O różnych formach ekspresji

To oczywiste, że nie pamiętam, jaka byłam w jej wieku. Mamuśka twierdzi, że grzeczna, pogodna, zawsze ze wszystkiego zadowolona. Godzinami potrafiąca bawić się w swoim własnym towarzystwie. "Jak cię włożyłam do łóżeczka z zabawkami, to tak się bawiłaś, dopóki cię stamtąd nie wyjęłam." I to ostatnie jakby zgadza się z późniejszą, moją własną już opowieścią. Bo początek mojej pamięci to ja wtedy zupełnie taka jak ja teraz. Introwertyczka z tendencjami do ekstrawertyzmu, choć na podatnym gruncie ekstrawertyczka z introwertycznymi skłonnościami. Co zrozumiałam dopiero pod koniec trzeciej dekady życia, a może nawet dopiero na początku czwartej.

Lubiłam przeskakiwanie pod kręcącym się sznurkiem. Skakanie w gumę, w pojedynkę najlepiej. Huśtawki, choć nigdy nie pretendowałam do tytułu królowej wysokości. Sporty zespołowe czasem, z siatkówką było mi dobrze, choć nigdy na zawodach. Ciężar odpowiedzialności za własne błędy, które przekładały się na straty dla całej drużyny, kompletnie mnie rozbijał. Książki, numer jeden od zawsze, na zawsze. Dzięki nim bywałam w kilku światach równoległych naraz. Klocki. Łamigłówki, zagadki i rebusy rozwiązywane wieczorem w łóżku lub w klasie, w zeszycie ćwiczeń. Kolorowe pinezki wbijane w plastikową tarczę z dziurkami, tworzące symetryczne lub niekoniecznie wzory. Zdolności w tym zakresie brakowało, ale do dziś mam słabość do tego typu gier. Lalki owszem, jakieś ukochane były, ale nie potrafiłam z nimi długo. Herbatki, zabawa w dom, ty mama, a ja córka, a teraz pobawmy się w sklep - mało tego w mojej pamięci. Jakbym jakaś mało kreatywna była. Przyjaciółka jedna, względnie dwie, choć na brak koleżanek nigdy nie narzekałam. Dzienniki pisane pod kołdrą i chowane na dno szuflady, żeby tylko nikt nie znalazł, bo o mój boże, to dopiero byłby wstyd! Pierwszy wpis z 1989 roku. Odgrywanie scenek i teatrzyków ad hoc dyktowanych własną wyobraźnią wychodziło mi kiepsko, ale niechże ktoś wręczył mi scenariusz, słowo już powstałe, które miało ze mnie wybrzmieć, wyjść wraz z gestami i intonacją, a już wiedziałam, jak powinno być. I tupałam nogą tam, gdzie słowo się złościło, marszczyłam brwi, grymasiłam, mizdrzyłam się przed lustrem jako zła siostra Kopciuszka. Recytowałam "Śmierć Pułkownika" z taką siłą, że koleżanki prawie mi się popłakały w ławkach. A jednocześnie, kiedy na luźniejszych lekcjach graliśmy w kalambury, nie potrafiłam nic. Czułam się śmiesznie zażenowana, usiłując odegrać scenę brania prysznica na angielskim. I strasznie wyczerpana próbą ukrycia tego wstydu. Dziś, bogatsza o wiedzę o samej sobie, dobrze się bawię, pokazując moim uchodźcom znaczenie angielskich zwrotów. Samoświadomość to naprawdę pożyteczne narzędzie.

Przyglądam się jej kątem oka. Często. Zaśmiewamy się bezgłośnie z tego, jak mową ciała wyraża wszystko. Jest taka inna niż ja wtedy, choć podobno łączy nas pogoda ducha. Dwa lata, dwa miesiące, wciąż trzy poprawnie wymówione słowa na krzyż. Tych, których nawet się nie domyślamy, jest całe mnóstwo, chińczyzna absolutna. A komunikacja płynna, przejrzysta i całkowicie czytelna. Bo jej narzędzia do porozumienia to nie słowa, a gest, mimika, ruch i spojrzenie. Co w środku, to na zewnątrz, bez tego mogłoby ją rozsadzić. Nosi lalki, całuje, głaszcze, przytula, klepie po pleckach, tak jak my ją. Długo potrafi serwować kawkę w filiżance lego duplo, sadzać miniaturowe postacie na białym sedesie. Wchodzi w swoją rolę cała, jakby w zgodzie z buddyjskim tu i teraz. Na dźwięk muzyki jej ciało samo zaczyna się ruszać, nawet przez sen, automatycznie i bez udziału świadomości. Nie ma czasu na nudne powtarzanie fraz, szybciej będzie złapać tatę za rękę i poprowadzić go do drzwi, pokazując z przejęciem, że pora na sesję w ogródku. Wiosna, kochani, trzeba pobiegać, zamiast siedzieć z nosami w książkach. Potrafi przekonywać tak sugestywnie, że człowiek się nabiera na tę jej argumentację, chwilę później ze zdumieniem stwierdzając własną przegraną w debacie z toddlerem.

Zastanawiam się, czy za trzydzieści lat odnajdzie w tym, jak widzę ją dzisiaj, cząstkę przyszłej siebie. 

O moich uchodźcach

Znam ich dopiero od dwóch tygodni, a już dostarczyli mi tyle wrażeń, że mają szansę zapisać się złotymi zgłoskami w dziejach mojego belferstwa.

- Teacher, ok? - zapytał jeden z nich, wchodząc do klasy z kilkuletnią dziewczynką.
Miała piękne, czarne włosy związane w koński ogon i oczy tego samego koloru. Jak dwa węgielki. Patrzyła na mnie z ciekawością, bez cienia nieśmiałości.
- Ok - uniosłam w górę kciuk prawej dłoni.
Patrycja uprzedzała mnie, że latem mają problem ze żłobkami i przedszkolami, bo państwo nie refunduje opieki w czasie wakacji.
- Spodziewaj się dzieci na zajęciach - powiedziała.
I wskazała na wielkie kartonowe pudło pełne zabawek schowane za regałem ze słownikami.

Ale żeby już w marcu? Na drugim naszym spotkaniu?

- Ok, no worries - uśmiechnęłam się raz jeszcze, gwałcąc po raz kolejny wszystkie zasady health and safety.
Szkoda, że szkolenia online nie mówią nic o dokonywaniu takich wyborów. Bo tu zasady są zupełnie inne - albo nielegalnie miewasz kursantów z dziećmi, albo widzisz tych samych kursantów co dziesiątą lekcję.

