Très très bien, czyli kręć się, kręć wrzeciono!

Strasznie była podekscytowana faktem, że jedzie na wakacje. Nie sądzę, żeby pamiętała, czym one właściwie są, ale skoro Albie  i Sidney już pojechali, to przecież ona też musi.
- Where going, mummy? - zapytała po raz pierwszy jakieś trzy minuty po wejściu do auta.
- Na wakacje, pamiętasz? Z babcią i dziadkiem.
- Yay, holiday! - pisknęła i z radości aż się zatrzęsła, tak jak tylko dzieci potrafią. - Baba i Dziadzia!
Chwilę później mina jej zrzedła, zaczęła bacznie wypatrywać czegoś w nocnej czerni za oknem, aż w końcu rozłożyła ręce w geście bezradności i zapytała (po raz pierwszy z ośmiuset razy):
- Where holiday, mummy? I can't see!

Jean Pierre, u którego uwiliśmy sobie wygodne gniazdko na poddaszu domu zabójczo przypominającego nasz przyszły dom (w równie przyszłym wcieleniu), mówił po angielsku gorzej od moich Rodziców.  A pamiętajcie, proszę, że zasadniczo Mamuśka i Ojciec Dyrektor nie mówią po angielsku wcale. Wobec takiej totalnej niewiedzy naszego gospodarza, poczułam się w obowiązku uruchomić pardon my French (a minęło właśnie 15 lat od dnia, w którym ostatni raz powiedziałam coś po francusku z sensem) i spróbować wytłumaczyć Jean Pierrowi, że będziemy na miejscu za trzy godziny, to jest o dwudziestej. In three hours nie zadziałało. Ani at 8 o'clock! eight! EJT!! 
- En tres horas. A la...  - zacięłam się.
A do Inżyniera na boku dodałam wyjaśniająco:
- Zapomniałam jak jest osiem po francusku.
Mąż Mój przytaknął ze zrozumieniem.
Jean Pierre niekoniecznie, bo w słuchawce zapadła cisza.
Po chwili refleksji doszłam do wniosku, że nie warto im mówić, że to jednak hiszpański był. Na rodzinie poczyniłam odpowiednie wrażenie, to się liczy, więc rodzina uznała, że ze mną nie zginą. I słusznie. Niejeden raz ratowałam ich z opresji korzystając ze słownictwa pierwszej pomocy - tarte aux pommes, macarons, chocolate, glaces, café  au lait (grand café au lait, grand!) Wielki Brat byłby ze mnie dumny. Inżynier natomiast szybko się uczy i wkrótce zaimponował nam w kawiarni, która była również księgarnią (ach!), składając zamówienie wyłącznie po francusku. Qui! Très très bien! Merci!, powtarzał zapamiętale, dyskutując z kelnerką i usiłując przybrać myślicielską pozę. Przysięgam, że gdyby miał brodę, to by się po niej odruchowo podrapał. Mamuśka za to skonstatowała, że młodzi to teraz tacy obyci, co tylko zachęciło Inżyniera do wizyty w księgarni dwa krzesła dalej.
- Co by tu... - zastanawiał się głośno.
- Tu jest coś dla ciebie, czytaj - podałam mu grubą knigę. "Histoire Mondiale de la France."
- A co to? - zerknął na tytuł.
- Historia Mundialu.

Fruzia nie miała problemu ani z językiem otoczenia, kiedy z angielską kurtuazją rozdawała bonjour i merci lub oglądała Było sobie życie w oryginalnej wersji, ani z językiem ojców, kiedy odmieniała lody przez wszystkie przypadki lub negocjowała warunki zjedzenia kolacji. Nagle okazało się, że kiedy Fruzi na czymś bardzo zależy, bierna znajomość języka przechodzi w fazę gwałtownej aktywacji.
- Loda, mama, please!
- Proszę.
- Loda, posze!
- Jak zjesz bułkę z szynką, to dostaniesz loda.
- Loda i szeki!
- Zjedz bułkę z szynką, to dostaniesz loda... i kilka żelków, niech ci będzie. (Zrezygnowane westchnienie w tle. Ale przecież wakacje i ta polszczyzna!)
- Loda i szeki, yeah! - rzut okiem na kanapkę, chwila wahania. - Buki no, sinka.
- Dobrze, zjedz samą szynkę. (Jestem zbyt uległa. Depresja. Muszę zjeść jeszcze jednego makaronika).
Monetą też zarządzała po polsku.
- Fruziu, nie pójdziemy na karuzelę, bo po pierwsze, jesteś na nią za mała, a po drugie, nie mam przy sobie pieniędzy - perorowałam podczas spaceru.
- I have kasa, mama - dziecię ochoczo wywróciło kieszenie z ojro na lewą stronę. Aż się posypały na chodnik. - I have kasa, Dziadzia i Baba kasa, look!
Pod koniec wczasów to ona miała nawięcej kasa, do tego w trzech walutach.

Dni upływały nam na zmianach warty. O nieprzyzwoicie porannych godzinach to Mamuśka i Ojciec Dyrektor pełnili dyżur przy wnuczce, późnym wieczorem ja, w morzu głównie Inżynier, a pomiędzy tym wszystkim każdy, komu nie udało się umknąć, zanim Fruzia zarządziła kolejną zabawę w chowanego. Hide-and-seek w wykonaniu Tasmana polega na chowaniu się w miejsce, które wyznacza ona lub to samo, w które człek schował się chwilę wcześniej... i chwilę wcześniej ... i jeszcze chwilę wcześniej...
- Daddy, you hiding here - dyrygowała, wskazując na łysiejące od ciągłego w nich buszowania krzaki.
A potem zaskoczona była tak, jakby co najmniej literackiego Nobla otrzymała, podczas gdy wszystkim wiadomo, że jej konikiem jest fizyka jądrowa.
Poza tym było tradycyjnie.
- Idziemy do kawiarni - oznajmiał ktoś.
- Yay! - cieszyła się ona całą sobą.
I natychmiast zarządzała:
 - I want sok, Babi want sok, daddy want pifko i Dziadzia pifko.
- A mama? - pytałam rozbawiona. - Zapomniałaś o mnie?
- Silly me! - Fruzia komicznie przewracała oczami. - Mummy want kafka!
Szybko poznała się na rodzinie.

