O priorytetach

Od niedawna ma swoją własną kartę biblioteczną, ponieważ moja eksploduje przy każdej naszej wizycie w świątyni książek. Fruzia nie rozumiała, że nie można wynosić z niej więcej niż dwunastu sztuk, postanowiłam więc wziąć na klatę obsługę drugiego konta i chwilowo mieścimy się w limicie dwudziestu czterech lektur. Jeśli zajdzie potrzeba, założymy kartę Inżynierowi i Rudolfowi, ale wtedy będę zmuszona wziąć nadgodziny, żeby było z czego spłacać ewentualne kary za niepilnowanie deadline'ów. W tych okolicznościach przyrody w ostatnich dniach dość często bawimy się w bibliotekę. Fruzia z powagą pomaga mi wybierać książki dla moich bejbików ("Here's Peppa, your baby like Peppa?"), ogląda moją kartę, pomaga ją skanować, a na koniec następuje zamiana ról i to ona przychodzi z czytelniczymi rozterkami, a ja uprzejmie rekomenduję bestsellery dla niemowlaków ("Proszę, osiem książek o Peppie, czy twoje dziecko lubi jeszcze jakieś inne tytuły?") Czasem zdarza mi się zgubić tożsamość, a wtedy Fruzia poprawia mnie surowo:
- No, mummy, I'm biblioteka girl!
Zwieszam wówczas pokornie głowę i przepraszam za tupet. Jakże mogłam pomyśleć, że z moim angielskim ktoś zatrudni mnie w publicznej bibliotece na full-time!

W piątek weszła w rolę całą sobą i nie wyszła z niej aż do zamknięcia biblioteki z powodu niedomagającego personelu. Fruzia była wówczas poważną mamą dwójki dzieci o wdzięcznych imionach Big Baby oraz Big Sister. Monologowała właśnie na temat preferencji czytelniczych progenitury, rozciągając samogłoski długie, to wznosząc lub obniżając intonację, to przewracając oczami, zupełnie jakby chciała dać do zrozumienia, że te wieczory spędzone na czytaniu dzieciom to już doprawdy lekka przesada, bo ona też chciałaby się czasem napić wina na sofie, ale co robić, skoro cała Polska w Krainie Deszczu czyta dzieciom... I ja jej całkowicie uwierzyłam! W pewnej chwili mama Fruzia zatrzymała się w tym rzęsistym słowotoku, cała stając się powagą; zmarszczyła brwi, wyraźnie czymś strapiona (obstawiałam, że żałuje tego wyznania o winie), przechyliła głowę na bok, jakby z tej perspektywy myśli stawały się klarowniejsze, po czym nie wypadając z roli, oznajmiła tonem kogoś, kto pyta o dzieła zebrane Szekspira niezbędne jej do doktoratu:
- I need a poo. Do you have a toilet here?

A kiedy personel, któremu odebrało mowę, skinął głową na znak, że i owszem, Fruzia z godnością oddaliła się do bibliotecznej toalety, nakazując biblioteka girl objęcie chwilowej opieki nad jej potomstwem.

Prawdziwa matka nigdy nie zapomina o dzieciach.

O babskich sekretach

Kupiłyśmy Inżynierowi kubek na Dzień Ojca wypadający w Krainie Deszczu w najbliższą niedzielę. Designerski, z Poundlandu, z peleryną superbohatera i wszystko mówiącym napisem SuperDad. Fruzia zdecydowała, że czerwony lepiej niż granatowy oddaje superbohaterski charakter ojca jedynego, stanęło więc na kolorze serca. Nie sądziłam, że Fruzia dotrzyma tajemnicy do dnia polskiego święta tatuśków, ale żywiłam nadzieję, że do niedzieli da radę. Wkładałam jej do głowy głodne kawałki o sekrecie między nami, o niespodziance, jaką zrobimy tacie, kiedy już za dwie nocki (only two sleeps!, przekonywałam jej językiem) podamy mu do łóżka kafkę w nowym kubku! A potem bezczelnie ukryłam kubek na resztę dnia, zaserwowałam dziecięciu rozrywki i udawałam, że tematu nie ma.

