postanowiła dyskretnie obserwować tę konspirację. Długo nie musiała czekać na efekty; szybko okazało się, że prowodyrką podziemnej działalności jest Fruzia, a przedmiotem pożądania Lucasów nadgniecione i nadgryzione do połowy ciastko ryżowe. Tajne zgromadzenie rozpędzono, a Fruzi nakazano bezzwłocznie schować ciastko do szuflady i nie zbliżać się do niego do mojego powrotu, co też Fruzia rzeczywiście uczyniła. To znaczy dostosowała się tylko do pierwszej połowy nakazu - ciastko wylądowało w szufladzie, gdzieś pomiędzy pięcioma kilogramami makulatury i trzema kilogramami kleju przyczepionego do wszystkiego. Nie minęło dużo czasu, a Fruzię znów przyłapano. Tym razem, przyczajona w okolicach szuflady, palcem wskazującym werbowała ochotników do nielegalnego pobierania ryżowych okruchów.
- Niestety, musiałam poprosić Fruzię o złożenie ciastka w koszu na śmieci - dokończyła Wendy poważnym tonem, choć widziałam te błyski w jej oku, które świadczyły o tym, że ona też dobrze się bawiła.
Fruzia stała pomiędzy nami, przyklejona do mojej nogi, na zmianę skanując to moją, to Wendy twarz. Nie była pewna, czy to faktycznie prawdziwa bura, czy będę zła, czy może ujdzie jej na sucho.
- Bardzo cię przepraszam, Wendy, to ja powinnam być mądrzejsza, ale rano się spieszyłam i pomyślałam, że jednak wymemłane ciastko ryżowe nie ma takich samych pociągających i uczulających właściwości co czekolada z orzechami... - tłumaczyłam się pół żartem, pół serio.
- W porządku, rozumiem - Wendy uśmiechnęła się pokrzepiająco - ale mówiąc szczerze, mamy w przedszkolu dziecko uczulone na ryż.

Ups.

Następnego dnia w progu Różowej nieproszona otworzyłam plecak Fruzi i okazałam jego zawartość.
- Posłusznie melduję, że nie ma w nim żadnego jedzenia - zaraportowałam.

Tak na wypadek gdyby rebeliancka natura Fruzi zaczęła żyć własnym życiem.

O tym, że muszę wiedzieć, choć zupełnie nie wiem, po co mi ta wiedza

Miałyśmy kiedyś z Kocurem patent na schizowanie. Ona większy; oddaję jej laur zwycięstwa bez poczucia niesprawiedliwości, bo Kocur naprawdę jest mistrzynią olimpijską w tej dziedzinie. W podstawówce przed każdym wuefem dzwoniła do mnie rano z pytaniem, czy sądzę, że tego dnia będziemy stać na rękach, czy też nie, gdyż stanie na rękach było jej szkolną zmorą. Z jasnowidzeniem mam generalnie mało wspólnego, ale jakiś dziwnym trafem zawsze miałam przeczucie, że nie będziemy stać w ogóle na niczym, albowiem będziemy biegać "na stawach", co z kolei było moim dramatem, bowiem oprócz wizji na życzenie Kocura miałam również przypuszczenie skonstruowane na własny użytek, że nie dożyję liceum z powodu rozlanego wyrostka robaczkowego i tragicznej śmierci "na stawach". W dodatku umrę w obciachowych, przewiewnych spodenkach, które kazała nam nosić wuefistka zamiast niezdrowych legginsów.
Schizowanie weszło w fazę krytyczną, kiedy skierowano mnie na Pierwszą Laparoskopię. (Czuję, że Pierwsza Laparoskopia potrzebuje dużych liter, skoro w mojej głowie urosła ona do rozmiarów życiowej ery / ważnego rozdziału / momentu-od-którego-zaczęło-się-wszystko.) Nie wiedziałam wtedy, co to w ogóle jest ta endometrioza, ta laparoskopia, i czy czasem znów nie wkraczam na ścieżkę prowadzącą bezpośrednio do śmierci, czułam więc wewnętrzny przymus przeczesywania sieci wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, czy już umieram i ile cierpienia mnie czeka, zanim dokona się mój żywot. Kocur też schizowała. To znaczy nie w tym samym czasie, o nie, dwie schizujące to byłoby zbyt wiele; na szczęście życie tak układa nasze losy, żeby ta druga mogła się oprzeć w potrzebie na tej chwilowo normalniejszej połowie. Kocur schizowała w chorobach, w ciąży i kiedy wyskoczył jej pieprz. I zawsze, ale to zawsze towarzyszył nam w tych schizach internet. Oprócz podstawówki, bo wówczas musiała wystarczyć nam wyobraźnia. (Och, cóż to był za czas - nie mieć internetu i nie znać statystyk dotyczących śmierci z powodu wyrostka robaczkowego "na stawach"!)
Aż wreszcie poszłyśmy po rozum do głowy.
- Nie czytaj nic w sieci! - przestrzegałyśmy siebie nawzajem.
- Nie czytam - odpowiadałyśmy. - Tylko raz zerknęłam, przysięgam!
No, może dwa.

