O gruncie rzeczy

Na balkonie obok mnie kobieta, mniej więcej rówieśniczka. Obie opieramy się o barierkę, choć ja od czasu do czasu odrywam się od niej, sięgam do stolika po kubek z kawą i po trzech łykach odstawiam go z powrotem. Mam wrażenie, że ten czerwony napis ostrzegawczy ciągnący się kilkukrotnie przez całą długość balkonu skierowany jest właśnie do takich jak ja, takich, co to czasem gubią głowę przed południem i zanim pomyślą, dobudzą się gorącą kofeiną wstrzykniętą dogardłowo nad głowami wchodzących do sali spóźnionych rodziców i dzieci. Do mnie on. Choć i tak jestem na tyle przytomna, żeby znów go zauważyć.
Zerkam na nią ukradkiem i myślę sobie, że to chyba jej pierwszy lub jeden z pierwszych razów na balkonie. Stoi tam tylko fizycznie, bo tak naprawdę całą sobą jest na dole przy swoim Feliksie. Lokalizuję go bezbłędnie po dwóch pierwszych minutach. Trochę młodszy od Fruzi, trochę rozkojarzony i bardzo wyluzowany toddler.
- Do zielonej... do zielonej teraz ... - mówi ona do niego.
Szeptem najpierw, zupełnie jakby jej się wyrwało tylko, ale za chwilę słyszę ją już całkiem wyraźnie. Ja i zdecydowana większość balkonowiczów.
- Zapomniałeś o czerwonej... Feliks! Czerwona... czer...
Mały, zupełnie nieświadomy instrukcji rodzicielki - za wysoko i zbyt daleko do nich - najpierw stoi na środku sali, jakby nie wiedząc, co dalej, ale zanim instruktorka zdąży zareagować, już pędzi do reszty grupy, łapie za czerwoną torebkę i rzuca nią niedbale na czerwoną część materaca. Zupełnie jak Fruzia, która chwilę po nim wali torebkami bez zastanowienia, z miną 'to zadanie to chyba dla bejbików, phi!'
Mama Feliksa aż sie uśmiecha, widzę to kątem oka. Potem łapię jej spojrzenie i też się uśmiecham.
- Roztrzepany jakiś jest dzisiaj - mówi, usprawiedliwiając się trochę.
Nie ma powodu, myślę, ale nic nie odpowiadam, bo sama nie wiem, czy ona to do mnie, do kogoś obok, czy w przestrzeń.
Dobrze, bo chyba jednak nie do mnie.
Młode pokonują na dole swój tor przeszkód. Fruzia wędruje pewnie po ławeczce opartej pod niewielkim kątem o gruby materac. U góry czeka na instruktorkę, a potem z jej pomocą wchodzi na równoważnię i przemierza całą jej długość. Na końcu zatrzymuje się, słucha wskazówek trenerki. Ta pomaga utrzymać jej postawę, a potem lekko tylko asekurując ją po bokach, każe skakać. Fruzia skacze. Więcej w tym entuzjazmu niż techniki, ale ląduje na dwóch zamiast na czterech, dalszą postawę ma głęboko gdzieś, macha rękami na boki na odwal, jakby chciała odbębnić jakieś nudne zadanie domowe i pędzi do następnego ćwiczenia. Cała ona. Tak mnie ten widok rozbawia, że zanim się obejrzę, a już prycham w kubek z kawą, to dziecko jest komiczne i zupełnie nie przeszkadza mi trzeźwa myśl, że być może tylko dla mnie i dla niego. I może jeszcze dla reszty rodzinki.pl.
- Feliks... Feliks! - trochę niepewnie woła kobieta obok mnie. Lekko wychyla się za barierkę. Widzę, że wolałaby tego nie robić, ale nie może za siebie, no nie może i już.
- Feliks... ominąłeś jedno ćwiczenie!
Też to miałam. Niby nie do końca wyartykułowane, ale miałam, jasne, że tak. Może to to nauczycielskie sumienie, które podpowiadało mi, że jako trenerka wolałabym, aby rodzice nie udzielali się z tego balkonu, ale wiem, jakie to czasem trudne. Z tej początkowej ekscytacji też chciałam krzyknąć jej, że Fruziu, tam miałaś zrobić przewrót w przód, a nie kraul na sucho po materacu!, ale na szczęście w tych pierwszych momentach miałam przy sobie Husię, przy której mogłam wywracać oczami i bezkarnie zachwycać się swym niezmiernie utalentowanym dzieckiem bez wydawania jej instrukcji z rodzicielskiego szczytu.
Śmiać mi się chce, bo Feliks jest dziś na absolutnie innej planecie. Wędruje sobie od stacji do stacji luzackim krokiem właściciela wszystkich siłowni w okolicy, tu coś rzuci, tam popełznie, gdzie indziej zrobi ćwiczenie po swojemu, podczas gdy instruktorka cierpliwie sprowadza go na właściwy tor wydarzeń. Mama Feliksa powoli się wycisza i już tylko śmieje się do siebie cicho. W zasadzie obie się śmiejemy, bo Fruzia ma dziś misję. Ma podskoczyć trzy razy na miękkim materacu, a po trzecim skoku wrzucić całą swą postać do basenu z gąbkami. Instruktorka pokazuje jej, jak wykonać poprawny skok, Fruzia niby słucha, ale widzę, że aż się pali do akcji, wreszcie ląduje w basenie. Gramoli się do wyjścia, pędzi do następnej przeszkody, a kiedy kilka minut później dociera do tego samego miejsca, zdecydowanym gestem odpycha rękę trenerki. Niemal słyszę jak mówi do niej - myself! Chyba dziś skonam przy tej barierce.

Rozglądam się. Cały balkon to tak naprawdę kawiarnia. Kilka stolików, krzesełka, przemiły pan, który na moje entuzjastyczne yes, please! zawsze dosypuje do cappuccino podwójną porcję czekolady. Jakaś mama przy jednym ze stolików karmi piersią niemowlę. Jakiś ojciec czyta gazetę. Reszta rodziców, głównie mam, popija swoje kawy - właśnie to do mnie dociera - przy barierce, opierając się o nie tyłkami, plecami, biodrem lub dłonią. Stoją samotnie, parami lub w małych grupkach. Rozmawiają o dzieciach, o pracy, obgadują sąsiadów, grzebią w telefonach. Jedni szepczą, inni rozprawiają półgłosem, czasem wybuchając śmiechem. Ale wszyscy, absolutnie wszyscy z tych barierkowiczów co jakiś czas machają ukradkiem do swoich dzieci, po cichu komentują  to, co dzieje się na dole, coś komuś pokazują palcem.

Może też mieli kiedyś plan. Może któreś z nich kupiło kiedyś różowy notes do spisywania tego wszystkiego, czego nie ma kiedy spisać, sądząc, że razem z lekcjami gimnastyki dla potomka, kupili sobie czterdzieści pięć minut na myślenie tylko o sobie. A może nie mieli planu, bo już wiedzieli, że zamiast siedzieć przy stoliku, będą podpierali barierkę. Ja przestałam zabierać ze sobą różowy notes, bo też już wiem.

Ależ jesteśmy do siebie podobni.

