O tym, że do mety jeszcze 42 km

Fruzia poinformowała wczoraj Nianię, że pojechaliśmy po Baby Sister. Obawiam się, Drugi Potomku, że masz aktualnie nowy pseudonim artystyczny, niezależnie od Twojej faktycznej płci. Tasman chyba naprawdę sądziła, że przywieziemy ze sobą dziecko, choć z drugiej strony, jako że sama jest dzieckiem, płynnie przeszła do porządku dziennego nad faktem braku rodzeństwa.

Coś mi się wydaje, że dla niektórych to będzie długi rok.

I to nie tylko dla niej. Wczorajsza Introdukcja do Adopcji, że tak sobie pozwolę sparafrazować naszą Kaczkę (Kaczka naszym dobrem publicznym, z którego należy czerpać), którą to (Introdukcją, nie Kaczką) w ferworze codzienności nie było czasu się przejąć, przypomniała nam wiele. Na przykład to, co nas czeka, i to, co czasem umyka, a o czym powinniśmy pamiętać.
- Chwilami zupełnie zapominam, że tak naprawdę to niewiele wiemy o tym jej życiu przed. I że pewne rzeczy mogą wynikać z tego, czego możemy się albo domyślać, albo tylko zgadywać. I że są obszary, w których ona być może nigdy w swoim życiu nie będzie w stanie zapełnić pewnych luk.

A przecież ma być jeszcze bardziej nieprzewidywalnie, z jeszcze większą liczbą dziur do połatania.

Mamuśka z wrażenia zasłoniła sobie dłońmi pół twarzy, kiedy usłyszała od Inżyniera - który aż nie mógł powstrzymać nadmiernego optymizmu - że hej, a co byś Babciu Teściowo powiedziała na dwójkę nowych wnucząt? Ręce mi opadły, bo przecież... ejże, co ty wygadujesz? Myślałam, że na razie nie mówimy nikomu o naszych ambicjach?! Wam też miałam nie mówić. Ale skoro on nie może utrzymać języka za zębami...
Mamuśka popatrzyła na nas niepewnie.
- Dasz radę jeszcze z dwoma? - zapytałam, poddając się.
- Ja tak, oczywiście, skoro kocham ich wszystkich, to będę kochać kolejnych, ale wy dzieci... wy się pozabijacie sami z trójką, bez pomocy babć!
Och. Ma rację, Babcia Jedna! Ale co robić, panie, kiedy ktoś ci podsuwa taką myśl, a ona pada sobie spokojnie na podatny grunt i rośnie w tempie niemożliwego do wytępienia chwasta? Co robić?

Jak dobrze, że wciąż jednak jestem trzeźwa. (Inżynier chyba też, choć głowy nie dam sobie uciąć.) Bardzo chłodno przewiduję, że elastyczność adopcyjnego teamu ma swoje granice i nikt przy zdrowych zmysłach nie da nam dwójki dzieci na aktualny metraż Piątej.

Chyba że... wiecie... znajdzie się jakiś szalony osobnik... bo różnie to w życiu bywa... Wtedy to już nie będzie nasza wina, że się zgodzili! (Ale jednak przyjrzę się temu komuś podejrzliwie.)

Siedziałam tam wczoraj, słuchając adopcyjnego rodzica trójki dzieci i nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że jeśli człowiek tam wraca, to to już nie jest tylko sposób, w jaki twoje dziecko znalazło się w waszej rodzinie. Po drugim, trzecim, czy - jak w przypadku naszej prowadzącej - piątym dziecku, to już jest sposób życia. Taki lifestyle. Podobno od wszystkiego można się uzależnić, no kto by pomyślał. Próbowałam też wyobrazić sobie Drugiego. I Trzeciego, tak na wszelki wypadek. Usiłowałam zobaczyć ich razem z Fruzią, ale widzę tylko niewyraźne kształty obok roześmianej buzi Tasmana. Widzę ją pochylającą się nad nim/i z tą jej czułością malutkiej mamy. A zaraz potem, jak się wścieka, bo zabrali jej zabawkę, którą od pół roku przecież w ogóle się nie bawi, ale właśnie teraz ma ochotę, mummyyyyyyy! Jeden z tych wyobrażonych ma buzię Czekoladki z Różowej. Tej samej Czekoladki, która została ostatnim moim key child w Chmurce. Czekoladka jest jeszcze w grupie Fruzi, za 3 miesiące rusza do szkoły. Tasman skarżyła mi ostatnio na niego, chyba nie chciał się z nią bawić, a ja... ja byłam rozbawiona. Wtedy, za czasów Czekoladki, Fruzi jeszcze nie było na świecie. Dziś trudno przewidzieć, kto z tej rodziny już jest, a kogo jeszcze nie ma.

Obejrzeliśmy dwa krótkie filmy o zdrowych i niestabilnych więziach. Still Face Experiment i Strange Situation Experiment wstrząsnęły mną w środku, choć nie dzieje się w nich nic drastycznego. Problem w tym, że ja wszędzie widzę Fruzię. Nawet w tym gumowym bobasie, którego prowadząca nosiła, tuliła, wkładała do łóżeczka i - mam wrażenie, że nieświadomie, jakby odruchowo - uspokajająco poklepywała po plecach, kiedy prezentowała nam healthy attachment cycle, czyli jak wygląda zdrowe budowanie więzi z niemowlęciem.
- Więź nie powstaje po dwóch zaspokojeniach potrzeb dziecka. Więź powstaje w procesie nieustannego, często nieuświadomionego wręcz zaspokajania potrzeb dziecka. Setki razy, tysiące razy, kiedy słaniając się ze zmęczenia idziesz robić kolejną butelkę mleka albo zmieniasz kolejną pieluchę.