Przed Drugą Laparoskopią (duża litera - wiadomo) naprawdę nie czytałam. No, może raz albo dwa. Nie czytałam, bo zdałam sobie sprawę, że abym dotrwała do Zabiegu we względnym stanie psychicznym, nie mogę wiedzieć nic ponad to, co już wiem. Inna sprawa, że nie czytałam, bo mam Fruzię. (Serdecznie polecam mieć dzieci przed ważnymi życiowymi momentami. Dzieci gwarantują brak czasu na zbytnie roztrząsanie możliwych scenariuszy.) Byłam z siebie dumna. Nie dałam się schizie nawet wtedy, kiedy nacięcie w pępku zaczęło się paprać i boleć, nie dałam się, kiedy piguła ściągała mi nierozpuszczone rozpuszczalne szwy, ani wtedy kiedy rozpoczęłam drugi tydzień nieustającego bólu głowy. Łykałam ibuprofen i trzymałam się z dala od sieci. Pękłam dopiero któregoś dnia w pracy, kiedy zorientowałam się, że nikt oprócz mnie nie odczuwa żadnych gwałtownych skoków temperatury, a moja klasa nadal jest Kołem Podbiegunowym Kampusu B, i że to ja produkuję te skoki jedynie wewnątrz własnej powłoki ziemskiej. I powiem Wam, że mnie ta myśl zmroziła. A potem oczywiście znów zrobiło mi się gorąco, wiecie, jak wtedy, kiedy się czegoś gwałtownie przestraszysz, np. natykając się na któregoś ze swoich dawnych chłopaków w supermarkecie, kiedy wyskoczyłaś tylko na chwilę w kapciach i wczorajszych włosach po skrzynkę piwa i czekolady, bo oboje macie kryzys. I przypomniała mi się Mamuśka Moja Osobista wymachująca dłońmi jak wachlarzem pięć centymetrów od swojej twarzy, z kropelkami potu na czole, a czasem z wkurwem wymalowanym na licu, który zupełnie nie współgrał z jej tłumaczącym głosem, że wkurwia ją to, jak bardzo wszystko ją wkurwia, i że niech się to wreszcie skończy, bo ona się wykończy. Mnie ta myśl zmroziła i zagotowała jednocześnie, bo Mamuśka była wtedy spokojną dekadę starsza ode mnie obecnej.

No i teraz to ja już muszę wiedzieć na pewno, więc oczywiście czytam. Bywa, że czytam w nocy, kiedy zimny /gorący pot każe mi się przykryć /odkryć, a potem przez godzinę nie mogę zasnąć. Googluję zioła i wrzucam w przestrzeń internetową dziwne hasła w stylu "czy pół jajnika chroni przed przedwczesną menopauzą", "menokurwapauza przed czterdziestką" oraz "dlaczego mnie to spotyka". Przestrzeń odpowiada równie głupio, podsyłając artykuły z podejrzanych źródeł. Jak na przykład ten o Brytyjce (bo gdyby o Hiszpance, to bym olała, wszak to nie mój klimat, a klimat też wpływa na klimakterium), która kilka miesięcy po usunięciu macicy postarzała się nagle o dziesięć lat, wypadły jej cztery zęby, a włosy przypominają mopa po dobrze spełnionej służbie. Nadal nie wiem, co mają wspólnego jej brak macicy i mój brak Lewego, no ale prawda, że brzmi to strasznie?  I dodam, że ja owszem, w planach zawsze miałam godne starzenie się, ale zamierzałam się zabrać za godność dopiero za jakąś dekadę, a za starzenie za ... dw...trzy? Na litość boską, ja nawet kremu 35+ jeszcze nie kupiłam! I nie zdążyłam założyć aparatu na zęby!

Doktor Mruk zapewniał mnie, że Prawy da radę pociągnąć ten hormonalny wózek jeszcze przez "jakiś czas". Uwierzyłam mu, bo to było chwilę przed Zabiegiem, a wtedy uwierzyłabym we wszystko. Nie zastanowiłam się, jak Doktor Mruk definiuje "jakiś czas". Może więc "mój czas" już minął i pora kupić sobie wachlarz oraz przygotować rodzinę na nadciągającego wkurwa. Ale najbiedniejszy i tak będzie Drugi. Jeśli Prawy nie da rady, istnieje ryzyko, że Drugi pozna mnie jedynie od tej ciemnej, wkurwionej strony.

Drugie dzieci. Zawsze najgorzej.

Adopcja w UK (14): Second time adopters, czyli proces adopcyjny po raz drugi

Powoli dobijamy do panelu. Jeszcze dwa miesiące, ale większość ciężkiej pracy już za nami. Skończyły się obowiązkowe szkolenia, wieczorne stukanie w klawiaturę, czytanie zadanych raportów i oglądanie przygnębiających filmów, które jeszcze długo potem będziemy mielić w głowach. Nie skończyło się jedynie myślenie. Ani przyciszone debaty, kiedy zawinięci w kołdry dywagujmy, z czym tak, a z czym nie będziemy w stanie sobie poradzić. Nie skończyła się lista książek, które chcę przeczytać, ani pytań, na które szukamy odpowiedzi.

Teoretycznie było tak samo. Ale ponieważ to już nie ta sama rzeka, było też inaczej. Przede wszystkim dlatego, że przechodzimy przez ten proces z inną agencją. Dziś więc o tym, jak bardzo ten proces przygotowujący do drugiej adopcji różnił się od pierwszego, a więc dlaczego nie należy sądzić, że skoro raz już to przeszliśmy, tym razem pójdzie jeszcze szybciej.

Co nas nie zdziwiło, czyli krótka lista spełnionych oczekiwań

1. Wciąż ta sama podstawa prawna w całym UK

Wymagania dla kandydatów na first time i second time adopters są jednakowe (więcej tutaj: Wymagania wstępne.) Jeśli adoptujecie w innej agencji niż za pierwszym razem, Stage 1 w idealnym świecie powinien trwać do dwóch miesięcy, Stage 2 - do czterech (więcej tutaj: Stage 1 & Stage 2.)Przy założeniu, że nie ma nieoczekiwanych przerw, nie trafiliście na sezon urlopowy, nie robicie przerwy między stage'ami, nikt nie choruje, nie zmienia się social worker, i tak dalej. Jeśli adoptujecie z tą samą agencją co za pierwszym razem, możecie zmieścić się w czterech miesiącach przygotowania, tym samym oszczędzając sobie szczegółowych opowieści o dzieciństwie i sporej porcji pisania.

