O tym, co mnie rusza

Mamuśka mówi, że ma łzy pod skórką, bo wzrusza się łatwo i często. Ja jestem typem przeżywacza nomen omen od środka. Kiedy coś mnie porusza, przeżywam i przeżuwam, ale niekoniecznie płaczę. Częściej ryczę ze złości i żalu niż wzruszenia.

A jednak są słowa i obrazy, które zapadają we mnie natychmiast i na długo, a dodatkowo wywołują nagłe pogorszenie wzroku i zamglenie obrazu. Bardzo to niekomfortowe uczucie, bardzo. Szczególnie jeśli próbuje się jednocześnie zrobić trzy rzeczy: 1. obejrzeć do końca film, 2. nie wybuchnąć spazmatycznym płaczem w obecności innych oglądaczy, 3. NIE wyobrażać sobie Fruzi na miejscu głównego bohatera. Albo: 1. obejrzeć program do końca, 2. nie wybuchnąć spazmatycznym płaczem w obecności męża słuchającego programu znad gara z gotującym się rosołem, 3. nie ignorować Fruzi, po raz trzydziesty trzeci usiłującej powiedzieć ci coś bardzo ważnego (czyli to, co zawsze: 'mummy, (ch)oć!')

Te obrazy za mną chodzą. Wciąż.

"Lion. Droga do domu" (2016) reż. Garth Davis

Pierwszy raz usłyszałam o tym filmie od mojego ucznia. W trakcie próbnego egzaminu ze speakingu wylosował pytanie o film, który poleciłby innym. Tak mnie zaintrygował swoją opowieścią, że - co rzadko mi się zdarza, bo pamięć do tytułów mam beznadziejną - natychmiast zakodowałam ją w głowie. Kilka tygodni później obejrzeliśmy film z Wielką Szwagierką i Tym Właściwym podczas ich wizyty w Krainie Deszczu, a ja spędziłam ten wieczór pod kocem, rozsypana na tysiące drobnych kawałków.

Saroo, główny bohater (w tej roli rewelacyjni Sunny Pawar i Dev Patel), to pięcioletni chłopiec, który gubi się na ulicach Kalkuty i desperacko próbuje odnaleźć drogę do domu, ale błądzi tak bardzo, że wreszcie trafia do przytułku. Na swój sposób okazuje się jednak szczęściarzem, ponieważ  wkrótce znajduje nową rodzinę, australijskie małżeństwo, dla których Saroo będzie pierwszym dzieckiem. Nowi rodzice kochają go szaleńczo, chłopiec wyrasta na mądrego mężczyznę, próbuje ułożyć sobie życie, ale... No właśnie. Tych kilka wspomnień o dawnym życiu tak bardzo nie daje mu spokoju, że chłopak wyrusza na poszukiwanie swych biologicznych korzeni.

Zastanawialiście się kiedyś nad tym, jak silna jest ludzka potrzeba wiedzy o własnym pochodzeniu? Albo co zrobilibyście, wychowując się w kochającej rodzinie ze świadomością, że mieliście kiedyś inną, najlepszą na świecie mamę? Myśleliście kiedyś o tym, jak długo czekalibyście na powrót dziecka? Na ile lat starczyłoby wam wiary i nadziei? Albo co czulibyście, gdyby wasze dziecko śniło o swojej pierwszej mamie?

"Lion. Droga do domu" to film o stracie, o rozstaniach i powrotach, o miłości i o adopcji też, ale przede wszystkim to film o poszukiwaniu własnej tożsamości. Polecam go każdemu, kto wciąż wątpi, że adoptowanemu dziecku należy się prawda o jego korzeniach (więcej o tym, dlaczego warto - tutaj: Nasze Bąbelkowo) oraz tym, którzy boją się, co z takiej prawdy może wyniknąć.


"Kobieta na krańcu świata: Pakistan" (sezon 9)

Martyny Wojciechowskiej nie trzeba Wam przedstawiać. Ani jej programu. "Kobietę na krańcu świata" znają chyba wszyscy, ale może nie wszyscy obejrzeli odcinek o kobietach w Pakistanie.

Do głównej bohaterki reportażu, Musarrat Misbah, businesswoman i właścielki prężnie rozwijającego się salonu piękności, przyszła kiedyś 'kobieta bez twarzy'. Oblana przez męża i jego rodzinę kwasem solnym za 'nieposłuszeństwo' zapragnęła odzyskać choćby część siebie. Jak się szybko okazało, po pierwszej ocalonej do salonu zaczęły zgłaszać się kolejne dręczone przez bliskich kobiety.

W Pakistanie kilka tysięcy kobiet rocznie jest oblewanych kwasem solnym i/lub podpalanych. KILKA TYSIĘCY! Dręczycielami są zarówno mężczyźni - najczęściej znudzeni i agresywni mężowie, którzy szukają pretekstu do pozbycia się niewygodnej żony z domu - jak i kobiety, na przykład teściowe. Skatowane ofiary albo już nigdy nie odzyskują pełnej sprawności (np. nie mogą otworzyć oczu) albo po prostu umierają w ogromnych cierpieniach. I oczywiście nikt nic nie wie, bo takich rzeczy nie zgłasza się na policję.

Oprócz próby wyobrażenia sobie, jak straszne musi być przeżycie takiej traumy, dwie rzeczy zapadły mi mocno w pamięć w trakcie oglądania programu. Pierwsza to słowa Martyny, która mocno podkreśla, że to nie religia jest winna temu, co dzieje się w Pakistanie z kobietami, a kultura. A druga to stwierdzenie Musarrat, że właśnie ta kultura zostawia ogromne piętno na człowieku, bo nawet ona, wykształcona, mieszkająca przez jakiś czas w Anglii, a więc tzw. cywilizowanym świecie, też nie potrafiła zgłosić się na policję, kiedy jej były już mąż dopuszczał się wobec niej przemocy. Bardzo mocno to do mnie trafiło, bo czyż nie mamy tendencji do dziwienia się, że regularnie dręczona przez faceta kobieta ukrywa to przed resztą świata? Czy zastanawiamy się, w jakim otoczeniu, w jakiej kulturze wychowano tę kobietę? Jak słusznie zauważa główna bohaterka odcinka, nie da się zmienić sposobu myślenia danego narodu w ciągu jednej nocy. Ale należy edukować i małymi krokami pokazywać, że można i TRZEBA inaczej.

To ostatnie odnosi się w zasadzie to wszystkich negatywnych zjawisk współczesnego świata.
Mądra edukacja jest kluczem do naprawdę wielu zmian.

A jak już obejrzycie i ochłoniecie, to na deser pędem do Janiny, aby przeczytać jeden z jej wpisów. Ten najlepiej. Bo to nie jest tak, że tylko Fruzia i Fruzia. Odkąd mamy Rudolfa, człowiek jakoś szybciej mięknie na widok tych wszystkich psich mord. I tym bardziej mu przykro, kiedy pomyśli, że wiele z nich nie ma nikogo, kto by podrapał za uszkiem. A często nie ma nawet nic w misce.

Lećcie koniecznie, spłaczcie się jak i ja się spłakałam, a potem pomóżcie, proszę.

Bo ten tekst też za mną łazi i nie chce się odczepić.