Nieustannie od trzech lat i dwóch tygodni. And still counting.

Znów tam byliśmy, tak spokojni i pewni tego, że tak właśnie ma być. W pewnym momencie byliśmy o krok od decyzji o kolejnej próbie ivf. To było wtedy, kiedy tak wiele razy powtarzano nam, że na chwilę obecną nie, przykro nam, ale sami rozumiecie, lepiej za kilka lat, jak ona pójdzie do szkoły, a najlepiej, gdybyśmy poczekali jeszcze trochę dłużej. Poczuliśmy, że wizja Drugiego odsuwa się od nas na drugi koniec świata. Bo życie jest życiem. W ciągu kilku lat może zdarzyć się tyle, że Drugiego może nigdy dla nas nie być. Albo nas dla niego. Poszperałam, podzwoniłam, napisałam. Do Czech. Miałam się zgłosić do kliniki na histeroskopię w czerwcu zeszłego roku.

Przez jakiś tydzień nawet o tym myśleliśmy. Nawet z niejakim entuzjazmem, że skoro nie tamtymi drzwiami, to może tymi. Adoptujmy zarodek. To też rodzaj adopcji. Choć czułam jakiś bezsensowny wyrzut. Niepokój. Sama nie wiem, co.

Bo.

Bo to jednak nie to samo. To już nie była nasza droga. Zaskakujące, ale zupełnie naturalnie straciliśmy zainteresowanie tematem, żeby nie powiedzieć wprost, że o nim... zapomnieliśmy. Któregoś dnia on zapytał, czy nadal w to wchodzimy.
- Wiesz coooo... - zaczęłam. - Myślę, że nie. A ty co sądzisz?
- To samo. Odpuśćmy, kompletnie tego nie widzę.

Pamiętam, że mi wtedy ulżyło, że ona nigdy nie będzie musiała zadać nam pytania, dlaczego po jej adopcji wciąż chciałam urodzić dziecko. Nie, kochanie, nie chciałam. Wtedy pomyślałam tylko, że to może być jedyna opcja. Nie chciałam i nie chcę. Ja i tata chcemy znaleźć twoje rodzeństwo tak samo, jak znaleźliśmy ciebie. Dokładnie w taki sam sposób.

Więc znów tam byliśmy. To nawet nie cały krok, a pół. Pół kroku w drodze do mety maratonu. Już wiem, czym to pachnie, ale ostatecznie dopiero po raz pierwszy biegniemy nasz drugi maraton. Dystans znany i oswojony, ale trasa inna i raczej na pewno bardziej wyboista.

Ale za to doskonale wiemy, jaka satysfakcja czeka na finiszu.

Nasza rodzina - by Fruzia

Fruzia zmienia zeznania co do tego, kto jest kto na obrazku poniżej, ale jedno jest pewne - są tam wszyscy: mummy, daddy, Fruzia, Rudolf oraz BABY SISTER (chyba wciąż w moim/czyimś brzuchu, choć mnie nic o tym nie wiadomo!). Bo tak jakby nie ma negocjacji - ma być sister i koniec. A ona będzie ją karmić, przewijać i -  och! - utulać do snu, jeśli zapłacze!

I jak my to wytłumaczymy na jutrzejszym szkoleniu dla (ponownych) adoptersów??



PS. Odniosę się do Waszych komentarzy z poprzednich postów jutro. Czytam, nie ignoruję - tylko nie ogarniam :-)

O mistrzyni zen

Wychodzę z dziewczynami z naszego centrum rozrywki wszelakiej. Zabukowałyśmy właśnie sesję na ściance wspinaczkowej dla Husi i zmierzamy do samochodu. Fruzia dzikuje, jak na dzika przystało, więc upominam ją po raz setny, że tu jeżdżą samochody i ma trzymać mnie za rękę, ale dziewczę wie swoje, podskakuje, próbuje się mnie pozbyć, więc szybko podrywam ją  do góry i zanoszę do auta. Tam pakuję ją do fotelika, tradycyjnie rzucając kluczyki na siedzenie pasażera, żebym nie wybiła nimi komuś oka w trakcie akrobacji Fruzi, wręczam młodzieży lizaka, a potem zamykam drzwi i mówię stojącej z drugiej strony auta Gwieździe, że może wsiadać.
- Ale jest zamknięte - mówi ona.
Jeszcze niczego nie podejrzewając, podchodzę do niej i próbuję otworzyć samochód z jej strony. Nie mogę.
- O fuck! - mówię tylko.
Sprawdzam wszystkie drzwi.
- Fuck!

A kluczyki na przednim siedzeniu pasażera.