Ponadto, jeśli w pierwszym procesie adopcyjnym potrzebowaliście dodatkowej sypialni dla dziecka, teraz też, mając już adoptusia, będziecie potrzebowali odrębnej przestrzeni dla nowego lokatora.

2. Dokumenty - czyli DBS, medical assessment, pet assessment, referencje, itp. - bez zmian (więcej tutaj: Niezbędne dokumenty). Nie potrzebowaliśmy nowego zaświadczenia o niekaralności w Polsce, ponieważ od czasu pierwszej adopcji wciąż mieszkamy w UK, potrzebowaliśmy natomiast tamtego oryginalnego zaświadczenia sprzed 5 lat, które szczęśliwie posiadaliśmy.

3. Atmosfera - szkoleń, spotkań z social workers, rozmów z ludźmi. Wszyscy, absolutnie wszyscy na naszej drodze, okazali się życzliwi, profesjonalni, pomocni.

4. Frustracje, które na jakimś etapie po prostu muszą się pojawić. U nas było to w Stage 1, kiedy pytania o dzieciństwo zaczęły przybierać - w naszym wówczas mniemaniu - niebezpieczną formę śledztwa (napisałaś, że "...", co dokładnie miałaś na myśli?) Kiedy patrzymy na to z perspektywy czasu, to jednak dochodzimy do wniosku, że temat dzieciństwa szybko się zakończył, i że rozumiemy ten nacisk na precyzję. Słowo pisane pozostawia czasem szerokie pole do interpretacji, do słowa mówionego dokładamy język ciała, który mówi więcej niż nam się zwykle wydaje.

O. I tyle.

Co sprawiło, że nie było szans na nudę

Ha. To teraz się rozkręcę.

Inna agencja adopcyjna = inne miasto, inni ludzie, inny sposób pracy

Fruzię adoptowaliśmy przy współpracy z Local Authority (LA), tym razem do adopcji przygotowuje nas Voluntary Agency (VA). Powody były proste: nasza LA sugerowała zaczekanie z rozpoczęciem drugiego procesu do momentu, kiedy Fruzia zaaklimatyzuje się w szkole, czyli - przynajmniej do przyszłego roku. Motywowano to szansą na umocnienie więzi między nami a Fruzią, domyślamy się jednak, że nie do końca była to prawda. Nasza LA już kilka lat temu miała kłopoty z obsługą rosnącej liczby kandydatów na adoptersów i to chyba był główny powód, dla którego nie otrzymałam żadnej odpowiedzi na wstępne zapytanie o drugą adopcją, a rozmowy telefoniczne niczego nie rozwiązywały. Choć z drugiej strony przyznaję - to samo na temat więzi powiedziano nam w dwóch innych VA, dopiero obecna agencja nie odesłała nas z kwitkiem.

1. Wizyty domowe vs wizyty w agencji

LA przysyłała social workers do Piątej Chatki na wszystkie, oprócz szkoleniowych, spotkania. Mniej więcej co drugi tydzień przez 6 miesięcy odwiedzała nas Strażniczka, z którą przy kawie, ciastkach i w kapciach (to my) omawialiśmy wszystkie ważne tematy (najczęściej dzieciństwo;-)). Obecna Mentorka zawitała do Piątej jak dotąd dwa razy, w przyszłym tygodniu odwiedzi nas po raz ostatni. Pozostałe spotkania odbywały się w przytulnych salach siedziby naszej VA. Nie powiem, sofy były miękkie, a kawa pyszna, ale 45 do 60 min jazdy w jedną stronę robiło różnicę.

Tym bardziej, że łącznie wszystkich spotkań jest zdecydowanie więcej. Mniej więcej w proporcji 15 (5 lat temu) do 25 (aktualnie).

2. Dwie mentorki

W LA przez cały proces do samego panelu przeprowadziła nas jedna social worker. W obecnej agencji w Stage 1 mieliśmy dwie Mentorki, w Stage 2 została z nami jedna.

3. Home study

Nie wiem, czy to ta Outstanding nota z Ofstedu (najwyższa nota przyznawana placówkom oświatowym i opiekuńczym przez niezależną instytucję zajmującą się kontrolowaniem i monitorowaniem pracy organizacji edukacyjnych), czy może jeszcze inne czynniki miały wpływ na to, że na początku naszej współpracy przecieraliśmy oczy ze zdumienia. Bo będziemy potrzebować jeszcze tego, tamtego, tu potrzebujemy więcej szczegółów, tam więcej referencji, więcej doświadczenia w opiece nad dziećmi (sic!), więcej...

Ale największym szokiem było dla nas home study. W LA każde z nas otrzymało w Stage 1 Porfolio of Learning, które zawierało około 20 opisowych pytań. Każda odpowiedź to było takie mini wypracowanie, np. opisz swoją relację z mamą, jakie są twoje najsmutniejsze wspomnienia z dzieciństwa, czym jest dla ciebie 'diversity', itp. Do tego oczywiście chronologia życia, eko-mapa, drzewo genealogiczne i kilka długich formularzy.

W obecnej agencji zamiast jednorazowego Porfolio of Learning przed każdym spotkaniem z Mentorką otrzymywaliśmy zestaw ćwiczeniowy, każdy zawierający między 10 a 26 pytań (sprawdziłam przed chwilą), gdzie dodatkowo wiele z tych punktów miało swoje podpunkty z oddzielnymi opisowymi pytaniami... Krótko mówiąc, przed każdą wizytą w Dużym Mieście rozmawialiśmy, a potem ja pisałam. Pisałam. I pisałam. Nie wiem, czy teraz kogoś przeraziłam, czy może raczej zdążyliście pomyśleć, że przesadzam, ale zapewniam Was:

a) nie ma się czego bać, trzeba mieć tylko dobrego laptopa, który wszystko wytrzyma oraz kogoś, kto będzie Wam donosił herbatę / kawę / (wpisz, co pijesz najczęściej, bo mi nie wypada);
b) NIE przesadzam, tego było od cholery;
c) może będziecie mieć to szczęście, że Wasza agencja nie będzie Outstanding... ;)

4. Home study plus...

... czyli - skoro jest Fruzia, mamy dodatkowe tematy do rozmów. A skoro rozważamy Early Permanence, jest tych tematów jeszcze więcej. To z kolei oznacza, że błękitna sekcja z dodatkowymi pytania w arkuszach ćwiczeniowych również należała do nas. Yay!

