Dla świeżo upieczonych i dla tych, co już niebawem

- A pamiętasz, jak kiedyś mówiłaś, że nie będziesz za dużo nosić, żeby się dziecko nie przyzwyczaiło? - zapytała chytrze Mamuśka, kiedy tuliłam do siebie zapłakaną Fruzię.
Ta sama Mamuśka, która na najdrobniejszą łzę wnuczki reaguje hasłem "przytul się do mamy i od razu będzie lepiej."
- Ja tak mówiłam? - zdziwiłam się szczerze.
Mama pokiwała głową, choć widziałam, że sama nie jest do końca przekonana, czy to faktycznie ja, czy może... ona sama. Jeszcze w erze przed nami.
A może to mój umysł płata mi figle i wypiera fakt, że mogłam kiedyś wygłosić taką mądrość. Bo ja od zawsze wiedziałam, że będę nosić własne dziecko tyle, ile będę czuła, że chcę i powinnam. A raczej tyle, ile to ono będzie chciało i uważało, że powinnam.

- Jesteś rozpieszczona - mówi jej często Babcia Mamuśka z diabelskim figlikiem w oku.
- Ty rozpieszczu - mówimy do niej my sami.
I natychmiast przypomina mi się Gwiazda sprzed dobrych sześciu lub siedmiu lat, kiedy oświadczyła, że "mama mówi, że mnie rozpuszczycie".
- A od czego są matki chrzestne i babcie? - zapytałyśmy wtedy wesoło.
Od rozpieszczania i rozpuszczania.
Choć przysięgam, że już sama nie wiem, co to znaczy.

I tutaj i tam staram się otaczać normalnością. Czytam niewiele*, a słucham opinii tych, których cenię, i którzy nie stracili kontaktu z ziemią po pojawieniu się w ich życiu dziecka. Radzę się Mam i mądrych koleżanek, które na wieść, że zabieramy się za odsmoczkowanie, nie łapią się za głowę z minami sugerującymi, że powinnam była to zrobić dwa lata temu, najlepiej jeszcze przed pojawieniem się Fruzi. A kiedy widzą mnie zmierzającą do pokoju dla matki z dzieckiem, nie wystrzeliwują w kosmos szczerze zdziwionego "TO ONA JESZCZE W PIELUSZCE?" Kiedy Fruzia miała dziesięć miesięcy, ktoś życzliwy wygłosił specjalnie dla mnie (szczęściara!) prelekcję na temat mojego opóźnienia w temacie, bo przecież już od dobrych trzech miesięcy dziecię me powinno siadać na nocniku przy każdej zmianie pieluszki. (A w ogóle to w jej wieku trening czystości powinien być już w zaawansowanej fazie.) Usprawiedliwiał mnie jedynie fakt, że nie byłam świadoma owego trendu. "Bo wiesz... ja myślę, że ci rodzice, którzy tego świadomie nie robią, są po prostu leniwi."

Człowiek uczy się przez całe życie. Nawet grubo po trzydziestce można dowiedzieć się, że nie dość, że ona rozpieszczona, to jeszcze ja leniwa. Choć zawsze mi się wydawało, że te dwie rzeczy wzajemnie się wykluczają.

Ale to wyjątki w naszym życiu. Być może dlatego, że intuicyjnie omijam szerokim łukiem ekspertów od wszystkiego. Skupiamy się na tych, którzy podpowiedzą, kiedy pytamy, podzielą się swoimi wzlotami i upadkami, i nie będą aranżować przesłuchania na temat tego, co nasze dziecko już potrafi i dlaczego jeszcze nie.

I to jest moja dedykacja dla Was, Kochane Kobiety, Które Już Jesteście Lub Za Chwilę Będziecie Mamami. Słuchajcie tych, których chcecie słuchać, a przede wszystkim słuchajcie samych siebie. Oprócz stu tysięcy poradników, z których czasem warto skorzystać, macie też intuicję. Macie moc! 

I tak bardzo, bardzo cieszę się razem z Wami, że to już lub niebawem!

:-)

* z serii " skuteczne sposoby na " oraz "jak sprawić, żeby dziecko"

O Bebi, czyli Fruzia mówi

- Mummy! - krzyczy dziecię, kiedy tylko dotrze do niej, że ten głos, który usłyszała za swoimi plecami podczas zabawy w przedszkolu, to naprawdę głos mamy.
Wolę, kiedy radośnie wyrzuca w powietrze swojskie mama, bo wtedy mam przynajmniej pewność, że to nie dummy schowany w różowym plecaku i czekający na jej wyjście z sali jest powodem tej dzikiej radości.

Grupa rówieśnicza to jednak mocna siła i niech się schowa przy niej jakikolwiek, jeśli taki w ogóle istnieje, rodzicielski autorytet. Nigdy specjalnie nie byliśmy dla Tasmana wystarczającym bodźcem do powtarzania artykułowanych przez nas z precyzją godną pana Jot od fonetyki słów. Fruzia powtarzała, owszem, ale zawsze coś innego.
- Powiedz pies - zachęcaliśmy.
- Baba - odpowiadała zadowolona Fruzia.
- Du-pek, du-pek - powtarzaliśmy, sądząc, że może pies to zbyt wyrafinowane słownictwo dla rozemocjonowanego toddlera.
- Mama - wypalała młoda.
Zaczęliśmy nawet zastanawiać się, czy jej skojarzenia są pierwszymi jaskółkami czyniącymi z niej geniusza lingwistycznego, czy też może przestrogą, że za naście lat słowo dupek nadal będzie kojarzyło jej się z matką.

Aż tu nagle Fruzia postanowiła, że może jednak parę nowych słów nie zaszkodzi. Nie żeby od razu w ekstrema popadać, bez przesady, wszak językowy wyścig (matek) dwuletnich szczurów to nie dla niej. Tasman nadal woli otworzyć szeroko buzię i palcem wskazującym skierowanym do otworu gębowego oznajmić światu, że twarz jej się zdekompletowała wskutek braku dydusia, niż zwyczajnie o smoczka poprosić, ale postępy są wyraźne.
- Piś - wyartykułowała przedwczoraj, kiedy zmierzałam w jej kierunku z nieodłącznym elementem jej toddlerowego wizerunku.
- Please? - zapytałam zaskoczona.
- Piś, mama - rzekło nieśmiało dziecię.
I dodało na zakończenie:
- Ta.
(z ang. - dziękuję)

Ach. Królewskie maniery.