Nie myślę. W ogóle nie myślę o tym, że pewnie trzeba będzie wybijać szybę albo czekać na specjalistów od ratowania blondynek. Nie myślę nawet o tym, że jestem blondynką, bo czasem to aż nazbyt oczywiste. Myślę tylko i wyłącznie o tym, że Fruzia zamknięta jest w Blaszaku, do którego nie mogę się dostać i jeśli tylko się zorientuje, co jest grane, przestraszy się i będzie płakać. A ja nie będę mogła jej pomóc, o mój boszeeee, ratunku, co ja wtedy zrobię... (Oczywiście w wyobraźni już widzę, jak Fruzia leje łzy i z rozpaczy rzuca się na szybę auta.)
- Pędzę do recepcji, może coś mi poradzą, zostań tu z nią i w razie czego zagaduj - rzucam do Husi i już biegnę z powrotem do centrum.
W budynku bardzo nie po angielsku przerywam rozmowę recepcjonistce i klientowi. Zdenerwowanym głosem wyjaśniam, co się stało i pytam, czy mogliby mi jakoś pomóc. Babeczka pyta, gdzie jestem ubezpieczona i czy nie chciałabym do nich zadzwonić, żeby przyjechali mnie ratować. Uprzejmie (ha.ha.) wyjaśniam, że w tej chwili to nie jestem niczego pewna, a już na pewno nie tego, czy moje ubezpieczenie pokrywa takie wygłupy. A nawet jeśli tak, to omójbożeiwszyscyświęci, ja mam tam dziecko, nie mam czasu na czekanie na zespół ratujący!
- Ale pani dziecko nie jest takie małe.. - wtrąca się dotąd milczący klient.
Patrzę na niego i natychmiast kojarzę, że kiedy szłyśmy w stronę Blaszaka, on mijał nas i zerkał tak trochę z ciekawością na dzikującą Fruzię. Ha. Teraz to już w ogóle musi mieć o mnie wyrobione zdanie, myślę sobie i nawet przez chwilę chce mi się śmiać.
- ... więc może będzie w stanie otworzyć okno albo drzwi? - kończy.
Aaaa! Aż podskakuję z radości! Czemuż, ach czemuż, Boże i Karmo, obdarzyliście mnie tak małym rozumem? No jasne!
- O boże, no jasne, dziękuję, to przecież takie proste! - piszczę z radości i naprawdę podskakuję w miejscu, a potem zrywam się i pędzę przed siebie.
Serio. Dokładnie tak się zachowuję. Emocje mam czasem aż zanadto na wierzchu. Oni chyba tam jeszcze czegoś takiego nie widzieli.

Dopadam auta. Husia, biedactwo, stoi przy samochodzie, nie wiedząc, co ze sobą począć. Fruzia natomiast siedzi spokojnie w foteliku i je lizaka.
- Fruziu, Fruziu - zagaduję do niej przez szybę, starając się nadać memu głosowi spokojne brzmienie. - Otworzysz szybę, kochanie?
Taaa.
Fruzia uśmiecha się do mnie, majta nogami w fotelu i dalej wsuwa lizaka.
Próbuję wskazać palcem na przycisk, którym normalnie uwielbia się bawić, otwierając okno w trakcie jazdy.
- Otwórz okno, Fruziu, OK? - czuję, że mój głos niebezpiecznie zaczyna się podnosić.
- OK - mówi Fruzia, macha do mnie zadowolona i dalej nic nie robi. Oprócz lizania lizaka, oczywiście.
- Okno, Fruziu, otwórz okno! - niemal krzyczę, stukając jak oszalała w szybę. - Widow, open the window, please!
Może w tym drugim/pierwszym języku szybciej zrozumie?
- CAN YOU OPEN THE WINDOW OR THE DOOR, FRUZIU???? - wrzeszczę.
Tasman macha do mnie radośnie, kiwa głową na tak i dalej nic nie robi. Majta dolnymi kończynami i wygląda jak ktoś, kto właśnie jest na dobrze rozkręconym urlopie. No żesz kurwa jasna!
Zaczynam się histerycznie śmiać.
- Ja tu chyba zaraz zejdę na zawał!
Husia patrzy na mnie niewyraźnie, bo w takiej akcji to na pewno mnie jeszcze nie widziała. Kątem oka dostrzegam, że w samochodzie zaparkowanym maska przy masce do mojego siedzi facet, który przygląda się nam zblazowanym wzrokiem. Mógłbyś człowieku chociaż zapytać, czy potrzebuję pomocy!, myślę sobie trochę bez sensu, bo i w czym miałby mi pomóc?
Tymczasem z budynku wychodzi pani recepcjonistka i pyta, jak toczą się sprawy.
- Cóż, moja córka jest bardzo zrelaksowana i zupełnie nie przejmuje się moimi prośbami - parskam.
Ale do śmiechu mi nie jest wcale. Wciąż wyobrażam sobie, co się stanie, jak się zorientuje.
- Fruziu, wyjdź z fotelika, OK? - krzyczę.
Choć oczywiście staram się NIE. Nie krzyczeć i nie histeryzować. Obawiam się jednak, że średnio mi wychodzi.
- OK! - Fruzia chyba myśli, że to taka zabawa.
Recepcjonistka stoi z boku. Przez szklaną ścianę siłowni spoglądają na nas ciekawie amatorzy rowerów stacjonarnych. Drama queen i przedszkolak uwięziony w aucie to musi być niezłe urozmaicenie nudnego treningu.
Ale... cóż to? Alleluja! Fruzia wreszcie odpina pasy i zeskakuje z fotela.
- Now open the door, OK? - cieszę się.
Próbuje. Drzwi są zablokowane. No jasne, sama je zablokowałam, żeby ich sobie nie otworzyła!
- Kochanie, przejdź do przodu i weź kluczyki! - czuję, że wreszcie zmierzamy w dobrym kierunku, choć głos wciąż mi się trzęsie.
Mała przełazi na fotel pasażera, cały czas ogromnie z siebie zadowolona. Powtarza, że ok, fine, macha do mnie... Cyrk na kółkach! Łapie za kluczyki i klamkę od drzwi jednocześnie.