5. Doświadczenie w opiece nad dziećmi

Mając Fruzię na pokładzie, naprawdę nie spodziewaliśmy się, że zostaniemy zmuszeni zachęceni do podjęcia wolontariatu w ramach dodatkowej opieki nad dziećmi. Wróć - to Inżynier został zmuszony zachęcony. Teoretycznie ja mogłam sobie odpuścić ten temat z racji zawodu i pracy w Różowej, ale mój dobrowolny udział w zajęciach w Polskiej Szkole był dodatkowym plusem i zapewne nasza Mentorka odnotuje to w naszym PAR.

6. Dodatkowe szkolenia


Podstawowe szkolenia adopcyjne w LA i VA poruszały tę samą tematykę, a więc realia adopcyjne, wszelkiego rodzaju zaburzenia i dysfunkcje wstępujące u dzieci, budowanie więzi i tożsamości, kwestie prawne, kontakt z rodziną biologiczną, jak rozmawiać o adopcji z dzieckiem, itp.

Obecna agencja poszła o krok dalej i dodatkowo odbyliśmy szkolenia z:

- Early Permanence (x2)
- Safer Care 

... a po panelu czekają nas jeszcze:

- Therapeutic Parenting
- First Aid 
- Family & Friends Evening

Wszystkie zdecydowanie przydatne, dwa pierwsze świetnie poprowadzone, kolejne zapowiadają się interesująco, więc myślę, że opowiem Wam o nich więcej innym razem.

7. Liczba referencji

Tym razem nie było to magiczne 3 (więcej: Niezbędne dokumenty) + dwie szkoły z Polski + pracodawcy.

Tym razem na referentów osobistych wskazaliśmy pięć par, każda z nich wystawiła nam referencje pisemne, i z każdą z nich nasza Mentorka umówiła się na spotkanie (jeśli mieszkają lokalnie) lub rozmowę telefoniczną. Oprócz tego w trakcie rozmów wiele razy wspominaliśmy o Niani, czyli sąsiadce, która często pomaga nam w opiece, np. odbierając Fruzię z przedszkola. Mimo że nie wskazaliśmy jej jako referentki, Mentorka i tak, za naszą i jej zgodą, umówiła się z nią na spotkanie.

Oprócz tego, agencja skontaktowała się z dwiema szkołami, w których pracowałam w Polsce (bo praca z dziećmi i młodzieżą), moimi poprzednimi miejscami pracy w UK (bo praca z dziećmi i młodzieżą) oraz obecnymi pracodawcami. Fruzi przedszkole też było referentem (podwójnie, bo ze względu na moją tam pracę oraz ze względu na Fruzię). Referencje wystawili nam obecni pracodawcy oraz Polska Sobotnia Szkoła (x2). Razem - uwaga -  wypełniono dla nas 15 formularzy referencyjnych.

8. Opłata za medical assessment

Jako że obecnie przechodzimy przez ten młyn z Voluntary Agency, zapłaciliśmy z własnej kieszeni za ocenę naszego stanu zdrowia (o ile pamiętam - ok. 120 funtów od osoby) oraz za update, czyli list potwierdzający mój stan zdrowia po zabiegu (22 funty).

Na szczęście to jedyne koszty finansowe, oprócz paliwa na dojazdy, jakie ponieśliśmy. DBS opłaciła agencja.

9. Przerwa, bez której niechybnie byśmy zginęli

Od września do grudnia udzielaliśmy się w naszej cudownej Polskiej Sobotniej Szkole, do której jeszcze zamierzamy wrócić, zrobiliśmy więc sobie przerwę między Stage 1 & 2 i to była dobra decyzja. Bez tego oddechu on zapewne straciłby pracę, ja rozum (od pisania po nocach), a Fruzia rodziców. Wcześniej był jeszcze sezon urlopowy, teraz nasza social worker potrzebuje czasu na złożenie PAR w jedną logiczną całość (bardzo jej współczuję), więc jeśli ktoś zastanawia się, dlaczego to wszystko tak długo trwa, to właśnie dlatego. W okolicach daty panelu minie pełny rok, odkąd oficjalnie siedzimy w procesie adopcyjnym numer dwa, a 16 miesięcy od Adoption Open Day, na którym zjawiliśmy się w styczniu. ZESZŁEGO ROKU.

Za pierwszym razem po 16 miesiącach mieliśmy już w domu Fruzię.

WNIOSKI KOŃCOWE

- Nie bez powodu pisałam Wam kiedyś, że cierpliwość jest w cenie, bo jeśli jej zabraknie, to zostaje już tylko biały kaftan.

- Jak nie drzwiami, to oknem. Jak nie oknem, to dziurą w dachu. Byle do przodu.

- Wbrew temu wszystkiemu, co napisałam wyżej - jest łatwiej. Przysięgam. Jest Fruzia - jest impreza. Czas pędzi jak oszalały i nie ma czasu na przeżywanie, jak to wszystko strasznie się wlecze. Jeszcze chwila (w tym tempie to pewnie za jakieś dwa lata), a Drugi będzie z nami, będzie miał osiemnastkę, a Fruzia wyprowadzi się z domu i zacznę zastanawiać się, kiedy to wszystko zleciało. Tak że ten...