A przecież oni tutaj nie po to są, żeby coś ich omijało. Oni muszą i oni chcą. A ja przecież najbardziej chcę, żeby oni wciąż chcieli.

Mała spędziła te trzy godziny, oglądając bajki na telefonie taty. Ożywiła się dopiero wtedy, kiedy cała grupa - dziesięciu chłopa i cztery kobiety - zaczęła rysować domki, ryby, kwiatki i kotki. Co kto umiał nazwać i napisać po tutejszemu. Jaskrawymi markerami na pastelowych kartkach przyczepianych przez Dalię do białej tablicy.

Bo awarię prądu mieliśmy. Bladym świtem stanęły komputery i drukarki we wszystkich kampusach koledżu i jak większość wykładowców tego poranka, nie mogłam skserować żadnego ćwiczenia. Nic. Null. Improwizacja live przez trzy bite godziny. Oni wyszli z zajęć roześmiani, ja wykończona i umazana czarnym markerem od stóp po głowę. Standuperzy mają naprawdę ciężką robotę.

Na trzecim spotkaniu ojciec Dalii wtoczył do sali wózek. A w wózku niemowlę.
- Teacher, ok? - zapytał.
Parsknęłam śmiechem.
- Ok - uniosłam w górę kciuk i nim ktokolwiek połapał się, o co chodzi, wpakowałam głowę do wózka, przyglądając się kolejnej parze czarnych oczu.
- Kocham bobasy - wyjaśniłam chwilę później całej grupie, która wymieniała już między sobą porozumiewawcze spojrzenia.
I koniecznie muszę mieć jeszcze jednego takiego, pomyślałam życzeniowo.

Po czwartej sesji w sali został Ahmed.
- Teacher, I need to say something - zaczął swoje przemówienie.
Po tym zdaniu komunikacja nam padła, więc Ahmed zadzwonił do swojej żony. Żonę mam w zaawansowanej grupie, jak się okazało. Szybko wymienili ze sobą kilka zdań, po czym Ahmed podał mi swój telefon.
- Speak, teacher - powiedział zachęcająco.
Zanim zdążyłam jednak cokolwiek powiedzieć, Ala wyjaśniła mi, że jej mąż bardzo lubi nasze zajęcia i serdecznie zaprasza mnie i moją rodzinę do siebie do domu na obiad.
- Teacher, you come, please - złożył ręce jak do modlitwy, kiedy oddałam mu telefon.

W głowie natychmiast zadźwięczały mi wszystkie szkoleniowe przypominajki: "nie przyjmujemy zaproszeń od kursantów na facebooku", "nie podwozimy kursantów", "nie prowadzimy prywatnych rozmów".

- A może po prostu pójdziemy wszyscy latem z dzieciakami do parku? - zapytałam po chwili wahania.
- Ok, teacher, ok! - Ahmed nie potrafił ukryć szczęścia, które wymalowało się w jednej sekundzie na jego twarzy.
Kiedy zamknęły się za nim drzwi klasy, usiadłam przy biurku i wybuchnęłam śmiechem.

Co za grupa.

Karmią mnie chipsami, czekoladą podawaną w kawałkach bezpośrednio do ręki i ciastkami, kiedy mówię mimochodem, że burczy mi w brzuchu. Kiedy nie możemy się dogadać, jeden z nich przekłada angielski na arabski. Czasem się śmieją, a ja nie wiem z czego, ale nie wyczuwam w tym złych wibracji. Próbowali nauczyć mnie nazw miesięcy w swoim języku. Czasem odpalamy mapę google i po raz kolejny sprawdzamy odległość między naszymi krajami.

Dzisiaj w wiadomościach widziałam obrazki z ich kraju. Maleńkie dzieci wiezione karetkami do szpitala.

W każdej z tych małych twarzy widziałam Fruzię i te dwie dziewczynki, które za sprawą wielu nieprawdopodobnie splątanych ścieżek zjawiły się na moich zajęciach w Krainie Deszczu.

O stresie

- Powiedz Ojcu Dyrektorowi, że nareszcie skończyliśmy te wygłupy z bezstresowym wychowaniem - oznajmiłam Mamuśce trzeciego dnia detoksu. - Dziecię jest w takim stresie, że wystarczy jej na całą podstawówkę.

Ojciec Dyrektor, jak na dyrektora z prawdziwego zdarzenia przystało, nie może ogarnąć tej całej mody na bezstres. Bo jak to tak bez-trosko, bez dyscypliny i bez kindersztuby? Ja i Wielki dostaliśmy przecież, w jego własnym mniemaniu, odpowiednią dawkę stresu  pozytywnej dyscypliny i proszę, jakie piękne efekty. Nie wszystko się Ojcu udało, sam to przyznaje. Na przykład ten mój wypad do stolicy, kiedy nie wróciłam do domu na noc i nie zadzwoniłam nawet, bo to era kamienia łupanego była. Wtedy faktycznie mu nie wyszło, bo kiedy już pojawiłam się w domu, Ojciec jeno zacisnął zęby i kazał mi udać się do swej komnaty na przemyślenia, a przecież to jasne, że był to błąd wychowawczy, który mógł mnie źle ukształtować na przyszłość. Jakim cudem po takim incydencie wyrosłam na człowieka, tego nie wie nikt. Potem trochę się coś Ojcu przestawiło i chyba zapomniał o swojej antybezstresowej teorii, a wszystkim wiadomo, że w teoriach nie ma sobie Ojciec równych. Ale zapomniał. I biegał po te petitki dla małej Gwiazdy jak szalony, a teraz nie pozwala nikomu odklejać nalepek, którymi Fruzia gustownie upstrzyła mu ścianę w pokoju. Ani skrytykować nowego wzoru wykonanego przez pomysłodawczynię czarnym długopisem na monitorze komputera.

Dobrze, że wreszcie się za Fruzię wzięliśmy i skończyliśmy ten bezstres, bo jeszcze i Ojciec przeszedłby mimochodem na ciemną stronę mocy.

- Biedactwo - użaliła się Mama nad Fruzią, kiedy już przestała się śmiać. - Jak ja ją dobrze rozumiem!
- Też tak przeżywałaś rozstanie ze smoczkiem? - zapytałam niedowierzająco.
- Nie, z papierosami - usłyszałam. - Nałóg to straszna rzecz, straszna!