Inżynier wrócił z pracy, przywitał się z dzikim Fruziakiem, zapytał, jak jej minął dzień, na co Fruzia rzuciła się do mojego ucha i teatralnym szeptem słyszalnym w całej okolicy zapytała:
- Mummy, we give daddy his cup?
Inżynier zakrztusił się ze śmiechu, ale wdzięcznie udawał, że nic nie słyszał. Ja zakrztusiłam się własną naiwnością i wyszeptałam do Fruziakowego ucha;
- Ciii... to jest sekret! Tata ma nie wiedzieć, ok?
Tasman zachichotała i potrząsnęła głową w górę i dół na znak zgody. Po czym znów przysunęła się do mojego ucha i WYSZEPTAŁA DRUKOWANYMI LITERAMI:
- MUMMY, WE GIVE DADDY HIS CUP NOW!

Cóż było robić.

Happy birthday Father's Day!

O tęczy nad boiskiem

Zdradziła ich skrzypiąca szafa w naszej sypialni, kiedy on szeptem instruował ją, że muszą być ekstra cicho, ale zamierzałam wycisnąć mój dzień do ostatniej kropli ciszy, którą oferował przynajmniej o świcie, więc tylko uśmiechnęłam się do siebie w półśnie i znów wpadłam w objęcia Morfeusza. Zdążyłam jedynie zarejestrować, że gdzieś jadą. Albo nie spałam zbyt długo, albo to oni tak się ociągali z powrotem, bo kiedy na dobre się rozbudziłam, ich wciąż nie było. Dobry Boże i Karmo, czytam książkę o poranku!
Wreszcie dotarli. Ułożyłam się wygodniej na poduszce i niczym królowa oczekiwałam na rozwój wypadków. Po krótkich nie-tak-znów-cichych szeptankach przed drzwiami sypialni do pokoju wtargnęli Inżynier i Fruzia. We dwoje nieśli laurkę, nie wiedzieć czemu - w pozycji poziomej, zupełnie jakby ważyła z pięć kilo. Robi się ciekawie, pomyślałam. Dzień wcześniej Fruzia ćwiczyła swoją frazę "happy Mother's Day", jako że na ojczystą wersję nie starczyło mi determinacji i już za chwilę dane mi było usłyszeć rezultaty tych prób.
- Happy birthday Mother's Day! - rzuciła podekscytowana Tasmanka.
A dla wzmocnienia efektu dodała:
- Sto lat!
Team Fruzia & Daddy uroczyście wręczył mi laurkę, a następnie podał śniadanie do łóżka - lody czekoladowo malinowe na patyku. Jadłyście kiedyś coś fajniejszego w łóżku bladym świtem o ósmej trzydzieści? Bo ja nie.
W trakcie konsumpcji przyszła pora na wyzwanie, czyli odczytanie, co też autor miał na myśli, produkując laurkę. Miałam rację, że nie wybrałam na maturze interpretacji tekstu, bo ja to chyba potrafię jedynie nadinterpretować, czego dowiodłam i tym razem.
- Wiem, wiem! - wyrwałam się natychmiast.
(Wiadomo, wzorowa uczennica!)
- To jest mecz piłki nożnej!
Byłam z siebie dumna. No bo to przecież widać od razu, boisko i bramka. Na boisku nakreślonym różowym pisakiem stały trzy ludziki-gumki, piłka-gumka oraz tęcza-gumka. Stały, dlatego laurka wjechała do sypialni w poziomie, coby nie obalić drużyny. A obok Fruzia narysowała bramkę. Boisko, piłka, bramka. Proste jak konstrukcja cepa. Tym bardziej, że Fruzińska jest ostatnio zapaloną piłkarką, więc ułatwiła mi sprawę.
- No, mummy! - wybuchnęła śmiechem Tasmanka.
Popatrzyłam pytająco na Inżyniera, który z kolei odwzajemnił się pobłażliwym spojrzeniem.
- Mummy, ogarnij się! Nie widzisz, co to jest? - droczył się ze mną.
- No przecież widzę. Boisko, piłka, bramka. Mecz. A nie? - zwątpiłam.
Fruzia aż się za buzię złapała.
- Silly mummy, it's a birthday cake and a rainbow!

No tak, silly me! Tort i tęcza do pary, jak mogłam tego nie skumać?

Happy birthday Mother's Day!