Otwarte.

Łapię Fruziaka z ulgą, zaczynam się śmiać jak dzika, a potem stawiam małą na ziemi i biegnę uściskać panią z centrum rozrywki wszelakiej za psychiczny doping. Rozrywkę to ona dziś miała przednią.

Oddycham z ulgą i wymownie patrzę na Fruziaka. Młoda dalej zajęta jest lizakiem.
- OK, Fruziu? - pytam.
- OK, mummy - odpowiada wesoło, choć lekko jakby już znudzonym głosem.

No bo przecież cały czas jest OK, a mama wciąż pyta i pyta!

O tym, kogo brakuje

Brakuje nam jej. Mnie szczególnie wtedy, kiedy Fruzia baletuje za zamkniętymi drzwiami, albo kiedy stoję na balkonie, obserwując jej poczynania w sali gimnastycznej, i nie mam z kim skomentować jej akrobatycznych dokonań. Inżynier nie ma z kim sprzeczać się na tematy sportowe (jednocześnie trzęsąc się ze śmiechu, że ona taka buńczuczna i w ogóle po kim ona to ma, no bo chyba nie po ojcu i matce), Fruziak, wychodząc z przedszkola, wciąż pyta "A Husia?" i deklaruje chęć chodzenia z nią do szkoły, jeśli to miałoby przywrócić jej ukochaną przyszywaną siostrę, no i nikt nie zbiera zamówień na herbatę z takim poczuciem misji jak ona. Jaką pijecie? Zieloną, czerwoną, niebieską, czy czarną? Zaprawdę powiadam Wam, hektolitry płynów w kolorach tęczy przelały się przez Piątą Chatkę w ciągu tych kilku tygodni. Nie wiem, czy to przez ten five o'clock, ale Wielki Brat utrzymuje, że jakaś taka europejska wróciła do domu, taka doroślejsza - w domyśle: również bardziej buńczuczna i wymagająca - ale to widocznie już tradycja rodzinna, bo kiedy ja wróciłam z Oxfordu sto lat temu, Mamuśka mówiła dokładnie do samo.
- 18 lat nie mogłam nakłonić jej do picia mleka w jakiejkolwiek formie, a wystarczył jeden wypad do wielkiego świata i proszę - płatki z zimnym mlekiem na śniadanie! - ironizowała.
Husia pewnie pije (jeszcze) więcej herbaty, ale to pewnie nie jedyny powód takiego wyroku. Wielki najbardziej załamał się wizją studiów za granicą, w Szkocji lub Niemczech, bo w tych ostatnich zdecydowanie taniej. Obstawialiśmy Berlin, ale Wielki twierdzi, że puści Husię co najwyżej dwie wsie od Rancza, tam ponoć też można posmakować świata, w końcu on jej trzymać nie będzie (dalej niż smycz pozwala). A to już coś. Jesteśmy o jedną wieś dalej od ostatniej wizyty.

Z Gwiazdą prowadziliśmy dysputy na tematy wszelakie. Dowiedzieliśmy się, czym zajmuje się gimbaza w wolnych chwilach, jaki rodzaj fotografii ją interesuje (proszę, nie pytajcie),
co wszyscy obstawiają na egzaminach w przyszłym roku (charakterystyka!) i dlaczego Jezus jest świetnym bohaterem wypracowania. Barierę językową omówiliśmy na sto czterdzieści pięć sposobów i śmiem twierdzić, że Huśka mogłaby z niej zrobić doktorat. Bariera językowa to zresztą coś, czego Wielki pojąć nie może.
- No, ale czego ty się wstydzisz? Ja was nie kumam. Gdybym ja znał angielski choć w połowie tak jak ty - tu Wielki zwrócił się do córki - gadałbym z każdym i wszędzie. Nawet z kierowcą w autobusie.
Wielki ma coś z Ojca Dyrektora. Teoretycznie nie zna żadnego języka obcego, ale dogada się zawsze. Bez kłopotu, bez barier i z zadziwiającą skutecznością.
Gwiazda tylko wywracała teatralnie oczami, wzdychała i zaczynała litanię "boszeee, tato, jak ty nic nie rozumiesz!" W takich chwilach byłam rozdarta. Bo z jednej strony też wywracałam oczami na równi z Huśką, bo on NAPRAWDĘ nic nie rozumie!, a w duchu łączyłam się solidarnie z Wielkim. Bo psychiczna bariera językowa faktycznie jest bez sensu, jeśli tak się nad nią zastanowić, a do tego w tym Huśkowym przewracaniu oczami widziałam Fruzię za dziesięć lat, kiedy po wakacjach na Ranczo młodzież zaśpiewa nam "boszeeee, jak wy nic nie rozumiecie!" Pamiętaj o tym, Wielki Bracie, kiedy zechcesz triumfalnie wyrzucić z siebie "to teraz wiesz, jak to jest!"