Psa naszych przyjaciół, wabiącego się Bimber, ochrzciła znacznie łatwiejszą wersją psiego imienia.
- Bebi! - krzyczy za nim jak opętana podczas spaceru, od czasu do czasu rzucając komendę swojemu własnemu sierściuchowi i oczekując, że ta dwójka wyglądająca jak Flip i Flap będzie jej słuchać. - Gaga! Bebi!
- Lubisz Bimbra? - pytam ją po kolejnym wybuchu czułości w stronę mniejszego sierściucha.
- Ka - przytakuje Fruzia.

Coraz lepiej wychodzi jej odróżnianie tak od nie, choć wciąż zdarzają jej się wtopy.

- Chcesz marchewkę?
- Ka. Makeke.
(Uuu, myślę sobie. Co za elokwencja!)
- Chcesz jogurt? - pytam retorycznie.
- Nie - słyszę w odpowiedzi, choć mała głowa pokazuje, że tak, natychmiast, oczywiście!
- Ok, skoro nie, to idę włożyć go do lodówki - odwracam się teatralnie.
- Mamaaaa! Kaa! Mamaaaa! - Tasman wpada w rozpacz i z tej rozpaczy po awarii komunikacyjnej rzuca się na podłogę.

I po co było testować własne dziecko, głupia kobieto?

O tym, kto tu kogo

Nie wiedzą, czy zostaną tu na stałe, czy kiedyś wrócą do swoich krajów. Tak o nich mówią - "mój kraj". Rzadko kiedy przywołują nazwy, jak gdyby nie one były ważne, a to jedynie, że mówią właśnie o swoim kawałku świata. Krainę Deszczu też nieczęsto nazywają po imieniu, nadali jej inny przydomek - "tutaj". Wszyscy wiedzą jednak, dlaczego i po co "tutaj" są. Wyjechali, bo w kraju ciężko, bo chcieli doświadczyć nowego, bo mąż, bo żona, bo. Czasem boję się pytać, więc nie pytam, a zahaczając w rozmowie o religię, uważnie dobieram słowa. Pracują, uczą się, chcą kontynuować przerwane studia, wrócić do zawodu wykonywanego w ich kraju. Prawnicy, księgowe, fryzjerki, au pair, studenci, pełnoetatowe mamy. Nie siedzą bezczynnie, licząc na mannę płynącą z nieba. Wychowują dzieci, chodzą na nocne zmiany, w czasie których myją podłogi, zmieniają pościel w hotelowych pokojach lub stoją przy taśmie, w nielicznych przerwach od żmudnej pracy powtarzając angielskie słówka. Dopytują, ile lat uczyłam się angielskiego i co robiłam, zanim stanęłam "tutaj" po drugiej stronie biurka. Kiedy wspominam Błękitną, potakują głowami z pełnym zrozumieniem.

Są marzeniem i koszmarem każdego nauczyciela. Wiedzą dużo i chcą wiedzieć jeszcze więcej. Zapytają o każdy przyimek, wyciągną każde przykurzone w mojej głowie słowo. Sprawiają, że czasem klnę w duchu, bo stojąc tak przed nimi, przed piętnastoma parami oczu, zaczynam wątpić, czy banalne obsessed, wyciągnięte przez El, to rzeczywiście z 'with', czy może z 'by'. El uczył kiedyś angielskiego w szkole podstawowej w swoim kraju. Teraz ja mam nauczyć jego. Chwilami czuję się dokładnie tak jak oni, kiedy podchodzą do tablicy interaktywnej. Znają odpowiedź, ale w obliczu ogromu białej ściany zaczynają zastanawiać się, czy to rzeczywiście dobre rozwiązanie. Potem, kiedy zamykają się za nimi drzwi, natychmiast łapię za słownik. 'With' i 'by'. Rzeczywiście.

Ożywiają się, kiedy pytam o ich książki, ich filmy, ich kulturę i system edukacji. Śmieją się, kiedy próbuję wymówić słowo w ich języku. I kiedy mówią mi nazwę owocu, o którego istnieniu nie miałam pojęcia.

Nawet nie wiedzą (a może jednak?), że ja wciąż uczę się razem z nimi.

Dwoje z nich wie, jak naprawdę wygląda wojna.

Fejsbukowi prorocy, którzy nigdy nie opuścili własnego ogródka na dłużej niż trwają zakupy w pobliskim supermarkecie, powinni otrzymywać imienne zaproszenia na takie lekcje.

Otwarte lekcje otwierające umysł.

O tym, kto ma gorzej

Najwięcej uczę się wtedy, kiedy muszę nauczyć innych.

Taki tubylec to ma dobrze, myślę, spędzając kolejny wieczór przy słowniku. Rzuci okiem na materiał, przemyśli kolejność zdarzeń i lekcja gotowa. Ja przyglądam się każdemu potencjalnie nowemu dla kursantów słowu, dopisuję do niego synonimy, przyimki i kolokacje, sprawdzam po raz dziesiąty wymowę i akcent, zanim odhaczę je na liście 'gotowe'. To z pewnością dlatego moja tutorka z CELTY powiedziała mi kiedyś, że dobrze prezentuję i objaśniam leksykę, a Inżynier dodał później, że mam zdolność przekładania zawiłych zwrotów na prosty i czytelny język, w obu narzeczach. Trzymam się tego jak tarczy obronnej, kiedy intuicja nie wystarcza i dostaję phrasalem lub idiomem w twarz w samym środku lekcji. Przeklęty, wszędobylski dostęp do sieci!, klnę w duchu. Nawet pod ławką w klasie! Jeśli intuicji nie udało się wybrnąć z klasą, wtedy odrabiam zadanie domowe na szóstkę i na następnych zajęciach torpeduję podławkowego poszukiwacza przygód mini wykładem na temat pochodzenia i wszystkich możliwych znaczeń rzuconego mi z sieci wyzwania. Ręce opadają mi w chwili, kiedy orientuję się, że delikwent kompletnie nie pamięta, że dwa dni wcześniej zadał mi takie pytanie. Albo że w ogóle zadał mi jakiekolwiek pytanie.