Latoś

Wczesną wiosną Babcia zaczynała snuć plany na nadchodzące miesiące.
- Latoś, jak Bóg zdrowie da i zrobi się cieplej, posprząta się na cmentarzu. Od Wszystkich Świętych jeszcze nikt tam porządków nie robił, wszystko to to zabiegane, gdyby tak człowiek sam mógł iść i wszystko zrobić, ale zdrowie już nie to. Pójdziemy razem i posprzątamy, ty jesteś dobry dzieciak, na tych luntrusów nie mam co liczyć.
Długo nazywałam ją Latoś. To było jedno z tych słów, które mnie rozśmieszało, a które kojarzyłam tylko z nią. Postawiłam je na półce obok tych jej ukochanych luntrusów, szarańczy i statków. Statki myła w dwóch wielkich misach ustawionych na krzesłach jedna obok drugiej. W pierwszej woda z płynem, w której topiły się wszystkie brudy, blee, nie mogłam na to patrzeć, choć nigdy nic nie powiedziałam, ja, miastowe dziecko, przyzwyczajone do mycia garów pod bieżącą woda - szybko, czysto i estetycznie. W drugiej już bez chemii, tam opłukane naczynia odzyskiwały względny blask. Na końcu któraś z nas ze ścierką do polerowania.
Chodziłyśmy na ten cmentarz co jakiś czas tylko, wczesnym wieczorem, kiedy słońce wędrowało w dół ku linii horyzontu. Babcia wręczała mi metalową konewkę, do reklamówki wrzucałyśmy małe grabki, szufelkę, jakiś znicz, pudełko zapałek, czasem kwiaty ścięte w ogródku, odurzające intensywnym zapachem, jakby mieszaniną lata i kościelnych ołtarzy. Miotła z brzozowych witek ciasno przewiązanych w kilku miejscach sznurkiem czekała przy pomniku, choć bywało, że i nie, Babcia nie mogła tego pojąć, że z cmentarza tak można, bez wstydu. Tymi miotłami odkurzałam też w dużym pokoju dziadków -  od środka dywanu ku brzegom, pas po pasie, i ku podłodze, z której potem wymiatało się wszystko zwykłą szczotką. Szłyśmy na ten cmentarz tym dłużej, im więcej kumoszek Babci spotykałyśmy po drodze. A czyja ona? Średniej? Niemożliwe! Tak urosła, tak urosła, pannica już jaka! A dobrze się uczysz? Uśmiechałam się lekko, odpowiadałam zapytana, niepytana milczałam i ochoczo biegłam do studni po wodę do wielkich wazonów i donic. Albo wynosiłam całe torby zwiędłych, zalatujących zgnilizną kwiatów na malownicze śmietnisko usypane niedaleko głównej bramy. Robiłam porządny zamach i rzucałam reklamówkę z brudami wysoko i daleko, na sam szczyt tej spleśniałej góry, a przynajmniej tak mi się wydawało że na szczyt, a potem uciekałam w popłochu przed muchami, zapachami i całym tym syfem, który dziś miałby szansę znaleźć się w uzasadnieniu głównej nagrody w prestiżowym konkursie fotograficznym. Jeszcze tylko trzeba było pozamiatać, grabkami wyznaczyć szlaczek wokół pomnika, znak, że się było i dopilnowało, krótka modlitwa, westchnienie Babci i ruszałyśmy w drogę powrotną. Babcia szczęśliwa, będzie mogła spać spokojnie. Jeszcze tylko dwie kumoszki w drodze do domu. A ty czyja jesteś? Od średniej czy najmłodszej?
- Babcia, a ja ją znam?
- No pewnie, ona od Kamińszczaków jest, znasz jej córkę, wiesz, ta co...

Codziennie pod wieczór posyłała któreś z nas do cioci Jadzi po mleko. Najczęściej mnie, bo luntrusy latali. Ciocia Jadzia mieszkała na rogu tej samej ulicy - co ja opowiadam, mieszka nadal. Żadna to wyprawa, trzydzieści metrów i już otwierało się wielką, brązową furtkę, od której do werandy prowadził długi betonowy chodnik. Szłam chętnie, przyniesienie mleka było rodzajem misji, chociaż nigdy nie byłam pewna, co zastanę u cioci na podwórku. Ciocia miała przy budzie dużego psa stróża, czasem po zmierzchu biegającego samopas po części gospodarczej, tuż przy oborze. Od chodnika oddzielała go siatka, ale matko boska, jak ja się go bałam, kiedy musiałam wędrować wzdłuż tego płotu, podczas gdy skaczący i ujadający po drugiej stronie  wilczur odprowadzał mnie głośnym szczekiem do samych schodów! Kiedy ciocia albo wujek otwierali mi drzwi, oddychałam z ulgą.
Mleka nie lubiłam, szczególną niechęcią darząc właśnie to, które niosłam do domu w kance - świeże, ciepłe, prosto od krowy. Cały dom cioci pachniał tym mlekiem właśnie, mlekiem z kożuchem i tymi krowami. Kożuch przyprawiał mnie o odruch zwrotny, krowy napawały mnie lękiem, bo ja z tych bojaźliwych, co to później naprzeciw wszystkim swoim strachom wychodzą, bo ileż można się w życiu bać. Obserwowałam je więc z niejaką fascynacją, kiedy wracały pod koniec dnia z pastwiska, prowadzone ulicami Rancza tuż pod naszymi oknami. Kroczyły leniwie i dostojnie po kocich łbach, co jakiś czas odganiając ogonami natrętne owady. Ich pochód na tle granatowo-różowego nieba zwiastowało głośne muczenie i charakterystyczny dźwięk dzwonków noszonych przez krasule na zwalistych szyjach.
- Napij się - mówiła czasem Babcia, nalewając mi mleka do dużego kubka. - Spróbuj przynajmniej.
Natychmiast zaciskałam usta w ciup, zakrywałam buzię dłońmi i odwracałam głowę. Czasem dałam się namówić na kakao.

Dopóki byliśmy mali, szorowała nas po wakacyjnym intensywnym dniu w wielkiej balii. Trzeba było nagrzać kilka garów wody, dopełnić wrzątek zimną, namydlić delikwenta mydłem i spłukać kolejnym garem letniej wody. Lubiła sobie pogderać, że Pedro i Młodszy Kuzyn to jakby się w węglu wytarzali, każdego wieczoru to samo. Jak ta szarańcza pójdzie do szkoły, to sobie odpocznę, powtarzała całkiem głośno. Szarańcza tylko chichotała, nie przejmując się tym jej marudzeniem ani trochę. A potem, kiedy we wrześniu rozjeżdżaliśmy się do swoich domów, zaczynała tęsknić jeszcze tego samego dnia.

Wieczorem modliła się w kuchni, przy zgaszonym świetle. Rzadko śpiewała, choć głos miała piękny, a przed moją erą należała do chóru kościelnego. Na palcach jednej dłoni mogłabym zliczyć te obrazy, ale mam je, podkradzione i zapamiętane, kiedy wydawało mi się, że nie widzi, nie wie. Śpiewała chyba tylko w chwilach jakiegoś szczególnego odśrodkowego poruszenia, którego wtedy nie rozumiałam, choć podskórnie wyczuwałam. Zastygała najpierw na brzegu łóżka, zgięta w pół, lekko wychylona do przodu, zgarbiona, z łokciami podpartymi na kolanach, ze wzrokiem utkwionym tam, dokąd żadne z nas nie miało dostępu. Zdarzyło mi się widzieć jak płakała. Miałam wrażenie, że to wspomnienia tak ją poruszają, a może tęsknota. Zastanawiałam się czasem, czy tęskni za swoją mamą, bo wtedy - i dziś, i zawsze - życie bez mamy było dla mnie czymś totalnie niewyobrażalnym. Nawet jeśli się było już czyjąś babcią. Wtedy właśnie śpiewała. "Madonno, Czarna Madonno, jak dobrze twym dzieckiem być..." Znałam to na pamięć. Nie miałam głowy do nazwisk, twarzy i koligacji rodzinnych, ale do jej pieśni kościelnych i dziadkowych żołnierskich miałam najlepsze ucho w rodzinie. Kiedyś zabrała mnie na pielgrzymkę do Lichenia organizowaną przez jej parafię. Byłam chyba jedynym dzieckiem w tym towarzystwie, powinnam była się wynudzić, ale nie, ten jej świat mnie trochę intrygował. Po dziecięcemu zazdrościłam jej tej wiary, bo moja zawsze była chwiejna. I tego, że nic sobie nie robiła z dzieci, tych jej i tych przybranych, którym zdarzało się wywracać oczami na wieść o czekającej ich porannej mszy. To była zresztą jedyna zbrodnia, której się wobec niej dopuszczano. Bo jak Babcia kazała iść, to szli wszyscy - córki i syn, zięciowie i synowa, dzieciarnia - nawet jeśli panowie niecierpliwie opuszczali ławki przed końcem kazania, bo mecz. Jak się chciała modlić wieczorem, to kazali się dzieciarni uciszyć. Jak którego łajała, to  ten natychmiast się kajał. Jak była chora, to wszyscy złazili się na kupę i zapominali, o co pokłócili się przedwczoraj.

W głowie mi się nie mieściło, że można spojrzeć na człowieka i już wiedzieć, w czym będzie dobrze wyglądał, a potem tak po prostu to uszyć. Ja widziałam tylko fragmenty materiałów ciętych wzdłuż przerywanych kredowych linii, ona miała już w głowie całość. Jej klientki mogły przyjść z własną wizją, z niemieckim katalogiem domu mody w ręku, bądź zdesperowane, bo ani jednego ani drugiego, a za tydzień wesele kuzyna, pani Heleno, pani ratuje! Mierzyła więc, mówiła, czego na pewno nie zrobi, bo będzie źle wyglądało, kazała stawić się do przymiarki za dwa dni, a sama rozkładała materiał na stole, kreśliła, docinała, fastrygowała. Centymetr nosiła na szyi, naparstek w kieszeni długiego, zapinanego z przodu na guziki fartucha. Szpilki i igły zawsze powbijane w poduszki, które namiętnie szyliśmy dla niej - nawet chłopaczyska luntrusy - na wszystkie okazje na zajęciach technicznych w szkole. Żadnej nie zignorowała, zawsze wiedziała, która od kogo. Leżały przy maszynie, Predom Łucznik z ciemnobrązową szafką, szyte na okrętkę mocno niewprawną dłonią, można by przypuszczać, że ich żywot nie będzie z tych najdłuższych, a tymczasem one trwały, znajdowane gdzieś w jej pomocnikach i przybornikach długo po tym, jak przestała szyć, bo już wzrok i zdrowie odmawiały jej współpracy. Ja też kiedyś szyłam razem z nią. Buszowałam w wielkich workach wypełnionych skrawkami najrozmaitszych materiałów, ach, czegóż tam nie było! Futerka, cekiny, tafty, nylony, jedwabie, popeliny... Nie rozróżniałam tkanin, do dziś nie rozróżniam, ale znałam nazwy. Mogłam przebierać w kawałkach, skrawkach i paseczkach, stroić swoje lalki w najwymyślniejsze, awangardowe stylizacje. Dziś wciąż szyję tak jak wtedy - jak dziecko - ale jak naprawdę trzeba, to zaszyję Fruzi dziurę w wózku albo, choć strasznie staroświecko to zabrzmi, zaceruję niewielką dziurkę w getrach. Tak jak uczyła mnie Babcia - gęstą siateczką, nić przy nici, nić przy nici, a potem na krzyż, górą i dołem, górą i dołem.

