O przedświątecznej przejażdżce

Wychodzimy z Fruzią z przedszkola. Ja w ekstazie, bo właśnie zaliczam łapanie  świątecznego klimatu, Fruzia w ekstazie, bo ... bo to Fruzia. Leci do mummy car na łeb, na szyję, gdyż nieopatrznie zdradziłam, że czeka tam na nią jajko niespodzianka. Pędzi więc z dzikim okrzykiem 'ajo!', nie zwracając uwagi na nic i nikogo. No to ja pędzę za nią, bo chociaż parking zdaje się ucinać sobie poobiednią drzemkę, to jednak to parking, któreś z aut może nagle ożyć. Dopadamy do Mikruski. Fruzia niecierpliwie przebiera nogami, niemal tańczy sambę, bo ona chce to ajo już teraz, natychmiast, mnie plączą się ręce, bo próbuję otwierać drzwi, trzymać Fruzi torbę, Fruzi koronę z papieru, Fruzi rękawiczki, które rzuciła na ziemię, i w końcu samą Fruzię, bo kątem oka widzę, że faktycznie sunie ku nam jakieś auto. Uff. Udaje się. Tasman znów w ekstazie, bo już trzyma ajo, a tu jeszcze trzeba zdjąć jej kurtkę, posadzić w foteliku, zapiąć i odpowiedzieć na trzy zagadkowe pytania, na które nie znam odpowiedzi. Głównie dlatego, że ich nie rozumiem, ale to nieistotne. Kolejne uff. Sadowię się na swoim miejscu, włączam silnik, wrzucam jedynkę, powoli ruszamy. Już zamierzam skręcać, kiedy zauważam, że sąsiadka, córka naszej Niani czekająca pod szkołą na swoją córkę, gwałtownie macha w naszym kierunku. Zatrzymuję Mikruskę i też macham, ale nie do końca wiem, czy to takie wylewne powitanie z jej strony, czy może coś mi chce powiedzieć. Odczekuję chwilę. Sąsiadka macha jeszcze gwałtowniej i jednocześnie pokazuje na mnie. Albo na Fruzię. Albo na Mikruskę. Do końca nie wiem. Wysiadam.
Dzieli nas może pięćdziesiąt metrów, więc nie słyszę, co krzyczy nasza znajoma, ale najwyraźniej jest rozbawiona.
- Nie słyszę! - drę się trochę bez sensu.
- ... you got ... - dochodzi moich uszu.
Bezradnie rozkładam ręce.
Sąsiadka bierze oddech i krzyczy najgłośniej jak potrafi:
- YOU'VE GOT SOMETHING ON THE ROOF!

Patrzę na dach.

A na dachu rękawiczki, torba i - ma się rozumieć - korona Fruzi.

Cóż było robić.

Poprawiłam koronę i pojechałyśmy dalej.

O tym, jak przetrwaliśmy zimę

Co się dzieje, kiedy w Krainie Deszczu zaczyna padać śnieg? Zaznacz prawidłowe odpowiedzi.

a) rozmowy o pogodzie naprawdę zaczynają być ekscytujące, gdyż istnieje prawdopodobieństwo, że  następnego dnia firma ogłosi stan klęski żywiołowej
b) uczniowie otwierają w trakcie zajęć okna i robią zdjęcia
c) ludzie dowiadują się o istnieniu zjawiska opon zimowych
d) niektóre Mamuśki donoszą, że Polsat i /lub TVN informują o stanie zagrożenia opadami śniegu na Wyspach
e) wiesz, że niezależnie od tego, co wydarzy się dalej, będziesz musiał o tym napisać (na blogu, na portalach społecznościowych, w kartach świątecznych i w mailach)

Poprawne odpowiedzi: a, b, c, d, e. (Jak Wam poszło?)

A w zasadzie dodałabym jeszcze jedną prawidłową odpowiedź:

f) po niemal sześciu latach na emigracji zaczynasz rozumieć ten szał i sam w niego wpadasz

Zaczęło padać w piątek, kiedy ruszałyśmy z Fruzią spod Piątej Chatki do Różowej. Tak bez ostrzeżenia zaczęło i natychmiast solidnie. Grube, puszyste płatki z zawrotną prędknością lecące na przednią szybę Mikruski wprawiły mnie w osłupienie.
- Matkobosko, śnieg pada! - wykrzyknęłam zdumiona. - Fruziu, śnieg, no świat się kończy!
Dziecko również wpadło w ekstazę pomieszaną z lekkim niepokojem.
- Mummy, look! LOOK! - krzyczała z fotelika.
Biedactwo, nawet nie była w stanie nazwać tego czegoś lecącego z nieba, co świadomie oglądała w swym życiu tak naprawdę po raz pierwszy. (Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce, kiedy Fruzia wciąż była bejbikiem, też śnieżyło. Jednak zanim dotarło w okolice chodnika, zamieniało się w wodę.)
- LOOK!
Śnieżyca trwała całą drogę do Różowej, czyli jakieś 30 sekund. A może 45, bo przecież w taką zamieć człowiek jedzie naprawdę wolno.
- Ciągle pada? - pytał podekscytowany personel Chmurki.
Niestety. Czułam się jak posłaniec przynoszący złe wieści i czekający na skazanie z natychmiastowym wykonaniem wyroku.