Coś mi jednak zostało z tej szkolnej prymuski. A może to zesłanie na drugą stronę biurka to rodzaj karmy z poprzedniego życia. Zaprawdę powiadam Wam, pilnujcie się w tym wcieleniu, bo z tą k(a)r(m)ą nie ma przelewek.

Ale potem dociera do mnie, że to niekoniecznie tak.

- To niesamowite - powiedziała mi jedna z kursantek CELTY, rodowita Brytyjka - że angielski jest dla ciebie językiem obcym, a mimo to masz większą jego świadomość niż ja. Wyobraź sobie, że kiedy dyskutujemy o czasach, ja wciąż muszę się upewniać, że wiem, o którym aktualnie jest mowa. A widzę, że dla ciebie ta cała terminologia to chleb powszedni.

A potem ktoś inny oblał jedną z praktyk, bo pomylił past perfect z past simple i cała grupa wyszła z lekcji skołowana.

Pamiętam też, jak przez rok uczyłam polskiego. Magicznego JPJO. Moim uczniem był pracujący w Polsce na rocznym kontrakcie bardzo inteligentny i mówiący kilkoma językami Fin, którego narzeczona była Polką, i dla której ten postanowił nauczyć się jej ojczystego narzecza. Co też ja się wówczas nagłówkowałam, żeby po angielsku wyjaśnić mu gramatykę własnego, wydawać by się mogło, że znanego mi od podszewki, języka!
- A dlaczego mówi się do Wrocławi-a, kiedy mówi się też do Bydgoszcz-y? Albo do Zakopaneg-o? - pytał znienacka Fin, a ja, kiedy opanowałam już drżenie podbródka po zrozumieniu tych wszystkich wyartykułowanych przez niego z wielkim trudem  dźwięków, robiłam kolejną mentalną notkę, z którą biegłam najpierw do Drugiej Mamy, specjalistki od polskiego dla niesłyszących, a dopiero potem do starego i wyświechtanego podręcznika do gramatyki.

Wiec to chyba niekoniecznie tak. Tubylec może i nie da się zaskoczyć phrasalem, ale zwinie się w sobie na hasło future perfect continuous, o którym ja opowiem wraz z przykładami w środku najciemniejszej nocy.

I to chyba dlatego tak bardzo nam ze sobą po drodze. Temu obcemu i mnie. W tym duecie nigdy nie będziemy się ze sobą nudzić. On mnie będzie stawiał przed wyzwaniami, ja wciąż będę się starała coś mu udowodnić. I samej sobie.

- Na koniec muszę ci wytknąć coś jeszcze - powiedziała moja managerka, kiedy  powoli kończyła omawiać moją obserwowana lekcję.
Wbrew temu, co myślałam w trakcie tej lekcji (bawiąca się ze mną w kotka i myszkę tablica interaktywna, nieobecność połowy grupy, spóźnienie drugiej połowy oraz abstrakcyjne zdania tworzone przez słuchaczy, które doprawdy trudno było sensownie poprawić), usłyszałam, że jest dobrze, i że mam się nigdzie z Koledżu nie ruszać.
Ohoooo, pomyślałam jednak po tym dobrym wstępie. Pewnie popełniłam jakieś niewybaczalne błędy!

Moja rozmówczyni zawiesiła głos.

- ... jestem pewna, że o tym nie wiedziałaś, bo tego nie ma w naszym spisanym dress codzie, ale nie możesz nosić jeasnów do pracy... - usłyszałam w końcu.

Fruzia - odsłona dwudziesta czwarta

Cisza mnie niepokoi, jak każdego czujnego rodzica, ale kiedy słyszę jej mamrotanie pod nosem dochodzące z salonu, wiem, że jest czymś pochłonięta do granic i nie warto przerywać tego błogiego, szczególnie dla rodzica, stanu. Czasem podglądam ją z przedpokoju. Widzę jak układa w równych rządkach ciastka z plasteliny, segreguje kredki tak, aby ich czubki równo wystawały z otwartego piórnika, zapamiętale kręci pedałami od roweru stacjonarnego, albo wyrównuje brzegi przylegających do siebie kart edukacyjnych. Tylko takie czynności angażują ją do tego stopnia, żeby Fruzia nie szukała towarzystwa. W pozostałych przypadkach Tasman potrzebuje drugiego człowieka.
- Mama! - ciągnie mnie za rękę do swoich zabawek.
- Mama! - powtarza, kiedy potrzebuje jego.
To wcale nie o mnie chodzi. Mama jest jest słowem-kluczem. Jest jak Sezamie otwórz się, jak mówisz i masz, jak czary mary i abrakadabra w jednym. I jak sok z gumijagód. Mama sprawia, że niemożliwe staje się możliwe. To z jej punktu widzenia. Bo dla nas mama to brak litości. Mama oznacza dla nas tylko jedno - trzeba iść. Jej dusza nieustająco łaknie dodatkowej pary oczu i fizycznej obecności. Różowa Chmurka musi jawić się w jej dziecięcej głowie jako raj. Nic dziwnego, że wystarczy hasło "pójdziemy do dzieci", a młodzież pędzi po plecak i ochoczo wskakuje w chińskie kozaki.

Wciąż gardzi lingwistycznymi normami. Owszem, mówi dużo i chętnie, ale coraz częściej zastanawiamy się, po jakiemu. Dużo w tych jej przemowach gestykulacji i ekspresji, i chyba tylko dlatego tak dobrze się rozumiemy. Po pierwszych sesjach w żłobku zaskoczyła nas swoim mummy! wykrzykiwanym na przemian z mama! A nasze przeświadczenie, że niektóre jej 'słowa' brzmią bardziej wyspiarsko niż ojczyście, niespodziewanie okazało się słuszne.
- Tak, mówi - usłyszałam któregoś dnia w Różowej. - Ostatnio ruszyło jej słownictwo. Potrafi powiedzieć cuddle i more.
Że more, to akurat mnie nie dziwi. To podstawowe słowo zapewniające jej i jej podobnym uzyskanie dodatkowej garści rodzynek lub kolejnego breadsticka. (Nie oszukujmy się - o kisz tak nie walczą.) Ale cuddle?! Na Boga i Karmę!