Przez dom dziadków zawsze przewijał się tabun ludzi. Drzwi zamykano na ciężkie zasuwy w zasadzie tylko na noc. Od wiosny do wczesnej jesieni dom był otwarty na oścież. Przychodziły klientki do miary, ciotki na plotki, koleżanki Mamuśki i Handziuka, babeczka od jajek, babeczka od kur na rosół, wciąż ktoś i coś, od rana do wieczora. Przychodziły i dorosłe luntrusy, kiedy już desperacja ich dopadła, pani Heleno, ratuj! A Babcia ratowała. Czasem posłała takiemu jednemu z drugim przykre słowo, pomarudziła, ale ratowała każdego, pijaków też. I psy, wszystkie przybłędy albo zniesione przez nas do domu, bo szczeniaczki takie fajne, a potem one nocowały raz u Babci, bo wakacje, potem drugi raz, bo jakiś wyjazd, aż one wszystkie wolały u Babci mieszkać niż z nami, bo tam wolność i swoboda i dom w jednym. I nikt nie marudzi rano, że trzeba z czwartego piętra zejść, żeby wyprowadzić piszczącego sierściucha. Babcia wypuszczała je na rozległe podwórko, kazała wracać o przyzwoitej porze, a jak zwiały na wieś, czekała na nie przy bramie, w dłoni trzymając źdźbło słomy.
- Poczekaj, cholero, ja ci dam za to, żeś uciekł, poczekaj!
Z samego końca ulicy ją widziały i wiedziały już, że trzeba się pokajać. Szedł taki jeden z drugim kundlem, spuszczał ogon i łeb, przemykał chyłkiem obok Babci nóg, ona udawała, że mu baty tą słomą spuszcza, a kiedy zamknęła bramę, przedstawienie dobiegało końca.
- No chodź, chodź, jeść ci dam, bo nic w pysku nie miałeś od rana.
A one szły za nią wiernie, zmęczone i zadowolone, bo szczerze kochane pomimo wielu przewinień.
I one wszystkie Babci bardziej były niż nasze, taka prawda. Od początku uważałam, że Rudolf to moja szansa na rehabilitację.

Kiedy podrosłam i moje życie weszło w fazę, z której już nigdy nie wyszło - och, Babciu, jaka ja zabiegana jestem! - jeździłam do niej na weekendy z torbą pełną książek. Nie robiłyśmy nic wielkiego, ona gotowała obiad, ja rozkładałam notatki na starym drewnianym stole przykrytym ceratą bądź lnianym obrusem i spędzałam popołudnie na nauce. Mama mnie tego nauczyła. Jedź do niej, jedź z tymi książkami, możesz się uczyć cały dzień, ona będzie szczęśliwa, że jesteś. Była. Była tak szczęśliwa, że wszystkie jej kumoszki wiedziały, że przyjechała wnuczka, dużo nauki ma, ale przyjeżdża uczyć się do babci. Przyjmowała wszystkich kumpli Wielkiego Brata i Pedra, a czasem mnie i Warszawiankę, którzy notorycznie spali u niej na materacach i wszystkich dostępnych łóżkach po powrocie z Ranczerskiej dyskoteki. Robiła im obiad i herbatę, nauczyła się ich ksywek, a w okolicach czwartku pytała, czy Wielki przyjeżdża i z kim, bo ona musi wiedzieć, jak spanie naszykować. Tyle potrzebowała do szczęścia. Obecności.

Najintensywniej myślę o niej jesienią. Unosząca się nad ziemią mgła w coraz chłodniejsze poranki zawsze przywołuje wspomnienie odpustu na Ranczo, kiedy zapach mokrych liści i dymu z palonych na własnych podwórkach ognisk mieszał się z zapachem orzechów włoskich, wyłupywanych najpierw z zielonej skórki, a potem twardej łupiny, na gazecie, z pomocą młotka lub czegokolwiek co się nadawało do tłuczenia. Odpust był wydarzeniem, bo przyjeżdżaliśmy wszyscy na rosół i czarninę, na kieliszek czegoś mocniejszego, dzieciarnia - żeby puścić trochę kasy na kapiszony, korki, obwarzanki i plastikowe pierścionki. Robiliśmy wszyscy dużo hałasu, wnosiliśmy tonę mokrego piachu do domu, wprowadzaliśmy zamęt i sialiśmy spustoszenie. Ale to było wydarzenie, na które Babcia czekała od końca wakacji, kiedy szarańcza rozjeżdżała się do swoich domów. Czekała, bo znów chciała, żebyśmy byli wszyscy razem. Tak po prostu.

O gangu

Nasz rzecznik prasowy twierdzi, że torowała sobie do nich drogę kroczek po kroczku, łokieć po łokciu. Niestrudzenie i bez najmniejszego uszczerbku na poczuciu własnej wartości. Oni do niej, że baby, ona, że 'sam jesteś baby'. Oni ją jak powietrze, ona uparcie drążyła skałę. No i wydrążyła. Oficjalnie należy do trzyosobowego - pardon, już cztero-, hermetycznego gangu najwyższych, najstarszych i najbardziej charyzmatycznych. Plus Fruzia oczywiście. Wszak wiadomo, że każdy gang potrzebuje specjalisty od spraw niemożliwych.

O oficjalnej akceptacji świadczą zaproszenia od Charyzmatycznego i Najwyższej na urodzinowe party, tydzień po tygodniu. Najstarsza wyłamała się z konwencji, czego Fruzia nie omieszkała wypomnieć jej w przedszkolnym ogródku już po fakcie. Wendy twierdzi, że Najstarsza wyraźnie nie była przygotowana na konfrontację, zaś Fruzia powiedziała, co miała do powiedzenia, po czym w podskokach wróciła do swych gangsterskich spraw. Atmosfera oczyszczona, the show must go on.

Inżynier, nie wiedzieć czemu, po wyjściu z Różowej machnął pięścią w powietrzu i entuzjastycznie wypalił:
- Jak to dobrze, że ona nie jest taka jak my!

Coś wyraźnie nie gra w tym naszym parentingu.
  • poniedziałek, października 01, 2018
  • 6 Comments

O tym, że wszyscy chodzimy do szkoły

Ten wolontariat wlókł się za nim przez całe lato.

Kiedy już pogodził się z tym, że powinien go zrobić, okazało się, że te placówki, które podobały się jemu (sportowe), niekoniecznie podobały się naszej agencji, a te, które podobały się im, proponowały mu współpracę we wtorek między 10 am a 1 pm lub w czwartek od 1.30 pm do 4.15 pm. (- Jak sądzisz, kiedy wyrzucą mnie z pracy, przed adopcją, czy dopiero po?) Albo w każdą niedzielę w dużym mieście, do którego dojazd zająłby mu dłużej niż same zajęcia. Po wyłuskaniu takiej, co to niemal za rogiem i która przyjmowała ochotników w co drugą sobotę, udało mi się przeprowadzić rozmowę ze stróżem, z której to rozmowy wynikało, że na razie nic z niej nie wynika, bo - eureka! - jest środek lata i żadna szanująca się placówka nie prowadzi w tej chwili naboru na kogokolwiek, a już na pewno nie na wolontariuszy, gdyż przecież nikt nie będzie rekrutował takowych przez skype'a ze środka plaży. Nic się jednak nie martw, odparuj, a potem wróć we wrześniu.

Wrócił.

To znaczy ja wróciłam, bo to moja działka. On w tym czasie kolekcjonował kwity za niepopełnione zbrodnie, zaświadczenia z analizy moczu oraz deklaracje z banku, że na warzywa  wydajemy rozsądnie, bo w Lidlu, ale już na alkohol niekoniecznie, co jest ciekawe, bo jednak wciąż w Lidlu. Nie wróciłam tak od razu - że niby pierwszego września pięć minut po północy, jak wzorowa uczennica. Nie, oboje zdążyliśmy zapomnieć o wolontariacie - on, no bo przecież to moja działka, ja, bo miałam ważniejsze sprawy na głowie, na przykład Home Assessment Visit, podczas której miało się wreszcie wyjaśnić, co na temat naszych gimnastycznych operacji remontowych sądzą nasze opiekunki. Dwie opiekunki. Co dwie głowy, to nie jedna, mówią. Nie mówią tylko tego, czy to dobrze, czy źle, bo jak są dwie, które nie lubią gimnastyki, to mamy jakby podwójny problem.