Fruzia - odsłona druga i osiem dwunastych

- Fruziu, a gdzie jest tata? - pyta Babcia Mamuśka podczas rozmowy na skypie.
- Daddy work.
- A ty co robisz dzisiaj z mamą?
- A mummy a Rudolf, park.
(Czyżby indefinite article?)
To prawda, właśnie wróciliśmy ze spaceru.
- A grzeczna byłaś w przedszkolu? - kontynuuje Babcia.
- No - oświadcza dziecię i na dowód własnej prawdomówności przekonująco gestykuluje, wytyka język i prycha, blowing raspberries*.
W ten sposób pokazuje nam zawsze, na czym dokładnie polegało to jej nie-grzeczne bycie. A może nie-bycie grzeczną.
Kiedy zrobiła to po raz pierwszy, byłam zaskoczona, że po kilku godzinach od awantury pamiętała dokładnie, o co poszło, bo wtedy mogłabym przysiąc, że jak tylko otarła łzy rozpaczy, natychmiast zapomniała o całym incydencie. Ale nie. Pamiętała, wiedziała, dlaczego mummy była sad i opowiedziała nam o tym w swoim własnym języku polsko-angielsko-chińsko-migowym. Z jednej strony cudowne są te zalążki myślenia logicznego, a z drugiej...
- Mummy, ice - powiedziała któregoś dnia, stojąc przed otwartą na oścież zamrażarką. Zaglądała właśnie do drugiej szuflady, w której jeszcze kilka godzin temu chłodziły się dwa lody na patyku. Jednego zjadła ona.
- Nie ma - dodała, patrząc na mnie wymownie.
- No nie ma, nie ma - potwierdziłam. - Pewnie Rudolf ma z tym coś wspólnego.
Przez resztę dnia unikałam jego wzroku.

Dziadkowie uwielbiają jej kosmiczne opowieści, które najczęściej wymagają tłumacza i didaskaliów. Jak wtedy, kiedy Fruzia opowiadała o urodzinach Amelii. Przywlokła z nich czerwony balon, z którym uparła się spać i chociaż zastanawialiśmy się, jak długo jej nowy przyjaciel pożyje, zgodziliśmy się na kolejnego lokatora w jej - oraz nad ranem w naszym własnym - łóżku. Do pasji doprowadzało mnie usypianie Tasmana z balonem w objęciach, bo każdy jej ruch powodował irytujący dla uszu dźwięk tartej gumy. Trzy noce później, około szóstej nad ranem, czerwony z hukiem wyzionął ducha, a dla Fruzi przez kilka kolejnych dni było to wydarzenie sezonu.
- Baba, a bubble pop - oświadczyła do telefonu Babci Mamuśce jeszcze zanim ta pojawiła się na ekranie.
Bardzo była przejęta, więc pomiędzy baba-bubble-pop padło sporo anime-niemi-tomo-aba, czyli chińszczyzny stosowanej.
- Matka, tłumacz - zażądała jak zwykle Babcia.
Tym sposobem ona też uczy się angielskiego. A podczas następnej wirtualnej sesji sprawdza, czy Fruzia akceptuje jej akcent.
- Daddy work? - pyta niewinnie.
- Yeś - rzeczowo odpowiada Tasman.
Być może zamiast o emeryturze, Rodzicielka powinna pomyśleć o przebranżowieniu. Angielski komunikatywny już może spokojnie wrzucić do własnego CV.

Dużo śpiewa. (Fruzia, nie Mamuśka.) Zaczęła patriotycznie, od "Sto lat", które podsunęła jej sieć, żeby następnie płynnie przejść do "Happy Birthday". Mamy więc trochę niepewne "to tat, to tat", brzmiące prawie jak "tota tata" ("szczotka, pasta, ..."), na przemian z głośniejszym "hepi bebe tu-u", które z kolei pojawiło się nie wiadomo, panie, skąd. A jak nie wiadomo, to obwiniamy Różową. To się nawet łączy w jedną, logiczną całość, bo niedawno Tasman otrzymała pierwsze oficjalne zaproszenie, nie mające nic wspólnego z rodzicielskim zapleczem towarzyskim, na urodziny do Albiego.
- Pomyślałam, że skoro Fruzia tak bardzo lubi Albiego, to się ucieszy - wyjaśniła mama chłopca.
Albie i Sisi to mentorzy Tasmana. Wystarczy poinformować ją, że dziś idziemy do dzieci, a narządy artykulacji Fruzi automatycznie składają się do wymówienia imion tych dwojga. Sisi w samochodzie, Albie na parkingu, Sisi w progu placówki, Albie w progu sali. Na zmianę a czasem jednocześnie.
- To dość zabawne - powiedziała mi koleżanka z Różowej, kiedy śmiałam się z tej monotematyczności dziecięcia. - Bo z Albim ona właściwie w ogóle się nie bawi!
A my wcale nie byliśmy zdziwieni. Sisi przeszła właśnie do pre-school, Albie dołączy do niej za miesiąc. Starsze dzieci imponują Fruzi samym tylko faktem, że są starsze i więcej mogą. Tacy mali bogowie, którym Tasman usiłuje dorównać. I może stąd to "hepi bebe tu-u". Młoda ćwiczy, coby zabłysnąć w dojrzalszym gronie.
Przed snem repertuar nieco jej się zmienia. Na dwa głosy zastanawiamy się, co też powie tata, każda na swój sposób. Ja zachowuję się tak, jakbym startowała co najmniej do Idola, Fruzia eksperymentuje z wokalem. Do niej też, jak zawsze, należy ostatnie słowo.
- Co powie... - zaczynam refren.
- Dada - wtrąca cicho Fruzia.
Ja: Co powie...
F (głośniej): Daddy!
Ja: Co tata mi powie, co na to odpowie mi...
F (pieje): siiiiiiś!
Ja: Co powie...
F (szybko i krótko): Dada
Ja: Co powie...
F: (odmawia współpracy)
Ja: Czy znów się wykręci, czy dziecko zniechęci, on...
F (wrzeszczy): piiiiiiiii!!!

Poza tym reszta bez zmian. Ja do niej z czekoladą, ona do mnie, że chce "more chock, piś". Ja proszę, żeby powiedziała jabłko, ona mi na to, że przecież to "apple", a gruszka to nie gruszka, tylko "pear".
- A gdzie jest mrówka?
Pokazuje. I natychmiast mnie poprawia:
- Ant.
 I weź już, mamo, się nie wygłupiaj, tylko daj mi "bunny". Banana, jak by się ktoś pogubił.
Dobrze, że czasem oznajmi, że chce jej się pić i (s)pać, albo że dzik jest dziki, bo jeszcze chwila, a byłabym skłonna puszczać w świat własnoręcznie ukute rewolucyjne teorie na temat przyswajania pierwszego języka przez dzieci. I musiałabym oskarżyć Fostersów o manipulowanie Tasmanem w początkowych miesiącach jej życia.