Popadało jeszcze chwilę w okolicach jedenastej am, kiedy to grupa moich nastolatków porwała się z ławek i rozpoczęła uwiecznianie śniegu na fotografiach. Pomna swych doświadczeń z ulotnością takich chwil zachęcałam ich jeszcze do nagrania filmików oraz wykorzystania przerwy na uważne przyjrzenie się białemu puchowi. Na pytanie dlaczego, odpowiadałam, że nigdy nie wiadomo, czy następnym razem nie będą pokazywać śniegu swoim dorastającym dzieciom. Z braku żywych dowodów - właśnie na tych nagraniach.

Ale dopiero w niedzielę przeżyliśmy prawdziwą zimę. Śnieg nie tylko dobijał do podłoża, ale do tego postanowił nie topnieć - liczę, że jesteście w stanie wyobrazić sobie powagę sytuacji. Mikruska wyglądała uroczo w nowym, śniegowym outificie. Rudolf zwariował w ogródku ze szczęścia. Fruzi, kiedy już odzialiśmy ją w narciarskie spodnie i kalosze, zapowiedzieliśmy, że to historyczny dzień, niech więc lepiej się dobrze bawi, coby zdjęcia wyszły instagramowo. (Jeśli ktoś zastanawia się: a) kto przy zdrowych zmysłach kupuje dziecku w Krainie Deszczu spodnie narciarskie, jeśli nie wybiera się na narty lub b) co to za dziwny zestaw: kalosze + rzeczone spodnie; odpowiadam co następuje: a) spodnie otrzymała Fruzia od podrosłego potomstwa Niemieckiej Szwaczki, przy czym przeleżały one w schowku na odzież-w-zasadzie-nieużywaną-ale-może-zdarzy-się-cud półtora roku, czekając na swoje pięć minut; b) no przecież chyba nikt nie podejrzewa mnie o kupowanie dziecku w Krainie Deszczu kozaków?) 

Kiedy już wreszcie wytarabaniliśmy się z Piątej, Fruzia była lekko shocked. (To jedno z jej ulubionych słów, które nieodmiennie wprawia mnie w stan rozbawienia. Tym bardziej, że to znów misiowa mama najczęściej jest shocked.) Nie wiem do końca, czy to ten śnieg, czy może te wszystkie kaftany bezpieczeństwa krępujące jej ruchy, fakt jest jednak taki, że przez kilka minut dziecię kontemplowało nowy pejzaż bez jakiegokolwiek ruchu lub emocji. Już się nawet bałam, czy to nie koniec zimowego szaleństwa, szczęśliwie jednak Tasmana odblokowało. Szybciej niż na urodzinach Albiego.

Próbowałyśmy ulepić bałwana, ale Fruziak nie mógł pojąć, że trzeba cierpliwości, zanim mała kulka stanie się podstawą bałwana. Z satysfakcją rozbrajała więc każdą, którą usiłowałam powiększyć.

Próbowałyśmy rzucać się śnieżkami, ale Tasman nie mógł odkleić swoich kulek od rękawiczek, w związku z czym wyglądała jak trzepoczący skrzydłami pingwin.

Sanek nie miałyśmy, bo przecież... kto kupuje sanki w Krainie Deszczu?

Zostało nam więc bieganie (za Rudolfem) i taplanie się w kałużach. Takich na wpół zmrożonych kałużach sięgających Tasmanowi powyżej kostek. A nie mówiłam, że kalosze i spodnie narciarskie to dobry zestaw? (Mamuśka, uważnie obejrzawszy nagranie z zimowiska, zapytała podejrzliwie: - A jakie ona miała buty, że tak pozwoliłaś jej brodzić w tej wodzie? Przewidziałam to pytanie. 1:0 dla mnie, Mamuśko!)

W poniedziałek rano jechałam do pracy z resztkami zmrożonego śniegu na masce (Mikruski, nie swojej), a po południu natknęłyśmy się z Fruzią na dwa uparte bałwany kurczowo trzymające się zielonego jak w marcu trawnika, ale to były ostatnie oznaki białego szaleństwa w Deszczowej Krainie. Zima trwała prawie całą dobę.

Będziemy mieli co wspominać z wnukami przy kominku.

Not-so-beautiful

Coś mi się porobiło z systemem nerwowym przy tych wszystkich świątecznych piosenkach. Coś się poluzowało, odkręciło, odblokowało. Zupełnie jakby rutyna i mocno zaprogramowany rytm dnia postanowiły trochę odpuścić, wyciągając na wierzch to, co lekko wepchnięte w ramki,  dopchnięte kolanem, uklepane dłonią i zamknięte na pracujący sezon. Żeby czasem nie wylazło i  nie posypało się w najmniej odpowiednim momencie.

Ale wyłazi.

Kiedy opowiadali mi o ukochanych miejscach w swoich krajach, zastanawiałam się, czy powinnam była dawać im to zadanie. Potem, czy powinniśmy byli pominąć googlowanie zdjęć tych ich zakątków. Miałam zamęt w głowie, przebiegło mi przez myśl, że kurwa mać, następnym razem przemyśl, ale potem pomyślałam, że oni chcą. Chcą opowiadać i pokazywać zdjęcia, nawet jeśli przez chwilę głos im się zawiesi, a google pokaże na bocznym pasku not-so-beautiful pictures, które zawsze wywołują ciszę. Dla równowagi pokazałam im moje ukochane miasta dziś i Warszawę z końca II wojny. Żadna to wspólnota doświadczeń, gdzie ja dziś, a gdzie oni, ale przez chwilę poczułam, że oni rozumieją, że ja staram się zrozumieć. Coś.