I właśnie tego dnia, kiedy odglancowaliśmy Piątą i Rudolfa na połysk paneli i psich jajec, tego dnia, kiedy zestresowana byłam jak nigdy dotąd w drodze do Drugiego, to właśnie wtedy przypomniało mi się, że zapomniałam. O tym wolontariacie zapomniałam. No na śmierć. Minęły dwa miesiące, Stage One dobiegał końca, a on nie tylko nie zaczął nabierać doświadczenia w opiece nad szarańczą, ale nawet nie zlokalizował tej szarańczy, a nasze przemiłe Mentorki na pewno o to zapytają i, omójtyboże, wtedy już na pewno Piąta nie zda, Rudolf obleje, a my wylecimy z kursu.

Chwyciłam za telefon. Znów odebrał stróż, ale nic to, bo natychmiast przełączył mnie do kogoś, kto już zdążył otrzepać się z plażowego piasku. Przedstawiłam się, wyjaśniłam, o co chodzi, pani się roześmiała. Myślałam, że to na jakieś wspomnienie z plaży, ale nie.
- Czy ja dobrze rozumiem, że macie już jedno adoptowane dziecko, a ojciec tego dziecka wciąż powinien zrobić wolontariat z opieki nad dziećmi?
- Doświadczenia nigdy za wiele - wyjaśniłam z godnością.
Po czym usłyszałam, że taki wolontariat to raczej niekoniecznie u nich, bo oni szukają kogoś do ustawiania stolików, a nie interakcji z dziećmi.
Boże, daj mi cierpliwość, poprosiłam grzecznie i bezgłośnie.

Wbrew moim złym przeczuciom tamtego popołudnia udało nam się przekonać Mentorki, że w tej nowej, trzeciej sypialni naprawdę zmieści się całe łóżko, i że w zasadzie to marzyliśmy o takiej. Dokładnie takiej. Jak mówi TED, fake it until you make it; fake it until you become it. Zaprawdę powiadam Wam, tamtego dnia byliśmy jednym wielkim marzeniem o łóżku w przechodnim schowku na szczotki.

Rudolf zdołał nie wyjść z siebie, jak to uczynił pewnego legendarnego dnia podczas wizyty Strażniczki tuż po pojawieniu się Fruzi. Teraz nażarł się jedynie różowego plastiku, którym następnego poranka udekorował nam dywan w salonie (ha.ha.ha.), a przez całą wizytę jedno z nas musiało siedzieć z nim na podłodze i go głaskać, ale nie przesadzajmy - jak się ma ośmioletniego szczeniaka w domu, to człowiek spodziewa się dużo gorszych rzeczy.

Temat wolontariatu natomiast nie wypłynął na szerokie wody naszego niekontrolowanego stylu życia. Zapewne Mentorki były pod głębokim wrażeniem sztucznego tworu zwanego trzecią sypialnią, co tłumaczyłoby ich chwilowe luki w pamięci. Nie straciłam jednak czujności i przez kilka następnych dni poszukiwałam czegoś, co odhaczy nam wszystkie boksy na długiej liście wymagań dotyczących adopcyjnej misji. Paradoksalnie, to był ten moment, kiedy on, początkowy sceptyk w temacie, zaczął się modlić o ten wolontariat. Po swojemu, to fakt, ale nie sądźmy innych, jeśli nie chcemy być sądzeni oraz liczą się intencje, czy jakoś tak. Nie omieszkałam też wyrazić swojej radości, kiedy znalazłam wreszcie to, czego tak długo szukałam.
- Będziesz asystentem nauczyciela w polskiej szkole! - niemal wyśpiewałam mu do słuchawki.
Byłam świeżo po rozmowie z szefową placówki, przyjemnie i konkretnie nam się rozmawiało, a co najważniejsze - intuicja podpowiadała, że to jest to.
- Ekstra! - skwitował tylko Mąż Mój. - To kiedy zaczynam?
- Pojutrze.

I tak całe życie. Lubię sobie myślę, że taka zjednoczona z wszechświatem jestem, że taka kobieta biegnąca z wilkami, bo czuję, bo intuicja, bo coś tam, bla bla. A tymczasem życie zwyczajnie robi sobie ze mnie Rudolfowe jajca.

Pojechaliśmy. On wypełniać formularze, my z Fruzią do towarzystwa. Podczas rozpoczęcia roku szkolnego Inżynier został przedstawiony rodzicom jako nowy asystent, co niemal przypłacił utratą życia przez zadławienie, a po inauguracji został zaproszony do pracy.
- A co ja mam tu robić przez następne cztery godziny? - zastanawiałam się głośno.
Jakoś nie miałam nastroju do włóczenia się z Fruzią po mieście, te autobusy i w ogóle. Ja jestem człowiek ze wsi, ja się do takich akcji muszę przygotować, ogarnąć, makijaż jakiś zrobić...
- A może ty też chcesz nam pomóc? - ktoś z personelu rzucił ni to żartem, ni to propozycją.
Zawahałam się.
- A mogę tak z doskoku, tylko dzisiaj?
- Pewnie, tylko musisz wypełnić formularz.
- A mała? Ja muszę ją mieć przy sobie.
- Jasne, może być w twojej grupie, tylko dla niej też musisz wypełnić formularz.

I wiecie co?

Jak ja zobaczyłam te formularze, jak spojrzałam na Fruzię, która w podskokach popędziła do swojej polskiej klasy, jak ona tak siadła w ławce i zaczęła domagać się swojego lunch boxa, bo inne dzieci mają, a nasz został w samochodzie, jak zaczęła rysować, udawać niedźwiedzia, który mocno śpi... To normalnie doświadczyłam oświecenia.

Co ja będę te formularze tak na darmo wypełniać, na ten jeden marny raz. Bez sensu.

(...)

- Mummy, going pi:-siok?
- Nie, dzisiaj nie ma przedszkola.
- Balet?
- Nie, balet jest w środę, gimnastyka w piątek, pamiętasz? A dziś jest sobota, jedziemy wszyscy do szkoły.
- Yeah, koła! Mummy teacher, daddy teacher and me! Yeah!

Fruzia, lat trzy i pół.

Gadki Fruzi

Noga za nogą, łapa za łapą. Skręcając gwałtownie na boki, ciągnąc na smyczy, za smycz i za rękę,  zatrzymując się w pół kroku, przysiadując to tu, to tam, a niektórzy obsikując przydrożne krzaki, wędrujemy do parku. I gadamy, całą drogę gadamy.
- Bus, mummy, bus! - wykrzykuje nagle Fruzia.
- No rzeczywiście, autobus! - podnoszę głos do poziomu pożądanej przez nią ekscytacji. - Ciekawe dokąd jedzie.
- Where bus going?
- No właśnie nie wiem, a ty jak sądzisz?
- I don't know.
- Nie wiem. Umiesz powiedzieć 'nie wiem'?
Fruzia komicznie rozkłada ręce. Kojarzy ten gest z pierwszą lekcją polskiego 'nie wiem.'
- Nie fiem.
Chwila ciszy.
- I want go bus.
Coś musi w nich być, coś czego ja ewidentnie nie dostrzegam, że Tasman tak je kocha. Chętnie wsiadłaby do każdego.
- Pojedziemy innym razem.
- Why inym raze?
- Bo teraz idziemy do parku, pamiętasz?
- And playout! - Fruzia podskakuje i z radości aż podnosi do góry ręce.
- Playground, zgadza się. Idziemy na plac zabaw. Powiesz 'plac'?
- Pac. Yeah! Buju buju!
Cisza.
- I want more bus. And car.
- O, zobacz, akurat jedzie następny.
- Yeah! Why stop, mummy?
- Dlaczego się zatrzymał? Bo ktoś z niego wysiada, zobacz.
- Why koś siada?

I tak w kółko.

To we Francji uświadomiłam sobie, jak zabawnie musi to wyglądać dla postronnych obserwatorów.  Szczególnie właśnie tam, gdzie ani jeden, ani drugi język nie jest językiem miejscowym. Gawędziliśmy tak w drodze na zakupy, na plażę, a przechodnie przyglądali się nam z uśmiechem. Ci bardziej zorientowani w temacie zagadywali.
- W jakim języku do niej mówicie?
Jej języka nie trzeba było przedstawiać.
Zwykle potem następowało:
- My też to przerabialiśmy.
Niektórzy w dwóch, inni w trzech wersjach. Świat jest naprawdę kolorowy.