Nad sokiem i kafką Mamuśka, świeżo upieczona pełnoetatowa emerytka, zastanawiała się, na czym powinna skupiać się jej życiowa działalność i szeroko pojęta wolność. Wymyśliła sobie sekcję rowerową, choć Ojciec Dyrektor nie jest zwolennikiem sportu, szczególnie w wykonaniu swej małżonki (nie bez powodu) i usiłował wyperswadować jej ten pomysł z głowy.
- A nie lepiej skorzystać z podpowiedzi Jerry'ego, żebyś wstąpiła do kabaretu? Ukulturalniłabyś się trochę, poza tym ty lubisz mówić i może dzięki temu mówiłabyś mniej w domu...
- Kabaret? - zainteresowałam się szczerze. - To Jerry działa w kabarecie? Nie wiedziałam.
- Nie tylko działa, ale jest współzałożycielem. Wciąż mają jakieś występy - doinformował mnie Ojciec.
I dorzucił sarkastycznie:
- Mama byłaby świetna w słowotoku! Miałaby też zajęcie, bo przecież do takiego występu trzeba się solidnie przygotować...
- Kabaret to ja mam z tobą w domu - odcięła się Rodzicielka. - Codziennie na żywo, więc nie potrzebuję żadnego scenariusza.

Ojciec Dyrektor opowiadał Fruzi o wojnie w Wietnamie. Prezentował jej bliznę po wycięciu woreczka żółciowego, której dorobił się od bagnetu podczas bohaterskiej obrony Wietnamczyków, a kiedy Fruzia dopytywała, co to takiego ten bagnet, zgodnie z prawdą dopowiadałam, że to taka bagietka w łamanym francuskim Dziadka. Skojarzenie miała natychmiast jedno. Niedawno jeden z takich dziadków szczegółowo opowiadał swojej małej wnuczce o męce pańskiej na krzyżu. Zastanawiam się, jaki bagietkowy zamiennik znaleźli jej rodzice dla gwoździ, ran i korony cierniowej. (Jak ten dziadek mnie tu kiedyś znajdzie, to sama przybiję się do krzyża.)

Miał też Ojciec swoje własne pomysły na życie, a ściślej mówiąc - na plażowanie.

W Étables-sur-Mer byliśmy stałymi bywalcami niewielkiej, kameralnej plaży położonej w sąsiedztwie portu. Przypływy i odpływy była tak gwałtowne, że rano, w drodze na piasek, mijaliśmy fragment portu, który z daleka wyglądał jak wrakowisko - łódki i łódeczki smutno poprzechylane na boki, wbite w mokry piasek i jakby porzucone przez człowieka, usiane jedna przy drugiej. Dwie godziny później łódki cudownie unosiły się na wodzie w blasku słońca. Nasza plaża też zmieniała się nie do poznania. Schodziliśmy na nią wśród skałek i kamieni, mościliśmy się w centralnej, najbardziej piaszczystej części, daleko od linii wody, bo jeśli akurat trafiliśmy na przypływ, ta przybliżała się do nas dość gwałtownie. Nie mówiąc już o tym, że nasze boczne wejście było już po skały zalane wodą. Jak się okazało, zupełnie nie przeszkadzało to Ojcu Naszemu. Zostawili nas któregoś dnia na słońcu, a sami poszli na pifko, na jedno oczywiście,  bo"zaraz wracamy". Po dwóch godzinach Mamuśka zaczęła już układać piękne wiązanki słowne, bo miała już dość opalania i chciała zarządzić odwrót, ale wciąż nie byliśmy ani w komplecie, ani w kontakcie. Wreszcie Fruzia wrzasnęła, że daddy, daddy wraca!
Szli od strony zalanej części plaży. Bohatersko przedzierając się przez fale, wracali na łono rodziny.
- Już myślałyśmy, że wam tam od słońca albo piwa mózgi poskręcało - uprzejmie zagaiłam.
- W sumie niektórym z nas rzeczywiście - cicho przyznał Inżynier i sprzedał mi kuksańca w łokieć. - Spójrz na Ojca Dyrektora.
Wyłonił się z morza chwilę po Inżynierze. Neptun spokoju i opanowania. W jeansowych spodenkach, designerskiej koszulce oraz siwych skarpetkach i sandałach, które w sekundę po wyjścia na ląd opanierowały się piaskiem.
- A to teraz tak się zażywa kąpieli? - zapytałam. - W pełnym opakowaniu?
- A dlaczego nie? - skwitował Ojczulo.
On i Fruzia nieustająco burzą mój pieczołowicie budowany światopogląd.

 Étables-sur-Merktórą to mieścinę uparcie nazywaliśmy Estables jest dość spokojne, w sam raz dla emerytów i rodzin z dziećmi, w co doskonale się wpisywaliśmy, choć nie ukrywam, że tym samym upadł nasz niecny plan wyrwania się na dyskotekę. Wędrując malowniczymi uliczkami co rusz robiłam głośne odkrycia, które Mamuśka kwitowała stwierdzeniem, że chyba się starzeję. "O, zobacz, ten płot wygląda zupełnie jak płoty na Ranczo sto lat temu!" albo "Boszeee, już dawno nie widziałam czegoś podobnego, przecież takich dróżek już nie ma, to takie... ściunki*!" Chodziły za mną drewniane bramy, wąskie uliczki i ścieżki, domy z elewacją z kamienia, okiennice we wszystkich kolorach tęczy i ogrody z mnóstwem kwiatów. Czas jakby się tam zatrzymał. Brakowało tylko krów wracających o zmierzchu z pastwiska traktem z kocich łbów tuż pod naszym oknem. Wtedy już na pewno usłyszałabym głos Babci, pytającej, czy pójdę po mleko do cioci Jadzi.
(A więc Mamuśka miała rację.)

Ale nie samą Francją żyje człowiek na wakacjach we Francji. Szczególnie w towarzystwie Ojca Dyrektora, jak zapewne weterani pamiętają, skrupulatnie odliczającego państwa i państewka, w których stanął choćby jedną stopą. Stąd Jersey. I to dwa razy.

Za pierwszym razem dobrnęliśmy jedynie do okienka odprawy, bo zupełnie nie przyszło nam do głowy, że płyniemy za granicę, do domu właściwie, i nie zabraliśmy paszportów. Żeby pobudka bladym świtem nie poszła na marne, zrobiliśmy na parkingu w porcie St-Malo piknik z przygotowanych kanapek i to był ten dzień, kiedy Fruzia zakochała się w mewach. A dokładnie w momencie, kiedy jedna taka pyskata zawisła w powietrzu nad kanapką Inżyniera i zaczęła gdakać na niego z taką furią, jak tylko potrafi kobieta wściekła na faceta! A jeśli to jeszcze głodna kobieta, to już pozamiatane. Zaprawdę powiadam Wam, mewy są jakąś ewolucyjną odnogą labradorów. Albo odwrotnie.
- Weź spierdalaj! - poinstruował mewę Mąż Mój.
Zupełnie jak instruuje Rudolfa.
Znów poczułam się jak w domu.
Fuzia jednak uznała to za wydarzenie jej dotychczasowego życia. Mewa została jej idolką. (A nie mówiłam, że Fruzia do feministka?)
- Mummy, mefa want eat daddy buka i sinka!! - ekscytowała się przez całą drogę powrotną.
Na pamiątkę z wakacji Tasman przywiozła sobie pudełko ze skrzeczącymi mewami i szumem morza.