Fruzia zdawała się nie zgadzać z Babcią Mamuśką i było to wydarzenie bezprecedensowe. Babcia miała tyle samo współczucia dla Fruzi, co i przekonania, że to słuszna decyzja, co z kolei nie podobało się wnuczce. Babcia była jednak w posiadaniu magicznego przycisku na klawiaturze, który jednym kliknięciem odcinał ją od dramatycznej walki wnuczki o prawo do nałogu, my natomiast zmuszeni byliśmy oglądać tę walkę na żywo. Twenty-four seven.

I nie wiem doprawdy co by z nami wszystkimi było, gdybyśmy nie potrafili pójść na ustępstwa. Konsekwencja za wszelką cenę to, na szczęście, nie jest nasze drugie imię.

- Już trzy godziny wytrzymałaś! - mówiliśmy Fruzi pierwszego dnia detoksu, kiedy dziecię charakterystycznym i zniecierpliwionym gestem wskazywało na pusty otwór gębowy. - We wtorek pójdziemy do przedszkola i sprawdzimy, czy może tam nie zawieruszył się twój dyduś.
Dziecię niechętnie potakiwało na te nieudolne kłamstwa starszyzny, dawało się przekonać do kolejnej zabawy, w której matka i ojciec stawali na głowie, aby Fruzia zapomniała, ale im bliżej było popołudniowej drzemki, tym bardziej dramatyczna stawała się nasza rodzinna sytuacja.

O pierwszej Fruzia ryczała wniebogłosy. Do wpół do drugiej na przemian podsypiała na moim ramieniu i budziła się z krzykiem. O drugiej leżała z nami w łóżku, przez sen łkając i próbując wpakować sobie do buzi gumową główkę jednej ze swoich lalek.

I to był ten moment, kiedy coś w nas pękło.

- Ona płacze tak, jakby straciła najlepszego przyjaciela - wyszeptał Inżynier. - Jakby w prawdziwej żałobie była.
- To co? - zapytałam natychmiast, bo już od dobrej pół godziny biłam się z myślami. - Tylko do snu?
- Tylko do snu - potwierdził on z ulgą.

Trzy minuty później Fruzia  cała rodzina odzyskała spokojny sen.

I ja wiem, że istnieją na tym świecie dużo gorsze rzeczy, ale wciąż jeszcze robi mi się nieswojo na wspomnienie tego jej dramatycznego płaczu.

Przez kilka następnych dni dziecię regularnie domagało się gumowego ustrojstwa, ale spożywania czyichkolwiek sztucznych główek już nie było. Naszą magiczną godziną stała się osiemnasta, kiedy to Tasman zaczynała zbliżać się do skraju wyczerpania. Potem było dziesięć po szóstej, dwadzieścia po, wpół do siódmej. W drugim tygodniu tak się wszyscy przyzwyczailiśmy do braku smoczka, że nawet Fruzi zdarzyło się zapomnieć w chwili zmęczenia o zatykaczu. Nie na dobre, o nie. Ale rano Fruziak bez walki oddaje błękitnego przyjaciela, nie targa go już ze sobą na spacery i do przedszkola, bo tam na porę drzemki czeka już na nią różowy, przezornie chowany do wiszącej na ścianie szafki, nie pędzi więc też do plecaka z okrzykiem 'dummy!', kiedy po południu widzi mnie w drzwiach swojej toddlerowej sali. My natomiast nie biegamy po Piątej jak opętani, tylko dlatego, że po raz trzydziesty w ciągu dnia nie możemy znaleźć smoczka.

Smoczek jest. Bezpiecznie schowany w kubku w grochy. Fruzia wie, gdzie i w którym. Ale nauczyła się z tą wiedzą żyć bez popadania w nastroje dekandenckie.

A przy okazji, jak to wśród burz i zawieruch bywa, Fruzia zaczęła korzystać z nocnika.

Zupełnie bezstresowo, więc chyba znów daliśmy ciała.

Dla świeżo upieczonych i dla tych, co już niebawem

- A pamiętasz, jak kiedyś mówiłaś, że nie będziesz za dużo nosić, żeby się dziecko nie przyzwyczaiło? - zapytała chytrze Mamuśka, kiedy tuliłam do siebie zapłakaną Fruzię.
Ta sama Mamuśka, która na najdrobniejszą łzę wnuczki reaguje hasłem "przytul się do mamy i od razu będzie lepiej."
- Ja tak mówiłam? - zdziwiłam się szczerze.
Mama pokiwała głową, choć widziałam, że sama nie jest do końca przekonana, czy to faktycznie ja, czy może... ona sama. Jeszcze w erze przed nami.
A może to mój umysł płata mi figle i wypiera fakt, że mogłam kiedyś wygłosić taką mądrość. Bo ja od zawsze wiedziałam, że będę nosić własne dziecko tyle, ile będę czuła, że chcę i powinnam. A raczej tyle, ile to ono będzie chciało i uważało, że powinnam.

- Jesteś rozpieszczona - mówi jej często Babcia Mamuśka z diabelskim figlikiem w oku.
- Ty rozpieszczu - mówimy do niej my sami.
I natychmiast przypomina mi się Gwiazda sprzed dobrych sześciu lub siedmiu lat, kiedy oświadczyła, że "mama mówi, że mnie rozpuszczycie".
- A od czego są matki chrzestne i babcie? - zapytałyśmy wtedy wesoło.
Od rozpieszczania i rozpuszczania.
Choć przysięgam, że już sama nie wiem, co to znaczy.

I tutaj i tam staram się otaczać normalnością. Czytam niewiele*, a słucham opinii tych, których cenię, i którzy nie stracili kontaktu z ziemią po pojawieniu się w ich życiu dziecka. Radzę się Mam i mądrych koleżanek, które na wieść, że zabieramy się za odsmoczkowanie, nie łapią się za głowę z minami sugerującymi, że powinnam była to zrobić dwa lata temu, najlepiej jeszcze przed pojawieniem się Fruzi. A kiedy widzą mnie zmierzającą do pokoju dla matki z dzieckiem, nie wystrzeliwują w kosmos szczerze zdziwionego "TO ONA JESZCZE W PIELUSZCE?" Kiedy Fruzia miała dziesięć miesięcy, ktoś życzliwy wygłosił specjalnie dla mnie (szczęściara!) prelekcję na temat mojego opóźnienia w temacie, bo przecież już od dobrych trzech miesięcy dziecię me powinno siadać na nocniku przy każdej zmianie pieluszki. (A w ogóle to w jej wieku trening czystości powinien być już w zaawansowanej fazie.) Usprawiedliwiał mnie jedynie fakt, że nie byłam świadoma owego trendu. "Bo wiesz... ja myślę, że ci rodzice, którzy tego świadomie nie robią, są po prostu leniwi."