Pomiędzy lipcem a wrześniem nastąpiły w jej języku zmiany. Już można się dowiedzieć, co się wydarzyło w przedszkolu, kiedy opowiada podkurzona, że John said I'm a baby, but I'm NOT a baby! I said 'you are a baby!' Albo w natchnieniu, że Sidney come to my house, mama, and John, and Nora! Zaczęłam wtedy w panice ogarniać całkiem nieartystyczny nieład, bo kto ją tam wie, kogo nam jeszcze sprosiła do chaty. W Różowej też to widzą, przedszkolny assessment zaczął oscylować w okolicach spokojnej normy, choć my i tak wiemy, że oni znają tylko pół prawdy. To angielskie pół. I to też jest ten moment, kiedy wszelkie ściemy nie wchodzą w rachubę, bo już wygada.
- Daddy not going to work, 'cause daddy poorly! - wykrzyknęła któregoś dnia w progu pre-school. Pardon, na progu pi:-siok.

W domu dyryguje. O, jak ona dyryguje! Ustawia bobasy w rzędzie, czyta im bajki, grozi, że 'I watching you!' Zakłada nogę na nogę, pokazuje lalkom, że mają włączyć uszy, oczy, buzię zapiąć (zip it up!), a wszelkie komentarze schować do kieszeni. Wtedy dopiero zaczyna czytać.
- One day... mouse scary...
Potem już nic nie rozumiem, ale nie szkodzi, bo Fruzia profesjonalnie ślini palec, przewraca kartkę i kontynuuje:
- But...! - zawiesza głos i patrzy na mnie, sprawdzając, czy jestem pod dostatecznym wrażeniem.
Ach, to napięcie!
Wendy wyznała, że to od nich to wzięła.
- Patrzę na nią i widzę nasze ruchy i miny - mówi ze śmiechem. - Musimy być straszne!
Och. Ja powiedziałabym - skuteczne.

Najczęściej przydziela mi role Baby Sister albo siebie samej. Chwyta za wózek z lalką, mnie wręcza nosidełko wypełnione sztućcami (nie wiem, nie pytajcie) i każe wędrować obok siebie. Za daleko nie udaje nam się zabrnąć. Po zaledwie dwóch krokach zamaszystym gestem nakazuje mi stanąć.
- Dlaczego stoimy? - pytam nieśmiało.
Fruzia wzdycha i przewraca oczami.
- Traffic jam.

Język ojców też nie stoi w miejscu. To jeszcze nie galop, lekki kłus może, ale posuwamy się do przodu. Sama z siebie zaczęła wtrącać więcej polskich słów w angielskie mono- i dialogi.
- Pojedziesz z tatą na basen? - pyta on.
- Going basen? Yeah! Ce basen, tata, I want!
Uwielbia robić niespodzianki.
- Shut the oczy! - krzyczy.
A kiedy nie może dźwignąć pudła z klockami, coraz częściej irytuje się po naszemu:
- Pomós mi!
Ma ulubione przedmioty, które nazywa tylko po polsku. Sonka (słomka), pa:so:ka (parasolka), myko (mydło). Boże i Karmo, jaką mi kiedyś zrobiła karczemną awanturę! Że nie rozumiem, o co jej chodzi, a ona przecież wyraźnie mówi, że chce kała! Trochę nam zeszło na łzy i spektakularne występy, zanim okazało się, że prosiła o kakao. No przecież 'I said, mama, I said kała!' (Silly mummy!)

Chętniej powtarza. I szybciej zapamiętuje. Już nie czuję się jak upierdliwy dręczyciel, bo widzę, że to zostaje.
- (K)to to? - małpuje mnie, kiedy otwiera polską wersję Peppy.
A kiedy celowo udaję, że nie wiem, sama wylicza:
- Dziadek kólik, Peppa, George'a, tata finka i mama finka.
George, dziwnym trafem, zawsze występuje w bierniku.
- Łap, George'a! - ponagliła go kiedyś zniecierpliwiona, oglądając bajkę.
Piłkę miał złapać.

I zaskakuje coraz częściej, bo nawet jeśli my nie przykładamy wagi do danego słowa, okazuje się, że to akurat jej się spodobało. Stąd ciepak (keczup), kisien (kisiel) i klew (krew). A ponieważ gdzieś jej zaczęło błyskać pod blond czupryną, że mamy dwie wersje rzeczywistości, czasem wyskakuje z dubeltówką:
- Mama, look patrz!
Patrzę więc i lookam.

Potrafi wywieść w pole.
- Bajki, mama, p(l)ease!
- A co byś chciała obejrzeć, Peppę, Jim Jam, czy Mini Mini? - sprytnie ograniczam wybór do polskich opcji.
- Bajki, mama! - upiera się ona.
- No właśnie pytam, jaką bajkę ci włączyć - powtarzam.
- No, bajki!
Patrzę na nią i dopiero po chwili do mnie dociera.
- Bike! Chcesz pojeździć na rowerze?
- Yes, bikee, mummy, bikee!

Bywa leniwa i nie dba o szczegóły. Skraca, odejmuje, byle szybciej i sprawniej.
- Mama, look stanek!
- Przy-stanek - poprawiam.
- Stanek - powtarza Fruzia.
Nie czepiam się ze strachu, że znów uciszy mnie jednym krótkim 'stop it, mama!' Wolę siedzieć na tym stanku i podziwiać jej (a)didaski.


Jej riposty czasem rozkładają nas na łopatki.
- Pojedziemy razem na gimnę - mówi on, łaskocząc ją po brzuchu. - Ty i ja, bo my jesteśmy w klubie, a mama nie.
I dodaje konspiracyjnym tonem:
- Mamę wystawimy przed dom, wiesz, tam koło śmietnika ją postawimy.
Już miałam mu sprzedać kuksańca w żebro i odparować, że jego poczucie humoru wzbiło się właśnie na pseudowyżyny, kiedy Fruzia sprawnie wyręczyła matkę:
- You go the bin, daddy!
Po czym złapała się za goły brzuch i zatrzęsła ze śmiechu.

Ha. Niby taki Inżynier, a tego nie przewidział!

O tym, co po drodze

Pamiętam, że przy pierwszych poważnych myślach o adopcji mówiliśmy głośno o tym, czego się boimy. Pamiętam, że zadawaliśmy sobie mnóstwo pytań, część z nich choćby po to, żeby je usłyszeć, nadać im brzmienie i kształt, bo aby z czymś naprawdę się zmierzyć, trzeba to najpierw odebrać zmysłami. Pytaliśmy więc samych siebie, czy aby na pewno będziemy w stanie pokochać dziecko, które przyjdzie do nas ze swoją własną historią.

Potem odkryliśmy, że boimy się czegoś zupełnie innego - czy to ono zaakceptuje i pokocha nas.

Na jednym z pierwszych szkoleń mówiliśmy o tych naszych lękach. Dodałam wtedy kolejne. Co jeśli wykrzyczy nam, że nie jesteśmy jej prawdziwym rodzicami, że nas nienawidzi i nie chce już więcej oglądać?

Cztery lata później z całą pewnością mogę stwierdzić, że bardziej bałabym się tego, że to poczuje, ale nigdy nie powie tego głośno. Że zamilknie ze swoimi strachami, że będzie bała się je wyartykułować.

Dziś też mamy swoje obawy. Ale to nie są obawy o nas. Zastanawiamy się, jak to wszystko wpłynie na nią, czy early permanence nie zachwieje JEJ pewnością ciągłości, jeśli zdarzy nam się rozstanie z Niemal-Drugim. Jak przeżyje to Niemal-Drugi. Czy będzie nam się śnił po nocach i czy jego też będziemy rozpaczliwie i przez sen szukać w w pościeli, w której nigdy z nami nie spał? Pytamy samych siebie, czy podołamy. Czy będziemy mieli w sobie wystarczająco dużo siły, jeśli. I tyle samo entuzjazmu, co przy Fruzi.

I to też. O, to. Jak moja własna Mama tuż przed spotkaniem ze mną zastanawiamy się, czy będziemy kochać tak samo mocno, jak ją. Jej przecież nie da się już kochać bardziej, kolejnym stopniem tej miłości byłby już tylko biały kaftan, więc obmacuję bezczelnie własne serce, sprawdzając, co i ile jeszcze pomieści.

Mamuśka tylko się uśmiecha, kiedy to słyszy.
- Będziecie - mówi spokojnie. - Jak już się pojawi, to zobaczysz, że będziecie.

A ona przecież wie.