Inżynier mówi, że jest wyraźna. W dobrym nastroju tryska optymizmem i uśmiechem, jak się wścieknie, latają dydki i co-tam-jest-pod-ręką. Nie zna nudy ani stanów pośrednich. Nie snuje się po domu bez celu, zawsze wie, dokąd zmierza i o co jej w danej chwili chodzi. My nie zawsze, więc kiedy łączność między nami pada, Fruzia teatralnie pada na podłogę twarzą do dołu i albo ryczy, albo w milczeniu czeka na pożądaną reakcję. Ryczy coraz rzadziej, bo ... reakcji nie ma.
- Pa pa - mówię do niej spokojnie, przestępując równie teatralnie nad jej rozciągniętym jak szczupak ciałem.
- Przyjdź do nas jak ci przejdzie - mówi on.
Tym sposobem nauczyła się, że dydek sam do niej nie wróci, musi podnieść dwuletni tyłek i udać się po niego w drugi koniec pokoju. Potem krótki przytulas, pokrzepiające poklepanie rodziców po plecach ("dobrze wam idzie, staruszkowie") i wracamy do równowagi. W gorszych chwilach Inżynier bierze jej plastikowy telefon, który tuż przed chwilą młodzież posłała w diabły, przykłada go sobie do ucha i poważnym tonem przeprowadza dialog z powietrzem:
- Tak... przyjedźcie po nią... najlepiej zaraz...
Fruzia z zainteresowaniem zaczyna przysłuchiwać się rozmowie.
- Koniecznie... musicie ją zabrać... będziemy czekać... tak, kaftan bezpieczeństwa się przyda...
- Podwójny - podpowiadam.
- Podwójny... jak najszyciej, bo nie dajemy rady!!
Fruzia patrzy na tatę łobuzersko. Jestem pewna, że ten Tasman rozumie więcej niż sam potrafi powiedzieć.

Uwielbia skrytki, zakątki, przejścia na skróty, dziury w chodniku i wszelkie zakamarki. Jedna niezabezpieczona przed jej wścibskimi łapkami kuchenna szafka została mianowana JEJ szafką. Kilka miesięcy temu tak długo Fruzia przekładała konserwy i słoiczki z dżemem, tak natrętnie ładowała tam swoje małe ciałko, że górna półka rąbnęła w końcu na dół, razem z korpusem zdziwionego lotem dziecięcia. Nie zraziło to bynajmniej naszej córki. Usunięta półka zrobiła miejsce dla całego Tasmana i do dziś Fruzia potrafi przesiedzieć tam za zamknietymi drzwiczkami nawet pół godziny, przesypując mieszkankę herbat z wielkiej miski na pranie do małych miseczek. A wczoraj wlazła do piekarnika.
- Mummy! - dobiegł mnie z salonu cienki głosik, kiedy sortowałam w łazience pranie.
Nie brzmiała ani dramatycznie, ani zbyt radośnie, ale coraz bardziej ponaglająco.
Westchnęłam, przełożyłam jeszcze kilka rzeczy na osobną kupkę i ruszyłam do pokoju. Tam natychmiast uderzyłam w śmiech.

Z różowej, plastikowej kuchenki wystawała blond czupryna i ramiona, cały brzuch schowany był w piekarniku, nogi wystawały z drugiego końca piecyka. Fruzia najwyraźniej poległa przy matematycznych obliczeniach. Wyglądała jak Puchatek, który utknął w wejściu do norki Królika.
- Mummy! - zawołała radośnie Tasman, kiedy zorientowała się, że dostarczyła mi rozrywki.
Potrzeba było dwóch dorosłych osób, żeby ją stamtąd wyciągnąć. I na swoją obronę dodam, że to Inżynier pierwszy powiedział:
- Poczekaj, zróbmy jej zdjęcie, skoro nie płacze!
(Co za nieczułe pokolenie!)

Śpi w swoim własnym, dorosłym łóżku. W Ikei trudno było utrzymać ją przy sobie, najchętniej kupiłaby nie tylko łóżko, ale też szafę, wózek sklepowy, wagę oraz sprzedawców. Ochoczo pomagała tacie skręcać nowy nabytek, wiernie naśladując wszystkie czynności - tutaj trzeba włożyć śrubkę, teraz przykręcić, tam lekko przyklepać... Bez żalu pożegnała łóżeczko z żyrafą, które spokojnie poczeka na swoje kolejne pięć minut. Duże łóżko to więcej zabawy i nowe rytuały. Obowiązkowo czytamy przed snem - Fruzia pędzi po książki, układa całą ich stertę na kołdrze, po czym mości wygodnie tyłek tuż przy poduszce i ponaglająco wskazuje palcem na wybrane pozycje. Bywa, że trzeba też zaśpiewać jedną z tych ekspresyjnych przedszkolnych piosenek, które Fruzia podchwyciła już w pierwszym tygodniu pobytu w Różowej. Najchętniej "Wheels on the Bus" i "Twinkle, Twinkle". A potem, kiedy zgasimy już światło, wierci się. Jeszcze.Więcej.Niż.W.Łóżeczku. Układa się. Przekłada. Kopie mnie przypadkowo i całkiem nie. Kładzie się na lalce i obok lalki. Albo lokuje ją sobie na twarzy. Co rusz wali głową w ścianę, bo przy takim przekładańcu trudno zorientować się, gdzie kończy się łóżko. Leży w poprzek, wzdłuż i po skosie. Wisi głową w dół. Albo nogami. Chce być otulona pluszakami albo żąda przestrzeni. A w tym wszystkim ja usiłuję znaleźć sobie miejsce obok niej...

Ale nie - nie tęsknię za wiszeniem głową w dół!

Zaliczyła pierwsze kroki na łyżwach. Nie było ich wiele, część z nich dokonała się w powietrzu, kiedy usilowaliśmy postawić ją przy ciężkim jak granat pingwinie, ale pierwsze koty za płoty. Wyglądała komicznie i nic a nic się nie bała. Wściekła się dopiero po kilku minutach, bo te nogi w ogóle nie chciały jej słuchać, a ona przecież chciała śmigać jak mama i tata! (Poważnie sądziłam, że uda nam się wypożyczyć łyżwy dla toddlerów, takie z dwiema płozami, takie bardziej... toddlerowe. A tu niespodzianka - łyżwa to łyżwa, nie ma mowy o jakiejkolwiek taryfie ulgowej dla dwulatków. W końcu toddler też człowiek, prawda?) Nic to, spróbujemy za rok. (A tymczasem wypadało skorzystać z wizyty na lodowisku. Nie wiem, kto się bardziej tam zmęczył - my, usiłujac opanować drewniane po długiej przerwie od łyżew nogi, czy też ona, biegając bez opamiętania między szafkami, porzuconymi pingwinami i automatami z czekoladą.)