Człowiek uczy się przez całe życie. Nawet grubo po trzydziestce można dowiedzieć się, że nie dość, że ona rozpieszczona, to jeszcze ja leniwa. Choć zawsze mi się wydawało, że te dwie rzeczy wzajemnie się wykluczają.

Ale to wyjątki w naszym życiu. Być może dlatego, że intuicyjnie omijam szerokim łukiem ekspertów od wszystkiego. Skupiamy się na tych, którzy podpowiedzą, kiedy pytamy, podzielą się swoimi wzlotami i upadkami, i nie będą aranżować przesłuchania na temat tego, co nasze dziecko już potrafi i dlaczego jeszcze nie.

I to jest moja dedykacja dla Was, Kochane Kobiety, Które Już Jesteście Lub Za Chwilę Będziecie Mamami. Słuchajcie tych, których chcecie słuchać, a przede wszystkim słuchajcie samych siebie. Oprócz stu tysięcy poradników, z których czasem warto skorzystać, macie też intuicję. Macie moc! 

I tak bardzo, bardzo cieszę się razem z Wami, że to już lub niebawem!

:-)

* z serii " skuteczne sposoby na " oraz "jak sprawić, żeby dziecko"

O Bebi, czyli Fruzia mówi

- Mummy! - krzyczy dziecię, kiedy tylko dotrze do niej, że ten głos, który usłyszała za swoimi plecami podczas zabawy w przedszkolu, to naprawdę głos mamy.
Wolę, kiedy radośnie wyrzuca w powietrze swojskie mama, bo wtedy mam przynajmniej pewność, że to nie dummy schowany w różowym plecaku i czekający na jej wyjście z sali jest powodem tej dzikiej radości.

Grupa rówieśnicza to jednak mocna siła i niech się schowa przy niej jakikolwiek, jeśli taki w ogóle istnieje, rodzicielski autorytet. Nigdy specjalnie nie byliśmy dla Tasmana wystarczającym bodźcem do powtarzania artykułowanych przez nas z precyzją godną pana Jot od fonetyki słów. Fruzia powtarzała, owszem, ale zawsze coś innego.
- Powiedz pies - zachęcaliśmy.
- Baba - odpowiadała zadowolona Fruzia.
- Du-pek, du-pek - powtarzaliśmy, sądząc, że może pies to zbyt wyrafinowane słownictwo dla rozemocjonowanego toddlera.
- Mama - wypalała młoda.
Zaczęliśmy nawet zastanawiać się, czy jej skojarzenia są pierwszymi jaskółkami czyniącymi z niej geniusza lingwistycznego, czy też może przestrogą, że za naście lat słowo dupek nadal będzie kojarzyło jej się z matką.

Aż tu nagle Fruzia postanowiła, że może jednak parę nowych słów nie zaszkodzi. Nie żeby od razu w ekstrema popadać, bez przesady, wszak językowy wyścig (matek) dwuletnich szczurów to nie dla niej. Tasman nadal woli otworzyć szeroko buzię i palcem wskazującym skierowanym do otworu gębowego oznajmić światu, że twarz jej się zdekompletowała wskutek braku dydusia, niż zwyczajnie o smoczka poprosić, ale postępy są wyraźne.
- Piś - wyartykułowała przedwczoraj, kiedy zmierzałam w jej kierunku z nieodłącznym elementem jej toddlerowego wizerunku.
- Please? - zapytałam zaskoczona.
- Piś, mama - rzekło nieśmiało dziecię.
I dodało na zakończenie:
- Ta.
(z ang. - dziękuję)

Ach. Królewskie maniery.

Psa naszych przyjaciół, wabiącego się Bimber, ochrzciła znacznie łatwiejszą wersją psiego imienia.
- Bebi! - krzyczy za nim jak opętana podczas spaceru, od czasu do czasu rzucając komendę swojemu własnemu sierściuchowi i oczekując, że ta dwójka wyglądająca jak Flip i Flap będzie jej słuchać. - Gaga! Bebi!
- Lubisz Bimbra? - pytam ją po kolejnym wybuchu czułości w stronę mniejszego sierściucha.
- Ka - przytakuje Fruzia.

Coraz lepiej wychodzi jej odróżnianie tak od nie, choć wciąż zdarzają jej się wtopy.

- Chcesz marchewkę?
- Ka. Makeke.
(Uuu, myślę sobie. Co za elokwencja!)
- Chcesz jogurt? - pytam retorycznie.
- Nie - słyszę w odpowiedzi, choć mała głowa pokazuje, że tak, natychmiast, oczywiście!
- Ok, skoro nie, to idę włożyć go do lodówki - odwracam się teatralnie.
- Mamaaaa! Kaa! Mamaaaa! - Tasman wpada w rozpacz i z tej rozpaczy po awarii komunikacyjnej rzuca się na podłogę.

I po co było testować własne dziecko, głupia kobieto?

O tym, kto tu kogo

Nie wiedzą, czy zostaną tu na stałe, czy kiedyś wrócą do swoich krajów. Tak o nich mówią - "mój kraj". Rzadko kiedy przywołują nazwy, jak gdyby nie one były ważne, a to jedynie, że mówią właśnie o swoim kawałku świata. Krainę Deszczu też nieczęsto nazywają po imieniu, nadali jej inny przydomek - "tutaj". Wszyscy wiedzą jednak, dlaczego i po co "tutaj" są. Wyjechali, bo w kraju ciężko, bo chcieli doświadczyć nowego, bo mąż, bo żona, bo. Czasem boję się pytać, więc nie pytam, a zahaczając w rozmowie o religię, uważnie dobieram słowa. Pracują, uczą się, chcą kontynuować przerwane studia, wrócić do zawodu wykonywanego w ich kraju. Prawnicy, księgowe, fryzjerki, au pair, studenci, pełnoetatowe mamy. Nie siedzą bezczynnie, licząc na mannę płynącą z nieba. Wychowują dzieci, chodzą na nocne zmiany, w czasie których myją podłogi, zmieniają pościel w hotelowych pokojach lub stoją przy taśmie, w nielicznych przerwach od żmudnej pracy powtarzając angielskie słówka. Dopytują, ile lat uczyłam się angielskiego i co robiłam, zanim stanęłam "tutaj" po drugiej stronie biurka. Kiedy wspominam Błękitną, potakują głowami z pełnym zrozumieniem.