Poranki z nią to nowy rodzaj interaktywnej gry dla całej rodziny. Do etapu mleka jest łagodna jak baranek, szczególnie że naprawdę przypomina baranka z tą burzą splątanych loków. Potem jest tylko gorzej.
- Fruziu, chodź, założymy skarpetki.
- No!
- Ależ tak, nie możesz pójść z gołymi stopami, jest zimno.
- No!
Tasman zwiewa na drugi koniec chaty, żeby tylko uniknąć kontaktu ze śmiertelną zarazą. Bez słowa idę za nią, podchodzę, aby założyć jej te przeklęte skarpety, Fruziak wyrywa się, machając wszystkimi kończynami na boki. (Każdego poranka. Każ-de-go.) 
- No! Daddy!
Wymieniamy się z Inżynierem spojrzeniami.
Daddy jest od skarpet, spinek i majtek z Peppą. Ale i on nie ma łatwo, bo to działa tylko wtedy, kiedy Fruzia nie chce, żebym zrobiła to ja. Więc jeśli ja nie spróbuję, to on też jest bez szans. Czujecie logikę, prawda? Mama natomiast robi kitki, pomaga włożyć spodnie i bluzkę. A także nosi Fruziakową torbę z przedszkola i zapina suwak, tak tylko na trzy milimetry, żeby Tasman sama mogła zapiąć resztę. Bo jak zapnę na cztery, to trzeba wszystko zaczynać od nowa i to przy zmarszczonych tasmańskich brwiach.
Fruzia ucieka też przed włożeniem butów, myciem zębów i czesaniem. Generalnie poranki są na nie. Inżynier mawia, że przynajmniej będziemy przyzwyczajeni i za naście lat, kiedy Tasmana trzeba będzie ściągać rano z łóżka dźwigiem, niewiele nas już zdziwi.

Za to wieczory są nasze. Z naciskiem na długie wieczory. Fruzia systematycznie odmawia spania w Różowej w porach uznawanych przez rodziców za przyzwoite, ale po powrocie do domu jest gotowa do drzemki już w progu Piątej, tak jak stoi, w butach i kurtce. Serio. Potrafi zasnąć na siedząco na kanapie, a jeśli spróbujesz ją obudzić... to masz powtórkę poranka. Pod koniec dnia, wypoczęta i zadowolona, uparcie usiłuje przekonać nas, że chodzenie spać między dwudziestą a dwudziestą pierwszą jest dla mięczaków. Nawet przykład Rudolfa, który chodzi spać z kurami, nie pomaga. Kiedy zbliża się pora wędrówki do sypialni, Fruzia raptem zaczyna być głoda, spragniona, chce wee wee, poo poo, chce czytać, sprzątać, oglądać z tatą mecz... Nic dziwnego, że po takim dniu pełnym wrażeń chrapie dosłownie jak Ojciec Dyrektor.

Ale gdzieś między tymi porankami i wieczorami, a nawet w ich trakcie, jest najfajniejszym stworzeniem, jakie tylko można sobie wyobrazić. Emocje wręcz z niej kipią, jak się złości, to na całego, kiedy się cieszy, to też słyszy ją całe osiedle. Przytula się do drzew, a czasem z rozpędu nawet do słupów telegraficznych. Wszystko, co małe lub młode, to dla niej baby. Kotek, kasztan, drzewko, które jest cienkie jak gałązka. Uwielbia łączyć się z dziadkami na skypie, fascynuje ją obraz kibiców na stadionie śpiewających hymn narodowy. Kiedy się boi, krótkim hand! domaga się naszych dłoni w swojej. Ostatnio przesiedziałyśmy tak w samochodzie kilka minut, dłoń w dłoni, kiedy wielkie buczące szczoty polerowały nam auto. Tylko dlatego się nie rozpłakała, choć buzię miała już w podkówkę. Całuje swoje lalki i Rudolfa na do widzenia, kiedy wychodzimy do przedszkola. Zbiera dla Rudego jeżyny i wszystko to, co da się urwać wśród chaszczy, choćby nawet jeżyn wcale nie przypominało. Wszystko dlatego, że złapała kiedyś sierściucha na podjadaniu ich prosto z krzaka. Próbuje rzucać mu patyki, ale jej starszy brat jest trochę zbyt nieokiełznany na takie zabawy, więc zwykle muszę ich godzić na spacerze. Włazi ludziom do ogródków, zupełnie jak on. Zawsze do tych samych i zawsze z miną łobuza, który wie, że psoci.

I jakimś niesamowitym zrządzeniem losu jest nasza.

To chyba jej najfajniejsza cecha.


* Uwielbiam to określenie. Szczególnie, że nie ma ono jednego krótkiego odpowiednika w języku polskim w wydaniu dziecięcym. 

Deja vu

Jadę na rozmowę kwalifikacyjną. Znowu.

(Jeszcze chwila a ten post przestanie być aktualny i będę musiała napisać nowy. O moich pierwszych trzydziestu rozmowach w sprawie pracy.)

Jadę i oczywiście cieszę się. Trochę to głupawa podszyta adrenaliną, jak słusznie zauważył Mąż Mój, dając mi buziaka i życząc powodzenia, bo przecież to jednak interview, a trochę zwyczajnie dobre samo- i prze-czucie, bo aż tak zestresowana nie jestem, no bez jaj, chyba do cholery dostanę tę robotę.
Przypomina mi się rozmowa sprzed niemalże roku. Pamiętam, że na pytanie o to, jak ewentualnie zamierzam poruszać się między kampusami, odpowiedziałam nonszalancko, że mam prawo jazdy, co prawda obecnie nie jeżdżę, ale zamierzam kupić samochód, więc nie ma problemu. Ha. Naprawdę nie wiem, skąd ja to wzięłam. Zabrzmiałam jednak tak przekonująco, że jeszcze chwila, a przekonałabym samą siebie. Tyle tylko, że nie do końca, bo kiedy Mikruska faktycznie stanęła przed Piątą Chatką tuż obok Blaszaka, byłam autentycznie przerażona myślą, w co się właśnie wpakowałam.

Wiozę więc samą siebie na tę rozmowę i próbuję się ogarnąć. Powinnam przećwiczyć moją naprędce sporządzoną prezentację, uruchomić ten swój tryb bije-ode-mnie-stonowana-pewność-siebie, ale coś mi nie idzie, bo kiedy tylko przestaję głupkować, załączają mi się w głowie obrazki z porannych zajęć. Mój Najambitniejszy, który po wykonaniu ćwiczenia potrafi zapytać 'jaki był cel tego zadania', dał się dziś ponieść dyskusji na temat różnych etapów w życiu i oświadczył tym swoim korporacyjnym tonem, że 'ten materiał jest naprawdę dobry' i że jest wdzięczny za linki do całego artykułu, bo 'zamierza zgłębić temat'. Z wrażenia niemalże wpadłam pod przyklejony do podłogi dywan. Po raz drugi tego dnia, bo chwilę wcześniej moja autochtonka wyskoczyła z pytaniem, czy jestem głową naszego departamentu. Nie wiem, na podstawie czego mogła wysnuć choćby cień takiego  wniosku, ale wiem, że prawie mnie nim zabiła, choć myślę, że mogło mieć to coś wspólnego z liczbą papierów, w których tonie moja klasa ilekroć pobędę w niej dłużej niż dziesięć minut. Powszechnie wiadomo przecież, że im większą głową jesteś, tym więcej drzew niszczysz. Jak się okazuję, ja nie muszę być żadną głową, żeby doprowadzać planetę do zagłady, nad czym szczerze ostatnio ubolewam.