A jednak przy całym swoim temperamencie dokładnie wie, kiedy należy trzymać fason. W dniu urodzin rozdawała gwiazdorskie uśmiechy wszystkim zebranym przed monitorami gościom. Zdmuchnęła świeczkę, zatańczyła solo i wygłosiła przemowę (kilka/naście razy.) Z godnością i spokojem wysłuchała kilku okolicznościowych pieśni wydobywających się z gardeł najbliższych. Ani razu nie rzuciła (w nikogo) dydkiem. Sama urodzinowa słodycz, której baterie padły grubo po dwudziestej drugiej w naszym łóżku nad miską chrupek.

Następnego dnia, jak to zwykle bywa, wszystko wróciło do normy.

(Trochę ją rozumiem. Musiała zrobić sobie jednodniową przerwę od tych królewskich manier, bo chwilę później czekało ją dalsze świętowanie ze starszymi w rolach głównych. Znów trzeba było wziąć się w garść. Co też, przyznaję, udało jej się wyśmienicie.)

I o sezonie na jednego

Co roku robię to z rozmysłem. Przez dłuższą chwilę przyglądam się otoczeniu, łapię dobre światło, ustawiam w kadrze dekoracje. Potem głęboki oddech, jedno pstryknięcie i już. Kolejna mentalna fotografia, której przyjrzę się dokładniej za rok.

(...)

W roli dekoracji butelka coli, której w zasadzie nie pijemy. Obok whisky, którą jedynie z Ojcem Dyrektorem, od wielkiego dzwonu, dla towarzystwa. Ojca co prawda z nami nie ma, ale ta wspólna dekada, którą właśnie żegnamy, zasługuje na nie-codzienność.
- Po jednym drinku? - pyta on, bo przecież whisky to tylko z Ojcem Dyrektorem, wiadomo.
- Po jednym - mówię, otulając się szczelniej kołdrą.
Nastrój wytworzony przez domowe piernaty skłania bardziej do myślenia o odespaniu całego tygodnia niż o delektowaniu się gorzkim trunkiem. Jeden zapewne przyspieszy ten proces.

Jedno piwko i wracam do domu, myślałam wtedy, brnąc przez zaśnieżone ulice. Zawsze mogę wrócić najwcześniejszym możliwym pociągiem, gdyby było nudno.
On prowadził, więc nawet o jednym nie pomyślał. I może to dlatego ukruszył w dłoniach szklankę od coli.

Wtedy wróciłam do domu o pierwszej, zaskoczona dokładnie tak samo, jak dziesięć lat później, kiedy o piątej nad ranem zamiast whisky, w butelce zaświeciło jej dno. Serio? Przegadaliśmy tyle godzin?


(...)

Z tamtego dnia pamiętam plataninę emocji. I trzy pytania, wybijające się na podium - czy to już koniec? czy dopiero początek? i co dalej? No doprawdy. Typowa ja. Szukająca znaków, uwielbiająca nowe, a jednocześnie tak kurczowo trzymająca się tego, co jej, co na zawsze, co przyklepane do grobowej deski.
- Zobaczysz, w maju to już będziesz w ciąży - śmiała się Kocurowa dwa dni wcześniej.
Przez łzy się śmiała, bo to jej urodziny były, a ja zadzwoniłam, żeby się pożegnać.

W dzień Świętego Walentego dobiliśmy do progu Cegiełki. Opatrzność czuwała, zsyłając nas na emigrację tego symbolicznego dnia, bo nawet nie przypuszczałam, ile razy przyjdzie mi wpisywać tę datę do przeróżnych urzędowych formularzy.

Rudolf natychmiast ubrudził błotem dywany w Cegle. Zupełnie jak dzisiaj podłogę, kiedy w trójkę wróciliśmy ze spaceru po parku. Fruzia pogroziła mu palcem, kiedy próbował wskoczyć na łóżko w sypialni.

Jest remis. Pięć do pięciu. Połowę wspólnego życia spędziliśmy tam, a połowę tutaj.  Za kilka dni szala zacznie przechylać się na stronę Krainy Deszczu.

(...)

Kiedy rodzi się dziecko, większość ludzi zachowuje się tak, jakby byli zaskoczeni. Jakby przespali tych dziewięć ostatnich miesięcy. Albo kiedy dzwoni ten telefon, wiecie jaki. Ten wyczekany od dnia zero. Niby wiesz, że kiedyś w końcu zadzwoni, niby się wgapiasz w niego tęsknym wzrokiem, ale kiedy wreszcie dzwoni, ty albo nie słyszysz, albo zapominasz zabrać do pracy komórkę. Albo w ogóle nawet nie myślisz o telefonie, bo przecież wyraźnie powiedzieli ci, że teraz to na nic nie licz, teraz to sobie znajdź mieszkanie, bo wygląda na to, że za miesiąc nie będziecie mieli gdzie mieszkać.

Nawet mi przez myśl nie przeszło, że oto nadchodzi dzień świętowania. W błogiej nieświadomości zaplanowałam więc spędzić własne urodziny objadając się czekoladkami i czytając książki do południa. Nie przypuszczałam, że to ostatnie takie urodziny. (Właściwie to nawet dobrze. Gdybym wiedziała, nie byłabym w stanie przełknąć ani jednej czekoladki.)

Zamiast małej, łysej głowy, mam przed sobą bujną czuprynę dwuletniego toddlera. Zamiast siebie 30+, widzę siebie 35+. Niezmiernie mnie to dziwi i bawi. Zaczynam rozumieć Mamuśkę, która twierdzi, że momentami nie wierzy własnej metryce.

(...)