Następnego dnia uderzyliśmy na Jersey po raz drugi. Na promie usiłowałam krzewić polskość śpiewając Fruzi piosenki ludowe, ale po drugiej próbie "Prząśniczki" Mamuśka ubiegła Fruzię i kazała mi się przymknąć. Ta rodzina zabija wszelką kreatywność w człowieku. Rodzicielka przestała jednak słyszeć kręcące się wrzeciono (i w ogóle cokolwiek), kiedy w pewnym momencie olśniło ją że przecież Jersey = niemal Anglia = charity shops. Na pierwszym przystanku było więc tradycyjnie - panowie na lewo, do bukmachera, panie na prawo, do British Red Cross. Taka tradycja rodzinna kiedy zwiedzamy.

Jersey w pełni ukoiła moją tęsknotę za pięknem. Skaliste brzegi, klify, ale też piękne piaszczyste plaże, mnóstwo zieleni i zjawiskowa La Corbièrelatarnia morska z XIX wieku, położona na południowo-zachodnim krańcu wyspy. Dotrzeć do latarni można tylko w czasie odpływu. Kiedy zaczyna się przypływ, wyjąca syrena ostrzega turystów o nadchodzącym odcięciu drogi powrotnej. To jedno z najpiękniejszych miejsc jakie dane mi było widzieć w życiu. Mogłabym tam pisać książki, a potem wrzucać je do morza w wielkich baniakach, zastanawiając się, dokąd dopłyną, albo modląc się, żeby nikt tych gniotów nigdy nie przeczytał. Ach, jakiż romantyczny i lekko dziki pędziłabym żywot! (Po godzinach oczywiście wracałabym do Piątej Chatki na kolację z Inżynierem i Fruzią. Inaczej umarłabym tam z głodu.)

(źródło: https://www.jerseyheritage.org/heritage-landscape/la-corbi-re-lighthouse)

Całą Jersey zjeździliśmy trzeszczącym, drgającym i podskakującym zielonym ogórkiem, który w Krainie Deszczu chyba nie przeszedłby tych wszystkich przeglądów i health&safety check'ów, w których tak lubują się Brytyjczycy, ale za to instagramowo prezentuje się na zdjęciach, a i Fruzia uznała go za hit wśród środków transportu. Bez najmniejszego jęknięcia zniosła czterogodzinną objazdówkę po wyspie, praktycznie nie zdejmując z uszu słuchawek interaktywnych, w których płynął seksowny głos przewodnika. Nie wnikałam, która wersja językowa zrobiła na niej aż takie wrażenie, że w końcu głowa opadła jej na klatę i rytmicznie podskakiwała, kiedy ogórek sunął po kocich łbach Jersey.






Ostatniego dnia rzuciliśmy się w wir sprzątania, jako że lekko zapiaszczyliśmy Jean Pierrowi mieszkanie i zawisła nad nami groźba negatywnej recenzji na airbnb. Inżynier motywował nas do pracy, machając nam przed nosem ciastem na pizzę i malując w powietrzu wizję wyżerki jako nagrody po ciężkim dniu. Tak się rozochocił w swoich spiczach, że stracił łączność z ziemią, a kiedy już zaśmierdziało, było zwyczajnie za późno. Upiekł nie tylko pizzę w stojącym na kuchennej szafce piekarniku, ale również postawione na jego wierzchu pomidory w plastikowym pudełku, plastikowe pudełko, winogrona, reklamówkę oraz sześć gumowych podkładek na stół.

Resztki podkładek skrobaliśmy z dachu piekarnika do dwudziestej drugiej. Zanim Jean Pierre wszedł do mieszkania po oficjalny jego odbiór, ostatni raz poinstruowałam zebranych konspiracyjnym szeptem:
- Tylko się czasem z nerwów nie zdradźcie, że coś tu piekliśmy!

Nigdy przecież nie wiadomo, jakie lingwistyczne zdolności drzemią w każdym z nas. 

Fruzia jest tego najlepszym przykładem.

O lekcji polskiego

Tamtego piątkowego poranka zamiast sporządzać listę rzeczy do spakowania, ja produkowałam pisanki, najpierw usiłując namówić Fruzię do twórczości wielkanocnej w upalny lipcowy dzień, a następnie, po jej kategorycznej odmowie, próbując nadać własnej twórczości Fruziny sznyt, co, mówiąc szczerze, nie było aż tak trudne, biorąc pod uwagę wrodzone zdolności matki i córki w tej materii. Like mother, like daughter, jak mawiają tubylcy. Konspekt zajęć dla przedszkolaków, sporządzony jedynie w mojej głowie, gdyż nie zniosłabym kolejnego w tym roku pisania scenariusza jakiejkolwiek lekcji, przewidywał trzy główne punkty programu i kilka pomniejszych, które postanowiłam trzymać w rękawie, a właściwie w torbie, na wypadek gdyby publiczność rozlazła mi się po kątach szybciej niż usiądę na krzesełku. Planowałam wykorzystać oczywiste zamieszanie (zamieszanie w tej grupie wiekowej jest zawsze) na uruchomienie podziemnej działalności pod kryptonimem "siadaj i jedz ptasie mleczko tak, żeby Wendy nie widziała", ale okazało się, że widownia rozpoczęła spektakl na tyle ochoczo, że nawet nie musiałam posuwać się do partyzantki. No dobrze, bądźmy szczerzy. Wendy ryknęła, że na trzy wszyscy z ogródka lądują wprost na dywanie i rzeczywiście, na osiemdziesiąt pięć kilkanaście małych tyłków niecierpliwie kręciło piruety na podłodze. A potem stała przy mnie, ta cała Wendy, jak jakiś sufler przez całe przedstawienie i podziemie trafił szlag. Jakiekolwiek próby manipulacji publiką zostały zniweczone również przez Fruzię, która postanowiła spędzić show na moich kolanach, lekko zdziwiona faktem, że matka sadowi się na na krześle i najwyraźniej ma jakieś zamiary względem jej grupy.
- Mummy, you going work? - zapytała scenicznym szeptem dwa razy.
Jakież było jej rozczarowanie, kiedy wyznałam, że sorry, zostaję. I do tego będę gadać. Co gorsza - po polsku.
- Oh.

- Kto wie, gdzie leży Polska? - rozpoczęłam warsztaty.
Naoglądałam się spiczów na TEDzie, więc wiem, jak to się robi. Pełna profeska.
Odpowiedziała mi cisza. Dokładnie tak, jak przewidziałam.
- Czy Polska leży w Afryce? - zadałam podchwytliwe pytanie.
- Yeeeeees! - wrzasnęły starszaki.
- Noooooo - wyznałam triumfująco. - Ale może w Australii?
- Yeeeeees!
- Nooooo! A może w Ameryce?
- Nooooooyeeeeeeeees! - niektórzy najwyraźniej zaczęli się łamać.
- Noooooo! Na pewno nie w Ameryce. A może Polska leży w EUROPIE??? - rozszerzyłam znacząco źrenice, uniosłam brwi i zastygłam w oczekiwaniu.
- Noooooooooo! - zdecydowały przedszkolaki.