Wszędzie widzę dzieci. I to nie baby brain mi się załączył, bo ja widzę te chore i te smutne; te starsze, niby już dorosłe, a przecież wciąż potrzebujące mamy i taty, też widzę. Te, nad którymi nikt się nie rozczula, bo już sobie poradzą, do pracy nawet mogą pójść, świat stoi przed nimi otworem, no nie? I te wystawione za drzwi w środku nocy*. I szlag mnie trafia, że nie ma takiej mocy na świecie, która by to zmieniła, że można tylko małą cegiełkę tu i małą tam, żeby codziennie zmieniać świat na lepsze. Tak po okruszku, nie po łyżeczce nawet. Phi! Jak w wystudiowanej przemowie na Miss Polski. Czasem chciałabym pozrywać te wszystkie światełka w domach tych, co to je wieszają, a potem wystawiają dziecko na próg, i odwołać Święta na całej planecie, bo takich jak ten mały jest więcej, a my siądziemy do kolacji jak gdyby nigdy nic i kieliszkiem mulled wine odpędzimy jesienne zmęczenie.

A przecież sama nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę jej minę na widok tego, co szykuje dla niej Śnięty. I na to wino też czekam.

Prześladują mnie psy. Pies Zamroczonej, który odszedł kilka dni temu. Te wszystkie na fejsbuku też, patrzące prosto na mnie tymi smutnymi ślepiami, nie wiem dlaczego jeszcze nie poukrywałam ich na ścianie. I mamy widzę, te mamy, które chorują, podczas  gdy wszyscy wiedzą, że rodzice naszych przyjaciół są nietykalni w ten sam sposób co nasi prywatni staruszkowie. Więc jak choruje jeden, to trochę tak jakby coś w naszej własnej rodzinie zadziało się nie tak.

Czekam na te święta. Bardzo.

Ale dziś mam w środku coś smutnego, bo tak wyraźnie widzę, że nie każdemu jest dana choćby cząstka tej cholernej, reklamowej rzeczywistość. Nie każdy zrobi pierniki, bo nie każdy będzie miał z czego i z kim. Widzę to z bliska. Bywa, że z odległości jednej ławki.

Wiem, oczywiście wiem, że warto je robić. Szczególnie, że mam dla kogo i mam z kim. Tylko czasem zaczynam wątpić, czy przyniesienie własnych pierników na dłuższą metę coś może zmienić w czyimś życiu.

Cokolwiek.

* Update - jako że nie chciałabym szerzyć fałszywych informacji: Śledztwo w toku, to jedna z pierwszych teorii, która aktualnie zdaje się nie mieć potwierdzenia. Nie zmienia to jednak faktu, że tego typu sytuacji jest wiele. Wciąż i wciąż.

Generalnie wciąż jestem śpiąca, ale nie aż tak, żeby to przegapić! ROBÓTKA 2017!!

Ogarnęłam się od ostatniego posta. Ogarnięcie będzie trwało do jutra, a dokładnie do jutra do szóstej trzydzieści ej em, czas więc skorzystać z większej niż zwykle o tej porze roku przytomności umysłu i przypomnieć Wam, bo pewnie już i tak wiecie, ale może na chwilę zapomnieliście, że Harry się żeni.

Żartowałam.

To znaczy żeni się, że ja nie o tym.

Jest Robota.

A właściwie Robótka.

Jeśli ktoś pierwszy raz o niej słyszy, niech w te pędy klika tutaj: Robótka 2017

A jeśli ktoś stały Robótkowicz, to też klika tutaj: Robótka 2017 i wybiera, kogo obdaruje ciepłym słowem, a może nawet całym potokiem słów. Z dwuletniego już doświadczenia w Robótce wiem, że jak człowiek raz zacznie, to nie może przestać... Pamiętacie moją twórczość z nocnej zmiany u Seniorów? "Gdyby Julka nie miał Niegów, to nabawiłby się piegów!" To dla nas trzeci sezon i mam niecny plan, żeby wydusić trochę poezji z Inżyniera. Będzie się działo!


O tym, że nie mam siły na tytuł

Celowo ignoruję powiadomienia, które podsyła mi mój wszystkowiedzący telefon. Jak dla mnie, on wie więcej niż ja, bo ja to nawet się zdziwiłam, kiedy moja wolontariuszka zapytała mnie, co sądzę o narzeczonej Harry'ego. Harry'ego? Jakiego, do cholery, Harry'ego? Kiedy już do mnie dotarło, a musicie wiedzieć, że chwilę to trwało, jako że była dopiero dziewiąta rano, jak zwykle o tej porze głowę miałam w służbowych papierach, przed sobą kwadrans do rozpoczęcia zajęć, a wciąż jeszcze się nie obudziłam; tak więc kiedy już do mnie dotarło, o co ona właściwie pyta, to pomyślałam sobie wtedy, żeby dała sobie siana z takimi pytaniami, bo ja się takimi newsami nie zajmuję, ja mam ważniejsze sprawy na głowie, ja... ja... ja jestem anglistką w Królestwie przecież.