Są marzeniem i koszmarem każdego nauczyciela. Wiedzą dużo i chcą wiedzieć jeszcze więcej. Zapytają o każdy przyimek, wyciągną każde przykurzone w mojej głowie słowo. Sprawiają, że czasem klnę w duchu, bo stojąc tak przed nimi, przed piętnastoma parami oczu, zaczynam wątpić, czy banalne obsessed, wyciągnięte przez El, to rzeczywiście z 'with', czy może z 'by'. El uczył kiedyś angielskiego w szkole podstawowej w swoim kraju. Teraz ja mam nauczyć jego. Chwilami czuję się dokładnie tak jak oni, kiedy podchodzą do tablicy interaktywnej. Znają odpowiedź, ale w obliczu ogromu białej ściany zaczynają zastanawiać się, czy to rzeczywiście dobre rozwiązanie. Potem, kiedy zamykają się za nimi drzwi, natychmiast łapię za słownik. 'With' i 'by'. Rzeczywiście.

Ożywiają się, kiedy pytam o ich książki, ich filmy, ich kulturę i system edukacji. Śmieją się, kiedy próbuję wymówić słowo w ich języku. I kiedy mówią mi nazwę owocu, o którego istnieniu nie miałam pojęcia.

Nawet nie wiedzą (a może jednak?), że ja wciąż uczę się razem z nimi.

Dwoje z nich wie, jak naprawdę wygląda wojna.

Fejsbukowi prorocy, którzy nigdy nie opuścili własnego ogródka na dłużej niż trwają zakupy w pobliskim supermarkecie, powinni otrzymywać imienne zaproszenia na takie lekcje.

Otwarte lekcje otwierające umysł.

O tym, kto ma gorzej

Najwięcej uczę się wtedy, kiedy muszę nauczyć innych.

Taki tubylec to ma dobrze, myślę, spędzając kolejny wieczór przy słowniku. Rzuci okiem na materiał, przemyśli kolejność zdarzeń i lekcja gotowa. Ja przyglądam się każdemu potencjalnie nowemu dla kursantów słowu, dopisuję do niego synonimy, przyimki i kolokacje, sprawdzam po raz dziesiąty wymowę i akcent, zanim odhaczę je na liście 'gotowe'. To z pewnością dlatego moja tutorka z CELTY powiedziała mi kiedyś, że dobrze prezentuję i objaśniam leksykę, a Inżynier dodał później, że mam zdolność przekładania zawiłych zwrotów na prosty i czytelny język, w obu narzeczach. Trzymam się tego jak tarczy obronnej, kiedy intuicja nie wystarcza i dostaję phrasalem lub idiomem w twarz w samym środku lekcji. Przeklęty, wszędobylski dostęp do sieci!, klnę w duchu. Nawet pod ławką w klasie! Jeśli intuicji nie udało się wybrnąć z klasą, wtedy odrabiam zadanie domowe na szóstkę i na następnych zajęciach torpeduję podławkowego poszukiwacza przygód mini wykładem na temat pochodzenia i wszystkich możliwych znaczeń rzuconego mi z sieci wyzwania. Ręce opadają mi w chwili, kiedy orientuję się, że delikwent kompletnie nie pamięta, że dwa dni wcześniej zadał mi takie pytanie. Albo że w ogóle zadał mi jakiekolwiek pytanie.

Coś mi jednak zostało z tej szkolnej prymuski. A może to zesłanie na drugą stronę biurka to rodzaj karmy z poprzedniego życia. Zaprawdę powiadam Wam, pilnujcie się w tym wcieleniu, bo z tą k(a)r(m)ą nie ma przelewek.

Ale potem dociera do mnie, że to niekoniecznie tak.

- To niesamowite - powiedziała mi jedna z kursantek CELTY, rodowita Brytyjka - że angielski jest dla ciebie językiem obcym, a mimo to masz większą jego świadomość niż ja. Wyobraź sobie, że kiedy dyskutujemy o czasach, ja wciąż muszę się upewniać, że wiem, o którym aktualnie jest mowa. A widzę, że dla ciebie ta cała terminologia to chleb powszedni.

A potem ktoś inny oblał jedną z praktyk, bo pomylił past perfect z past simple i cała grupa wyszła z lekcji skołowana.

Pamiętam też, jak przez rok uczyłam polskiego. Magicznego JPJO. Moim uczniem był pracujący w Polsce na rocznym kontrakcie bardzo inteligentny i mówiący kilkoma językami Fin, którego narzeczona była Polką, i dla której ten postanowił nauczyć się jej ojczystego narzecza. Co też ja się wówczas nagłówkowałam, żeby po angielsku wyjaśnić mu gramatykę własnego, wydawać by się mogło, że znanego mi od podszewki, języka!
- A dlaczego mówi się do Wrocławi-a, kiedy mówi się też do Bydgoszcz-y? Albo do Zakopaneg-o? - pytał znienacka Fin, a ja, kiedy opanowałam już drżenie podbródka po zrozumieniu tych wszystkich wyartykułowanych przez niego z wielkim trudem  dźwięków, robiłam kolejną mentalną notkę, z którą biegłam najpierw do Drugiej Mamy, specjalistki od polskiego dla niesłyszących, a dopiero potem do starego i wyświechtanego podręcznika do gramatyki.

Wiec to chyba niekoniecznie tak. Tubylec może i nie da się zaskoczyć phrasalem, ale zwinie się w sobie na hasło future perfect continuous, o którym ja opowiem wraz z przykładami w środku najciemniejszej nocy.

I to chyba dlatego tak bardzo nam ze sobą po drodze. Temu obcemu i mnie. W tym duecie nigdy nie będziemy się ze sobą nudzić. On mnie będzie stawiał przed wyzwaniami, ja wciąż będę się starała coś mu udowodnić. I samej sobie.

- Na koniec muszę ci wytknąć coś jeszcze - powiedziała moja managerka, kiedy  powoli kończyła omawiać moją obserwowana lekcję.
Wbrew temu, co myślałam w trakcie tej lekcji (bawiąca się ze mną w kotka i myszkę tablica interaktywna, nieobecność połowy grupy, spóźnienie drugiej połowy oraz abstrakcyjne zdania tworzone przez słuchaczy, które doprawdy trudno było sensownie poprawić), usłyszałam, że jest dobrze, i że mam się nigdzie z Koledżu nie ruszać.
Ohoooo, pomyślałam jednak po tym dobrym wstępie. Pewnie popełniłam jakieś niewybaczalne błędy!

Moja rozmówczyni zawiesiła głos.