Docieram wreszcie do koledżu. Jak zwykle przed czasem, to silniejsze ode mnie. Wędruję prosto do pokoju obsługi, gdzie bardzo przyjemny pan od wszystkiego wręcza mi klucz do gabloty, na który czekałam ponad miesiąc. To jest dobry dzień, myślę. To jest bardzo dobry dzień.
Choć to zależy od punktu widzenia, bo w bibliotece, gdzie kseruję materiały na wieczorne zajęcia, jeden z uczniów dostaje ataku epilepsji. Opiekująca się nim nauczycielka reaguje sprawnie i profesjonalnie, ale ręce jej się trzęsą jak zawodowemu pijakowi. Pytam, jak mogę pomóc, prosi tylko o podłożenie chłopakowi kurtki pod głowę, zostaję z nimi jeszcze parę chwil do przyjścia kogoś z pierwszej pomocy, trochę gadamy do chłopaka, który powoli dochodzi do siebie i koniecznie chce wstać, zawstydzony sytuacją. Leż, śmieję się do niego, odpocznij sobie trochę, póki masz okazję.

Siadam w recepcji. Poprzednio czekałam na mój panel kwalifikacyjny w kampusie A, teraz jestem w B i to dość dziwne uczucie siedzieć tu i po prostu czekać aż moi przełożeni zaproszą mnie na rozmowę. Jestem tu codziennie, każdego poranka w drodze na drugie piętro macham do recepcjonistek i pędzę prosto do swojej klasy, a dziś każą mi siedzieć i czekać, bo nawet nie wiem, do której sali się udać, no świat się kończy.
Przychodzi po mnie Tan. Rok temu zaczynałyśmy razem, wygląda na to, że teraz też zaczniemy. W tej samej pracy, na nowych zasadach. Jeśli oczywiście dostaniemy tę robotę. Tan mówi, że wałkowali ją godzinę, teraz czekają na mnie. Prowadzi mnie do pokoju konferencyjnego, przez szklane drzwi widzę moich przełożonych, o matko, myślę, serio będziemy rozmawiać na serio? To Tan przekonywała mnie jeszcze tego samego poranka, że te rozmowy to formalność, jesteśmy dwie, stanowiska są dwa, no nie ma innej opcji, chcą nas, tylko trzeba dopełnić formalności. Teraz Tan wygląda jak ktoś, kto jest potwornie zmęczony i doprawdy sam nie uwierzyłby sobie drugi raz na słowo.

Pytają mnie, dlaczego powinnam dostać tę pracę. Zaczynam się śmiać. Odpowiedź jest tylko jedna. Lubię tę robotę, a wy chyba szukacie ludzi, którzy lubią swoją pracę, prawda? Tak, prawda, ale pogadajmy o twoim doświadczeniu z ostatnich miesięcy. Czego się nauczyłam. Nad czym wciąż muszę popracować. Jak monitoruję postępy kursantów. Co robię z ewentualnymi absencjami. Szkolenia. Trudne przypadki. Jak formułuję indywidualne cele dla studentów. Zaczynamy dyskutować, bo dlaczego właśnie tak, a nie inaczej, bronię swojego stanowiska i chyba udaje mi się przekonać początkowo nieprzekonaną szefową. Prezentuję przygotowane materiały z lekcji. Gadam, gadam, pytam. Po czterdziestu pięciu minutach wypuszczają mnie, proszą, żebym dołączyła do Tan i poczekała na werdykt.

Kilka minut później stoimy w czwórkę w sali, którą traktujemy z Tan jak nasze wspólne biuro, czując się jak na planie The Great British Bake-Off lub innego Master Chefa. Pytanie, kto odpadnie. Zamiast tego, szefowa śmieje się i mówi, że wita nas w gronie zatrudnionych na stałe lektorów koledżu.

Dostałam pracę, ludzie. Tą samą, co rok temu. 

O tym, kto się przejmuje i dlaczego dzisiaj to nie jestem ja

Jeszcze zanim pojawiła się na zajęciach, wzbudziła moją ciekawość. Bo gdyby odwrócić sytuację i to ja miałabym pomagać na lekcjach polskiego dla obcokrajowców, wybrałabym grupę dla początkujących. Zwykła logika podpowiedziałaby mi, że to tam mogę być najbardziej potrzebna. A tymczasem ona nie. Tak się broniła przed żółtodziobami, że jeszcze na etapie wymiany maili zaczęłam podejrzewać ją o nietutejsze korzenie.

Nie przyszło mi do głowy, że ona po prostu chce ogarnąć język. Swój własny.

Uczę więc ambitnych zaawansowanych, dla których Kraina Deszczu to albo chwilowa przygoda, albo związek na resztę życia, oraz ją - autochtonkę, kobietę, która po przekroczeniu kolejnej dziesiątki życia wymyśliła sobie nauczanie, ale żeby robić to przyzwoicie, najpierw sama musi się nauczyć, co to w ogóle ten past perfect i jak wytłumaczyć go innym. Życie pełne jest paradoksów, a to właśnie jeden z nich. Dokładnie ten sam, co kilka lat temu, kiedy tłumaczyłam Finowi zawiłości polskiej odmiany przez przypadki.

Kontakt z drugim człowiekiem pozwala mi spojrzeć na samą siebie z dystansu. Szczególnie w życiu zawodowym. Bo nie, nie wszyscy tak mają, że się przejmują - błędami, tym, jak zabrzmieli, czy nie byli zbyt lub za mało jacyś. Są tacy, co płyną, pędzą, na łeb, na szyję, na złamanie karku i nawet chwili nie poświęcą refleksji, czy to, co powiedzieli w szesnastej minuście i czwartej sekundzie lekcji, to właściwie po angielsku było, czy może w fatalnej kalce z ojczystego. Bardzo im tego zazdroszczę. Tego szczerego, wypisanego na czole who cares?

Ale te rzadkie chwile olśnienia wynagradzają mi te wszystkie momenty zwątpień, te godziny spędzone nad grubym zeszytem w paski i słownikiem Cambridge. Te chwile, kiedy nowa, podnosząc długopis znad gęsto zapisanej kartki w jej własnym notesie, mówi mi po zajęciach:
- Masz niesamowitą umiejętność dawania jasnego i czytelnego przekazu. Mogłabyś trenować przyszłych nauczycieli na kursach Celty.

Doskonale wiem, że nie mogłabym. A przynajmniej jeszcze nie.

Ale fajnie jest czasem wsiąść we własne auto, zawieźć samą siebie do domu, bo przecież dziś potrafię, a jeszcze rok temu nic na to nie wskazywało, a po drodze puścić do siebie oko, bo właśnie dziś po tej trudnej lekcji, na której ambitni zaawansowani bez uprzedzenia zagrali ze mną w Sto Pytań Do,  popatrzyłam na zawodową wersję siebie z dystansu.

I to był całkiem przyjemny widok.

O tym, że być może to naprawdę koniec

Ojciec Dyrektor postanowił, że to koniec. A ja, niczym Przyszywany Brat, który na wieść o mym zamążpójściu oświadczył, że uwierzy, jak zobaczy, wciąż się z niego podśmiewuję. Nie tylko z niego zresztą, wszak wszystkim wiadomo, że to Mamuśka celuje w tych wszystkich "mam dość, to już naprawdę koniec!" Jedno i drugie od lat tylko się odgraża, a potem każdego ranka z pokorą wydeptuje te same szlaki.