A mój telefon wiedział, jestem pewna, że wiedział, bo pika co chwilę jak potłuczony, ale że ja taka zajęta jestem, to świadomie ignoruję te powiadomienia, co to on mi je podsyła co pięć minut. Newsów o Harrym się nie boję. Boję się swojej osobistej poczty. Boję się poczty z fejsbuka. I tej z bloga też. Boję się, że jak którąś z tych puszek otworzę, to utonę. Albo gorzej - że otworzę, a tam pustka. I wtedy to już porażka, bo nie dość, że nikt nie kocha, to jeszcze po co ja się tak boję?

Ktoś nadąża?

Bo ja zdecydowanie nie. 

Zdarza się, że kiedy odprowadzę Fruzię do Różowej, to chwilę później siedzę w Mikrusce bez ruchu i powtarzam sobie półgłosem, że dzisiaj na przykład jest poniedziałek, dziecię jest w placówce, więc nie, nie zapomniałam zabrać jej z domu, dziś jak co rano jadę do kampusu B, a wieczorem do A, i że jestem w pełni obudzona, więc nie zagrażam pieszym na drodze. Co oczywiście jest bujdą na resorach, bo budzę się w okolicach dziesiątej. Jeszcze chwila, a znajdą mnie pod Różową z głową na kierownicy Mikruski w okolicach południa.

Za Fruzią też nie nadążam, a skądże, no bo niby coś tam sobie notuję, że wow, powiedziała dziś 'Fruzia funny', kiedy zanosząc się śmiechem po raz trzeci przywaliła mi w twarz, a ja próbowałam wytłumaczyć jej, że wręcz przeciwnie, not funny at all, ale dziecię następnego dnia wyskakuje znowu z czymś innym, czego już nie mogę sobie przypomnieć po dwóch godzinach biegania między życiem a życiem i czuję, że dupa ze mnie, a nie rodzinny kronikarz, skoro nie rejestruję każdej nowej sylaby naszego jakże zabawnego dziecka. 

Rudolf nie lepszy, za nim, mówiąc szczerze, nawet nie próbuję nadążać. Kilka dni temu na ostatniej prostej w kierunku smyczy coś mu się w tej rudej głowie poprzestawiało, nieoczekiwanie wziął ostry zakręt w lewo i tyle go z Fruzią widziałyśmy. Kiedy zrobił to po raz pierwszy, lamentowałam, spazmowałam, w wyobraźni rozwieszałam już na okolicznych słupach plakaty informujące o jego zaginięciu i oczywiście zjadłam wszystkie paznokcie, które mi zostały, a powrót Rudego do domu był powodem do świętowania. Teraz po prostu najpierw się wkurwiłam, potem pomyślałam, że nie powinnam tego przekładać na wiązanki słowne, bo mam przy sobie dziecko, które chłonie jak gąbka, a potem było mi już wszystko jedno.
- Rudolf jest niegrzeczny, bo nam uciekł - powiedziałam tylko przy czwartym okrążeniu lasku. 
- Naughty - z przejęciem pokiwała głową Fruzia.
A ponoć to zakazane słowo w Różowej.
Kiedy odbierałam sierściucha od przemiłego starszego pana, który ściągnął Rudolfa z obrzeży boiska do krykieta, tuż przy ruchliwej ulicy, nawet nie miałam siły go opierdalać. Rudolfa znaczy, nie przemiłego pana, któremu byłam bardzo wdzięczna za przygarnięcie naszego głąba.
- Ty to jednak durna pała jesteś - oświadczyłam, głaszcząc sierścia po pustym łbie. - Jak cię kiedyś znajdę w formie naleśnika na ulicy, to sam sobie będziesz winien.

Rozumiecie już, o czym ja tutaj?

Dokładnie.

Jeśli nie mam siły na łajanie Rudolfa, to znak, że jestem naprawdę zmęczona.

Albo że Boże Narodzenie za pasem.

O chwili chwały

Ćwiczyła na długo przed imprezą, mniej więcej od września. Rano, po południu i wieczorem. Raczej w tej samej tonacji, co nie ułatwiało postronnym prowadzenia normalnego życia. Jako laik mogę się jedynie domyślać, że chodziło jej o doprowadzenie zaplanowej wersji pieśni do poziomu masterXfactor, choć jak dla mnie mogłaby poprzestać na porankach do początku października. I tak byłoby rewelacyjnie.

W dniu imprezy śpiewała od bladego świtu, zamilkła dopiero w samochodzie, w drodze na przyjęcie. Bynajmniej nie z powodu tremy; była tak podekscytowana, że ledwie mogła wysiedzieć w foteliku. Wszak to ten dzień, ten wielce zapowiadany od półtora miesiąca moment - urodziny jej Albiego, co za emocje! Przewidywaliśmy, że jej 'Happy birthday' przebije Marylin Monroe, hymn Edyty Górniak i wszystkie hity Golców w jednym. Taka była szczęśliwa.