Z każdym kolejnym tygodniem psychiczna bariera językowa stopniowo opuszczała Gwiazdę.
- Bo widzisz, obcokrajowcy to zupełnie inna historia - tłumaczyło mi moje przybrane dziecko. - Ja ich rozumiem prawie bez problemu, a poza tym oni są na takiej samej pozycji jak ja. Ale Brytyjczycy mówią tak, że nie łapię wszystkiego i to mnie dołuje.
Nie pomogły tłumaczenia, że ona dopiero przyjechała, a ja, zanim na dobre i naprawdę zaczęłam rozumieć Brytyjczyków, byłam po ponad dwudziestu latach nauki ich języka, magisterce z filologii i kilku miesiącach mieszkania w Krainie Deszczu. Pod wpływem dylematów Husi zaczęłam się nawet zastanawiać, czy to może ze mną było coś nie tak, skoro to wszystko tak długo trwało, ale potem przypomniałam sobie, że 1. młodzież teraz szybciej dojrzewa, 2. z Internetu zaczęłam regularnie korzystać PO napisaniu magisterki, 3. do momentu matury do nauki języka musiał wystarczyć mi mały kieszonkowy słownik w brązowej, sztywnej okładce. Może dlatego przez wiele lat nie zawracałam sobie głowy tym, czy ja naprawdę mówię po angielsku czy nie.
W końcu jednak lody zaczęły topnieć.
- No, that's fine - odpowiedziała Huśka jednej Brytyjce, której dziecko trącało ją systematycznie w udo. Lub żebra. Lub inną część jej ciała. Nieważne to, bo duma rozlała się po wszystkich członkach mego ciała. Powiedziała to tak pewnie, tak swobodnie, tak melodyjnie i tak... bo angielsku, że na chwilę zaniemówiłam. Potem złożyła zamówienie w kawiarni, pokonwersowała z kurierem dostarczającym super ważną przesyłkę, kupiła bilety w autobusie...
- Widzisz, rozmawiasz z Brytyjczykami! - cieszyłam się.
Zapominałam wtedy kompletnie, że miałam ją przepytać z żółtych słówek, a Husia skrzętnie z tego mojego zapominalstwa korzystała. Aż wreszcie wczoraj znalazłam pęk żółtych fiszek w kanapie, którą postanowiła rozłożyć na kawałki Fruzia. Pozbierałam je, chichocząc do siebie półgłosem. Oj, przepytam ja Ciebie w październiku, Husiu, przepytam!!

W swoje urodziny Huśka dwa razy zdmuchiwała świeczki i dostała cztery mini torty, bo taką miał(am) fantazję dostawca z Sainsbury'sa. Szacowna solenizantka przyjmowała tego dnia gości z dalekiej zagranicy i po czułych powitaniach ze stęsknionymi rodzicami niemal natychmiast zaczęła sprzeczać się z ojcem swym jedynym. Samo życie. Rozłąka niczego nie zmienia w relacjach rodzinnych, skoro nie dalej jak cztery tygodnie wcześniej posprzeczałam się znienacka z Ojcem Dyrektorem o jakiś idiotyczne podanie, która miałam napisać na jego prośbę we własnym interesie. Ach, te dzieci!

Brakuje mi jej w weekendy, kiedy mam się zebrać na samotny jogging. Albo kiedy siedzę z Fruźką w ogródku i ćwiczymy jaskółki. Fruziak pomaga jak może, ale jednak nie dźwignie mojej nogi do góry, służąc za trenera. Fruzia jest mini trenerem, który wszystko akceptuje, a najgorszą karą jest stwierdzenie 'silly mummy!', kiedy obalam się na trawę. Albo kiedy Zamroczona odstawia swoje show w ogródku, a dookoła nie ma nikogo, kto w mig złapie moje spojrzenie, bo Inżynier w pracy.

Ale jak dobrze, że oni są. Ta mała i ten duży. Bo mają w szafach dokładnie taki sam bałagan jak Husia na swojej półce przez 6 tygodni, więc przynajmniej za tym z tego rozrzewnienia nie tęsknię!

 ❤️

O dziczyźnie

Rozmawiamy z Mamuśką na nieśmiertelnym skypie. Fruzia wciąż wpada w kadr i znika, wpada i znika, nie może usiedzieć na tyłku przez minutę. Wreszcie biegnie do swojego pokoju, przymyka drzwi i zapada  cisza.
- Fruziu, gdzie się chowasz? - krzyczy Babcia.
Tak. U nas się czasem krzyczy przez skype'a.
- Fruziu, chodź pogadać z Babcią - ponaglam Tasmana.
Młoda biegnie. Coś rzuca do nas w tym biegu, jakąś zdawkową uwagę, coś mamrocze, łapie zabawkę i pędzi z powrotem do sypialni.
- Fruziu, ty jesteś dzika! - śmieje się Mamuśka. - Mogłabyś przez chwilę przestać się poruszać? Dzik jesteś, słyszysz? Dzik!
I wtedy okazuje się, że Tasman jednak nas słucha, bo natychmiast odkrzykuje ze swojego pokoju urażonym tonem:
- I'm NOT dzik!!!
Po czym wraca do nas do salonu, wyciąga oskarżycielsko palec w stronę monitora i rzuca:
- You dzik, Baba!

Kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie.

(...)

Wracam już za chwilę. Jeszcze tort urodzinowy dla (H)usi, jeszcze jedno rodzinne spotkanie i opowiem Wam o wszystkich krewnych i znajomych królika. To znaczy dzika.


O ślubie jakich mało

Był upalny czerwiec 1977 roku.