W tę ich emeryturę to ja uwierzę, jak w końcu zobaczę.

Choć przyznaję, że coś wisi w powietrzu. Mamuśka i Ojczulo znaleźli wreszcie nowe lokum, Rodzinny Drapacz Chmur przez najbliższych kilka lat będzie czekał na moment, aż po latach rozłąki z Kocurem znów staniemy się sąsiadkami (o ile to Kocur do tego czasu nie zwieje z Town), a Ojciec Nasz jest aktualnie na etapie wyszukiwania sobie zajęć alternatywnych. Hobby czyli. Na tę rzekomą emeryturę. Bo znów wszystkim wiadomo, że co jak to, ale Ojciec Dyrektor na tej emerytce COŚ robić MUSI. Bo inaczej się udusi. Ewentualnie Mamuśka udusi jego. I dramat rodzinny gotowy. Wszyscy więc zadręczają Ojca jednym pytaniem.

ALE CO TY BĘDZIESZ NA TEJ EMERYTURZE ROBIŁ??

Zauważcie, że nikt nie pyta o to Mamę. Nikt. Mamuśka zawsze coś robi, nawet jak nic nie robi, więc może pierwszego września przez chwilę będzie zdziwiona, że nikt nie oczekuje jej sprawozdań na radzie pedagogicznej, ale potem rzuci się w wir robienia wszystkiego innego i to ją pochłonie bez reszty. Natomiast Ojczulo?

- No właśnie pracuję nad tym - zwierzył nam się niedawno Dyrektor.
(Czujecie tę prześmiewczość losu? Pracuje nad tym, co będzie robił jak przestanie pracować!)
I rapem bardzo się ożywił.
- Bo ja to bym chciał sobie na część etatu popracować w banku. Nie wziąłbym od nich dużo, tyle tylko, żeby trochę zarobić, ważne, że mógłbym sobie siedzieć i przekładać bankoty, wiecie, ja bym je sobie rachował, układał, tulił, głaskał... Jak w raju!

(Prawda, że każdy z Was tak właśnie wyobraża sobie niebo?)

Nawet Mąż Mój, który dotąd przysłuchiwał się majakom teścia w milczeniu, dał się porwać tej wizji.
- To wiesz co? To ty lepiej przyjedź do nas, zorganizujemy ci jakiś wolontariat w banku, kasy z tego może nie będzie, ale za to funty będziesz sobie układał w równe stosiki! Funty, nie jakiś tam złotówki!
Ojcu Memu aż się oczy zaświeciły ze wzruszenia.

Dlatego myślę, że trzeba będzie mu sprawić dobry prezent na tę przyszłoroczną, nową drogę życia, o ile Dyrektor faktycznie zdecyduje się na nią wkroczyć. Jakiś "Monopol" albo zestaw małego bankiera w rozmiarze XXL.

Bo jeśli Ojciec pozostanie z niczym, to wówczas wszyscy będziemy w poważnych kłopotach.

O tym, co skomplikowane

Mąż Mój pochodzi z katolickiej, bardzo wierzącej, praktykującej, a jednocześnie normalnej (to ważne) rodziny.  Jak nietrudno się domyślić, Drudzy Rodzice zaszczepili wiarę w Boga oraz szacunek do Kościoła swoim dzieciom. Wielka Szwagierka śpiewała w kościelnym chórze, a przynajmniej tak mi się wydaje, a mini Inżynier przez 10 lat posługiwał przy ołtarzu jako ministrant, od czasu do czasu podpijając mszalne wino ze swymi religijnymi współbraćmi. I szczerze wierzył w Pismo, upatrując w Kościele źródła życiowej mądrości.

Pamiętam nasze pierwsze wspólne Boże Ciało - nocowaliśmy u Chemików, poszliśmy spać w godzinach porannych, a o nieludzkiej porze, w okolicach ósmej ej em, Mąż Mój stwierdził, że idzie na mszę. Na mszę ORAZ na procesję. Na ciężkim kacu. Ja, pochodząca z bardzo mieszanej pod względem pobożności rodziny, byłam wówczas bardzo niesprecyzowana w kwestii własnej wiary i stosunku do Kościoła. Zakładam, że gdyby tylko istniała taka opcja, ustawiłabym sobie na fejsbuku status "związek z Kościołem: to skomplikowane". Myślę zresztą, że do dziś byłby on aktualny. Anyway, poszłam z nim wtedy na tę procesję, ale do dziś się śmiejemy, że od tamtego momentu to ja systematycznie sprowadzałam go na złą drogę, a nie on mnie na dobrą.

Bo wiele się zmieniło od tamtego czasu. Tak wiele, że Mąż Mój, tak oddany ministrant i parafianin, obecnie ma problem nawet z tym, aby pójść do kościoła w Święta. Role trochę się odwróciły. To ja - ta sama, która sprowadziła go na złą drogę - zwykle namawiam go na wizyty w świątyni Bożej dwa razy w roku. (Na Boga i Karmę, to faktycznie JEST skomplikowane!) Inżynier wciąż powtarza, że wierzy w Coś lub Kogoś Kto Nakręca Ten Świat, że wie, iż Kościół robi dla potrzebujących wiele dobrego, ale jednocześnie nie może patrzeć na te wszystkie praktyki, rytuały, ceremonie, kadzidła, konieczność spowiedzi... Brr! Nie wspominając o mieszaniu się Kościoła do polityki.
- Niedobrze mi się robi, kiedy patrzę na hipokryzję kościelnych głów - mawia.

Nic jednak nie oddaje lepiej jego aktualnego podejścia do Kościoła Katolickiego, głównie polskiego, niż jego sierpniowy komentarz do rzeczywistości.

Weszłam do pokoju i zastałam go stojącego przed telewizorem, plecami do mnie. Oglądał coś na Polsacie, całkowicie skupiony na tym, co przed nim, więc nie miał pojęcia, że stoję tuż za nim. Chciałam go o coś spytać, ale nie zdążyłam, bo naraz usłyszałam jak mamrocze do siebie półgłosem:

- Boszeeee...Święto Przemienienia! Wy się sami, kurwa, przemieńcie!

O wieczornych medytacjach

Stoję na szczycie wysokiej góry. Dookoła pocztówkowy krajobraz - przestrzeń, błękitne niebo, trochę niżej korony drzew. Rozpościeram ramiona, biorę głęboki wdech, na dwie sekundy przestaję oddychać, po czym zaczynam wrzeszczeć.
- Fruziuuuuuuuuu!
Powietrze drży. Chmury ptaków podrywają się z drzew z głośnym trzepotem skrzydeł.
- Fruziuuuuuuuu!
- ... uziuuuuu! ... uziuuuuuu! - zdaje się krzyczeć ze mną cała ziemia.
Jeszcze dwa razy. Albo trzy. Aż zaczyna brakować mi tchu.
Lepiej mi.

Przynajmniej w wyobraźni.

Bo tak naprawdę siedzę na brzegu łóżka, oddycham głęboko, usiłując znaleźć w sobie ten mityczny spokój i nawet odrobinę nie jest mi lepiej.