- Wiesz, zawsze mi się wydawało, że jak już coś, to wtedy poczuję się naprawdę dorosła - wyjawiłam Mężowi Memu sekret mego życia.
Podczas opróżniania tej whisky wyjawiłam, co prawdopodobnie wiele tłumaczy.
Inżynier spojrzał na mnie bystro, wyraźnie oczekując bardziej porywającego rozwinięcia akcji.
- Na przykład jak pójdę do pracy. Tyle tylko, że poszłam do pracy dosyć wcześnie, więc tak jakby miałam prawo nie poczuć się dorosła - kontynuowałam. - Potem miałam dorosnąć jak urodzę dziecko. Urodziłam, jestem mamą, a nadal tej dorosłości nie czuję. Więc pomyślałam, że jak zostanę kierowcą! Będę parkować przed koledżem, ostentacyjnie zamykać drzwi własnego wozu, paradować przez cały parking z teczką pełną książek w jednej dłoni, z kluczykami w drugiej... no wiesz, marzenie nastolatka spełnione w czwartej dekadzie życia... - zaczęłam się śmiać.
- No i? - uśmiechnął się on.
- No i dupa - westchnęłam komicznie. - Nie umiem wczuć się rolę. Ciągle zapominam, w którą stronę muszę przekręcić kluczyk, żeby zamknąć drzwi. Nie mówiąc już o tym, że wożę ze sobą tenisówki do jazdy.

Inżynier parsknął śmiechem.
- To chyba dobrze, że wciąż masz piętnaście lat?

(...)

Nie można zrobić dokładnie dwóch takich samych fotografii. Bo nawet Rudy notorycznie zmienia futro. I kanapy, od czasu do czasu.

O sezonie na paracetamol

Przed pierwszą adaptacyjną wizytą w Różowej Inżynier pobrał Fruzię z łóżeczka i zaanonsował się w przychodni, bo to przeziębienie, z którym Fruzia wracała z Polski, przybrało na sile. Piguła oświadczyła, że to wirus i rozłożyła ręce w geście bezradności. Paracetamol i plenty of fluids, jeśli gorączka.

Pierwszy oficjalny dzień w przedszkolu Fruzia zakończyła powrotem do Piątej Chatki z wysypką. Wróciliśmy do przychodni. Piguła oświadczyła, że to wirus i rozłożyła ręce w geście bezradności. Paracetamol i fluids, wiadomo. Następnego dnia odkryłam piękną dolną piątkę w buzi Fruziaka. Obsypało ją kropkami na twarzy jeszcze mocniej.

Po kolejnych dwóch tygodniach wróciliśmy do przychodni, bo ten kaszel, który Fruzia zapoczątkowała gdzieś na trasie pomiędzy Polandią a Krainą Deszczu, zaczął mnie niepokoić. Obadano Fruziaka, pozaglądano w różne otwory, co dziecię przyjęło z iście stoickim spokojem, co z kolei lekko zszokowało matkę, po czym oświadczono, że to resztki paskudnej infekcji, które młodzież musi wykaszleć, ale że od środka Fruziak jest czysty. Nie warto kupować syropów, bo nie pomogą.
- Przeczekać - piguła rozłożyła ręce w geście bezradności.

Dwa dni później wzięłam dzień wolnego, bo chociaż kaszel faktycznie zaczął ustępować, to dla odmiany Tasman zaczęła haftować. Cały piątek, trochę w sobotę, w niedzielę już tylko nad ranem.
- We wtorek chyba wróci do Różowej - oznajmiłam z ulgą Inżynierowi.
(- Mam nadzieję - dodając trochę ciszej.)

Tyle, że we wtorek Fruzia obudziła się z zaklejonymi ropą oczami. Zbyt długo pracowałam w Różowej, żeby nie wiedzieć, co to za stwór. Conjunctivitis. Zapalenie spojówek. Inżynier znów wziął wolne, a Fruzia lata z butelką kropli do oczu po domu i każe się kurować, jednocześnie mocno zaciskając powieki tuż przed zabiegiem.

Jutro planujemy powrót do Różowej. Ale wiecie, jak to z planami bywa.

Więc gdyby ktoś się martwił, że zniknęliśmy, oficjalnie dementuję plotki.
Jesteśmy.
Nawet jeśli nas nie ma.

O potrzebach

Wchodzę do sali Fruzi. Toddlery siedzą przy stoliku i pałaszują owoce. Snack time. Szukam wzrokiem blond loków, które dopiero po chwili wychylają się zza innej małej głowy.
- Cześć, Fruziu! - mówię radośnie.
Lico młodej rozjaśnia się w szerokim uśmiechu, ale Fruzińska wcale nie zrywa się do dzikiego, stęsknionego biegu. Zamiast tego, macha mi na powitanie, widzę, że pod stołem stuka kozakiem w krzesło sąsiada i spokojnie konsumuje swoją porcję.

Moja głowa w ułamku sekundy trzykrotnie produkuje tę samą myśl.

Ona mnie nie potrzebuje! (duma)

Ona mnie nie potrzebuje! (niebotyczne zdumienie)

Ona-mnie-nie-potrzebuje! (chyba zaraz się rozpłaczę!)

Chwilę później Fruzia kończy jeść, pędzi do mnie i wesoło macha wszystkim na pożegnanie.

Wieczorem, kiedy już całą wieczność próbuję spacyfikować wiercącego się jak owsik toddlera, z ulgą myślę, że ten mały człowiek jednak mnie potrzebuje.

I jeszcze długo będzie.

Tak jak ja wciąż potrzebuję mojej Mamy.

O czym należy pamiętać

- Intensywnie poszukujemy lektora na poranne zajęcia w Kampusie C - powiedział mój manager i znacząco zawiesił głos.
- A dokładnie na które poranki? - zapytałam kurtuazyjnie, starając się zabrzmieć neutralnie i nie wzbudzać zbytniej nadziei w szefie.
Zbyt dobrze wiem, jak daleko jest do Kampusu C.
- Poniedziałki i środy.
Teoretycznie idealnie. Choć nie powiedziałam tego na głos, bo w praktyce punkt C na mapie naszego hrabstwa odpada. Za daleko dla doświadczonego kierowcy, a dla takiego żółtodzioba jak ja to byłoby zwykłe szaleństwo.
- Wiesz, gdyby to byłoby tutaj, wzięłabym te zajęcia bez zastanowienia. Ale dla mnie oznacza to trzy godziny dziennie w samochodzie. Przy czym nie jeżdżę jeszcze zbyt dobrze i to byłaby trzecia trasa, której musiałabym się nauczyć.
- ... albo jeździć pociągiem - szef nie dawał za wygraną. - Wiesz, jesteśmy tak zdesperowani, że bylibyśmy gotowi opłacać twój bilet.