Kiedy po półtoragodzinnym szaleństwie na dmuchanym zamku, gonieniu balonów i objadaniu się urodzinowym fast foodem impreza zaczęła chylić się ku upadkowi końcowi, lekko zdziwieni skonstatowaliśmy, że te babeczki wręczane we wszystkie małe, lepkie ręce, to chyba zamiast tortu były, i że dziwnie tak jakoś, bo nawet nikt nie zaintonował pieśni głównej. A ponieważ nie lubimy być tymi, którzy trochę bez sensu przedłużają gospodarzom kulturalne pozbywanie się ociągających się z wyjściem gości, postanowiliśmy opuścić imprezę pierwsi. Piętnaście minut przed zaznaczonym na zaproszeniu czasem. To taki angielski zwyczaj - impreza od-do. (To dlatego na drugich urodzinach Fruzi, mniej więcej w trzeciej godzinie imprezy, Sąsiadka oznajmiła radośnie, że skoro nie określiliśmy się jednoznacznie, nikt nie zamierza opuszczać przyjęcia. Choć ja obstawiam, że to nie z powodu braku od-do na zaproszeniach, a z powodu dyskretnej obecności napoju bogów plączącego się po kątach sali.) Podeszłam do mamy Albiego.
- Chcielibyśmy się pożegnać, bo mała jest już zmęczona i podziękować za za...
- Nie poczekacie na tort? - weszła mi w słowo Jen.
Ups.
Nie ma to jak wyczucie czasu i lokalnych obrzędów.
- Poczekamy, oczywiście, że poczekamy - odparłam uprzejmie.
Spojrzeniem zawróciłam Inżyniera i Fruzię sprzed drzwi.
- Twoja wielka chwila chwały, Tasmanie - szepnął jej w ucho Inżynier, podnosząc małą do góry.
Ktoś nieśmiało zaczął śpiewać. Na torcie zapłonęła świeczka.
- Happy birthday to you... - popłynęło w sali.
Oczy Fruzi w jednej chwili zrobiły się okrągłe. Myśleliśmy, że zaraz usłyszymy jej natchniony wokal, a tymczasem Fruzia ani myślała dołączać do chóru.
- No dalej, mała, przecież to twój Albie! - zachęcał Inżynier.
Tasman zdawał się być w innym świecie. Nie wiemy dokładnie, w jakim, być może gdzieś tam obok zdmuchującego świeczkę Albiego, ale wyglądała jakby ktoś zamienił ją w posąg. Gapiła się jak zahipnotyzowana na tort i świeczkę, aż otworzyła buzię z wrażenia i tak trwała i trwała aż umilkły ostatnie takty uroczystej pieśni. Albie wyszeptał życzenie i wszyscy zaczęli wiwatować.

Popatrzyłam na Inżyniera.
To po to przez dwa miesiące dzielnie znosiliśmy tę samą linię melodyczną od świtu do nocy? Po to właśnie?
Mąż Mój nie dał rady stłumić parsknięcia.
A Fruzia...

Odblokowało ją dokładnie w tej samej chwili, kiedy zamknęły się za nami drzwi.
- Happy birthday to you! - wrzasnęła gromko na pustym horytarzu. - Happy birthday to you!

Ratunkuuuu, tylko nie to!

O zmęczeniu

Wiesz, że jesteś zmęczony, kiedy:

a) bierzesz rano prysznic i w trakcie kąpieli zdajesz sobie sprawę, że kompletnie nie pamiętasz, czy to, co właśnie spłukujesz sobie z włosów to był szampon, odżywka, coś jeszcze innego, czy może... woda?

b) zbierasz ubrania z podłogi (Team Fruzia & Daddy) z zamiarem wrzucenia ich do kosza na brudną bieliznę, ale ostatecznie wrzucasz je z rozpędu do kibla *

c) chcesz zrobić herbatę, ale zamiast wlać wrzątek do kubka, wlewasz go do cukiernicy.

Listopad w pełnej krasie.

* przynajmniej ich nie spłukałam...

Piąta Fruzi Pielgrzymka do Ojczyzny

- Mummy, daddy, p(l)ane!
Pisk na pół hali odlotów. Nos przyklejony do wielkiej szyby, za którą Ryanair szykuje się do kolejnej powietrznej wyprawy.
- A do kogo lecisz?
- Babi!
Dziecięce podskoki i uśmiech od ucha do ucha.
Taniec radości.

Podczas gdy cały świat jednym głosem grzmi o zagrożeniach płynących z nadmiernego korzystania z dobrodziejstw współczesnej technologii, my, niczym rodzina z mocno rozwojoną jaźnią, z jednej strony odliczamy Fruzi minuty spędzone na oglądaniu piosenek w komórce, a z drugiej namacalnie wręcz widzimy, gdzie aktualnie byśmy byli bez tejże wyklętej z ambony technologii. W studni rozpaczy byśmy byli. Lub innej czarnej d...ziurze.
- Dzięki Bogu za skype'a - mantruje Mamuśka.
Czasem wznosi przy tym oczy do nieba, a czasem wypiskuje te swoje hymny pochwalne na cześć Internetu, wtórując skaczącej wesoło Fruzi, która doskonale, dos-ko-na-le zna swoich dziadków, pomimo kilometrów i braku spotkań przy niedzielnym obiedzie. Zna ich tak dobrze, że na lotnisku pędzi na oślep przed siebie, kiedy słyszy, że ''o, zobacz, Baba i Siasia już czekają", a potem do klatki w Rodzinnym Town, byle szybciej to swoje "hello, Babi!" wykrzyczeć jeszcze na parterze. I na wiadukcie, przekrzykując ptaki i pociągi, kiedy po smutnej minie na do widzenia jeszcze raz, zaskoczona i szczęśliwa, ponownie widzi Babcię na peronie.