- Fruziu - mówię poirytowana. - Jak zaraz nie przestaniesz szaleć, to ja oszaleję!

A  do siebie szepczę:
- Zaraz pierdolnę sobie w łeb!

Fruzia zasypia po kolejnych dziesięciu minutach. Stres wieczornego usypiania mija, a ja...

Ja jestem z siebie dumna, bo to jeden z tych dni, kiedy po godzinnych przytulasach, śpiewankach i szeptankach, Fruzia tylko przez kilka minut podwyższała mi temperaturę ciała. Podgrzewała mnie na małym ogniu, można by rzec. A przecież potrafi doprowadzić do wrzenia i nie zmniejszać płomienia nawet na chwilę, aż do momentu, kiedy wszystko kipi i natychmiast zasyfia moje matczyne samopoczucie. Zawsze wtedy, kiedy już ochłonę i przestanę zagryzać zęby, wściekła o to jej godzinne kopanie, szamotanie się, rzucanie smoczkiem i lalkami, zawsze wtedy patrzę na nią jak śpi spokojnie, jak ooddycha rmiarowo, na te jej loki patrzę i myślę sobie, że durna jestem, bo powinnam się przyzwyczaić, nie wkurzać się, bo i po co, w końcu i tak zaśnie jak teraz, a poza tym popatrz sobie, matko głupia i pomyśl, co teraz czujesz. Miłość, czystą, matczyną miłość. I głaszczę ją i mówię jej, że i tak kocham ją najmocniej w kosmosie, nawet jak wkurza mnie nieziemsko. Następnego dnia znów przytulanki, szeptanki, śpiewanie. Luz i spokój, nawet jeśli ona w swym zmęczeniu znów zaczyna się szarpać. - To ostatnia faza przed właściwym zasypianiem - śmiejemy się z Inżynierem. Śmiejemy się aż do następnego razu, kiedy hormon stresu zalewa mi mózg. On sugeruje, że może ona sama już powinna, książeczka, buzi w czółko, dobranoc, papa, ale ja się uparłam jak muł bagienny, choć widzę wiele racji w jego rozumowaniu. Nawet spróbowałam raz czy dwa. Dramatyczne 'mummyyyyy!' dobiegające z jej sypialni wierciło mi dziurę w głowie, a ja, zamiast odpoczywać, stresowałam się jeszcze bardziej niż gdybym tam z nią była i odbywała jedną z naszych małych - wielkich sprzeczek. Więc wracam, jak bumerang wracam, mimo dobrych i prawdziwie życzliwych rad. Wracam, bo wciąż chcę, bo tak sobie wymyśliłam, ja sama, nie żadna matkapolka wtłaczająca mi do głowy, co powinnam, a czego nie. Wracam i widzę, że robię postępy w matczynym programie osiągania stanu oświecenia. Aż do następnego razu.

Wracam co wieczór, bo kiedyś ona i tak mi powie, że mam sobie iść. Da mi buziaka w czółko, powie dobranoc, zrobi zawadiackie papa i tyle mnie tam będzie.

A do tego czasu, zawsze wtedy, kiedy zawita  pms albo szczególnie dokuczy jesienna chandra, będę wdrapywać się na tę swoją górę i będę wrzeszczeć w wyobraźni do utraty tchu.

Albo w afekcie naprawdę pierdolnę sobie w łeb. :-)

O mummy, która długo była sad

Na drugie urodziny Fruzia dostała układankę. W jej skład wchodzi cała rodzinka drewnianych misiów - mama, tata, córeczka i synek. Cała zabawa polega na tym, aby w odpowiednio wyżłobione miejsca na drewnianej deseczce powstawiać misiowe główki, tułowia i nóżki w różnych rozmiarach, a to wszystko odziane w fantazyjne wstążki, kapelusze, spodnie, sukienki i co tam jeszcze misie noszą. Ubrania można układać w kolorystycznie dobrane zestawy lub pokierować się tasmańską fantazją, na przykład strojąc głowę rodziny w kapcie, dół od piżamy i puchową, zimową kurtkę. Bo kto zabroni?

Fruzia zakochiwała się w misiach powoli. W przeciwieństwie do mnie, bo ja straciłam dla nich głowę natychmiast. (Gdybym nie czuła się idiotycznie, zażyczyłabym sobie podobny zestaw na własne urodziny. Może tylko wymieniłabym większość garderoby mamy miś na coś bardziej modnego, bo nasze gusta jakoś się w tej kwestii rozjeżdżają.) W pewnym momencie pomyślałam nawet, że być może to po prostu nie jest to, co Fruzie lubią najbardziej i tyle. A tymczasem z początkiem lata uczucie zaskoczyło i rozwitło gwałtownie z pełną mocą. Co, nie ukrywam, trochę wpłynęło na moje własne uczucia do misiów (babie nie dogodzisz), bo wiecie jak to jest, kiedy zmuszeni jesteście towarzyszyć dziecku przy jednej układance jakieś trzydzieści razy dziennie. Wiecie, prawda? No właśnie.

Do tego Fruzia nie ułatwiała sprawy, bo od początku jest strasznie monotematyczna w kwestii własnego (córeczka miś) oraz mojego (mama miś) stroju. Jakimś cudem Rudolfa (synek miś) i tatę misia ubiera różnorako, siebie jedynie w nieśmiertelny różowy zestaw, a mnie... Szkoda gadać. Czarne buty z białymi skarpetkami, a do tego fioletowa bluzka. Fioletowa! Wszyscy wiedzą, że we fioletach wyglądam... fioletowo, a mimo to Fruzia uparcie stroi mnie w ten kolor. I gdyby jeszcze na tym się skończyło...

- Fruziu, czy mogłabyś zmienić mamie buźkę na uśmiechniętą? - pytałam spokojnie w czerwcu.
Nie, nie mogła.
- Mummy sad! - mówiła z mocą.
No dobra, niech jej będzie. Przecież nikt nie jest na okrągło wesoły, prawda? *
- Fruziu, ale zobacz, przecież mama dużo się uśmiecha - nalegałam w lipcu, szczerząc się przesadnie do Tasmana.
Misiowa mama wciąż tryskała na boki japońskimi łzami.
- Mummy sad! - wkurzało się dziecię, kiedy przemocą usiłowałam wyrwać z deseczki misiową głowę mamy.
- Fruziu, proszę natychmiast zmienić mamie twarz! - zażądałam na początku sierpnia.
No ileż można płakać??
Zaczęłam też zastanawiać się, czy przypadkiem mnie się tylko nie wydaje, że dużo się uśmiecham. Może Fruzia widzi we mnie wiecznie smutną i niezadowoloną z życia babę? Może...

- Fruzia bardzo często pociesza płaczące dzieci - powiedzieli mi w przedszkolu. - Wodzi palcem wzdłuża policzka, pokazując, że płyną im łzy. Dlatego naszym kolejnym krokiem będzie nauka słów wyrażających emocje. Na razie wiemy, że potrafi jedynie powiedzieć 'sad'.
Parsknęłam śmiechem.
Rzeczywiście, nagle dotarło do mnie, że pierwsze nieśmiałe 'happy' dopiero niedawno zaczęło wydobywać się z jej wnętrza. A więc to tak! Fruziak, mądrala, nauczyła się jednego słówka, nasłuchała się zawodzących bejbików z sali obok i teraz wszyscy na tym świecie są 'sad'!* Do końca dnia nie mogłam przestać się śmiać.