Dobrze, że mój manager nie zagrał sprytniejszą kartą. Wiecie, "jesteś najlepszą lektorą w tej szkole, nikomu innemu nie powierzylibyśmy tej grupy!" Próżność zapewne pozwoliłaby mi uwierzyć, że mają mnie za genialnego nauczyciela zaledwie pod dwóch tygodniach pracy. Na szczęście szef jest przyzwoitym facetem, a na desperację nikt przy zdrowych zmysłach nie leci.

Wystarczyłoby kilkugodzinne opóźnienie w drodze powrotnej z Polandii, a mogłabym pomaszerować na pierwsze zajęcia prosto z trasy. Nawet ćwiczenia miałam ze sobą, bo w tym szale przedświątecznym nie udało mi się przygotować kserówek. Nie miałam więc czasu na dywagacje, zastanawianie się, jak to będzie i w co się ubrać, bo podróż mnie wykończyła, a włożyć mogłam jedynie to, co zostało czyste w walizkach. Prawda, że to ogromna oszczędność energii i redukcja stresu? Stres pojawił się dopiero po pierwszych zajęciach, kiedy pod Kampus B podjechała moja Mikruska wraz z zawartością (Instruktor + toddler), po czym Instruktor wręczył mi kierownicę i zakomenderował:
- Jedź, ciotka.
Co było dalej, już wiecie.
Niechętnie, ale jednak pojechałam.

I tak sobie nadal jeżdżę, rano ze zdziwieniem skrobiąc szyby Mikruski, bo w Krainie Deszczu wciąż mróz, a w trakcie jazdy coraz częściej głośno stwierdzając - "o, to mój ulubiony kawałek" albo - "tego odcinka nie znoszę, skup się". Na tych ulubionych zdarza mi się pomyśleć, że chyba oszaleję, jeśli dziś znowu dostanę maila z pracy od kogoś, kogo jeszcze nie znam, a kto chciałby (powinien) się ze mną spotkać w Bardzo Ważnej Kwestii. Okazuje się bowiem, że oprócz nauczania, mam jeszcze tygodniowo średnio czterdzieści osiem Bardzo Ważnych Kwestii do omówienia z czterdziestoma ośmioma osobami odpowiedzialnymi za moją łatwą i przyjemną adaptację w nowej placówce. Koledż objął mnie swymi spracowanymi ramionami i przysięgam, że nie wygląda jakby zamierzał puścić.

Ale, co najważniejsze, jestem na swoim miejscu. Lubię moich kursantów, biurka, przy których pracuję, oswoiłam wielkie jak traktor urządzenia kopiująco-drukujące, rzutnik, który odpala dopiero po kilku nerwowych przyciśnięciach włącznika i elektroniczne dzienniki. Wciąż mam bałagan w papierach, zalegam z planami i szkoleniami online, ale powoli zaczynam widzieć większość tego obrazka, zamiast stosu pomieszanych puzzli, i ten obrazek naprawdę mi się podoba.

On też (wiedzieliście?) jest w nowym miejscu. Otworzyły się przed nim nowe możliwości, co było główną przyczyną rozstania z piekarnią. Wydłużył mu się dzień pracy, wydłużyły dojazdy, miejmy jednak nadzieję, że długofalowo wyjdzie mu to na dobre. Pierwszego styczniowego tygodnia wciąż musieliśmy przypominać sobie, kto i czym ma się zająć, kogo skąd odebrać i kiedy właściwie mamy znaleźć czas na moje ćwiczenia za kółkiem. Choroba Fruzi zmuszała do przestawiania planu po raz trzeci i czwarty, ale jak dotąd jedziemy z tym koksem, zatrzymując się jedynie w weekendy na piątkowe Polaków rozmowy, kiedy Fruzia już zaśnie.

A powiem Wam, że niechętnie zasypia. Nie wiem, czy sama nie kręce na siebie bicza tym stwierdzeniem, ale już nie mogę doczekać się, kiedy Fruzia przeprowadzi się na zwykłe łóżko. To już niebawem, już za chwilkę! Wówczas matka wstąpi do raju. (A przynajmniej tak to wygląda w jej wyobraźni.) Bo.Nie.Będzie.Musiała.Więcej.Wisieć.Głową.W.Dół. Dwa lata narażania się na wylew powinny wystarczyć. A i łóżeczko skrzecząco daje do zrozumienia, że wypracowało już swoje i należy mu się godziwa emerytura. Nawet w schowku będzie mu lepiej niż aktualnie z Fruziakiem.

Różowa Chmurka, jak można było przewidzieć, bardzo szybko zapamiętała Fruzię. Być może to efekt bycia niezauważoną przez Baptystów, a może chęć ustalenia od początku, kto tu rządzi... Pozostaje nam się domyślać, dlaczego pierwszego oficjalnego dnia pobytu dziecięcia w Różowej Chmurce matka usłyszała, że Fruziak szczypie w policzki, zaś dnia drugiego i trzeciego musiała podpisać Incident Form, który to podetknęła matce pod nos lekko zażenowana koleżanka po fachu. Fruzia nie płacze w Różowej. Fruzia do niej biegnie i ponagla rodzicielkę, żeby szła szybciej, bo dzieci czekają. I bawi się z dziećmi, a jakże. Je, co dadzą. Śpi, kiedy wszyscy śpią. Jest wszystkim zainteresowana. I tylko od czasu do czasu postanowi zostawić ślad na przypadkowym, dziecięcym policzku.

Jak to dobrze, że dwa z trzech razy w tygodniu z Różowej będzie odbierał ją Inżynier.

Ta nowa rzeczywistość jeszcze daje w kość, bo oswajanie nie jest proste, ale czuję, że się polubimy. Jak tylko będę o wszystkim pamiętać. Na przykład o tym, żeby zjeść śniadanie przed wyjściem z domu. I żeby włożyć tenisówki do jazdy samochodem, bo na koturnach to zupełnie nie czuć, kiedy wciskam gaz. Żeby spakować smoczek do plecaka Fruzi. Mieć drobne w portfelu na wypadek, gdybym nie znalazła miejsca parkingowego przed Koledżem. I żeby koniecznie przywiązać Rudolfa do drzewa przed wejściem na teren Różowej Chmurki, bo znowu mi się dostanie od Matki Przełożonej III.