O polskiej elicie

Poznałyśmy się, stojąc w drzwiach oddzielających salę bejbików od toddlerów. Wyglądałam fatalnie w biało-czerwonym fartuchu w kratkę narzuconym na czarny top i legginsy, prawdopodobnie upstrzone wszelakimi niemowlęcymi wydzielinami, z kosmykami włosów wymykającymi się spod kitki związanej przed lustrem jakby całe wieki temu. Jeśli coś pozostało po moim makijażu, z pewnością w tamtej chwili nie dodawało mi uroku. Mocno kontrastowałam z jej świeżością.
- To jest Liz - przedstawiła mi szeptem Matka Przełożona II uśmiechniętą blondynkę, na oko w moim wieku. - Liz będzie nas odwiedzać w poniedziałki jako wolontariuszka. I chyba nie będzie nietaktem, jeśli zdradzę, że wy dwie będziemy miały o czym rozmawiać, bo Liz też przechodzi właśnie przez proces adopcyjny.
Szeptała, bo w bejbikowni, z której właśnie wyłaniała się z Liz, bardzo nieletnie towarzystwo odpływało w niebyt. Na podłodze trudno było znaleźć wolną przestrzeń do postawienia stopy pomiędzy rozłożonymi materacami, z boom boxa sączyły się kołysanki. Nikt nie poważyłby się w tych okolicznościach przyrody zaburzać świętego spokoju personelu Lucasów.
- Świetnie! - odszeptałam. - Koniecznie musimy później pogadać!

Teraz znów stała w drzwiach. Przyszła życzyć nam powodzenia na chwilę przed Panelem.
- Powiedzmy, że mnie tu nie było - mrugnęła do nas okiem. - Dajcie czadu jak zawsze!

Wtedy, pięć lat temu, jak zaczęłyśmy rozmawiać, to do dziś nie możemy skończyć. Nasze ścieżki plączą się w zaskakujący sposób, w jakimkolwiek punkcie życia tutaj się znajdziemy, zaraz okazuje się, że Liz jest tuż obok. Ofsted Outstanding to już trzecia nasza wspólna placówka.
- Zobaczysz, jeszcze przyjdzie nam pracować razem po raz kolejny - zapewniam ją, a ona spokojnie przytakuje.
Jesteśmy sobie pisane.
Nasi mężowie chyba też, bo kiedy się spotkają, to albo tańczą salsę (nie z nami), albo łażą nocą po polach, szukając fajerwerków. Choć o tym akurat nie wspomnieliśmy na Panelu, kiedy zapytano o support network na czas mojego przymusowego zamknięcia w czterech ścianach z nowym człowiekiem. Wymieniłam wszystkich, którzy okazali się wsparciem przy Fruzi, w ostatniej chwili gryząc się w język przed zdradzeniem, że przy nowym człowieku pewnie będę jak Liz - siadać wieczorami na kanapie i lekkim skinieniem głowy dawać znać Inżynierowi, że już pora. A najlepiej to nalej od razu dwa. Uparcie omijaliśmy ten motyw, omawiając wyimaginowane strategie radzenia sobie z prawdopodobnymi trudnościami Drugiego i jeszcze bardziej prawdopodobnym regresem Fruzi. Jeśli regresem można nazwać to, że Fruzia żąda ostatnio "rock me like a baby", a ja kołyszę  w objęciach szesnastokilowe bejbi - na siedząco, bo inaczej się nie da - do snu, to już tylko pozostaje pytanie, czy to jej regres, czy mój, i czy aby na pewno o to nas pytają. Inżynier, jako ten odważniejszy, napomknął o naszych weekendowych nocnych nasiadówach jako sposobie na odstresowanie, ale jednogłośna przychylność Panelu każe mi przypuszczać, że oni szybciej pomyśleli o nadrabianiu cielesnych zaległości, niż o utracie kontaktu z bazą pod wpływem napojów mocno relaksujących. W sumie to sama już nie wiem, co bardziej pomaga. Tego drugiego dawno nie praktykowałam i trzeba by odświeżyć nieco pamięć.
Potem ugrzęźliśmy na chwilę w koncepcji wychowania dwukulturowego i cóż, znów było o Fruzi. Szanowne Zgromadzenie pamięta, że Fruzia jest szekspirojęzyczna? Pieprzyć wszystkie moje dawne ubolewania nad tą jej pierwszojęzycznością, Bóg i Karma czuwają, bo dzięki niej mamy szansę na małego Wyspiarza, co poszerza spektrum poszukiwań. Drugi raczej na pewno, do wtóru z siostrą, wytknie nam w niedalekiej przyszłości te wszystkie sobotnie szkoły i świszczące, przyprawiające o ból głowy i zębów dźwięki, ale luz, bo z doświadczenia wiem, że do niekończącej się listy wyrzutów sumienia matki polki na obczyźnie dołączy po prostu kolejny, nie zmieniający w sumie nic, bo przecież wiadomo, że zawsze któregoś języka będzie za mało, a dokładnie którego, to będzie zależało od aktualnego położenia i humoru samego zainteresowanego. Niestety, do moich super mocy nie należy umiejętność zmuszania dziecka do lingwistycznego drylu tak, aby ono myślało, że się wciąż bawimy w chrząszcz-brzmi-w-trzcinie. I doprawdy nie pojmuję, dlaczego państwa, Szanowni Państwo, to uspokaja. Czasem zresztą mnie samej wydaje się, że polski został wymyślony przez niemieckiego logopedę, który z fińskim ortodontą upił się Żywcem w angielskim pubie. Tak, Fruzia pomoże nam tam, gdzie matka z ojcem nie dadzą rady, a świadkiem nam Sofia. Mentorka była, widziała i wreszcie uwierzyła, że można. Że można wysłać piłkę w jednym narzeczu na drugą stronę kortu, a otrzymać takie odbicie w innym, że później nawet replay nie pomoże ustalić, co się zdarzyło po drodze. W głowie Fruzi. Więc już nie ubolewam, Szanowny Panelu. Dawać nam tu tego Wyspiarza z piętnastu pokoleń! Najwyżej jeszcze trochę się podszkolimy w tutejszym narzeczu, jeszcze trochę pouczę matmy, jeszcze jeden lud dwa procesy adopcyjne strzelimy sobie na rozgrzewkę, a wtedy to już raczej chyba na pewno podołamy tej dwukulturowości.
Przekonaliśmy ich. Byli na tyle immigrant-friendly, że wprowadzili nas w stan miłego odprężenia, a wiadomo, że wtedy mówimy dużo, a jednak udało nam się nie stracić czujności i nie wyznać, że Paolo trzyma dla Inżyniera popanelowe piwo w lodówce. On twierdzi, że w egzaminacyjnych okolicznościach przyrody emanuję blaskiem wzorowej uczennicy, która odpowiada, zanim na dobre wybrzmi pytanie. I wyczuwam w tym stwierdzeniu nutę podziwu. Zaraz obok całej tony zdumienia. Ja za to jestem zdumiona, że po 12 wspólnych latach on wciąż się dziwi.
On nie potrzebował powtórek ani stosu mądrych książek o wychowaniu dziecka z przeszłością i na pełnym go with the flow przekonał towarzystwo, że wie, o czym mówi.
- Nawet jeśli nie do końca wiedziałem, o czym mówię - podsumował później. - No bo w końcu kto wie, jak to będzie? Kto mógł przewidzieć wtedy, że trafi nam się taka Fruzia, przy której wszystkie podręczniki należy uzupełnić o stertę poprawek?