Kilka dni później udało mi się przekonać Tasmana, że mama chciałaby mieć radosną buzię w układance. Niech już te straszne buty i fiolety zostaną, ważne, że wreszcie - i bardzo wyraźnie - Fruzia zdecydowała, że 'mummy happy'.
- Mummy! Happy! - krzyczy teraz, kiedy wysypujemy kawałki misiowej rodziny na dywan.

Bo że tata miś od zawsze śmieje się pełną gębą, to chyba oczywiste? Nawet wtedy, kiedy werbalnie wszyscy wokół byli 'sad', tata miś pozostawał milcząco radosny. Od dnia numer jeden.

- Przeklęty napój bogów! - skomentowałam sobie kiedyś półgłosem. - To dlatego wciąż się tak szczerzy!

* Oprócz taty misia...

O karmie

Mój śp. Dziadek Stefan miał z nami, szarańczą, ciężkie życie. Nie dość, że chłopaczyska palili ogniska tuż przy wiśniach, chowając się w ich gałęziach i udając, że ich tam nie ma, a ten dym to w ogóle nie wiadomo skąd tam się wziął, to jeszcze wszyscy łaziliśmy po dachu długiego budynku gospodarczego, od którego nie mogliśmy czasem odkleić stóp, bo pod wpływem wysokiej temperatury papa lepiła się do podeszew, a z którego łatwo było spaść i się połamać. Tak widzę to dzisiaj, bo wówczas nie bardzo czułam, o co tyle szumu, choć z drugiej strony, jak znałam dziadka, ułana z krwi i kości, to nie martwił się on zbytnio o nasze zdolności cyrkowe lub instynkt samozachowawczy; chyba bardziej chodziło o to, że my mu ten dach zwyczajnie systematycznie niszczyliśmy.
- I nawet ty! - rzucał od czasu do czasu Dziadek, widząc mnie w towarzystwie chłopaczysków.
Bo rzadki to był widok. Oni mieli swój świat, do którego bronili mi dostępu, czasem kusząc możliwością akcesu, jeśli zaliczę wszystkie wyznaczone mi przez aktualnego herszta bandy zadania; ja miałam swój, w którym szyłam lalkom ubranka, czytałam książki i podlewałam z Babcią kwiaty, choć momentami tęsknie wodziłam za Wielkim Bratem, Pedrem i Młodszym osamotnionym, dziewczyńskim wzrokiem. Żadnego chrztu nie zaliczyłam. Nie umiałam pluć, strzelać kulkami z rurek, z procy, ani z łuku własnej roboty, bałam się wspinać zbyt wysoko na drzewo... I tylko włażenie po drabinie na dach szopy i budynku gospodarczego jakimś cudem nieźle mi wychodziło.
- Cholery jedne! Złaźcie natychmiast, bo was zaraz sam przegonię! - wygrażał nam Dziadek, który chwilę wcześniej zobaczył nasze harce przez okno i natychmiast wybiegł z domu, żeby dać nam burę, podczas gdy my, jak to dzieciaki, albo chichraliśmy się niespokojnie, chowając za komin i drażniąc Dziadka jeszcze bardziej, albo w końcu złaziliśmy, choć z daleko posuniętą ostrożnością, coby nas Dziadek nie capnął za ucho lub dwa.

Potęga autorytetu, bo nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek to zrobił.

Wszystkie te scenki stanęły mi przed oczami któregoś słonecznego, sierpniowego dnia. Fruzia biegała z Rudolfem między kuchnią a naszym kawałkiem trawnika na tyłach domu. Wyjście na przód domu, a ostatecznie też i na ulicę, jak zwykle w okresie letnim zatarasowaliśmy położonym na ziemi dużym koszem na śmieci. Fruzia jest jeszcze zbyt mała, żeby swobodnie go odsunąć, zaś Rudolf zbyt leniwy na próbę sforsowania przeszkody jednym zgrabnym labradorskim skokiem. Oboje zresztą uwielbiają snuć się po tym wydzielonym kawałku przestrzeni bez ciągłego otwierania i zamykania drzwi oraz bramki do ogródka, wszyscy więc byli szczęśliwi. Oni, bo mogli biegać, ja - bo mogłam spokojnie odkurzyć. Takie to ekscytujące rzeczy czyniłam w chwilach wolnych od pracy i rzadko ustającego "mummy, (ch)oć!".
Po kilku minutach względnej ciszy - a ciszą nazywam ten stan, w którym słychać jedynie włączony odkurzacz / pralkę / kosiarkę bądź inne wyjące urządzenie elektryczne - wyłączyłam wreszcie sprzęt i zaczęłam nasłuchiwać. Jakikolwiek odgłos bawiącej się, kłócącej z Rudolfem, czy też mamroczącej do siebie Fruzi byłby dla mnie wystarczającym znakiem, że wszystko jest ok, nic niepokojącego się nie dzieje, możesz matka odkurzać dalej. Ale cisza była naprawdę głucha. Taka, że nic a nic, nawet muchy akurat nie brzęczały. Westchnęłam więc, zastanawiając się, co też tak stonowało tę głośną zazwyczaj dwójkę i powlokłam się do kuchni. Wystarczył mi jeden rzut oka przez okno na ogródek nasz i sąsiadki z góry, żebym wybiegła z domu jak oparzona.

Fruzia stała na drabinie w ogródku Zamroczonej. Była w połowie drogi na murek. Rudolf zaś spokojnie skubał sobie trawę u jej stóp, zupełnie niezainteresowany poczynaniami siostry.

Zamroczona też dojrzała ich z okna i wybiegła z domu w tym samym momencie co ja.

- Fruziu, zejdź natychmiast, nie wolno wchodzić na drabinę - powiedziałam najspokojniej jak się dało, choć miałam wrażenie, że tylko ja z zebranych dostrzegam ten swój stoicki spokój i zimną krew. Znów zero uznania ze strony otoczenia.
Mała spojrzała na mnie niewinnie, ale posłusznie zaczęła wracać na ziemię, coś tam do siebie mamrocząc pod nosem.
(- I już zaczyna pyskować! - pomyślałam po raz kolejny w tym macierzyńskim życiu.)
- A ty... ty cholero jedna! - zwróciłam się z wyrzutem do Rudego. - Ty miałeś jej pilnować!
Sierściuch machnął kitą na znak, że przecież właśnie tak wygląda jego pilnowanie - w końcu jest tam, gdzie ona, prawda? - po czym wyluzowany wrócił do wpieprzania trawy. Wegetarianin się znalazł, psia mać!

Tamtego dnia trochę się wystraszyłam, ale kolejne dwa razy, kiedy ściągałam Fruzię z drabiny Zamroczonej dokładnie z tej samej wysokości, trochę mnie uspokoiły. I rozbawiły.
- Ty naprawdę nie odpuszczasz! - rzuciłam po cichu w przestrzeń. - Zawsze wracasz, zawsze, choćby z najmniejszą pokutą!

I chociaż nie mogłam jej zobaczyć, dosłownie czułam, że się uśmiechnęła.