... CIERPLIWOŚCI, kochani! :-*

O psie, który nie mógł się podrapać

W środku nocy budzi nas irytujące skrobanie i dudnienie dochodzące z salonu. Jest tak głośne, że przez chwilę rozważamy zabranie Fruzi, śpiącej w przechodnim pokoju, do naszego łóżka. Łomot jednak cichnie. Nasłuchujemy, półleżąc, wsparci na łokciach, niepewni, czy to już koniec, czy będzie powtórka. Cisza. Układamy się każdy na swój bok, zamykamy oczy.

Łup-łup-łup. Pazury dramatycznie bijące o plastik.

W ciągu dnia jest lepiej, bo mamy więcej energii do wyręczenia Rudego w czochraniu. Każdy ma swoją obowiązkową kilkuminutową sesję drapania, nawet Fruzia. Trzeba porządnie za uszkami, pod pyskiem, pod obrożą, na szyi. Rudolf poddaje się tym zabiegom z wyraźną ulgą, podkładając nam pod dłonie najbardziej udręczoną część psiej głowy. Napiera swoim wielkim cielskiem do przodu, boleśnie wbijając krawędzie klosza w nogi aktualnego terapeuty. Fruzia co jakiś czas skarży z rozpaczą w głosie, że Rudolf  ją popchnął, choć chwilę później współczująco głaszcze go po głowie.

Nazywamy go rozgłośnią radiową, megafonem i kloszardem. Odkąd Rudolf wyżłobił sobie ranę na tylnej łapie, mniej więcej wielkości śliwki, nic nie pomagało - ani kremy, ani sterydy, ani antybiotyki. Choć nie, to nieprawda. Pomagały na chwilę, ale żłobienie sierściucha trwało w najlepsze i Rudy rozwalał każdą kurację, którą zaproponowała wet. To Mąż Mój zawyrokował, że tylko klosz może pomóc.

Tarabani się więc na kanapę z trudem, kiedy już uda mu się podnieść megafon powyżej siedziska. Obija się o futryny, skutecznie zdzierając farbę ze ścian. Jojczy, że miska ustawiona jest zbyt blisko szafki, przez co klosz blokuje mu dostęp do karmy. Wpada na nas i na nią, patyki trzeba nieraz podawać mu wprost do pyska. Ku jego rozpaczy, kradzieże pozostawionego na wysokości Fruzi jedzenia, stały się niemal niemożliwe. Niemal.

Naprawdę wygląda jak kloszard. Jakby włożył łeb do miski bez dna i zapomniał ją wyjąć. Rozwalił klosz już w drugiej dobie, ale ponieważ rana zaskakująco szybko zaczęła się goić, Inżynier był nieubłagany. Połowa michy oblepiona jest brązową taśmą, dzięki czemu Rudy przypomina psa z patologicznej rodziny. Tu coś wisi, tam się odkleja...
- Jeszcze trochę, Rudy, wytrzymaj - zapewniamy go.

Wyobrażam sobie, jak się musi czuć. W moim przypadku sam klosz na łeb jako lekarstwo na zdzieranie skórek przy paznokciach nie dałby rady.

Potrzebny byłby jeszcze biały kaftan.

O trzecich czwartych urodzinach

Pierwsze czwarte urodziny spędziła jak Bóg i Karma przykazali - w dniu urodzin. Raptem zrobiła się wstydliwa, więc wpadła pod kołdrę, ukradkiem tylko odnotowując, że pieśń okolicznościowa jest w dwóch narzeczach, jak na Third Culture Kid przystało. Trochę chrypiała, więc darowałyśmy sobie wypad do miasta na lody, obskoczyłyśmy jednak okoliczne place zabaw do złudzenia przypominające te z ojczyzny ludowej, zgubiłyśmy czapkę, znalazłyśmy czapkę, pojechaliśmy do supermarketu. Tam dziecię nabyło wybrany przez siebie prezent urodzinowy w trzech aktach: pudełko niespodzianek z Peppą, w którym to pudełku największą atrakcją było samo pudełko; mini laleczki na całkiem dużym łóżku piętrowym, doskonale wpisujące się w stale poszerzany projekt rozbudowy osiedla mieszkaniowego dla lalek na wszelkich powierzchniach płaskich Piątej Chatki; playdough (zupełnie niewymuszone przez matkę). Patrząc na radość Fruzi z tej górki plastiku czule poklepaliśmy się po plecach. Może nie brilliant, ale good enough nam wystarczy.

Wieczorem było tradycyjnie. Galowa kiecka, pierwszy tort, świeczki, skype z jednej, messenger z drugiej, Sto lat podskakujące na łączach.

Drugie czwarte urodziny spędziła w pociągach i autobusach, do drgania warkoczy podekscytowana myślą, że Husia i Dominic też w drodze. Rano odkurzałam mieszkanie, spokojnie planując jeszcze to i owo, kiedy raptem dotarło do mnie, nie wiem jakimi ścieżkami, że to i owo już się nie dokona, bo nie potrafię czytać, i że chyba cudem zdążymy ich odebrać. Zdążyłyśmy. Gdzieś w tym wszystkim mignęła mi myśl, że to nie tylko jego urodziny, ale nasze wspólne. Równo cztery lata temu on odebrał telefon z informacja, że czeka na nas prezent. Historyczny prezent w postaci małego człowieka.

Wieczorem było mniej galowo. Wygodna kiecka, drugi tort, świeczki, pizza, Rodzina Wielkich. Urodziny Rodziny.