Tydzień przed ślubem ona została magistrem, a jej świadkowa tak się zdoiła, że w pijackiej malignie wywaliła na światło dzienne wszystkie brudy swej duszy, aby następnie się obrazić i na ślub przyjaciółki nigdy nie dotrzeć. Niestety, nie ona jedna przesadziła z procentami. To było wiejskie wesele drugiej połowy dwudziestego wieku: za lokal służył dom panny młodej, za catering - rzeźnik, kucharki i znajome kelnerki. I żeby to jeszcze kelnerka! Ale to rzeźnik na starcie nie wywiązał się z umowy i dopiero dobę przed imprezą zabrał się za ubijanie zwierzyny.
- Myślałyśmy z mamą, że nie będzie co na stół postawić - wspomina ona. - Dzielenie, mielenie, gotowanie, duszenie i pitraszenie trwało całą noc i kawałek weselnego dnia.
Potem opowiada dalszy ciąg tego nie-bajkowego zamążpójścia.
- Najpierw nie przyjechała dorożka. W tamtych czasach oddzielnie brało się ślub cywilny i kościelny. Nasza wieś podlegała pod urząd w miejscowości oddalonej o kilka kilometrów, nie było szans, żeby dotrzeć tam piechotą. Kiedy zrozumieliśmy, że najwyraźniej dorożkarz o nas zapomniał, chcieliśmy dzwonić pod taksówkę, ale - nie uwierzysz! - tego dnia była awaria prądu, komórek przecież nie było, więc nie mieliśmy z czego i skąd zadzwonić. Nie wspominając o lodówkach i zamrażarkach, które miały uchować mięso od tego upału.

Przytomnością umysłu wykazał się przyszły szwagier panny młodej. Zatrzymał przypadkowego motocyklistę, pożyczył od niego motor i pognał do sąsiedniego miasteczka na postój taksówek.

- Wpadliśmy do urzędu spóźnieni dobrą godzinę. To była sobota, urzędniczka, sądząc, że się nas nie doczeka, zamierzała właśnie zamknąć urząd i złapać ostatni tego dnia autobus do domu. Zdążyliśmy, ale pamiętam, że byłam strasznie zdenerwowana, a potem naszą urzędniczkę zabraliśmy ze sobą, bo nie miałaby jak wrócić z pracy.

Z prawnego punktu widzenia byli już małżeństwem. Pozostało im czekanie na błogosławieństwo księdza.

- Na plebanii okazało się, że mój obecny i jednocześnie niedoszły mąż nie przywiózł ze swojej parafii wymaganego zaświadczenia o tym, że jest kawalerem. Ksiądz poprosił jego rodziców o zaprzysięganie, że ich syn nigdy wcześniej nie był żonaty, ale tu z kolei pojawił się problem, bo rodzice przyjechali... bez dowodów osobistych. Myślałam, że się wścieknę!
- I co zrobiliście? - pytam.
- Moi rodzice przysięgali, że jego rodzice to naprawdę jego rodzice, a ci z kolei, że ich syn nigdy nie był w związku  małżeńskim. Totalne wariactwo!

Oczyma wyobraźni zobaczyłam tę scenę na ranczerskiej parafii. I chociaż wiem, że to nie był ślub jej marzeń, niczyich marzeń, parsknęłam śmiechem.
- I co było dalej?
- Tego było tyle, że połowy już pewnie nie pamiętam. Na pewno zgubiłam przygotowane specjalnie na tę okazję klipsy. Koleżanka, która była obecna na weselu przez przypadek, bo nie zauważyła, że dostała zawiadomienie zamiast zaproszenia, z czego ostatecznie bardzo się ucieszyłam, zdjęła z uszu swoje, stwierdzając, że i tak powinnam mieć coś pożyczonego. To wszystko tak nas wytrąciło z równowagi, że jeszcze chwila, a byśmy się pokłócili - ja byłam spłakana, on wkurwiony; zaczęłam mu poprawiać muszkę, a on tak się wciekł, że jest mu za ciasno przy szyi, znasz go przecież, że zerwał tę muszkę w cholerę. Spójrz na nasze zdjęcia ślubne i zwróć uwagę na jego rozchełstaną przy szyi koszulę... Co jeszcze... Nowa świadkowa, znasz ciotkę E, tak długo się mizdrzyła, że spóźniła się do kościoła. Już szliśmy do ołtarza, ja obmyślając, kogo by tu z łapanki na świadka przygarnąć, kiedy ciotka zjawiła się w drzwiach. Z mokrymi włosami, bo jeszcze jej czasu zabrakło! Kurwa mać, co to był za ślub! Ach, a potem jeszcze chleb z piekarni nie dojechał na czas i mama martwiła się, że nie będzie ani kromki chleba. A tu sześćdziesięciu ludzi do nakarmienia!
- Matkobosko, jak w jakimś kiepskim filmie!
- Od lat powtarzam, że niebo mnie ostrzegało, że czeka mnie wyboista droga. Nawet moja mama, oaza spokoju, w końcu się wściekła na to wszystko i powiedziała: "Córka, jak ty masz mieć całe życie takie, jak ten ślub, to pieprznij to wszystko w cholerę!"
- A chciałaś pieprznąć?
- Nawet nie zdążyłam o tym pomyśleć, nie było czasu, byłam cała w nerwach i za dużo się działo - Mamuśka mruga do mnie porozumiewawczo. - Poza tym wesele było cudowne, pomimo faktu, że nasz fotograf, znajomy, zamiast fotografować nas, przez całą noc biegał z aparatem za moją koleżanką, którą wciąż podrywał. Dlatego na pamiątkę tego dnia mam całe dwa, w dodatku średnio ciekawe zdjęcia z imprezy. Taaaak. To był ślub!