Do Fruzi też wróci w odpowiednim momencie. :-)

O tym, co robię w pracy, kiedy (nie) uczę

- Fruziu, jutro jest ostatni dzień naszych prawie-wakacji - oznajmiłam córce tonem dalekim od żałobnego. - Od poniedziałku wpadamy w szpony rutyny - dodałam.

Założę się o bloga, że to kwestia tej pracy, w tym miejscu i z tymi ludźmi. Po raz pierwszy w tym życiu tutaj przepracowane lato wciąż miało smak lata, odliczanie do weekendu wiązało się jedynie z oczekiwaniem na więcej czasu razem lub kolejny wypad przed siebie, a perspektywa nowego roku szkolnego nie wydaje się końcem świata. Choć i tak w placówce nikt zdaje się nie wierzyć w moje zapewnienia, że było fajnie. Wciąż tylko bless you! na zmianę z poor you! od tych, co to świeżo po Hawajach. Jeszcze chwila, jeszcze momencik, a na ołtarze mnie wyniosą. Męczennica koledżowej ławy niosąca kaganek oświaty integrującym się w Królestwie przybyszom. To o mnie. A w zasadzie mogłoby być o mnie. Mogłoby, gdyby nie ten drobny fakt, że w na wpół opustoszałym koledżu mogłam wreszcie poczuć się jak na czerwonym dywanie wśród klikających na mój widok kserokopiarek błysków fleszy, oraz to, że moi kursanci zadbali o iście radosną atmosferę w klasie. Jak na lato przystało. I doprawdy cieszę się, że nikt w najbliższym czasie nie zamierza przepytywać mnie z zakresu moich zawodowych obowiązków, bo gdybym miała wyrecytować taki na podstawie ostatnich dwóch miesięcy, ręczę identyfikatorem otwierającym mi wszystkie koledżowe drzwi, że byłby to poemat zupełnie inny od tego, jaki dostarczono mi na papierze niespełna rok temu.

Tylko wczoraj na jednej trzygodzinnej sesji niańczyłam dziesięciomiesięcznego, czarnookiego skrzata, który usiłował zjeść długopis, kartkę i jednocześnie własną dłoń, podczas gdy jego rodzice rozwiązywali krzyżówkę o intrygującym tytule 'Jobs', umawiałam do-dziś-nie-wiem-kogo (kuzyna kolegi kuzyna kursanta?) na wizytę w szpitalu na oddziale ortopedii, brata mojego kursanta na spotkanie w job centre, szukałam odpowiedzi na pytanie, czy w Krainie Deszczu można zdawać egzamin na prawo jazdy po arabsku, rozmawiałam o spawaniu, o którym nie wiem nic oraz drukowałam bilet do Londynu. I to chyba oczywiste, że nie dla siebie.

Wcześniej zresztą też było wszystko.

Ktoś koniecznie chciał kupić mój samochód, ale że Mikruska pomyślnie przeszła ostatnie em-oł-ti, nasz związek jeszcze się nie rozpadł, wobec czego rozżalony samozwańczy kupiec znalazł sobie na ebayu Mikrusowego sobowtóra, o czym nie omieszkał mnie poinformować pewnego poniedziałkowego poranka, triumfalnie wymachując mi zdjęciem w telefonie przed nosem. Wiedziałam, że ja i Mikruska jesteśmy lokalną atrakcją, ale żeby aż taką, by od razu iść w nasze ślady?!

Ktoś odmówił napisania testu diagnostycznego. I żeby jeszcze odmówił i kropka, nie kruszyłabym kopii, ot, uznałabym, że ma testofobię. Albo że po prostu ma na mnie alergię. Ale nie, on odmówił, bo uznał, że jak tylko własnoręcznie postawi jakikolwiek znak graficzny na podsuniętym mu pod brodę papierze, ja ten cenny znak natychmiast oddam do urzędu imigracyjnego, coby delikwenta legalnie przebywającego w Królestwie wydalić na mocy nieistniejących przepisów. Potrzeba było czterech innych osób, siedemnastu pieczęci od dwudziestu niezależnych od siebie instytucji oraz tłumacza przysięgłego, aby wy-tłumaczyć nowemu nabykowi, że test jest bezpieczny. Długopis również.

Jeszcze ktoś inny nie mógł przestać zapraszać nas na lunch. Wszelkie wiarygodne i niewiarygodne wymówki skończyły się mnie i pomagającym mi - wedle nomenklatury Ojca Dyrektora - asystentkom w okolicach czerwca. Argument, że Kraina Deszczu nie przewiduje relacji uczeń - nauczyciel wykraczającej poza koledżowe mury, nijak nie trafiał do Mojżesza. Nawet wtedy, kiedy z pomocą słownika wyklepałam mu go - ten argument znaczy - na klawiaturze.
- Teacher! - Mojżesz uczynił w powietrzu nieokreślony ruch dłonią, a twarz wykrzywił w dziwnym grymasie trochę przypominającym mi złoszczącą się Fruzię.
(Może mnie właśnie przeklął w imię Allaha?)
- Teacher, no worry, it's ok!
Po czym ponowił zaproszenie.

I właśnie wtedy jedna z moich nieocenionych asystentek wpadła na pomysł, że skoro my nie bardzo możemy na ten lunch, to niech ten lunch do nas przyjdzie! Jak nie Mahomet do góry, to góra do Mahometa. Albo jakoś tak. Nawet etnicznie się zgadza. Miesiąc i osiemdziesiąt przypominajek później na koledżowe ławy wjechało syryjsko-polsko-angielskie jadło, a mnie aż zatkało nie tylko od tego, co właśnie mieliło moje jakże nagle egzotyczne podniebienie, ale przede wszystkim z wrażenia, że oni to jedzenie naprawdę tak na serio, serio, śmiertelnie poważnie traktują. W sensie - jaki McDonalds? Jakie KFC? Domowe żarcie, poczynione dłońmi żon i matek lub co bardziej do przodu mężczyzn, to podstawa nie tylko ramadanu, nie tylko przeżycia, ale przede wszystkim satysfakcjonującego lifestyle'u. Czego akurat Kraina Deszczu powinna się od nich uczyć. A jedliśmy między innymi to:


Przepis na kurczaka w galarecie made by Inżynier oraz na rolmopsy made by Aldi Wam daruję. Zdradzę tylko, że galareta się przyjęła.
- Yes, teacher, thank you, I take it for my wife - z aprobatą przyjął Mojżesz moją propozycję rozparcelowania resztek jedzenia na kilka domów.
Śledzie zaś niekoniecznie.
- I'm allergic to seafood! - wykrzyknął Fadi płynną angielszczyzną.
W ostatniej chwili powstrzymałam parsknięcie buzią pełną dziwnych liści. Nie mogłam bowiem przypomnieć sobie, kiedy ostatnio usłyszałam od Fadiego równie piękne zdanie w języku tubylców. Wygląda na to, iż potrzeba (strach?) jest matką lepszej komunikacji.

Inżynier zaś ze stoickim spokojem przyjął powrót rolmopsów do naszej lodówki.
- Super, miałem nadzieję, że nie będą im smakowały! - uśmiechnął się chytrze.

Zupełnie jak Fruzia.