Na trzecie czwarte urodziny postanowiła zaprosić wszystkich.
- All body come to my party! - informowała nas mniej więcej od listopada.
Próbowaliśmy tonować, nerwowo dokładając sobie nadgodzin w pracy z myślą, że jeśli skrzyknie całą wieś, nie wypłacimy się do samego Brexitu. W grudniu było trochę lepiej, bo ograniczyła się do całego przedszkola. Z personelem włącznie.
- Może jednak same dzieci? - podpowiadałam, w głowie układając gładkie zdania, na wypadek gdyby dziecię postanowiło dotrzymać słowa. A potem cichaczem powrzucałam zaproszenia do stosownych szufladek w pre-school i dałam dyla, zanim Fruzia otworzyła przy śniadaniu buzię.
Na imprezę stawiło się osiemnastu krasnali. Ktoś z rodzeństwem, ktoś inny z kuzynostwem... Nowe twarze dzieci, nowe twarze nigdy nie widywanych rodziców. A w tym wszystkim my, jak zawsze zorganizowani i zapięci na ostatni guzik. A chwilowo stojący na korytarzu i nie widzący gdzie, do cholery, podział się nasz bouncy castle.
- Sprawdzałam tę salę, gdzie zawsze stoi, ale tam w najlepsze grają w tenisa! - próbowałam nie brzmieć dramatycznie, kiedy on dopytywał, którą część wielkiego centrum już obskoczyłam. Rodzice zaproszonych krasnali przypatrywali nam się z an(g)ielskim spokojem, gdy tymczasem ja usiłowałam stłumić przemocą słowiańską stronę swej osobowości, choć obawiam się, że niejedna soczysta kurwa przebijała przez napiętą do granic pergaminową skórę mego czoła. Kobieta w recepcji od początku zdawała się nic nie wiedzieć, obsługa sali rozpłynęła się w kurzu holu głównego, staliśmy więc w okręgu niczym na rekolekcjach wielkopostnych, uśmiechając się do siebie uprzejmie.
- Jest! - zakomunikował wreszcie w biegu Inżynier, ratując mnie przed niechybną śmiercią przez uduszenie. Się.
Krasnale w locie pozbywały się butów, Fruzia próbowała pozbyć się również rajstop, licząc, że w tym zamęcie pewnie nie zauważę, zrezygnowani rodzice zajęli z góry upatrzone pozycje w podgrupach, a my znów próbowaliśmy się zorganizować i zapiąć na ten guzik, co to nam się nigdy nie chce dopiąć.

Do moich obowiązków należało:
- udawanie, że jestem wyluzowana
- udawanie, że nad wszystkim panuję
- odbieranie życzeń i prezentów, bo Fruzia była zbyt zajęta wystrzeliwaniem siebie w kosmos
- udawanie, że prowadzę konwersację, podczas gdy tak naprawdę w głowie wciąż odliczałam do trzech (patrz: punkt następny)
- pilnowanie Fruzi wystrzeliwującej siebie w kosmos, Ajki, której akurat pilnować nie trzeba było, oraz Ejika, który co i rusz migał mi przed oczami na trasie bouncy castle - drzwi.
Za pierwszym razem złapałam go dopiero na korytarzu.
- Eryk, kochanie, nie wychodź sam z sali, powiedz cioci, jeśli coś chcesz. Możesz się zgubić!
- Nie, ciocia, ja wiem! Chcę do taty. - odparł dumnie, minął kolejne drzwi, za którymi debatowali Inżynier i Ajkowy Tata, po czym ruszył w kierunku recepcji i wyjścia na parking.
Boszeee, pomyślałam tylko. Okazało się, że nie po raz ostatni.

Inżynier i Ajkowy Tata mieli inne problemy. Sprzęt grający, z którym przybył Ajkowy na potrzeby nieśmiertelnej urodzinowej Pass the Parcel, okazał się, owszem, sprzętem - tyle, że z polską wtyczką.
- Kurwa - oznajmiliśmy wszyscy po kolei, zupełnie się na to nie umawiając.
Niejakim ratunkiem był laptop, którego przezornie zabraliśmy ze sobą, wi-fi fruwało w przestworzach, więc panowie ochoczo zabrali się do logowania. Między jedną ucieczką Ejika z zamkowej sali a drugą wpadłam do chłopaków zapytać, jak im idzie. W zasadzie ich miny mówiły same za siebie.
- Wi-fi nie odpala.
Pomyślałam wtedy, że jeśli przyjdzie mi śpiewać do Pass the Parcel, to następne urodziny wyprawimy Fruzi w osiemnastkę.

(Chwilę później w zamkowej sali...
- Fruzia's mum, I'm hungry! - wykrzyknęło szesnaste dziecko.
- Kochanie, jeszcze dwadzieścia minut i pójdziemy jeść! - odkrzyknęłam entuzjastycznie i bardzo fałszywie.
Dwadzieścia minut. Boszeeee...)

Ajkowy Tata pojawił się w zamkowej w samą porę. Miałam ochotę wybuchnąć histerycznym śmiechem, a jakoś nikt nie dawał mi ku temu powodów, więc przyjęłam jego obecność z wielką nadzieją.
- Nie mamy prądu.
- A co się stało?
- Próbowałem ogarnąć wtyczkę domowym sposobem i teraz żadne gniazdko w sali nie działa.
DIY w wykonaniu Ajkowego groziło wysadzeniem całego centrum w kosmos, co być może spodobałoby się Fruzi, aczkolwiek nie personelowi budynku, pozwoliło mi natomiast wybuchnąć szczerym, radosnym śmiechem.
- I co teraz? Nawet herbaty nie będziemy mogli zrobić!
- Personel ma coś wymyślić.