Jesuuuuu, jak dobrze, że nie pieprznęła!  Zresztą, Inżynier ma swoją osobistą teorię w kwestii mniejszych i większych piorunów towarzyszących Mamuśce i Ojcu Dyrektorowi przez ostatnich czterdzieści lat.
- Mogą sobie gadać, co chcą, a ja wiem, że szaleją za sobą - powiedział kiedyś.
Co więcej, Gwiazda zgadza się z tą szaleńczą hipotezą.
Ja natomiast wiem jedno -
- Mamuśko, czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, że gdybyś wtedy zdezerterowała, nie byłoby nas tutaj? Mnie ani Jusi nie byłoby w ogóle. Inżynier żyłby sobie spokojnie nie mając pojęcia o swoim alternatywnym życiu, a Fruzia... Fruzia miałaby innych rodziców!
Nagle wybucham śmiechem.
- Bez was nie byłoby mnie, Wielkiego Brata, Diabła i Jusi, ale moje nieistnienie nie wpłynęłoby prawdopodobnie w ogóle na fakt istnienia Fruzi.

Jak dobrze, że nie pieprznęła.

(...)

Dwie godziny później.

Mamuśka patrzy na mnie zawadiacko i mówi:
- A ty wiesz, że on mi "Dla Elizy" zagrał w kościele?

On. Niedoszły narzeczony. Ale pssst! Wy nic nie wiecie!

O tym, who's who

Siedzimy na kanapie. Przytulam się do Mamuśki.
- Kochana moja Mamuśko, jak fajnie, że jesteś!
Fruzia, która bawi się na dywanie tuż przy nas, nagle zaprzestaje niańczenia swojego bobasa i patrzy na nas uważnie.
- Fruziu, a ty wiesz, że to jest moja mamusia?
- He? - pyta Fruziak.
Z tego jej "he?", kiedy czegoś nie dosłyszy lub nie zrozumie, zrywamy boki. Tasman brzmi jak głucha staruszka, która pomimo swych niedostatków w odbiorze rzeczywistości, chce być dobrze poinformowana. Usiłowałam uczyć ją "słucham?", ale uznałam, że to jeszcze za trudne, a z "pardon?" szybko zrobiła "pada". Nauka nie poszła w las.
- He?
- Moja mama. To jest moja mama. My mummy.
Do Fruzi nagle dociera przekaz.
I to, że chyba ktoś próbuje robić ją tu w wielkanocne jajo.
- No! - mówi zdecydowanie. - Baba.
- Tak, to jest twoja babcia, ale moja mama - tłumaczę jeszcze raz. - Moja mama.
Mamuśka już się cała trzęsie ze śmiechu obok mnie.
- No! - denerwuje się Fruziak, przytulając się do mojego drugiego boku. - You mummy.
Spokojnie powtarzam całą lekcję od nowa, wskazując na poszczególnych członków rodzinki.pl.
- Moja mama, twoja babcia, a to mój tata, twój dziadek. A ja jestem ich córeczką.
- No!
Fruzia rusza do boju. Kolejno wymierza w nas wskazujący palec, wędruje od kanapy do stołu i tykając każdego, twardo oświadcza:
- My mummy, my baba, my dziadzia, my daddy, my (H)Usia, my Rudolf!
Po czym patrzy na nas buńczucznie, jakby przestrzegając, że nie warto z nią teraz zadzierać.
Nikt nie zaprzecza. Głównie dlatego, że wszyscy rechoczą.

Ale ja oddycham z ulgą. Jak to dobrze, że ktoś zrobił porządek w tej rodzinie. Nareszcie wiem, kto jest kto!

O tym, kto liczy (i na co)

W piątek mówiłam jej, że jeszcze tylko pięć nocy.
- Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć i już będą - tłumaczyłam.
- One, two, three, four, five - powtarzała za mną Fruzia.
- Tak, pięć.
W niedzielę wyjaśniłam, że już tylko one, two, three i...
- Wooow! - Tasmanowi zaokrągliły się oczy.
Niewiele z tego rozumiała, ale uwielbia liczyć, a na Babę i resztę gangu czeka już od tygodni, więc na pewno zrobiłam na niej wrażenie.
- A kto do ciebie przyjedzie?
- Baba, Dziadzia, Usia - wyrecytowała Fruziak.
W poniedziałek wyszła z przedszkola, rozejrzała się i rzuciła pytająco:
- Baba?
- Jeszcze dwie noce, spokojnie. One, two i będą.
- One, two - uspokoiła się.
Dzisiaj rano Inżynier zapytał, kiedy wreszcie ta Baba przyjeżdża, bo ileż można odliczać!
- One, two, three, four, five... - zaczęła młoda.
- Coś ci się pomyliło - sprostowałam. - Jedna noc do przyjazdu Dziadków, a pięć tygodni będziesz z Usią. Pamiętasz?

I ja już sama nie wiem, czy to takie nietypowe ćwiczenia przed Early Permanence, czy raczej przygotowanie na życie z Fruzią za ponad dekadę, ale wygląda na to, że zostaniemy tymczasową rodziną zastępczą dla Gwiazdy vel Usi. Wielki Brat już roni łzy, choć nie ma nikogo, kogo mógłby obwinić za rozłąkę z córką, bo sam wymyślił ten turnus językowy. Kazał też Inżynierowi kupować strzelbę i stawiać zasieki wokół domu, ale my mamy swój własny, niecny plan, a odległość od Polandii działa na naszą korzyść. Na nic łzy Wielkich.