Pełna profeska.

Potem poszło już zdecydowanie lepiej. Nikt nie wykazywał antypolskich nastrojów, bo też nikt nie zauważył, że mówię do Fruzi w innym narzeczu, Brexit a sprawa polska nie zainteresował nikogo oprócz Wendy, a fakt, że Fruzia ma dwie ojczyzny okazał się pestką w porównaniu do rewelacji, że tradycyjny polski pączek nie ma dziurki.

Hitem, jak zresztą przewidywał wirtualny konspekt, okazała się Święconka.
- To jest polskie wielkanocne jajo, pisanka - odpowiedziałam dwa tysiące razy na pytanie "what's thaaaaaaaat?"
Nawet Fruzia, zwykle zadająca to pytanie tysiąc razy dziennie w pojedynkę, nie mogła już zdzierżyć tego zagadnienia oraz szczątków Święconki, JEJ Święconki, fruwających po sali. Po kolejnym "Fruzia's mum, what's thaaaaat?" obrzuciła delikwenta oraz eksponat w jego ręce znudzonym spojrzeniem i wypaliła:
- Sinka.
A ja znów na chwilę znalazłam się w przedsionku nieba.

Moje dziecko umie powiedzieć "szynka"...!

- Maso - dodała Fruzia, uprzedzając pytanie koleżanki, twierdzącej, że ta mała kosteczka w folii to ser.

Phi, masło umiała już wcześniej, pomyślałam dumnie.

I płynnie przeszłam z masła do Peppy, choć szyki tym razem pokrzyżował mi personel Różowej, który zapomniał o restrykcjach internetowych na przedszkolnym sprzęcie. Myślałam, że skoro ptasie mleczko nie, to chociaż ruchome obrazki kupią mi uwagę publiczności jeszcze na chwilkę. A tymczasem kątem oka rejestrowałam kolejnych dezerterujących do ogródka krasnali. Nie żeby cichaczem, dyskretnie, po angielsku czy francusku, o nie. Oni uciekali z wrzaskiem i tupotem, zupełnie jakby w ogródku ktoś nagle zaczął rozdawać parówki! Pocieszyłam się myślą, że zostali ze mną najwytrwalsi, najlepsi z najlepszych, którym kompletnie nie przeszkadzało słuchanie Peppy po polsku z krótkim tłumaczeniem w ich własnym języku. Być może to masło i szynka tak ich wbiły w brudny dywan, kto wie. Ważne jednak, że siedzieli wsłuchani w opowieść o śniegu i plaży, tak jakby codziennie ktoś czytał im o Peppie we Fruzinym narzeczu. (Fruzia i tajne komplety?) Zaprawdę powiadam Wam, jak zobaczyłam ten obrazek na Twitterze, doszłam do wniosku, że się udało.

Udało się sprawić wrażenie, że wiem, co robię. I że panuję. I że Lucasów mam w małym palcu.

Ach, i jeszcze że umiem gotować, bo zostawiłam dla wszystkich rodziców przepis na placki ziemniaczane i pierogi. Jestem pewna, że opiekunowie Lucasów mnie uwielbiają.

Kiedy zamknęły się za mną drzwi Różowej, odetchnęłam świeżym i czystym (w porównaniu do przedszkolnego) powietrzem. I natychmiast podzieliłam się swoim sukcesem i małą refleksją z Inżynierem:

"Było super, ale przypomniałam sobie, dlaczego praca w Różowej była taka ciężka!"

Ankieta dla Czytelników

Nie bez powodu piszę o Was przez duże W lub C. Nie, że WC, ale z szacunku do Was, kochani. I z podziwu, że jeszcze tu jesteście. Trochę też chcę Was dzisiaj podrapać za uszkiem jak Rudolfa, bo wtedy dacie się namówić na chwilę z klawiaturą.

Napiszcie mi coś o sobie w komentarzach, proszę! Bardzo lubię, kiedy dzielicie się ze mną swoimi historiami, tym, co się Wam przydarzyło, co Was rozśmieszyło albo oburzyło. Mam tu nawet stałe grono komentatorów i to dzięki Wam ten blog tak ładnie, kameralnie się kręci. Wiem też, że czają się tu tygrysy i ukryte smoki (Mamelkowa Mamo, strasznie mi się to spodobało!), które może dadzą się skusić na dwa słowa do nas? 

Kim jesteś? Gdzie jesteś? Co robisz i co lubisz? Czego pasjami nie znosisz? Jaką książkę teraz czytasz? Jakie masz dziwactwa? Co sprawia, że leżysz na podłodze i kwiczysz ze śmiechu? I w końcu - możesz mnie o coś zapytać. O coś, o co zawsze spytać chciałaś / chciałeś, ale nie było okazji, bo albo pisałam o Fruzi, albo o Fruzi, albo - dla odmiany - o Fruzi. Pytaj. Prawie wszystko zniesę!

Weterani tej historii niech nie czują się pominięci. Jeszcze tyle o Was nie wiem, nawet jeśli piszecie swoje blogi! Podarujcie mi dziś jeszcze jeden kawałek siebie!

Nie będzie mnie przez dwa tygodnie; będę tu zaglądać, pijąc kawę na francuskim wybrzeżu, ale poudzielam się jak wrócę. (Mam nadzieję, że ktoś się zlituje i napisze coś jako pierwszy, albo raczej - w ogóle coś napisze - bo jeśli zastanę tu pustkę po powrocie, to będzie mi strasznie łyso). I bawcie się dobrze, gdziekolwiek jesteście!

Ahoj! 

❤️

O tym, jak jest

Siedzę z moim kursantem w pubie. Trochę dziwnie to wyszło, bo miałam go odwiedzić w jego restauracji, miałam spróbować jego szefowskich popisów, miało być kilka osób z jego grupy, a tymczasem tydzień wcześniej dopadł mnie dwudniowy wirus, potem grupa się rozpierzchła na urlopy, a on ostatecznie zabrał mnie do pubu na wodę mineralną. Siedzimy więc i gadamy. Kątem oka widzę, że stolik dalej siedzi facet 50+ (dobrze, że nie pięćset), Brytyjczyk (bo takie-rzeczy-się-wie), który z zainteresowaniem przysłuchuje się naszej paplaninie. Mój uczeń gada jak najęty, więc jest czego słuchać. Zastanawiam się, czy Hippis, jak go w myślach pieszczotliwie nazywam, opróżnił te wszystkie szklanki, które przed nim stoją, bo jest ich chyba ze dwadzieścia. W końcu facet nie wytrzymuje, zagaduje do nas i po chwili tworzymy już grupę. Hippis okazuje się sympatycznym gościem, podpytuje mojego studenta o jego pracę, mnie o pochodzenie, opowiada trochę o sobie. Po kilku minutach panowie idą zamówić napoje, ja delektuję się świeżym powietrzem na tarasie. Wracają.
- Co ja słyszę! - mówi nasz nowy towarzysz bardzo podekscytowanym głosem.
- Cóż takiego słyszysz? - pytam.
- Właśnie się dowiedziałem, że ty jesteś jego nauczycielką! - mówi rozbawiony.
- No tak wyszło.
- Ale to jest niebywałe! - Hippis szczerzy się od ucha do ucha. - Polka uczy Chińczyka angielskiego w Anglii! Fantastyczna sprawa!