O miękkiej stronie życia

Stoimy całą czwórką w lekko przyciemnionej sali, opierając łokcie o drewniany blat przywołujący na myśl bar szybkiej obsługi i wbijający się nam - blat, nie bar - w same żebra. Głowy mamy podparte dłońmi, brody tuż nad materacem z grubej gąbki, którym wyściełana jest wewnętrzna strona małpiego gaju. Już sama nie wiem, czy bardziej stoimy na leżąco, czy leżymy na stojąco, choć to zdaje się nie przeszkadzać Inżynierowi. Mości się przez chwilę na drewnie i gąbce, po czym przymyka oczy i prosi mnie o to, co zawsze:
- Ja sobie zamknę oczy na chwilę, a gdyby...
- Naprawdę będziesz w stanie tu zasnąć? - przerywam mu.
I ziewam tak straszliwie, że w sumie zaczynam mu wierzyć jeszcze zanim skończę pytanie.
W końcu po to tu przyszliśmy - wrzucić wszystko nieletnie w te piłki i gąbki, niech się wymęczą, niech opadną z sił, a my tymczasem przez całą godzinę spokojnie porobimy sobie nic. I tak jakby wszystko się zgadza, bo młode ruszyły przed siebie kurcgalopkiem, światło jakieś takie przydymione, Mamuśka rzekłaby, że seksualne, choć dla nas, w tej fazie życia, po prostu cudownie nadające się do snu, nikt nas nie ciągnie za nogawki z odwieczną mantrą chodźplaying (- Chodź się bawić - przypominam. - Chodź się balet - powtarza grzecznie Fruzia.), Inżynier szykuje się do drzemki... Idealnie.

Aaa, sorry, jednak nie.

Kątem oka dostrzegam pędzącą w naszym kierunku Fruzię. Jednym spojrzeniem oceniam sytuację - jest cała, nie broczy krwią, oddycha, kończyny na swoim miejscu. Nic jej nie jest. Pochodzę do niej i pytam, co się stało.
- Mama, I can't see Ejik! - ryczy przeraźliwie, cała się trzęsąc. - Ejik, mama, I can't see!
Ach. Znaczy - zgubiła go.
Ejik i ona to aktualnie związek pełen pasji. Nie mogą ze sobą wytrzymać jednego dnia w odległości metra, ale kiedy jedno się zgubi, to drugie ryczy. Albo kiedy jedno wyjdzie na spacer z psem, a drugie ma zostać w domu.
Ajkowa Mama podrywa się z miejsca i rusza na poszukiwanie młodego. Nie mógł się zgubić permanentnie, umówmy się, to miejsce nie ma aż tylu zakamarków, ale poprzedniego dnia jego tata przeczołgał się przez wszystkie tunele, zjeżdżalnie i skrytki, żeby znaleźć syna w najmniej uczęszczanej części rury, w której młody siedział zrelaksowany i nieczuły na nawoływania ojca, a już na pewno zdziwiony był faktem, że podobno się zgubił. Tym razem Ajkowa Mama znajduje go dużo szybciej. Fruzia szczęśliwa, bo ona jedyna z naszej grupy mocno nieletnich ma ogromną potrzebę poruszania się po małpim gaju w nierozerwalnym tercecie i podnosi larum za każdym razem, kiedy ten nie wytrzymuje tempa Ajki albo pomysłów Ejika na samodzielne eksplorowanie wnętrza.
- Udało ci się przespać? - pytam Inżyniera, który przeciera senne oko.
- Mhm - mruczy. - Jakieś piętnaście sekund.
Jest o piętnaście sekund bardziej wyspany niż ja. Niż my wszyscy właściwie. Choć to przecież nasza wina, że siedzieliśmy do późna, grając w scrabble i chińczyka, zamiast zalogować się w pościeli zaraz po dzieciach. Już po dziesiątej pm.

Opieram się o bar. Blat znaczy.
I znów widzę Fruzię. Stoi piętro wyżej i krzyczy do mnie, i pokazuje zrozpaczona, że oni znów osobno, i że jak to tak, bo mieli być altogether albo może all together, choć wolałabym, żeby wrzeszczała razem, mama, do jasnej cholery, mieliśmy łazić razem, buuu!
- Idę z nią - mówi dzielnie Inżynier.
Idą w piłki, widzę, jak on włazi z nią na kolejne piętra, machają do mnie, Fruzia znów szczęśliwa. A tymczasem Ajkowi rodzice lokalizują swoje pacholęta, ja walczę z sennością pod wpływem seksualnego światła i braku kawy, bo na pewno nie wrażeń, więc dochodzę do wniosku, że może ja też w te gąbki i piłki wpełznę, umoszczę się, nakryję pluszem i plastikiem, i tak już zostanę na zawsze, ach, jak mi bosko będzie. Bosko mi będzie. Bosko. Siadam w polu dla małych bejbików, dookoła gąbczaste zwierzęta, gąbczaste klocki, gąbczaste schody, podesty, wszystko z gąbki. Bosko. Siadam. Ale już widzę nad sobą twarz Fruzi, obok niej Inżyniera i wiem, że nic z tego. Ach. Z trudem podnoszę tyłek, zaczynamy układać wieżę z gąbek. Fruziak w stanie ekstazy na poziomie labradora, gąbki fruwają, wieże się obalają, ja też się obalam i postanawiam tak zostać, co wykorzystuje Inżynier, układając nade mną tunel z dostępnych materiałów. Tylko głowa mi wystaje, bo zagroziłam atakiem klaustrofobii, tak mnie z Fruzią opakowali. A potem jeszcze na szczupaka skaczą na te materace i na mnie pod nimi, w sumie jakieś dziewięćdziesiąt kilo żywego, ludzkiego mięsa. Nie wiem, z jakiej gąbki te gąbki, albo z czego moja warstwa ochronna na ciele, ale mocne to. Te materiały znaczy.

Chwilę później tracę już rachubę, kto na gąbkach, kto pod, a kto w. Małpi gaj zdecydowanie lepiej oddaje sedno tej imprezy niż soft play. Soft to chyba tylko to światło.

Siadam wykończona obok Ajkowej Mamy.
- Ale byłoby fajnie, gdyby oni kiedyś zrobili nam taką niespodziankę, zabrali nas do pubu, kupili piwo i drinki, powiedzieli, że mamy godzinę na szaleństwa i żebyśmy dobrze się bawili - mówię, mając na myśli nasze pacholęta, lat 2,3 i 5.
Ajkowa Mama uśmiecha się z rozmarzeniem. Ale tylko na chwilę, bo zaraz włącza jej się błysk w oku i widzę, że myśli o Karmie.
- A my byśmy psuli im tę godzinkę spokoju od nas ciągłym przyłażeniem i skarżeniem. 'Ajkaaaaa, a on mi wypił moje pifkoooo!', 'Fruziuuuuu, a ona mi zabrała mojego drinkaaaaaa, buuuuu!'

Ach.

To zbyt piękne, aby mogło się ziścić.

O dwóch trzecich, które przesądziły o kierunku mojej kariery

Po głębokiej refleksji doszłam do wniosku, że to Pierwsza Matka Przełożona w Różowej Chmurce dostrzegła we mnie matematyczny potencjał. To było wtedy, kiedy z rozwianym włosem i w silnym wzburzeniu wtargnęła do sali bejbików i rzuciła w nas ostrym pytaniem:
- Ile to jest dwie trzecie z sześciu? Bo zaraz oszaleję!
Nie odpowiedziałyśmy od razu, martwiąc się, że nie tylko nie pomożemy Matce, albowiem ona już oszalała, jak my wszystkie zresztą pracując w tym przybytku, ale jeszcze pogorszymy jej nastrój, jeśli się okaże, że zbyt szybko dokonałyśmy stosownych obliczeń. Minutę ciszy przerwała w końcu Be:
- Aaaawkwaaaard! - wyśpiewała na amerykańską, cheerleaderską nutę.
- Yyyyy - dodała Sarah.
- Tak myślałam - westchnęła Matka Przełożona lekko triumfująco i odwróciła się na pięcie, zamaszyście zmiatając tuniką wieżę z beznadziejnie niestabilnych klocków.
- Cztery - bąknęłam więc niepewnie.
I natychmiast oblałam się rumieńcem, bowiem wszystkie oczy skierowały się w moją stronę, a ja, niezależnie od faktów, nie lubię czuć się jak największy sztywniak tego świata.

Potem jeszcze okazało się, że znam stolicę Ukrainy i pisownię 'anniversary' i to już była totalna katastrofa, bo przylgnęła do mnie etykieta kujona, a ja naprawdę sądziłam, że trochę fluidu na twarz i mam ten etap już dawno za sobą. I nie, żeby to miało coś wspólnego z matmą, ale sami rozumiecie. Kujon ma w sobie coś absolutnie totalnego, kto by się tam przejmował dziedzinami.