My po prostu adoptujemy Usię.

Jeśli więc przez chwilę nie będę się odzywać, nie martwcie się i pozostańcie czujni. Proces adopcyjny pochłania naprawdę mnóstwo czasu.

O pierwszym do Pierwszych

Do pierwszego zabierałam się jak labrador do jeża. W ten weekend muszę go napisać, obiecywałam sobie. Trzy weekendy później, natchniona zapewne jakąś motywacyjną przemową kołcza od przysposobienie do życia w rodzinie, rozpisywałam cele na kolejny miesiąc - 1. posadzić tyłek i napisać wreszcie list (trzy wykrzykniki i lekarski dopisek 'pilne!') Mówiłam też na głos, na tyle głośno, żeby on słyszał; wiadomo, że publiczna deklaracja, choćby publika miała ograniczać się jedynie do Męża Osobistego, bardziej zobowiązuje. (Nie w tym przypadku, jak się szybko okazało.) Potem, tonem Mamuśki, karcąco (przy zmarszczonych przed lustrem brwiach)- weźże, do cholery, napisz ten list!

Myliłby się ten, kto posądziłby mnie o wątpliwości natury emocjonalnej. Że wewnętrzna walka, że to zbyt trudne, że niepotrzebne, że może jednak jakiś nieuświadomiony lub głęboko skrywany na dnie duszy uraz. Że może ja tak naprawdę nie chcę i wynajduję sobie tysiąc wymówek, żeby uniknąć konieczności powrotu do jej dawnego życia, choćby tylko na czas pisania listu i jedynie w myślach. Nie, to nie to. Razem z Fruzią przyszła akceptacja wszystkiego, co było przed i wszystkiego, co później, a co jeszcze tak bardzo nieznane. A obok nich zawsze stoi wdzięczność. Więc nie, to nie to. Żadne z nas nie ma problemu z tym, żeby od czasu do czasu podzielić się z Pierwszymi małym kawałkiem tego, co u niej. Kawałkiem? Kroplą zaledwie. Kropelką w ocenia wydarzeń, zachwytów, wzlotów i upadków.

Rozumiemy i akceptujemy powody, dla których raz w roku dobrowolnie zobowiązaliśmy się pisać list do Pierwszych Rodziców. Chcemy w tym wytrwać dla swoich własnych - i nakreślonych trochę w jej imieniu - powodów.

Mój problem - bo to ja w tej rodzinie piszę, pamiętacie? - był wtedy bardzo prozaiczny.

Ja po prostu nigdy nie pisałam listu do kogoś, kto jest nam tak bardzo bliski, a jednocześnie tak piekielnie obcy. Do kogoś, z kim nigdy nie zamieniliśmy słowa, a komu zawdzięczamy drugie, lepsze życie. Nigdy też nie pisałam listu, który podlega cenzurze. To cenzura decyduje, czy zmieścił się w szablonie, w którym nie ma miejsca na innowacje i wzruszenia. Szablon jest przejrzysty, czytelny i całkowicie uzasadniony. Żadnych wyznań, czułych słówek, danych umożliwiających identyfikację, krótko, informacyjnie i grzecznie. Po angielsku. A przecież ze mnie anglistka od siedemnastu boleści i mentalnie to ja po drugiej stronie Kanału byłam i będę do ostatniej litery, którą zdołam w tym życiu wystukać na klawiaturze. I choć wiele się już nauczyłam, trudno było mi utrzymać się w ryzach. Napisać, że zrobiła to i to, a potem urosła, je ładnie i zaczęła raczkować, och, do następnego spisania! Jak Bóg, Karma, ten blog i Wy mi świadkiem - nie umiem pisać w ten sposób.

Rozum jednak w końcu wziął górę nad urojonymi wymówkami. Usiadłam. Napisałam. Czyli jednak potrafię! Po dwudziestu minutach wstałam od stołu i przeczytałam list Inżynierowi. Ten popatrzył na mnie i oznajmił, że gdyby nigdy wcześniej nie miał okazji przeczytać choćby kawałka moich zapisków, na podstawie tego listu uznałby, że z przytupem oblałam maturę z obu narzeczy. (Jednak nie potrafię.)

Taki to był ten pierwszy list do Pierwszych. Dziwny.

Jak pewnie wiele innych pierwszych razów w życiu. Choć przecież bez tych pierwszych, jakiekolwiek by one nie były, nie ma kolejnych. Lepszych.

Mimo wszystko to dobrze, że je piszemy. Nie wiem, czy ktoś w ogóle na nie czeka, czy ktoś je czyta. Że myśli, chcąc lub nie - w to nie wątpię. Więc to dobrze, że piszemy i że idzie nam coraz lepiej.

Może są, a może kiedyś będą, ukojeniem. Dla kogoś.

O tym, że wiek to pojęcie względne

Nakręcona kolejnymi urodzinami, śpiewa pod nosem "Happy birthday".
- Fruziu, a ty wiesz w ogóle, ile Ajka ma lat? - pyta Inżynier.
Młoda myśli. Myśli, myśli, marszczy czoło, spina się, w końcu wypala radośnie:
- Yes. One o'clock!

Jakbym słyszała Lucasów.