Dzięki temu, że oni prawie codziennie u nas, a my u nich, niby tylko dwuwymiarowo, a jednak jakby wielo-, na tym etapie nikt nie dziwi się przez tydzień, że taka ona duża, nikt nie odczuwa uwierającej obcości, nie potrzebuje się oswajać ani uczyć drugiego człowieka jakby od nowa. Znają się, więc radość bez końca przy powitaniach i niemal łzy małego człowieka przy pożegnaniu.

Pierwszy raz to u niej widzieliśmy. Ten wymalowany na jasnej buzi wyraźny znak, że jeszcze nie, ona wcale nie ma ochoty nigdzie od dziadków wyjeżdżać, i że jak babciu będziesz robić taką smutną minę, to i ja się zaraz rozpłaczę, o, popatrz, broda już mi się trzęsie...

(...)

Jednym zgrabnym ruchem małego ciała wślizgnęła się na fotel Dziadka Dyrektora, ten, na który nikt inny oprócz niego  nie siada, a jeśli już mu się zdarzy pod dyrektorską nieobecność, to gdy wróci Dyrektor, będzie musiał go opuścić. To taka niepisana zasada, bo nikt nikogo nie wyrzuca, nie wygania, nie marszczy brwi, a jednak to się wie. No dobrze, raz czy dwa zostałam kulturalnie poproszona o przemieszczenie się, próbowałam walczyć, stawiać opór, ale nikt z rodziny mnie nie wsparł, sam Ojczulo zaś (nad)używał jedynie łagodnej perswazji, więc skapitulowałam. Fruzia tymczasem postanowiła nie respektować żadnych pisanych i niepisanych umów i na fotelu nie tylko pozostać, ale również mieć ten tupet, aby na jego oczach triumfować zwycięstwo.

Wszystkich Dziadek Dyrektor wytrenował w kwestii fotela, Fruzi nawet nie próbował.

I wyobraźcie sobie, że czuję się z tym dziwnie. Zupełnie nie wiem, czy to dobrze, że Fruzia postanowiła wziąć się za bary z tym jawnym, fotelowym patriarchatem, czy raczej źle, że tak bezdusznie burzy starannie tkaną sieć rodzinnych tradycji, swoisty symbol (szlachecki?) istniejący w niej od pokoleń lat.

(...)

Uporządkowała Babci Mamuśce biżuterię. A mówiąc dokładniej - kilka pudeł z biżuterią. Wyglądała jak na targach sztuki ludowej skrzyżowanych z pokazem najnowszej kolekcji Svarowskiego. Nie jestem pewna, czy po naszym wyjeździe Mamuśce udało się ponownie skompletować cokolwiek. Przezornie nie pytałam.

(...)

Drugiemu Dziadkowi zaśpiewała 'Happy Birthday' i tym razem była to właściwa piosenka wykonana o właściwym czasie i we właściwym miejscu. Może jedynie liczba napędzanych przez samą artystkę bisów mogła wydać się lekko niepokojąca, ale tylko tym, którzy nie słyszeli Fruzi w zwykły, powszedni dzień.

27 powtórek to naprawdę nie jest szczyt jej możliwości.

(...)

Jeśli mnie pamięć nie zawodzi, to na poważnie obraziła się raptem 3-4 razy. A i to nie bez ważnego powodu. Raz nie chciała się ubrać, za drugim razem jeść, za trzecim pójść spać, a za czwartym chciała jeść, ale tylko cukierki. Sami, państwo, rozumiecie. Nie pozostało jej nic innego jak tylko rzucić się na z góry upatrzoną pozycję twarzą do dołu i odczynić swą powinność.
- Żydowskie kucki - zawyrokowała Mamuśka, która z wyraźną fascynacją obserwowała tak dobrze jej znany spektakl, tym razem w wersji 3D.
Parsknęłam.
- Co??
- Kucki - powtórzyła. - Żydowskie. No nie widzisz?

Mamuśka na długo osłodziła mi frustrację wynikającą z patrzenia na frustrację Fruzi.

(...)

Wychodzimy z marketu i od razu wpadam w objęcia Kota. Gadamy chwilę, umawiamy się na widzenie, po czym rozchodzimy się w swoje strony. Wieczorem Kocur opowiada, że kiedy się rozstałyśmy, ona i Buńka natychmiast zaczęły się śmiać z braku czapki u Fruzi.
- A ty wiesz, że ja od razu pomyślałam, że  ty pomyślisz o tej czapce?

Kocurze, aby ukoić twoje matczyne serce, spieszę donieść, że od tamtej wizyty w kraju Fruzia codziennie nosi czapkę.

I to nie tylko dlatego, że przed chwilą skończyła pierwszy w życiu antybiotyk. ;-)

(...)