Ale najbardziej to trzeba pamiętać, żeby nie powtarzać raz popełnionych błędów  i nie wyrżnąć się spektakularnie pod Kampusem A w błoto.

O tym, jak zostałam kierowcą

Wkładam do torebki jedyny koralik, który został mi z bransoletki podarowanej mi przez Mamuśkę po którymś z ich wakacyjnych wypadów. Oko proroka.
- Na szczęście - powiedziała, wręczając mi niebieskie koraliki na gumce.
Nosiłam je wtedy przez całe lato, potem schowałam do torebki jak najcenniejszy skarb. Nieważne, czyje to oko, ważne, że od Mamy.
Torebki zmieniły się w międzyczasie zapewne ze czterdzieści razy; nic dziwnego, że prorokowi została tylko ta jedna źrenica.

Kiedyś nosiłam różaniec, ale nigdzie nie mogę go znaleźć. Też od Mamuśki.

Muszę poprosić ją o nowy talizman. I obrazek świętego Krzysztofa. Koniecznie.

Całą noc nie mogłam spać. Wierciłam się jak owsik, a kiedy już udało mi się przysnąć, dręczyły mnie niespokojne sny. Te z serii - wjeżdżam na rondo z dziką prędkością, nie mogę zahamować, ruch potworny, a ja nie panuję nad kierownicą. Albo - hamuję z piskiem opon na skrzyżowaniu, w ostatniej chwili. To już chyba lepiej w ogóle nie spać.
Rano nie mogę nic przełknąć, żołądek mam zawiązany w supeł, wmuszam w siebie kawałek tosta z masłem. Nie mogę skupić myśli na niczym innym oprócz tego, że za parę godzin mam ruszyć sama z naszej wsi do Kampusu A. Sama.
Sa-ma.
Sa-ma.
SA-MA.
SA-MA.
Samasamasamasamasama.
24 km.
Dwadzieścia cztery. O jakieś dwadzieścia trzy za dużo. Jak to się stało? Dlaczego to już? Przecież dopiero zaczęłam ćwiczyć. Ranyboskie, chyba zaraz zwymiotuję.

Nie pomaga fakt, że Fruzia zaczyna płakać, kiedy tylko w drzwiach staje Niania. Nie lubi tych moich wyjść do pracy. Wiem, że minutę po zamknięciu drzwi uspokoi się i jak gdyby nigdy nic wróci do swoich małych zajęć, ale dziś ten jej płacz przeżywam podwójnie. Potrójnie nawet. Cała się trzęsę. Jeszcze chwila, a ja też zacznę płakać.

Ejże, to tylko jazda samochodem. Ćwiczyłaś. Próba generalna zdana. Dostałaś od niego zielone światło.

A poza tym ... sama to wymyśliłaś, mała!

Chyba zaraz zwymiotuję.

Nie rozumiem ani słowa z tego, co mówi do mnie Niania. Myślami jestem już za kółkiem. W pośpiechu całuję Fruzię w czoło, przytulam i wychodzę, zanim wybuchnę płaczem.

Odpalam silnik. Wyjeżdżam z osiedla. Włączam się do ruchu. Jadę. Trochę się wyluzowuję. Połowa trasy jest dość prosta, dopiero później zaczynają się ronda. Mnóstwo rond. Nie wiem, piętnaście? Siedemnaście? Muszę patrzeć na znaki, nie ma szans, żeby nauczyć się tej drogi na pamięć. Przynajmniej nie na tym etapie. W głowie huczą mi wszystkie wykrzykniki Inżyniera. - Na tym rondzie uważaj, trzymaj się bardzo blisko lewej. - Zmień pas jak najszyciej, ale upewnij się dwa razy, czy nikt cię nie wyprzedza. - All routes, pamiętasz? Pierwszy zjazd z ronda.
- Aaaaaa! - piszczę sama do siebie, kiedy na wąskiej drodze mijam się z wielkimi ciężarówkami.
- Aaaaaa! Co ja tu robię??! - rzucam w przestrzeń.
Przejeżdżając przez miasto rozpoznaję kolejne skrzyżowania i ronda.
- Dobra, teraz drugim zjazdem. Dru-gim. Potem będzie to durne, małe rondko, trzymaj się lewej... Aaaaa! Jest, teraz w lewo... Boże, zaraz będę na miejscu. Nie wierzę.

Nie wierzę. Naprawdę jestem na miejscu, parking w połowie pusty, gaszę silnik. Dojechałam. Opieram dłonie na kierownicy, rozluźniam spięte mięśnie.

W drodze powrotnej jest gorzej. Zaparowały mi szyby mimo włączonej dmuchawy. Leje jak cholera. Jest dwudziesta pierwsza, ciemno, zimno, sunę ulicami miasta trochę po omacku, niemal wiszę na przedniej szybie, mijające mnie samochody oślepiają w tym deszczu i mam momenty, że zwalniam maksymalnie, bo niewiele widzę. Inni kierowcy snują się w tym samym tempie co ja, najwyraźniej to nie jest przypadłość mojej eLki. Dopiero za miastem robi się jakby lepiej. Nadal leje, ale widoczność się poprawia.
- Boże, pozwól mi dojechać do domu! - zaczynam szeptać, ale coraz bardziej chce mi się śmiać.

Zostałam kierowcą. Jeszcze dwa miesiące temu nie postawiłabym na to złamanego grosza.
Przez tyle lat żadna siła, żadne postanowienia noworoczne nie zmusiły mnie do jazdy w ojczyźnie, a tu raptem jedna oferta pracy robi ze mnie (początkującego) kierowcę w ruchu lewostronnym.

Masz jeszcze jakieś ciekawe pomysły na życie, mała?

W domu padam na łóżko i przytulam się do śpiącej z Inżynierem Fruzi. On oddycha z ulgą. Bardzo się martwił. Fruzia wybudza się i sadowi głowę na mojej szyi. Jak ciepło. (I ciężko, ale to nieważne.) Jak dobrze.

Jutro wyjazd do Kampusu B i parkowanie na zatłoczonym parkingu.

Przetrzepuję torebkę. Może znajdę jeszcze jakiś talizman od Mamy.