Lata mijały, znów poczułam, że wmieszałam się w tłum przeciętniaków, że może jak będę siedzieć cicho, to nikt nie zauważy, ale prawdziwej natury nie ukryjesz, panie, nie ukryjesz. Najpierw wydało się, że pamiętam, jak się obsługuje dziennik elektroniczny, więc przydzielono mi nową do wtajemniczenia, a skoro tak, to może chcesz uczyć ICT, bo nam się lektor wykruszył? Kleiłam wtedy godziny na super glue, prezentując rozchwytywany brytyjski can-do attitude, więc chyba tylko dzięki opiece Karmy nie skończyłam jako lektor inżynierii mechanicznej. No i do ICT znalazł się nauczyciel, co uśpiło moją czujność, kiedy w maju szef zażartował, wyraźnie zażartował, no przecież słyszałam!, że brakuje nam matematyka w drużynie, ha ha, może spróbujesz, ha ha ha, bo ci normalni, no wiesz, od GCSE, to jakoś u nas nie chcą, ha ha ha ha ha, pewnie się boją i to jest śmieszne, bo czego tu się bać, Ha Ha Ha HA HA! To ja też się zaśmiałam, dużymi literami się zaśmiałam, bo skoro już raz prawie uczyłam ICT, to mogę też prawie matmy, co nie? Szef to fajny gość, więc ubawiliśmy się setnie!

A potem szef szybko zakończył spotkanie, a następnego dnia zobaczyłam siebie w planie na nowy rok akademicki jako lektora matmy. Tylko że już wtedy to mi się aż tak bardzo nie chciało śmiać.

- Szefie, ale ja się boję, bo widzi szef, ja z matmą to miałam ostatnio do czynienia w podstawówce, bo w liceum to ja na humanie byłam i traktowano nas trochę jak trędowatych, więc ja do dziś nie wiem, co to całki i co się robi z rachunkiem prawdopodobieństwa - powiedziałam.

Albo coś w tym stylu powiedziałam, tak mniej więcej do 'bo widzi szef', bo raz, że nie mam pojęcia, jak są całki po angielsku, a dwa, że szef mi natychmiast przerwał tonem, który miał być w założeniu uspokajający:
- Spokojnie, zrobimy ci szkolenie, a potem zdecydujesz, zgoda?
No anioł, nie szef. Od razu mnie uspokoił. Najpierw się podszkolę, a potem zdecyduję. Najpierw się podszkolę, zobaczę, co i jak, przypomnę sobie to i owo z podstawówki. A potem zdecyduję. Uczciwy układ.

Po całych dwóch godzinach szkolenia udało mi się ustalić, że:
- nauczyciela matmy nikt już nie szuka, no bo przecież jest (ja)
- niczym się nie muszę przejmować, bo egzaminy są dopiero w lutym
- to już koniec szkolenia.

A po rozmowie z Mężem Mym Wspaniałym doszedł jeszcze jeden plus sytuacji:
- Będziesz mogła sobie matmę do CV wpisać!

Hip hip hura.

O tym, że czasem trzeba przerwać rysowanie

Pomarańczowy pisak trzeszczy, przyciskany gorliwie  do papieru. Na przemian zgrzyta, chrobocze i skrzypi. Fruzia leży na podłodze na brzuchu, głowę trzyma tuż nad swoją papierową kaczką. Siedzę naprzeciwko niej po turecku, lekko zgarbiona, trochę już znudzona tym kolorowaniem, ale wciąż bezwiednie przesuwam mazakiem po kartce. Mój kot jest różowy, bo tak zarządziła, jej kaczka cała w pomarańczach. Nie wiem, skąd ta nagła myśl, że dawno nie rozmawiałyśmy. Mogłoby się wydawać, że ja wciąż i do znudzenia o tym samym, ale w rzeczywistości czasem zapominam. Więc łapię każdą taką myśl natychmiast, nie zostawiam na później, bo później będzie za daleko.
- Fruziu.... - zagaduję niby od niechcenia. - A czy ty pamiętasz, z kim mieszkałaś, zanim mama i tata zabrali cię do domu?
- Yyy... no - mówi ona nie podnosząc głowy znad papieru.
- Pamiętasz Harry'ego? I Fostersów? Oglądałyśmy niedawno zdjęcia - podpowiadam.
Próbuję złapać tę nitkę, która gdzieś mi odfrunęła. Mam. Z Husią na sofie. Trzy miesiące. Trzy miesiące w tym wieku to niekoniecznie niedawno, ale niech będzie.
Myśli przez chwilę.
- No.
Mam wrażenie, że coś tam jej świta, bo naprawdę się zastanawia, ale jednak nie, decyzja zapadła.
- Mieszkałaś z nimi - kontynuuję więc, czekając na dalszy ciąg od niej.
- Why?
Mogłam się tego spodziewać. Jakiż inny dalszy ciąg mogłam usłyszeć na tym etapie?
- Bo najpierw byłaś w brzuchu brzuszkowej mamy, potem Fostersi opiekowali się z tobą, aż wreszcie zabraliśmy cię do domu.
- Why? - słucha, ale wciąż rysuje.
- Bo ja cię nie mogłam urodzić. Twoja brzuszkowa mama cię urodziła.

Fruzia na chwilę zastyga. Przestaje rysować. Podnosi głowę i patrzy na mnie, a w jej wzroku widzę coś, czego wcześniej nigdy nie było. Jakąś mgiełkę niepokoju.

Error!, myślę i natychmiast wiem, gdzie i dlaczego. Mama.

Mama, która nie jest mną. Pierwszy link. Jakże abstrakcyjny.

Czuję, jak po całym moim ciele wędruje prąd, jak na ułamek sekundy tracę pewność siebie. Ale tylko w środku.

W rzeczywistości nadal siedzę na podłodze, w tym samym tempie przesuwam pisakiem po uszach różowego kota. Patrzę na nią i spokojnie się uśmiecham. Wytrzymuję jej wzrok.

- You are my mummy - mówi wreszcie z tym nieuchwytnym czymś w głosie.
Nie pyta, stwierdza. I jednocześnie upewnia się.

Opanowuję własne drżenie ciała pod wpływem tego czegoś.

- No pewnie, że tak, jestem twoją mamą, mamą na zawsze! Tylko nie mogłam cię urodzić.
Patrzy na mnie uważnie przez tę krótką chwilę, która wydaje się wiecznością.
- Why? - pyta ona, już całkiem normalnie, wracając do rysowania.
- Bo miałam chory brzuszek. Ale nie martw się, już wszystko jest dobrze. A ciebie kocham najmocniej w kosmosie.

Zostawiamy kaczkę i kota. Idziemy oglądać zdjęcia i znów jest tak, jak ostatnio.

Może mi się tylko wydawało. A może nie.

Kilka razy pyta, czy mój brzuch jest chory. Zapewniam, że nie, już wszystko jest dobrze. Z czułością gładzi własną fotografię ze szpitala. Znów najbardziej interesuje ją inkubator i Harry. Twarz jej promienieje, kiedy przewraca ostatnie kartki albumu od Fostersów. Mama, tata i ona. I żyli długo i szczęśliwie.

Te albumy muszę położyć bliżej, w zasięgu ręki. Jej ręki.

O emigracji innej niż wszystkie

- Opowiesz mi jeszcze raz, jak to właściwie było z Helą i Stefanem? - poprosiłam, kiedy jechaliśmy do St-Malo.
Nie odpuszczam żadnej okazji, kiedy się widzimy, nie ma ich przecież aż tak wiele. Czekam na ten moment, kiedy nie będziemy ani na początku, ani na końcu, ani w trakcie ożywionej debaty, ale też nie w usypiających objęciach leniwej bezczynności. Po latach wprawy już czuję intuicyjnie, kiedy da się ją naciągnąć na wspomnienia lub wspomnienia wspomnień. Ją, Mamuśkę. Ojciec Dyrektor chyba powoli zaczyna się orientować, że ta historia nie będzie kompletna, jeśli wciąż będzie zbywał mnie krótkim, żołnierskim 'nie pamiętam', i też zaczyna się łamać. Mam go na celowniku.

(...)

Pradziadek Antoni, ojciec ukochanej Babci Heleny ze strony Mamuśki, pochodził z Białorusi. Inteligencka rodzina z korzeniami szlacheckimi, pokaźny majątek, pradziadek nie w ciemię bity, bo kto miał wtedy maturę, był kimś. A on do tego był zdolnym cieślą. Kiedy wybuchła rewolucja, wymordowano mu rodzinę, odebrano majątek, a on sam musiał uciekać dokąd oczy poniosą, ten fach uratował go od biedy. Dotarł na Kujawy, gdzie znalazł zatrudnienie w placówce, która wiele lat później przewijała się w naszym życiu jako matka kształcąca i matka żywicielka. Nie mógł wówczas przypuszczać, że w tych murach wykształcą się jego prawnukowie, a mąż wnuczki i prawnuczka zasiądą w nich po drugiej stronie biurka. Lubię myśleć, że wydeptywał w Hubalu te same ścieżki, co my wszyscy wiele lat później.