Z Lilką długo badały się wzrokiem, zanim postanowiły się polubić. Z Emilką zaklikało od progu i mogliśmy wszyscy spędzić dwa październikowe dni nad Bałtykiem. Wiało nieziemsko, ale przezorna Mamuśka zaopatrzyła Tasmana w komin i czapkę, nikomu więc nie oberwało uszu ani kudłów. Dziewczyny upatrzyły sobie sięgające ziemi rolety do zabawy w chowanego, Fruzia chowała się również w szafie i kazała sobie śpiewać 'Sleeping Bunnies'. Poza tym nic się w tej kwestii nie zmieniło - to dziecko jest stworzone do podróżowania, wędrowania po lotniskach, poznawania nowych miejsc i spania gdzie popadnie.

Oczywiście pod warunkiem, że ma ochotę spać.

(...)

Mogłabym mieszkać w Sopocie. A na pewno chciałabym wrócić do Naszego Miasta. Tęsknię za nim chyba bardziej niż za Rodzinnym Town. Poza tym ostatnim, chyba tylko w Naszym Mieście tak naprawdę czułam, że to moje miejsce. I pomyśleć, że kiedy 17 lat temu zjawiłam się tam, żeby złożyć dokumenty do tamtejszego koledżu, to miasto było brzydsze niż noc listopadowa. Obecnie jest piękne, niech się schowa Kraków i Praga.

A może to ja patrzę na nie zupełnie inaczej niż 17 lat temu.

O tym, że nadchodzą, czyli zdaje się, że wróciliśmy

Poważne rozmowy.

Zmywam naczynia. Do kuchni wkracza Fruzia z rysunkiem najnowszej produkcji. Na białej kartce pysznią się granatowe kółka, jedno na drugim. Choć może 'kółka' to niekoniecznie to, co udało się osiągnąć Tasmanowi, niemniej jednak przypomina to kółka.
- O, jak pięknie! - chwalę dziecię.
Chwalę za każdym razem, bo Fruzia dopiero niedawno naprawdę odkryła rysowanie i usiłuję podtrzymać w niej zapał. Sami rozumiecie - dziecko rysujące to dziecko skupione = matka ma trzy minuty dla siebie.
- Baby - oświadcza Fruzia.
- Oł-kej - mówię, gdyż nie wiem, co powiedzieć.
(Trochę jak tu: "dzwonię do ciebie, bo nie mogę rozmawiać.")
Tasman podciąga do góry koszulkę, klepie się po brzuchu i powtarza:
- Mummy, baby.
Gorączkowo nadstawiam uszu. Czy to naprawdę już?
- Tak, kochanie? Baby w brzuszku?
Fuzia przytakuje, szczęśliwa, że załapałam, o co chodzi.
Mała dłoń wędruje w kierunku mojego brzucha.
- Baby.

Tak, to już.

- Mama nie ma dzidziusia, ale ty kiedyś byłaś w innym brzuchu, wiesz? - mówię. - A potem przyjechałaś do nas, adoptowaliśmy cię i mama z tatą oszaleli z radości, pamiętasz?
- Yeś - Fruzia radośnie potakuje, po czym pędzi do swoich spraw.

A ja wciąż nie wiem, czy te kółka to miał być jej brzuch, baby, czy może artystyczne ujęcie tematu sprowadzania dzieci na świat.

Nie dopuszczam do siebie myśli, że to była aluzja do rozmiarów mojej osobistej ochronnej oponki.

O tym, co mnie rusza

Mamuśka mówi, że ma łzy pod skórką, bo wzrusza się łatwo i często. Ja jestem typem przeżywacza nomen omen od środka. Kiedy coś mnie porusza, przeżywam i przeżuwam, ale niekoniecznie płaczę. Częściej ryczę ze złości i żalu niż wzruszenia.

A jednak są słowa i obrazy, które zapadają we mnie natychmiast i na długo, a dodatkowo wywołują nagłe pogorszenie wzroku i zamglenie obrazu. Bardzo to niekomfortowe uczucie, bardzo. Szczególnie jeśli próbuje się jednocześnie zrobić trzy rzeczy: 1. obejrzeć do końca film, 2. nie wybuchnąć spazmatycznym płaczem w obecności innych oglądaczy, 3. NIE wyobrażać sobie Fruzi na miejscu głównego bohatera. Albo: 1. obejrzeć program do końca, 2. nie wybuchnąć spazmatycznym płaczem w obecności męża słuchającego programu znad gara z gotującym się rosołem, 3. nie ignorować Fruzi, po raz trzydziesty trzeci usiłującej powiedzieć ci coś bardzo ważnego (czyli to, co zawsze: 'mummy, (ch)oć!')

Te obrazy za mną chodzą. Wciąż.

"Lion. Droga do domu" (2016) reż. Garth Davis

Pierwszy raz usłyszałam o tym filmie od mojego ucznia. W trakcie próbnego egzaminu ze speakingu wylosował pytanie o film, który poleciłby innym. Tak mnie zaintrygował swoją opowieścią, że - co rzadko mi się zdarza, bo pamięć do tytułów mam beznadziejną - natychmiast zakodowałam ją w głowie. Kilka tygodni później obejrzeliśmy film z Wielką Szwagierką i Tym Właściwym podczas ich wizyty w Krainie Deszczu, a ja spędziłam ten wieczór pod kocem, rozsypana na tysiące drobnych kawałków.