I wszyscy oczywiście wybuchamy śmiechem, bo jego entuzjazm jest zaraźliwy.

A ja myślę sobie, że choć nie pobiliśmy tą konfiguracją żadnego rekordu Guinnessa, to jednak przyjemnie jest od czasu do czasu uzmysłowić sobie, że ktoś zapamięta ten maleńki wycinek mojego życia - na chwilę, na dwie, a może na dłużej - i uzna go za niebywały i fantastyczny. Że może opowie o tym epizodzie innym Hippisom, przywołując w głowie obraz tamtego popołudnia, kiedy przez godzinę konwersował z polską nauczycielką i chińskim kursantem w angielskim pubie.

Przyjemnie jest przypomnieć sobie, że mam niebywałe i fantastyczne życie.

O tym, że warto

Jechałyśmy na spotkanie do pobliskiego miasteczka. Głowę miałam przepełnioną pomysłami na uskutecznianie polskiego w przyjaznych i motywujących dzieci do mówienia okolicznościach, zastanawiałam się, czy to w ogóle ma szansę wypalić, jak to dalej będzie i postanawiałam w duchu po raz kolejny, że nie odpuszczę tak łatwo, choć to orka na ugorze i dobrze wiem, że ktoś mi wreszcie przyklei etykietę ześwirowanej. O ile jeszcze nikt tego nie zrobił. I wtedy, z głupia frant, przypomniałam Fruzi o piątku.
- A pamiętasz, że w piątek idziemy razem do przedszkola? Mama i ty.
- Why, mummy? - zapytała oczywiście ona.
- Opowiemy dzieciom o Polsce i zaśpiewamy im piosenki. "Mydło", "Szczotka, pasta", "Zuzia"... - zaczęłam wyliczać.
- Yeah! - podchwyciła Fruzia, wyraźnie podekscytowana.

I nagle zaczęła śpiewać, a mnie za tym kółkiem z wrażenia zamurowało.

"Zuzia, laka nie-uuusza, i totate taki kakate
Ooooczi ma jak pe soooti
weaaaaa loooki a maaaaaaaaaaa sto!"

Kilka miesięcy. Kilka miesięcy kołysania na dobranoc z tym samym, upartym repertuarem pieśni. Z lekko zmodyfikowaną wersją "Zuzi":

"Zuzia, lalka nieduża, i na dodatek taki gagatek!
Oczy ma jak pięć złotych,
Wełniane loki, a w główce marzeń sto!"

Kilka miesięcy, podczas których Fruzia dodawała kolejne sylaby do wyśpiewywanych przez nas piosenek. Sylaby. Nie linijki, nie słowa, a pojedyncze sylaby. Często odmawiała wspólnego śpiewania, bywało, że wręcz kazała mi się przymknąć tym swoim stanowczym "Stop, mummy!" Przymykałam się. Do następnego wieczoru.

A dzisiaj to.

Dobrze, że było w miarę pusto na drodze, bo pękłam za tym kółkiem z dumy ze trzydzieści razy.

O babskim dniu

Najpierw była gimnastyka, a że po drodze musiałam zatankować, to i Mambę dziecko wyprosiło od matki, bo wiadomo, na stacjach benzynowych cały cukier stoi w drzwiach na wysokości pół metra od podłogi, żeby krasnale nie przeoczyły. Potem ja na plotki, a Fruzia na lody do Liz. Następna w planie była próba zakupu kostiumu kąpielowego zakończona fiaskiem, bo bikini kupuję raz na 12 lat i strasznie tego nie znoszę, a poza tym Tasman też chciała przymierzać, wszystko naraz. Ale za to kupiłam spodnie, więc ostatecznie nie płakałam. Będę płakać dopiero na francuskiej plaży, jak już odważę się na nią wyleźć w jedynym kostiumie, jaki mi został w tym życiu. A na koniec pojechałyśmy do parku.

I to, moje kochane, był o jeden punkt programu za dużo. To był bowiem ten dzień, kiedy dowiedziałam się, co to znaczy szał dziecięcia w miejscu publicznym. Taki z rzucaniem się na trawę, wrzaskiem na całe hrabstwo, kopaniem matki i odmową wszystkiego. Taki z moim mieleniem prawie na głos wszystkich przekleństw tego świata, bo jak tu unieść piętnaście kilo wierzgającego człowieka? I jeszcze się nie zabić na mokrej trawie, bo po miesiącu upałów akurat dziś chwilę popadało i trawa była mokra. I udawać przed samą sobą, że w ogóle się nie przejmuję tym, czy ktoś się na mnie gapi. Że w ogóle niczym się nie przejmuję, a już najbardziej tym, że jeszcze chwila, jeszcze momencik, a kurwica jakaś strzeli mnie, a ja wystrzelę w kosmos. Siebie, nie ją. Ją zostawię na tej trawie, skoro jej tam dobrze.

Och, a kiedy już siedziałyśmy w aucie - ja wkurwiona do białości, ona wkurwiona do czerwoności - to zadzwonił Inżynier, żeby nas ostrzec przed jazdą do parku, z którego właśnie wyszłyśmy bądź zostałyśmy wyniesione, gdyż albowiem coś się tam zadziało, o czym on usłyszał w pracy, jakieś otrucia, skażenia, podejrzane sprawki i takie tam newsy z bbc - więc NIE JEDŹCIE TAM POD ŻADNYM POZOREM. A jako że spocona z nerwów nie byłam jeszcze w ogóle, w ogóle!, to po prostu w tamtej chwili zalała mnie fala tsunami i czułam, że tę moją ulubioną sukienkę to będę suszyć teraz przez kolejne trzy upalne dni.

I żal mnie oczywiście też zalał, bo na jaką cholerę ja się tak denerwuję? No po co? Skoro wyszłyśmy (bądź zostałyśmy wyniesione) z parku żywe i w pełnym zdrowiu? Może byłyśmy o krok od CZEGOŚ STRASZNEGO? Hę? Czemu tego nie doceniasz, głupia matko? Czemu nie dostrzegasz zielonej trawy i śpiewu ptaków, skoro ten piątek naprawdę mógł okazać się... trzynastym?!! Hę?