- ... jestem pewna, że o tym nie wiedziałaś, bo tego nie ma w naszym spisanym dress codzie, ale nie możesz nosić jeasnów do pracy... - usłyszałam w końcu.

Fruzia - odsłona dwudziesta czwarta

Cisza mnie niepokoi, jak każdego czujnego rodzica, ale kiedy słyszę jej mamrotanie pod nosem dochodzące z salonu, wiem, że jest czymś pochłonięta do granic i nie warto przerywać tego błogiego, szczególnie dla rodzica, stanu. Czasem podglądam ją z przedpokoju. Widzę jak układa w równych rządkach ciastka z plasteliny, segreguje kredki tak, aby ich czubki równo wystawały z otwartego piórnika, zapamiętale kręci pedałami od roweru stacjonarnego, albo wyrównuje brzegi przylegających do siebie kart edukacyjnych. Tylko takie czynności angażują ją do tego stopnia, żeby Fruzia nie szukała towarzystwa. W pozostałych przypadkach Tasman potrzebuje drugiego człowieka.
- Mama! - ciągnie mnie za rękę do swoich zabawek.
- Mama! - powtarza, kiedy potrzebuje jego.
To wcale nie o mnie chodzi. Mama jest jest słowem-kluczem. Jest jak Sezamie otwórz się, jak mówisz i masz, jak czary mary i abrakadabra w jednym. I jak sok z gumijagód. Mama sprawia, że niemożliwe staje się możliwe. To z jej punktu widzenia. Bo dla nas mama to brak litości. Mama oznacza dla nas tylko jedno - trzeba iść. Jej dusza nieustająco łaknie dodatkowej pary oczu i fizycznej obecności. Różowa Chmurka musi jawić się w jej dziecięcej głowie jako raj. Nic dziwnego, że wystarczy hasło "pójdziemy do dzieci", a młodzież pędzi po plecak i ochoczo wskakuje w chińskie kozaki.

Wciąż gardzi lingwistycznymi normami. Owszem, mówi dużo i chętnie, ale coraz częściej zastanawiamy się, po jakiemu. Dużo w tych jej przemowach gestykulacji i ekspresji, i chyba tylko dlatego tak dobrze się rozumiemy. Po pierwszych sesjach w żłobku zaskoczyła nas swoim mummy! wykrzykiwanym na przemian z mama! A nasze przeświadczenie, że niektóre jej 'słowa' brzmią bardziej wyspiarsko niż ojczyście, niespodziewanie okazało się słuszne.
- Tak, mówi - usłyszałam któregoś dnia w Różowej. - Ostatnio ruszyło jej słownictwo. Potrafi powiedzieć cuddle i more.
Że more, to akurat mnie nie dziwi. To podstawowe słowo zapewniające jej i jej podobnym uzyskanie dodatkowej garści rodzynek lub kolejnego breadsticka. (Nie oszukujmy się - o kisz tak nie walczą.) Ale cuddle?! Na Boga i Karmę!

Inżynier mówi, że jest wyraźna. W dobrym nastroju tryska optymizmem i uśmiechem, jak się wścieknie, latają dydki i co-tam-jest-pod-ręką. Nie zna nudy ani stanów pośrednich. Nie snuje się po domu bez celu, zawsze wie, dokąd zmierza i o co jej w danej chwili chodzi. My nie zawsze, więc kiedy łączność między nami pada, Fruzia teatralnie pada na podłogę twarzą do dołu i albo ryczy, albo w milczeniu czeka na pożądaną reakcję. Ryczy coraz rzadziej, bo ... reakcji nie ma.
- Pa pa - mówię do niej spokojnie, przestępując równie teatralnie nad jej rozciągniętym jak szczupak ciałem.
- Przyjdź do nas jak ci przejdzie - mówi on.
Tym sposobem nauczyła się, że dydek sam do niej nie wróci, musi podnieść dwuletni tyłek i udać się po niego w drugi koniec pokoju. Potem krótki przytulas, pokrzepiające poklepanie rodziców po plecach ("dobrze wam idzie, staruszkowie") i wracamy do równowagi. W gorszych chwilach Inżynier bierze jej plastikowy telefon, który tuż przed chwilą młodzież posłała w diabły, przykłada go sobie do ucha i poważnym tonem przeprowadza dialog z powietrzem:
- Tak... przyjedźcie po nią... najlepiej zaraz...
Fruzia z zainteresowaniem zaczyna przysłuchiwać się rozmowie.
- Koniecznie... musicie ją zabrać... będziemy czekać... tak, kaftan bezpieczeństwa się przyda...
- Podwójny - podpowiadam.
- Podwójny... jak najszyciej, bo nie dajemy rady!!
Fruzia patrzy na tatę łobuzersko. Jestem pewna, że ten Tasman rozumie więcej niż sam potrafi powiedzieć.

Uwielbia skrytki, zakątki, przejścia na skróty, dziury w chodniku i wszelkie zakamarki. Jedna niezabezpieczona przed jej wścibskimi łapkami kuchenna szafka została mianowana JEJ szafką. Kilka miesięcy temu tak długo Fruzia przekładała konserwy i słoiczki z dżemem, tak natrętnie ładowała tam swoje małe ciałko, że górna półka rąbnęła w końcu na dół, razem z korpusem zdziwionego lotem dziecięcia. Nie zraziło to bynajmniej naszej córki. Usunięta półka zrobiła miejsce dla całego Tasmana i do dziś Fruzia potrafi przesiedzieć tam za zamknietymi drzwiczkami nawet pół godziny, przesypując mieszkankę herbat z wielkiej miski na pranie do małych miseczek. A wczoraj wlazła do piekarnika.
- Mummy! - dobiegł mnie z salonu cienki głosik, kiedy sortowałam w łazience pranie.
Nie brzmiała ani dramatycznie, ani zbyt radośnie, ale coraz bardziej ponaglająco.
Westchnęłam, przełożyłam jeszcze kilka rzeczy na osobną kupkę i ruszyłam do pokoju. Tam natychmiast uderzyłam w śmiech.

Z różowej, plastikowej kuchenki wystawała blond czupryna i ramiona, cały brzuch schowany był w piekarniku, nogi wystawały z drugiego końca piecyka. Fruzia najwyraźniej poległa przy matematycznych obliczeniach. Wyglądała jak Puchatek, który utknął w wejściu do norki Królika.
- Mummy! - zawołała radośnie Tasman, kiedy zorientowała się, że dostarczyła mi rozrywki.
Potrzeba było dwóch dorosłych osób, żeby ją stamtąd wyciągnąć. I na swoją obronę dodam, że to Inżynier pierwszy powiedział:
- Poczekaj, zróbmy jej zdjęcie, skoro nie płacze!
(Co za nieczułe pokolenie!)