Saroo, główny bohater (w tej roli rewelacyjni Sunny Pawar i Dev Patel), to pięcioletni chłopiec, który gubi się na ulicach Kalkuty i desperacko próbuje odnaleźć drogę do domu, ale błądzi tak bardzo, że wreszcie trafia do przytułku. Na swój sposób okazuje się jednak szczęściarzem, ponieważ  wkrótce znajduje nową rodzinę, australijskie małżeństwo, dla których Saroo będzie pierwszym dzieckiem. Nowi rodzice kochają go szaleńczo, chłopiec wyrasta na mądrego mężczyznę, próbuje ułożyć sobie życie, ale... No właśnie. Tych kilka wspomnień o dawnym życiu tak bardzo nie daje mu spokoju, że chłopak wyrusza na poszukiwanie swych biologicznych korzeni.

Zastanawialiście się kiedyś nad tym, jak silna jest ludzka potrzeba wiedzy o własnym pochodzeniu? Albo co zrobilibyście, wychowując się w kochającej rodzinie ze świadomością, że mieliście kiedyś inną, najlepszą na świecie mamę? Myśleliście kiedyś o tym, jak długo czekalibyście na powrót dziecka? Na ile lat starczyłoby wam wiary i nadziei? Albo co czulibyście, gdyby wasze dziecko śniło o swojej pierwszej mamie?

"Lion. Droga do domu" to film o stracie, o rozstaniach i powrotach, o miłości i o adopcji też, ale przede wszystkim to film o poszukiwaniu własnej tożsamości. Polecam go każdemu, kto wciąż wątpi, że adoptowanemu dziecku należy się prawda o jego korzeniach (więcej o tym, dlaczego warto - tutaj: Nasze Bąbelkowo) oraz tym, którzy boją się, co z takiej prawdy może wyniknąć.


"Kobieta na krańcu świata: Pakistan" (sezon 9)

Martyny Wojciechowskiej nie trzeba Wam przedstawiać. Ani jej programu. "Kobietę na krańcu świata" znają chyba wszyscy, ale może nie wszyscy obejrzeli odcinek o kobietach w Pakistanie.

Do głównej bohaterki reportażu, Musarrat Misbah, businesswoman i właścielki prężnie rozwijającego się salonu piękności, przyszła kiedyś 'kobieta bez twarzy'. Oblana przez męża i jego rodzinę kwasem solnym za 'nieposłuszeństwo' zapragnęła odzyskać choćby część siebie. Jak się szybko okazało, po pierwszej ocalonej do salonu zaczęły zgłaszać się kolejne dręczone przez bliskich kobiety.

W Pakistanie kilka tysięcy kobiet rocznie jest oblewanych kwasem solnym i/lub podpalanych. KILKA TYSIĘCY! Dręczycielami są zarówno mężczyźni - najczęściej znudzeni i agresywni mężowie, którzy szukają pretekstu do pozbycia się niewygodnej żony z domu - jak i kobiety, na przykład teściowe. Skatowane ofiary albo już nigdy nie odzyskują pełnej sprawności (np. nie mogą otworzyć oczu) albo po prostu umierają w ogromnych cierpieniach. I oczywiście nikt nic nie wie, bo takich rzeczy nie zgłasza się na policję.

Oprócz próby wyobrażenia sobie, jak straszne musi być przeżycie takiej traumy, dwie rzeczy zapadły mi mocno w pamięć w trakcie oglądania programu. Pierwsza to słowa Martyny, która mocno podkreśla, że to nie religia jest winna temu, co dzieje się w Pakistanie z kobietami, a kultura. A druga to stwierdzenie Musarrat, że właśnie ta kultura zostawia ogromne piętno na człowieku, bo nawet ona, wykształcona, mieszkająca przez jakiś czas w Anglii, a więc tzw. cywilizowanym świecie, też nie potrafiła zgłosić się na policję, kiedy jej były już mąż dopuszczał się wobec niej przemocy. Bardzo mocno to do mnie trafiło, bo czyż nie mamy tendencji do dziwienia się, że regularnie dręczona przez faceta kobieta ukrywa to przed resztą świata? Czy zastanawiamy się, w jakim otoczeniu, w jakiej kulturze wychowano tę kobietę? Jak słusznie zauważa główna bohaterka odcinka, nie da się zmienić sposobu myślenia danego narodu w ciągu jednej nocy. Ale należy edukować i małymi krokami pokazywać, że można i TRZEBA inaczej.

To ostatnie odnosi się w zasadzie to wszystkich negatywnych zjawisk współczesnego świata.
Mądra edukacja jest kluczem do naprawdę wielu zmian.

A jak już obejrzycie i ochłoniecie, to na deser pędem do Janiny, aby przeczytać jeden z jej wpisów. Ten najlepiej. Bo to nie jest tak, że tylko Fruzia i Fruzia. Odkąd mamy Rudolfa, człowiek jakoś szybciej mięknie na widok tych wszystkich psich mord. I tym bardziej mu przykro, kiedy pomyśli, że wiele z nich nie ma nikogo, kto by podrapał za uszkiem. A często nie ma nawet nic w misce.

Lećcie koniecznie, spłaczcie się jak i ja się spłakałam, a potem pomóżcie, proszę.

Bo ten tekst też za mną łazi i nie chce się odczepić.