Chyba nawet Fruzia zrozumiała, bo się raptem uspokoiła.

Wychodząc z samochodu powiedziałam już tylko łagodnie:
- Ale mamy syf w aucie, dzieciaku!
Fruzia popatrzyła na mnie tymi swoimi zaryczanym gałami i zapytała z wyraźnym zainteresowaniem:
- Why syf, mummy?

No właśnie. Why?

Śpi teraz jak aniołek, za to brudna jak diabeł, bo już żadna z nas nie miała siły na przeciąganie i tak już mocno naderwanej popołudniem liny. Śpi i wygląda cudnie. Taka spokojna i słodka. Na co ja się tak...

Na każdą matkę powinien przypadać oddzielny, bezpłatny psychiatra.

O tym, że to prawie jak u psychoanalityka

Wrażenia trochę jak z kozetki. Chyba. Przez półtorej godziny próbuję oddać w języku tubylców specyfikę rodzinki.pl i wiem, że choćbym spędziła tam jeszcze pół roku, opowiem zaledwie ułamek tego, co chcę opowiedzieć. Na szczęście nie wszystko muszę, żeby terapia, tfu! - ocena naszej przydatności do użycia - powiodła się. Wskrzeszam do życia umarłych. Sprzedaję anegdotki. Odwołuję się do mojego koślawego drzewa pseudogenealogicznego, które wyrosło na żółtym papierze przy pomocy kuzynki, Handziuka, Mamuśki i Ojczula. Przed oczami mam obrazy minionego świata, kiedy wszystko nie do końca było tak beztroskie, jak próbuje pokazać to facebook. A jednocześnie było przecież. Jestem jak Bóg, w trzech osobach. Próbuję trzymać fason, bo w końcu to jednak assessment. Jestem też względnie spokojna i zrelaksowana, bo przecież, na litość boską, nikt nie ma tu ani mocy ani prawa do wydawania wyroków. A jednocześnie mam ochotę pierdolnąć szczerym śmiechem. W momentach, kiedy wpadam w ten ostatni stan, staram się nie patrzeć na Inżyniera, który nie-tak-znów-dyskretnie ziewa i wygląda, jakby lada moment miał zejść z tego świata, i który na pewno chętnie nawiąże ze mną radosny kontakt wzrokowy. Karma to profesjonalistka i skoro cztery lata temu to ja zasypiałam z nudów przy szesnastej takiej samej opowieści o jego rodzeństwie, bo nasza social worker nie mogła się odnaleźć w notatkowym burdelu, który sama wykreowała, to może teraz kolej na niego. Nie patrzę więc, bo wtedy to na pewno pierdolnę i jedna z boskich osób, ta trzymająca fason, wykolei się na dobre. W uszach dudni mi ostatnia rozmowa telefoniczna z Handziukiem, raptem dwa dni temu. Powiedziała, że kiedy przyjedzie do nas we wrześniu, nagotuje mi kluchów, makaronów i różnych innych takich anty-fit syfów i trochę nas wreszcie odżywi jak za dawnych dobrych czasów. Zapytałam ją wtedy, czy to dlatego, żebym miała zatkaną żarciem buzię, kiedy będę usiłowała protestować przeciwko jej niekończącym się tyradom na tematy wszelakie, ale kazała mi się odwalić. Nie, raczej nie opowiem tego na tym spotkaniu, choć wcale nie skłamię, że Handziuk to moja najlepsza ciotka, nawet jeśli ciocią nazywałam ją tak dawno temu, że sam facebook tego nie pamięta. Trochę też nie wypada przytaczać dosłownie tego, jakimi świniami obrzucaliśmy się z Wielkim w czasach mini. Nie wiem zresztą, jak niby miałabym przetłumaczyć śmierdziela, żeby ten angielski ważył dokładnie tyle samo, co polski popeerelowski śmierdziel. Zamiast tego mówię, że darliśmy koty, a jakże, ale wcale nie większe od innych znanych mi osiedlowych kotów, nie gadamy za często przez skype'a, bo Wielki to kompletnie nie ma parcia na szkło, ale ostatecznie to fajne z nas rodzeństwo wyszło i żadne świnie i śmierdziele nie będą w stanie tego zmienić. To znaczy kłótnie. Kłótnie nie będą w stanie tego zmienić.

Kiedy docieramy do końca - spotkania, nie życia, bo utknęliśmy w okolicach szkoły średniej - czuję się już tylko zmęczona. Nie tylko przez ten upał. Właśnie wyświetliłam kompletnie obcym ludziom przyspieszony film z mojego dzieciństwa i mam ochotę powiedzieć im, że to nie tak, bo przecież jeszcze to i tamto, a tak w ogóle to zastanawiamy się z Inżynierem, jakie tak naprawdę ma to znaczenie. Bo mimo że naprawdę rozumiem, że autorefleksja MA znaczenie w wychowywaniu dzieci z przeszłością, to ciekawi mnie, do jakiego stopnia. I jak bardzo mój fason by się pogniótł, gdybym jednak pierdolnęła tym śmiechem.

Ale co tam. Za trzecim razem na pewno to zrobię.

(...)

Wsiadamy do samochodu.
- Boszeee.... - mówię do niego. - Mocno pieprzyłam głupoty?
- Nie, bardzo ładnie, składnie i logicznie mówiłaś - stwierdza on.
Po czym po chwili ciszy dodaje:
- Kurwa, ale trzeci raz to ja już nie dam rady tego przejść!
- Ja też nie! - mówię radośnie i z ulgą.

Drugi, Ty wiesz.

(...)
Następny post będzie o Fruzi, obiecuję.

O pierwszych teoriach i pierwszych upadkach

Pamiętam, że pierwsze pytania o to, w jakim języku mówimy w domu, kiedy chwilę wcześniej wspomniałam, że mój mąż też jest Polakiem, strasznie mnie dziwiły. Ejże, no serio sądzisz, że rozmawiamy ze sobą po angielsku?, miałam ochotę zapytać. Przyznaję, że początkowo w takich chwilach podejrzewałam rozmówcę o jedną z dwóch przypadłości: a) brak logicznego myślenia, b) podświadome przeświadczenie, że skoro jestem gościem w ich kraju, to powinniśmy mówić w ich języku nawet w zaciszu własnego domu. Emigracja jednak uczy i, mimo że jedna lub obie z powyższych możliwości wciąż niektórych dotyczą, ja sama nauczyłam się lepiej rozumieć innych ludzi, kiedy pytają o rzeczy bądź co bądź dla nich zupełnie niejasne.