(Chwilę wcześniej w sali jadalnej...
Manager sali: - Ale przecież prąd był jak tu wchodziliście!
Inżynier: - Zgadza się, ale teraz nie ma. Proszę, sprawdźcie, żadne gniazdko nie działa...
I już, już miał się Mąż Mój Uczciwy przyznać, że być może, to nic pewnego, ale BYĆ MOŻE jest w tym troszeczkę ich winy, kiedy wzrok managera padł na nasz osobisty czajnik z jak najbardziej angielską wtyczką.
- Ach, to pewnie ten czajnik przeciążył sieć. Nie martwcie się, to nie wasza wina, zaraz zorganizujemy sprzęt i dystrybutor gorącej wody...
Inżynier: ... (oczy w podłogę) ... mhm, ok...)

Dokładnie godzinę po spóźnionym starcie imprezy osiemnaścioro rozszalałych krasnali wpadło do sali jadalnej. Nie pamiętam nic z tego momentu, gdyż zbytnio nie panowałam nad własnym dzieckiem, nie wspominając o sobie samej.
- Nie cierpię wyprawiać urodzin - oznajmiła na cały głos Liz. - Postanowiliśmy z Paulem robić Superhero imprezy co dwa lata.
Och, jakże jej wówczas byłam wdzięczna! Nie pojmuję bowiem, jakim cudem na tych wszystkich urodzinach, które obskakujemy w ostatnim czasie nad wyraz często, wszyscy są tacy... spokojni. Dorośli gospodarze sączą kawę, zabawiając dyskretną rozmową innych dorosłych, dzieci szaleją, ale bez przesady, wszyscy żyją i nikt nie ucieka z sali, ktoś podaje sok, młodzież je schludnie, strzepując okruszki sausage rolls na talerzyk, prąd jest, woda jest, wtyczki tylko angielskie, wszyscy trafiają do bouncy castle bez problemów... Gdy tymczasem my...
- Czy myślisz, że to my jesteśmy nienormalni, czy to z nimi jest coś nie tak? - zapytał półgłosem Inżynier, uwijając się jak w ukropie przed wniesieniem tortu.
Świeczki były, ale nie mieliśmy ognia. Kiedy już go zdobyliśmy, głośno ostrzegłam wszystkich, że zaraz zgaśnie światło. Po czym okazało się, że światło włączane jest z centralnego boxa, więc co najwyżej, niczym przyjaciele Peppy, możemy sobie spróbować wyobrazić ciemność.
- Obawiam się, że to my.

- Już ok? - zapytała troskliwie Liz.
- Zaczyna być ok - uśmiechnęłam się. - Jak przeżyję Pass the Parcel i nikt nie będzie płakał, to uznam imprezę za udaną.

Nikt nie płakał. To była największa Parcel, jaką zdarzyło mi się widzieć, bo przecież nie mogłam, jak inni normalni rodzice, kupić czegoś małego do środka paczki. Ja musiałam kupić książkę, dzięki której może i szerzę czytelnictwo wśród nielatów, ale za to skazuję planetę na zagładę ilością papieru zużytego do zapakowania 18 warstw żelków.

Na torcie, udzierganym ręką Ajkowej Mamy, siedział Santa, Holly i Peppa Pig. Idę o zakład, że nikt wcześniej nie złożył takiego zamówienia w historii tortów urodzinowych. I to właśnie tort oraz bufet spreparowany ręką Inżyniera uratowały nas od totalnej klęski.
- Kolejne wasze urodziny przechodzą do historii - oświadczyła Liz. - Takiego żarcia u nas nie uświadczysz.

(Ani piwa serwowanego spod lady w Kąciku AA na urodzinach dwuletniej Fruzi. Ale kto by to jeszcze pamiętał...)

O tym, że w pewnym wieku już nie wypada

Już nie wypada mi tyle o nich pisać.

Ona za chwilę będzie licealistką, on już nawet według słownika Cambridge jest nastolatkiem. Gwiazda i Diabeł już nie urosną; tam, gdzie oni sami nie sięgają pamięcią, już na zawsze będą moimi malutkimi szkrabami, płaczącymi w kinie do mamy, bo bajka jednak za długa. Przechowuję ich obrazy wyrzeźbione w mojej pamięci, pieczołowicie zapakowane w papierki po słodkich wspomnieniach. Jej, kilkumiesięcznej, w niebieskiej czapeczce i błękitnym polarze, wywijającej nóżkami na rogówce w moim dawnym pokoju. Jego, w czapce z daszkiem, leżącego w nosidle ustawionym na schodku prowadzącym do drzwi Ranczerskiego domu. Było lato, opijaliśmy moje magisterium przy wiekowym stole ustawionym na podwórku. Biegałam wtedy od stołu do piaskownicy, od piaskownicy do nosidełka, oszołomiona słońcem, promilami i beztroską.

Pamiętam, kiedy dowiedziałam się, że będzie ona. Bratowa zdradziła mi kiedyś przy winie, że się starają, ucieszyłam się jak dzika, a potem przyszedł sms, że jest, że lekarz powiedział jej, że będzie mamą. Boże, cóż to była za radość! Od początku wiedziałam, że ten mały ktoś będzie moim oczkiem w głowie, klamka zapadła, nie było odwrotu. W maju na bibliotecznym korytarzu, który raz w tygodniu udawał również koledżowy, opowiadałam każdemu, kto chciał (i nie chciał) słuchać, że zostałam ciocią. Taką prawdziwą, najprawdziwszą, rozumiecie, nie żadną przyszywaną ani samozwańczą. Potem stałam przy kasie w supermarkecie i kupowałam jej pierwsze ciuszki od chrzestnej mamy.

Kiedy urodził się on, przyjęliśmy to tak naturalnie, jakby to dziecko było w tej rodzinie od zawsze. To teraz będę miała ich dwoje, myślałam po prostu, kupując paczkę pampersów. Rozsądek i chyba dobre wychowanie kazały zamilknąć w kwestii tych przywłaszczeń. Wiem, wiem, nie jestem jedyna na świecie, przytakiwałam Mamie, ale w duchu postanowiłam, że on też będzie mój, nawet jeśli tylko w mojej głowie. A jednak na papierze też naprawdę jest mój. Mój, moja, moje. Nastoletnie dzieci zaborczej matki chrzestnej.