Śpi w swoim własnym, dorosłym łóżku. W Ikei trudno było utrzymać ją przy sobie, najchętniej kupiłaby nie tylko łóżko, ale też szafę, wózek sklepowy, wagę oraz sprzedawców. Ochoczo pomagała tacie skręcać nowy nabytek, wiernie naśladując wszystkie czynności - tutaj trzeba włożyć śrubkę, teraz przykręcić, tam lekko przyklepać... Bez żalu pożegnała łóżeczko z żyrafą, które spokojnie poczeka na swoje kolejne pięć minut. Duże łóżko to więcej zabawy i nowe rytuały. Obowiązkowo czytamy przed snem - Fruzia pędzi po książki, układa całą ich stertę na kołdrze, po czym mości wygodnie tyłek tuż przy poduszce i ponaglająco wskazuje palcem na wybrane pozycje. Bywa, że trzeba też zaśpiewać jedną z tych ekspresyjnych przedszkolnych piosenek, które Fruzia podchwyciła już w pierwszym tygodniu pobytu w Różowej. Najchętniej "Wheels on the Bus" i "Twinkle, Twinkle". A potem, kiedy zgasimy już światło, wierci się. Jeszcze.Więcej.Niż.W.Łóżeczku. Układa się. Przekłada. Kopie mnie przypadkowo i całkiem nie. Kładzie się na lalce i obok lalki. Albo lokuje ją sobie na twarzy. Co rusz wali głową w ścianę, bo przy takim przekładańcu trudno zorientować się, gdzie kończy się łóżko. Leży w poprzek, wzdłuż i po skosie. Wisi głową w dół. Albo nogami. Chce być otulona pluszakami albo żąda przestrzeni. A w tym wszystkim ja usiłuję znaleźć sobie miejsce obok niej...

Ale nie - nie tęsknię za wiszeniem głową w dół!

Zaliczyła pierwsze kroki na łyżwach. Nie było ich wiele, część z nich dokonała się w powietrzu, kiedy usilowaliśmy postawić ją przy ciężkim jak granat pingwinie, ale pierwsze koty za płoty. Wyglądała komicznie i nic a nic się nie bała. Wściekła się dopiero po kilku minutach, bo te nogi w ogóle nie chciały jej słuchać, a ona przecież chciała śmigać jak mama i tata! (Poważnie sądziłam, że uda nam się wypożyczyć łyżwy dla toddlerów, takie z dwiema płozami, takie bardziej... toddlerowe. A tu niespodzianka - łyżwa to łyżwa, nie ma mowy o jakiejkolwiek taryfie ulgowej dla dwulatków. W końcu toddler też człowiek, prawda?) Nic to, spróbujemy za rok. (A tymczasem wypadało skorzystać z wizyty na lodowisku. Nie wiem, kto się bardziej tam zmęczył - my, usiłujac opanować drewniane po długiej przerwie od łyżew nogi, czy też ona, biegając bez opamiętania między szafkami, porzuconymi pingwinami i automatami z czekoladą.)

A jednak przy całym swoim temperamencie dokładnie wie, kiedy należy trzymać fason. W dniu urodzin rozdawała gwiazdorskie uśmiechy wszystkim zebranym przed monitorami gościom. Zdmuchnęła świeczkę, zatańczyła solo i wygłosiła przemowę (kilka/naście razy.) Z godnością i spokojem wysłuchała kilku okolicznościowych pieśni wydobywających się z gardeł najbliższych. Ani razu nie rzuciła (w nikogo) dydkiem. Sama urodzinowa słodycz, której baterie padły grubo po dwudziestej drugiej w naszym łóżku nad miską chrupek.

Następnego dnia, jak to zwykle bywa, wszystko wróciło do normy.

(Trochę ją rozumiem. Musiała zrobić sobie jednodniową przerwę od tych królewskich manier, bo chwilę później czekało ją dalsze świętowanie ze starszymi w rolach głównych. Znów trzeba było wziąć się w garść. Co też, przyznaję, udało jej się wyśmienicie.)

I o sezonie na jednego

Co roku robię to z rozmysłem. Przez dłuższą chwilę przyglądam się otoczeniu, łapię dobre światło, ustawiam w kadrze dekoracje. Potem głęboki oddech, jedno pstryknięcie i już. Kolejna mentalna fotografia, której przyjrzę się dokładniej za rok.

(...)

W roli dekoracji butelka coli, której w zasadzie nie pijemy. Obok whisky, którą jedynie z Ojcem Dyrektorem, od wielkiego dzwonu, dla towarzystwa. Ojca co prawda z nami nie ma, ale ta wspólna dekada, którą właśnie żegnamy, zasługuje na nie-codzienność.
- Po jednym drinku? - pyta on, bo przecież whisky to tylko z Ojcem Dyrektorem, wiadomo.
- Po jednym - mówię, otulając się szczelniej kołdrą.
Nastrój wytworzony przez domowe piernaty skłania bardziej do myślenia o odespaniu całego tygodnia niż o delektowaniu się gorzkim trunkiem. Jeden zapewne przyspieszy ten proces.

Jedno piwko i wracam do domu, myślałam wtedy, brnąc przez zaśnieżone ulice. Zawsze mogę wrócić najwcześniejszym możliwym pociągiem, gdyby było nudno.
On prowadził, więc nawet o jednym nie pomyślał. I może to dlatego ukruszył w dłoniach szklankę od coli.

Wtedy wróciłam do domu o pierwszej, zaskoczona dokładnie tak samo, jak dziesięć lat później, kiedy o piątej nad ranem zamiast whisky, w butelce zaświeciło jej dno. Serio? Przegadaliśmy tyle godzin?


(...)

Z tamtego dnia pamiętam plataninę emocji. I trzy pytania, wybijające się na podium - czy to już koniec? czy dopiero początek? i co dalej? No doprawdy. Typowa ja. Szukająca znaków, uwielbiająca nowe, a jednocześnie tak kurczowo trzymająca się tego, co jej, co na zawsze, co przyklepane do grobowej deski.
- Zobaczysz, w maju to już będziesz w ciąży - śmiała się Kocurowa dwa dni wcześniej.
Przez łzy się śmiała, bo to jej urodziny były, a ja zadzwoniłam, żeby się pożegnać.