Wielojęzyczność i wielokulturowość to naprawdę skomplikowane tematy. Fascynujące, to fakt, niesamowicie rozwijające, bo przecież znamy już stanowisko mądrych głów na temat przyswajania języków, ale też niełatwe z racji często rozdwojonej tożsamości, przechodzenia różnych faz językowych, czasem tęsknoty. Kiedy pytają mnie, gdzie jest mój pierwszy dom, mówię, że mam dwa domy. Nie mogłabym traktować domu Fruzi jako nieswojego miejsca na ziemi. Kiedy pytają mnie, czy jestem bilingual (dwujęzyczna), dziś skłaniam się ku odpowiedzi, że to mój second language (drugi język). Już nie taki foreign (obcy) jak kiedyś, ale też daleki od poziomu ojczystego (jak w przypadku dwujęzyczności). Czasem widzę, jak pod wpływem tych moich tłumaczeń twarz rozmówcy zamienia się w jeden wielki pytajnik. Przecież ja tylko zapytałem, czy rozumiesz w tym i tym języku, na litość boską! Dodatkowo, jeśli zostajesz rodzicem na emigracji, dochodzi cały pakiet zaskakujących odkryć w rozwoju lingwistycznym dziecka, których dokonujesz codziennie lub etapami, a które nie zawsze wywołują w tobie poczucie dumy. U mnie to taki syndrom matki polki językowej. Nie dość, że się gryzę, że Fruzia ostatnio najchętniej żywiłaby się lodami i żelkami (ostatnio? od zawsze!), to jeszcze - o zgrozo! - ogląda często angielskie kreskówki przed pójściem do przedszkola, bo to jedyny sposób, żeby przez 20 minut móc spokojnie przeobrazić się z człowieka pościelowego w człowieka pracującego. Polskie bajki akceptuje w chwilach łagodności i pogodzenia z wszechświatem, co - jak łatwo się domyślić - nie zdarza się rano. Nikomu w sumie.

Jesteśmy więc nieustannie zaskakiwani, wciąż też tworzymy osobiste teorie na temat tego, gdzie aktualnie się znajdujemy lub gdzie będziemy za chwilę, i wciąż te teorie weryfikujemy. Moją pierwszą stworzyłam sobie sama jeszcze przed Erą Fruzi na podstawie kilku przypadków, które zaobserwowałam, pracując w Różowej. Dwoje polskich dzieci trafiło do pre-school (4), jedno bezpośrednio do Reception (5), czyli takiej zerówki prowadzonej w szkole podstawowej. Żadne z tych dzieci, pomimo życia w Krainie Deszczu od urodzenia, nie miało nawet minimalnej bazy języka większości, czyli angielskiego. O ile dobrze pamiętam, rodzice spędzali czas z Polakami, oglądali polską telewizję, robili zakupy w polskim sklepie, stąd też sami nie czuli się najlepiej z własnym angielskim. Nie oceniam tego w żaden sposób, choć kiedyś byłam skłonna to zrobić, bo patrząc na początkowo trudną adaptację tych małych ludzi w placówce, obiecałam sobie, że jeśli kiedykolwiek będziemy mieli dziecko w Krainie Deszczu, przygotuję je do tych pierwszych kroków w edukacji. Właśnie po to, żeby nie przeżyło szoku, kiedy wkroczy na tę ścieżkę.

Nie, nie przesadziłam w drugą stronę, jeśli ktoś zdążył tak pomyśleć. Owszem, czytałam jej angielskie książeczki jeszcze kiedy była w rozmiarze mini, ale czytałam jej też polskie. Nie, nie oglądała angielskich kreskówek, bo nie oglądała żadnych do listopada zeszłego roku. Zwyczajnie jej nie interesowały. I nie, nie wpadliśmy na to, żeby mówić do niej po angielsku. Ale tego angielskiego słyszała od nas dużo - mamy anglojęzycznych przyjaciół, znajomych, długo wisiała nad nami angielska opieka społeczna, chodzimy do angielskich sklepów. Nie sposób było uniknąć życia po angielsku, a my ani nie próbowaliśmy, ani nie chcieliśmy tego robić na siłę. Żyjemy w Krainie Deszczu i umyśliliśmy sobie wziąć z niej wszystko to, co najlepsze. Po coś w końcu płacimy te podatki! :) Gdybym jednak wiedziała to, co wiem dziś, w miarę możliwości starałbym się zredukować jej kontakt z angielskim. Ja po prostu nie przewidziałam, że Fruzia pójdzie do przedszkola miesiąc przed swoimi drugimi urodzinami, i że będzie to ten moment, kiedy jej lekko leniwa mowa znajdzie się w punkcie gwałtownego rozwoju. I raptem Fruzi mówi, ale po angielsku. Fruzia wychowywana w polskojęzycznym domu mówi po angielsku! Przeszliśmy więc na nową rundę pytań z otoczenia: A czy ona jest dwujęzyczna? A czy mówicie do niej po polsku czy po angielsku? A w którym języku mówi lepiej? A ja, ku mojemu własnemu zdumieniu, aż się kurczyłam w sobie na myśl, że to nie polski jest jej pierwszym językiem, taka ze mnie patriotka od siedemnastu boleści! No nie i już, choćbym nie wiem jak bardzo chciała wmawiać sobie coś innego, jej pierwszym językiem jest angielski. Przynajmniej na razie. Buuuu!

Trochę teraz celowo przesadzam, więc przypadkowi poszukiwacze nadgorliwych-matek-które-mają za-dużo-oczekiwań-wobec-dziecka mogą darować sobie nawracanie mnie na jedyną słuszną drogę. Dobrze wiem, że to dopiero początek i że ostatecznie to, jak i w jakich językach będzie mówić Fruzia w przyszłości, w dużej mierze będzie zależało od niej samej - jej chęci, nastawienia, zdolności, czy też potrzeby. Wiem też, że to, czy kiedyś poczuje się bardziej Polką, bardziej Angielką, ich mieszanką, czy też jeszcze kimś innym, będzie wypływało z jej własnych doświadczeń i niczego w gruncie rzeczy między nami nie zmieni. Ale pewne rzeczy, na szczęście, wciąż zależą od nas. Od nas zależy wysiłek, jaki włożymy w polskojęzyczną edukację Fruzi. I to chyba jest największym zaskoczeniem dla tych, którzy nie mają styczności z dwujęzycznością albo dopiero wkraczają w tę przygodę - wbrew powszechnej opinii, to się nie dzieje samo! Fakt, że mówimy w domu po polsku, nie oznacza jeszcze, że dla Fruzi naturalne będzie swobodne mówienie w tym języku. Wiedzieliście o tym?

Nie ukrywam, że chciałabym, aby ona dobrze rozumiała naszą polskość, tak samo jak my chcielibyśmy mieć narzędzia do rozumienia jej angielskiej kultury. Tu jest przecież jej dom, jej ojczyzna. Tu się urodziła i jak na razie - tu jest jej całe życie. Chciałabym, żeby swobodnie porozumiewała się z dziadkami, a kiedy w końcu jej starzy rodzice na dobre osiądą w Polandii - żeby nie przeżyła szoku kulturowego.