A teraz stoją przede mną, angielskobrzmiący Dominic i Husia z nie wiedzieć czemu hiszpańskim akcentem Fruzi, oboje prawie mojego wzrostu. Wykłócają się o swoje, słusznie i niesłusznie, pokazują kawałek swojego świata, puentują przydługie wywody jednym krótkim hasłem. Można z nimi pogadać o muzyce, o zdrowym odżywianiu, o sporcie, o świecie i o tym, kogo lubi Dziadek Dyrektor. Ale już nie wypada pisać o nich tutaj tak jak kiedyś, kiedy Husia jako mała Gwiazda po raz pierwszym doniosła smsem, że czytała w kościele.

Żadne z nich nie lubi rodzinnych dykteryjek. O tym, jak to "dzidzia się jeba" z łóżka, na przykład. (Przepraszam, Husiu. Musiałam!) Jeszcze.  Jeszcze nie lubią. Mnie też w ich wieku irytowały powtarzane jak zdarta płyta anegdotki o tym, jak to w wieku trzech lat rozwiązałam siostrzano-braterski konflikt o nożyczki w akcie desperacji odgryzając Wielkiemu kawałek pleców, albo te wszystkie przyklejane mi etykiety nieśmiałego i spokojnego dziecka, którym rzeczywiście byłam, a przecież nie chciałam, więc przypominanie mi o tym nie pchało mojego życia do przodu ani o cal. Dziś to wszystko ma inny wymiar. Bawią mnie legendy z serii 'jak kiedyś, a jak dziś', sama dokładam swoją cegiełkę do konserwowania tych dopiero co powstających. Jeśli nie tu, to na papierze.

Nic Wam nie ujdzie na sucho, Fruziu, Husiu i Dominicu.

Wasza matka od liter z czarnym notesem w dłoni czuwa.

O zaskoczeniach

Coś tam czasem zakłuje, pociągnie, da znać, że jeszcze się goi, ale gdybym siedziała tyłkiem na sofce cały dzień oglądając filmy, naprawdę mogłabym zapomnieć, że wciąż mam szwy na brzuchu. Sprzątam więc, wędruję z Fruzią do i z Różowej, ścielę łóżka, pakuję naczynia do zmywarki. Wciąż ostrożnie, bez forsowania się, ale jednak czasem muszę się schylić, podnieść, machnąć tu i tam... A potem, zdziwiona, padam bez sił na łóżko i czuję, że już więcej nie mogę, nie dam rady i właściwie to co ja sobie myślałam?
Fruzia też zapomina.
- Mummy, you pick me! - podnosi ręce do góry, chcąc, żebym wyciągnęła ją z wanny.
- Poczekaj, zawołam tatę, bo ja nie mogę - przypominam jej.
- Why not?
- Bo wciąż mam plastry na brzuchu, pamiętasz?
- Oh! Silly me! - śmieje się Tasman.
Nie zapomina jednak, dlaczego mam te plastry. Asystuje mi rano przy zmianie opatrunków, wie, że miałam dziurki w brzuchu, bo lekarz musiał mi go naprawić. Chyba nie ma żadnej związanej z tym traumy, bo z radością opowiada naokoło, jak to odbierała mnie z tatą ze szpitala i wciąż ogląda drobną kropeczkę po wenflonie na moim nadgarstku. Czasem to ja irytuję się wewnętrznie na całą tą endo-historię, na to, że do Fruzinych skojarzeń z mamą należy również to, że mama ma chory brzuch. Staramy się utrzymać to w spokojnym tonie, mała nigdy nie widziała mnie złożonej prawdziwym bólem, bywa, że tłumaczę jej luźno, że trochę nie najlepiej się czuję, ale położę się i na pewno mi przejdzie. Bawi się wtedy obok mnie na łóżku, czytamy, oglądamy obrazki. Nie wiem, co z tego wszystkiego koduje jej głowa, ale wiem, że niektóre momenty takiej szczerości są dobrym kapitałem na przyszłość.

To było tuż przed zabiegiem. Wędrowałyśmy z Rudolfem na boisko, kiedy znów wyskoczyłam z jedną z tych 'rozmów o życiu', które uskuteczniam spontanicznie, bez planu, ot, kiedy mi się przypomni i okoliczności nam sprzyjają. Zdarza się, że na ulicy.
- Okey, mądralo ty moja - zagadałam raptem, bo Fruzi włączył się monolog o wszystkim i sądziłam, że już nigdy nie uda mi się wtrącić słowa. - A czy ty pamiętasz Fostersów? Napiszemy do nich list, żeby opowiedzieć im, jaka jesteś już duża.
Fruzia lekko zwolniła chód i słowotok.
- Why, mama?
- Bo kiedyś mieszkałaś z nimi, jak byłaś takim małym bejbikiem i czekałaś na mamę i tatę. Bo ja...
Ale nie dane mi było skończyć.
Fruzia raptem rozpromieniła się, jak ktoś wywołany do tablicy, komu nagle przypomina się prawidłowa odpowiedź.
- I know, I know, not mummy tummy, 'cause mummy tummy poorly! - wręcz wykrzyknęła na całą ulicę.
Nie byłam w brzuchu mamy, bo brzuch mamy jest chory.
- Tak, dokładnie, jesteś bardzo mądrą dziewczynką! - uśmiechnęłam się promiennie, przybijając jej piątkę. - To co, napiszemy do nich list?
- Aha - przytaknęła Tasman.

Wygląda na to, że to ona zaskakuje nas w tej historii. Nie odwrotnie.