Na Kujawach Antoś poznał Joannę. Legendarna prababcia Joaśka, która jawi mi się z opowiadań mamy jako baba z krwi i kości, kobieta z lasu, kobieta dzika, oklęta i trochę pokręcona, nie bała się zmian ani podróży ku nowemu. Ruszyła z mężem na Białoruś z zamiarem odzyskania majątku rodzinnego Antka. Wrócili po dwóch latach, bez majątku, ale z właśnie uczącą się chodzić córką Heleną. Stało się jasne, że to już na dobre, że to ostateczny przystanek. Mieszkali na tej samej ulicy, na której obecnie rezyduje Wielki Brat z rodziną.

Stefana znała Helena w zasadzie całe swoje życie. Był osiem lat starszy, a więc długo poza sferą jakichkolwiek jej zainteresowań, ale kiedy w końcu młodzi wyraźnie zaczęli 'mieć się ku sobie' - Stefan już jako dwudziestopięciolatek czasem zachodził do przyszłego teścia Antosia 'na szklaneczkę' i zaczął wreszcie zauważać siedemnastoletnią pannę - los postanowił sobie z nich zadrwić. Stefan rozpoczął służbę w wojsku, której koniec wypadał na początek września 1939. Jak łatwo się domyślić, zamiast do domu, Dziadek trafił prosto na front, do kawalerii polskiej, stąd przydomek Ułan, który dużo później przylgnął do Dziadka za sprawą jego syna i zięciów. Nie walczył jednak długo, bo jeszcze we wrześniu został ciężko raniony w brzuch odpryskiem bagnetu w walkach w okolicach Kutna. Jako jeniec trafił najpierw do Holandii, a następnie do Danii.

Oczywiście zadałam to pytanie Mamie. Gdyby Dziadek żył dłużej, być może dorosłabym na tyle, żeby to jego zapytać, ale kiedy odszedł, miałam 11 lat. Wtedy wiedziałam tylko, że Dziadek był na wojnie, że miał konia, którego bardzo kochał i którego stracił. Dlatego często lepił nam konie z ciasta na makaron, które potem piekliśmy bezpośrednio na płycie starego pieca węglowego. Mama nazywała je plackami żydowskimi.

Nie był pewien, ale wydawało mu się, że tak. Że zabił na wojnie człowieka. Ten siedział na drzewie i strzelał do nich jak do kaczek, więc żeby ratować siebie, oni też odpowiedzieli ogniem. Ktoś w końcu go trafił, bo w jednej chwili spadł z drzewa martwy. Dziadek sądził, że to mógł być on, to on mógł go zastrzelić. Mama z kolei - że na pewno zostało to w nim do końca życia.

Z niewoli miał jedno koszmarne wspomnienie. To było tuż po tym, kiedy oberwał, rana była świeża, a on cierpiał. W wielkim bólu i pragnieniu poprosił pilnującego go Niemca o wodę. Wydawało się, że tamten zamierza spełnić jego prośbę, bo rzeczywiście przyniósł coś do picia. Benzynę.

Poza tym trafił dobrze, choć to pojęcie względne. Zastanawialiśmy się, jakim cudem, i kolektywnie doszliśmy do wniosku, że może to sam początek wojny sprawił, a może szczęście do ludzi, albo ot, zwykły przypadek. Fakty są jednak takie, że Dziadek trafił naprawdę dobrze. Od początku mieszkał w obozie jenieckim, ale przydzielony był do pracy w gospodarstwie przy duńskiej rodzinie. Nie narzekał na złe traktowanie, właściwie - gdyby nie fakt, że nie był tam z własnej woli i miał status więźnia - to mogłoby być całkiem znośne życie. Z rodziną, dla której pracował, bardzo się zżył. Spędzał z nimi święta i dobrze się rozumieli. (Chodziły nawet pogłoski, że pewna Dunka zawiesiła na Dziadku oko, bo Stefek niejednej pannie mógł zawrócić w głowie.) W obozie też było bardzo wesoło - międzynarodowe towarzystwo, sporo przegadanych wieczorów, zakładam, że za kołnierz też nie wylewali:) Najbardziej po drodze było Dziadkowi z Francuzami, od czasów wojny Stefek już zawsze miał do nich sentyment, twierdził, że to naród do tańca i do różańca.

A tymczasem Helena przepracowała całą wojnę u niemieckiej damy jako szwaczka. I też trafiła dobrze, bo jej pracodawczyni była 'porządną kobietą'. Mając takie oficjalne zatrudnienie, Babcia uniknęła przymusowego obozu pracy w Niemczech, a kto wie, może i tragiczniejszego losu. Paradoksalnie, Babcia uważała swój fach za błogosławieństwo i przekleństwo jej życia. Z jednej strony dało jej ochronę w czasie wojny, a z drugiej, sprawiło, że bardzo ciężko pracowała przez całą swoją ziemską kadencję, tonęła w chmurach papierosowego dymu przynoszonego do jej domu przez klientki, który ostatecznie doprowadził ją do raka płuc. W młodości Helena była bardzo zdolną uczennicą, proponowano jej nawet ukończenie kursów nauczycielskich, ale ponieważ miała w ręku gotowy fach, pragmatycznie uznała, że ten ułatwi jej życie. (A życie to prześmiewca przecież.)

W 1945 radości nie było końca. Stefan stał się wolnym człowiekiem. W obozie niemal natychmiast zaczęto namawiać Polaków do powrotu do ojczyzny, a że Dziadek tęsknił - co zrozumiałe - i nieokreślone coś pchało go do tego powrotu, postanowił iść za tym głosem i wrócić. Jak sam twierdził - nie było to łatwe, bo tam też w jakiś sposób ułożył sobie życie, mówiąc wprost - pokochał Danię. Wsiadał więc na statek rozdarty wewnętrznie, nie potrafiąc sobie wyobrazić, co i kto czeka na niego w kraju. Wsiadł i... natychmiast zaczął żałować. Opowiadał Mamuśce, że ledwie wypłynęli z portu, a już zaczęło rządzić polaczkowe myślenie - nawoływano do zapisów do partii ludowej, w rozmowach dominowały polityczne kombinacje i przekupstwo... Dziadek był załamany. Nie tak się wraca z wojny w podręcznikach do historii, prawda?

Na osłodę tego dziwnego powrotu miał Helenę. Mama do dziś nie wie, czy Hela czekała na Stefana, czy po prostu tak ułożyło się jej życie, ale kiedy Stefan wrócił, ona wciąż była sama. W międzyczasie odrzuciła jednego poważnego kandydata na męża (który wkrótce zresztą zmarł) i szyła, szyła, szyła... Pobrali sie w 1949 roku.
- Mamuśko, czy ona nie została już czasem uznana za starą pannę? - zapytałam Mamę.
- Wiesz, może dziesięć lat wcześniej tak właśnie by było, ale pamiętaj, że to były czasy wojny, a wojna wszystko wywraca do góry nogami. Wszystko.

Mamuśka zamyśliła się na chwilę.

- Pamiętam kilka zasłyszanych na Ranczo historii, dwie z nich wciąż siedzą mi w głowie.

On i ona, narzeczeni szykujący się do ślubu. Rozdzieliła ich wojna, jego uznano za zaginionego, przez wiele lat nie było od niego znaku życia. A tymczasem on wrócił. Szedł ulicami Ranczerskiej wsi, wracając po latach tułaczki do domu. Przechodził obok kościoła, w kościele ślub. Zaciekawiony postanowił wejść do środka. Jego narzeczona właśnie wychodziła za mąż.

Ona, samotna matka małego chłopczyka. Kiedy wybuchła wojna, została wysłana do obozu pracy, syn został pod opieką życzliwych jej ludzi. Przy życiu trzymała ją myśl o nim. Wróciła po dwóch latach. We wsi powiedzieli jej, że chłopiec zmarł na dur brzuszny krótko przed jej powrotem. Zrozpaczona matka nie uwierzyła, nie dopuszczała do siebie myśli o utracie syna. Zabrali ją więc na grób chłopca, wciąż świeży. Ona wciąż uparcie twierdziła, że to nieprawda, nieprawda, to musi być pomyłka, to nie jej syn... Mężczyźni poszli do domów po łopaty. Zanim wrócili, ona wykopała ciało syna gołymi rękami.

(...)

Tyle nam zostało. Patchworkowa kombinacja fragmentów wspomnień własnych lub zasłyszanych wspomnień cudzych, mało detali, zdecydowanie więcej 'chyba' i 'z tego, co pamiętam'. Ale próbuję pozbierać te okruszki w jedną sensowną szczyptę ludzkiego istnienia. Próbuję ich sobie wyobrazić, wskrzesić do życia choćby na chwilę. I niemal to widzę. Ten labirynt zdarzeń, splot zbiegów okoliczności i podjętych pod wpływem czegoś decyzji. Takich, które determinują istnienie późniejszych pokoleń.

Gdybym dziś mogła powiedzieć Dziadkowi tylko jedną rzecz, powiedziałabym to:

- Dobrze, że wróciłeś.