Widzicie, jak to się zmienia? Chciałam jej oszczędzić trudów adaptacji w angielskiej placówce, a tymczasem już dziś pracuję nad oszczędzeniem jej trudów adaptacji w Polsce w jeszcze nieokreślonej przyszłości. A potem co? Co w Polsce, żeby podtrzymać angielską stronę Fruzi?

Wygląda na to, że w tej kwestii mam Wam więcej do powiedzenia. Stay tuned!

O płynnej tożsamości

Siedzimy w niewielkiej sali szkoleniowej. Jest diabelnie gorąco.

Prowadząca uprzedzała, że w połowie dnia w tym małym pomieszczeniu zrobi się duszno, ale chyba nikt nie podejrzewał, że będzie aż tak źle. A może to tylko ja i brak formy po całym tygodniu. To prawda, że przez kilka pierwszych godzin oboje z zaangażowaniem braliśmy udział w ćwiczeniach, wtedy jeszcze miałam siłę. Tkaliśmy sieć relacji pomiędzy dzieckiem a światem, a potem bezwzględnie odcinaliśmy większość sznurków, kiedy nasze wyimaginowane dziecko trafiało do adopcji. Opisywaliśmy siebie na kończynach papierowych ludzików, aby następnie pozbawić ich tych głów, nóg i rąk, a wraz z nimi bardzo ważnych dla nas kawałków tożsamości. Z dziką satysfakcją zabrałam Inżynierowi lewą nogę z jedzeniem łamane przez piwo, ale on nie pozostał mi dłużny, kradnąc mi Rudolfa. Dziwni ludzie z nas powstali, tacy niekompletni i poranieni. Film o tym, jak to jest stracić dziecko, czyli o adopcji z punktu widzenia rodziny biologicznej, obejrzałam przełykając gulę w gardle. Jeszcze miałam siłę na przeżuwanie i przeżywanie. Padłam w  połowie wykładu o prawdopodobnych medyczno-psychologicznych wyzwaniach, z którymi przyjdzie nam i naszym dzieciom zmierzyć się po adopcji. Na pomarańczowej kartce zanotowałam sobie tylko FASD - how to manage, żebym nie zgubiła kolejnej z dziesiątek nitek, do których obiecuję sobie wrócić którejś nocy, po czym powierciłam się na niewygodnym krześle, ułożyłam się trochę znośniej, opierając stopy o poprzeczną barierkę pod stołem, a następnie oficjalnie się poddałam.

Z apatii wyrywa mnie widok Inżyniera podnoszącego do góry dłoń na znak, że ma pytanie.
- Tak? - zachęca pani doktor specjalizująca się w pracy z adoptowanymi dziećmi i ich rodzinami.
- Mam techniczne pytanie - zaczyna Mąż Mój.
Cóż. Wcale mnie nie dziwi ten wstęp. Bardziej dziwi mnie to, że on jeszcze ma siłę słuchać w tym ukropie. Nie wspominając o tym, że ma moc do przetworzenia napływu informacji i zadania pytania. Na litość boską, czy to na pewno m ó j  mąż?
- Od razu uprzedzę, że pytam całkiem poważnie. Czy w przypadku adopcji dziecka z FAS niezbędna jest całkowita alkoholowa abstynencja w rodzinie?

Tak, to zdecydowanie m ó j mąż. Mąż Mój. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. :-)

O tym, czego nie muszę żałować

Wtorkowe zajęcia z zaawansowanymi.

Bóg i Karma moimi świadkami, że na równi uwielbiam tę grupę i przeklinam. Każde zagadnienie gramatyczne potrafią zamienić w intrygującą dyskusję, która w finale nie ma nic wspólnego z punktem wyjścia. Nawet wtedy, kiedy mój szef siedzi im za plecami i z rozbawieniem obserwuje tę językową gimnastykę. - Wiem, wiem - przytakuje mi potem po lekcji. - Mam to samo z moimi.
Fantastyczni są. Świadomi języka i jego niuansów. Tylko te wieczory - moje wieczory! - spędzone nad słownikami mam im do zarzucenia.

A więc wtorek. Na tapecie konstrukcje z 'wish'. Co chcielibyśmy zmienić tu i teraz, i to, czego zmienić się nie da, a szkoda, bo żałujemy. Czego najczęściej żałują ludzie na łożu śmierci.
- Wyobraźcie sobie, że koniec tuż za rogiem - mówię.
Ryzykowna gra. W zeszłym roku jedna z kursantek wyznała mi, że zmaga się z poważną chorobą i od tamtego momentu często myślę o tym, że za każdym nieodrobionym zadaniem może stać coś więcej niż czyste niechciałomisię.
- W sumie tak powinniśmy żyć - odzywa się ktoś pogodnie. - Jakby ten koniec naprawdę był za rogiem.
Słuszna uwaga.
- A więc czysto teoretycznie dziś jest ostatni dzień - kontynuuję. - Czego będziecie żałować?
Liczę na jakąś ciszę, chwilę zastanowienia czy refleksji, a tymczasem zanim na dobre przebrzmi moje pytanie, jedna ze studentek - młoda, ambitna i robiąca postępy w błyskawicznym tempie dziewczyna - wyrzuca z siebie głośno i dobitnie:
- Żałuję, że poślubiłam swojego męża!
Po czym wybucha perlistym śmiechem, a za nią cała grupa.
Potrzebujemy kilku minut, żeby się uspokoić.
- Serio - mówi w końcu ona, już spokojnie, ale wciąż z uśmiechem. - Boże, jaka ja kiedyś byłam głupia!

Grupa coś jeszcze komentuje, atmosfera jest lekka jak wata cukrowa, chyba nikt nie traktuje tego wyznania poważnie, ale... ja znam jej męża. I niech to wystarczy.

I myślę sobie, że ja kiedyś też przez chwilę byłam naprawdę głupia. A przy tym zbyt długo zbyt dumna, żeby  zwyczajnie przyznać się do tej głupoty. W poprzednim życiu to było, och, tak dawno, chyba nawet przed wojną. Posłuchałam wtedy intuicji. A może to opatrzność nade mną czuwała?

Wychodzę z zajęć rozbawiona i przerażona jednocześnie. Tak łatwo potrafię sobie wyobrazić siebie na jej miejscu. Jedna decyzja w tę lub tamtą stronę, jeden b r a k decyzji, tego za mało, tamtego za dużo, nieodpowiednie miejsce i czas - a to byłabym ja. Widzę to wyraźnie w tym moim dzikim umyśle i ta wizja mrozi mi krew w żyłach.

Chryste, w najlepszym przypadku byłabym dziś szczęśliwą rozwódką. W najgorszym - odsiadywałabym dożywocie za morderstwo w afekcie.

Gdybym tylko mogła, postawiłabym Bogu i Karmie piwo w podziękowaniu za opiekę w najgłupszym momencie swojego życia.

Co tam jedno piwo, cały browar!