W dzień Świętego Walentego dobiliśmy do progu Cegiełki. Opatrzność czuwała, zsyłając nas na emigrację tego symbolicznego dnia, bo nawet nie przypuszczałam, ile razy przyjdzie mi wpisywać tę datę do przeróżnych urzędowych formularzy.

Rudolf natychmiast ubrudził błotem dywany w Cegle. Zupełnie jak dzisiaj podłogę, kiedy w trójkę wróciliśmy ze spaceru po parku. Fruzia pogroziła mu palcem, kiedy próbował wskoczyć na łóżko w sypialni.

Jest remis. Pięć do pięciu. Połowę wspólnego życia spędziliśmy tam, a połowę tutaj.  Za kilka dni szala zacznie przechylać się na stronę Krainy Deszczu.

(...)

Kiedy rodzi się dziecko, większość ludzi zachowuje się tak, jakby byli zaskoczeni. Jakby przespali tych dziewięć ostatnich miesięcy. Albo kiedy dzwoni ten telefon, wiecie jaki. Ten wyczekany od dnia zero. Niby wiesz, że kiedyś w końcu zadzwoni, niby się wgapiasz w niego tęsknym wzrokiem, ale kiedy wreszcie dzwoni, ty albo nie słyszysz, albo zapominasz zabrać do pracy komórkę. Albo w ogóle nawet nie myślisz o telefonie, bo przecież wyraźnie powiedzieli ci, że teraz to na nic nie licz, teraz to sobie znajdź mieszkanie, bo wygląda na to, że za miesiąc nie będziecie mieli gdzie mieszkać.

Nawet mi przez myśl nie przeszło, że oto nadchodzi dzień świętowania. W błogiej nieświadomości zaplanowałam więc spędzić własne urodziny objadając się czekoladkami i czytając książki do południa. Nie przypuszczałam, że to ostatnie takie urodziny. (Właściwie to nawet dobrze. Gdybym wiedziała, nie byłabym w stanie przełknąć ani jednej czekoladki.)

Zamiast małej, łysej głowy, mam przed sobą bujną czuprynę dwuletniego toddlera. Zamiast siebie 30+, widzę siebie 35+. Niezmiernie mnie to dziwi i bawi. Zaczynam rozumieć Mamuśkę, która twierdzi, że momentami nie wierzy własnej metryce.

(...)

- Wiesz, zawsze mi się wydawało, że jak już coś, to wtedy poczuję się naprawdę dorosła - wyjawiłam Mężowi Memu sekret mego życia.
Podczas opróżniania tej whisky wyjawiłam, co prawdopodobnie wiele tłumaczy.
Inżynier spojrzał na mnie bystro, wyraźnie oczekując bardziej porywającego rozwinięcia akcji.
- Na przykład jak pójdę do pracy. Tyle tylko, że poszłam do pracy dosyć wcześnie, więc tak jakby miałam prawo nie poczuć się dorosła - kontynuowałam. - Potem miałam dorosnąć jak urodzę dziecko. Urodziłam, jestem mamą, a nadal tej dorosłości nie czuję. Więc pomyślałam, że jak zostanę kierowcą! Będę parkować przed koledżem, ostentacyjnie zamykać drzwi własnego wozu, paradować przez cały parking z teczką pełną książek w jednej dłoni, z kluczykami w drugiej... no wiesz, marzenie nastolatka spełnione w czwartej dekadzie życia... - zaczęłam się śmiać.
- No i? - uśmiechnął się on.
- No i dupa - westchnęłam komicznie. - Nie umiem wczuć się rolę. Ciągle zapominam, w którą stronę muszę przekręcić kluczyk, żeby zamknąć drzwi. Nie mówiąc już o tym, że wożę ze sobą tenisówki do jazdy.

Inżynier parsknął śmiechem.
- To chyba dobrze, że wciąż masz piętnaście lat?

(...)

Nie można zrobić dokładnie dwóch takich samych fotografii. Bo nawet Rudy notorycznie zmienia futro. I kanapy, od czasu do czasu.

O sezonie na paracetamol

Przed pierwszą adaptacyjną wizytą w Różowej Inżynier pobrał Fruzię z łóżeczka i zaanonsował się w przychodni, bo to przeziębienie, z którym Fruzia wracała z Polski, przybrało na sile. Piguła oświadczyła, że to wirus i rozłożyła ręce w geście bezradności. Paracetamol i plenty of fluids, jeśli gorączka.

Pierwszy oficjalny dzień w przedszkolu Fruzia zakończyła powrotem do Piątej Chatki z wysypką. Wróciliśmy do przychodni. Piguła oświadczyła, że to wirus i rozłożyła ręce w geście bezradności. Paracetamol i fluids, wiadomo. Następnego dnia odkryłam piękną dolną piątkę w buzi Fruziaka. Obsypało ją kropkami na twarzy jeszcze mocniej.

Po kolejnych dwóch tygodniach wróciliśmy do przychodni, bo ten kaszel, który Fruzia zapoczątkowała gdzieś na trasie pomiędzy Polandią a Krainą Deszczu, zaczął mnie niepokoić. Obadano Fruziaka, pozaglądano w różne otwory, co dziecię przyjęło z iście stoickim spokojem, co z kolei lekko zszokowało matkę, po czym oświadczono, że to resztki paskudnej infekcji, które młodzież musi wykaszleć, ale że od środka Fruziak jest czysty. Nie warto kupować syropów, bo nie pomogą.
- Przeczekać - piguła rozłożyła ręce w geście bezradności.

Dwa dni później wzięłam dzień wolnego, bo chociaż kaszel faktycznie zaczął ustępować, to dla odmiany Tasman zaczęła haftować. Cały piątek, trochę w sobotę, w niedzielę już tylko nad ranem.
- We wtorek chyba wróci do Różowej - oznajmiłam z ulgą Inżynierowi.
(- Mam nadzieję - dodając trochę ciszej.)

Tyle, że we wtorek Fruzia obudziła się z zaklejonymi ropą oczami. Zbyt długo pracowałam w Różowej, żeby nie wiedzieć, co to za stwór. Conjunctivitis. Zapalenie spojówek. Inżynier znów wziął wolne, a Fruzia lata z butelką kropli do oczu po domu i każe się kurować, jednocześnie mocno zaciskając powieki tuż przed zabiegiem.

Jutro planujemy powrót do Różowej. Ale wiecie, jak to z planami bywa.

Więc gdyby ktoś się martwił, że zniknęliśmy, oficjalnie dementuję plotki.
Jesteśmy.
Nawet jeśli nas nie ma.