No nikt. A Drugi dopiero przed nami. Może tych dwoje napisze kiedyś swój własny poradnik o wychowaniu ("Jak NIE wychowywać. Wszystkie błędy naszych rodziców")

Liz znów zajrzała do pokoju, w którym oczekiwaliśmy na formalną rekomendację Panelu. Z naszych min wywnioskowała, że ta może być tylko jedna.
- Wy, Polacy! - komicznie wywróciła oczami. - Jeden panel, drugi, tu dziecko, tam dziecko, po polsku czy nie - co to dla was!
Roześmialiśmy się, bo po pierwsze - tylko my wiemy, jak to wygląda od kuchni, a po drugie, Liz właśnie sparafrazowała jedną członkinię Panelu, która nie mogła powstrzymać się od końcowego komentarza poza protokołem:
- Ja wiele rzeczy rozumiem, ale publicznych wystąpień tego typu w obcym języku to moja głowa nie ogarnia.
Pozostało nam wierzyć, że to był komplement. A potem poczuć się jak polska elita na Wyspach. Oraz pomyśleć, że trzeba pielęgnować to uczucie, bo nie dość, że nie zdarza się zbyt często, to jeszcze  rozsądek podpowiadał, że nie potrwa zbyt długo. Ot, maksymalnie do pory snu Fruzi, która wiadomo (nam) jak ostatnio wygląda.

Żadna wydumana elita nie ma z nią szans.

O tym, że egzamin na rodzica zdaje się nieskończenie wiele razy

Sierpień 2014 

Denerwujecie się?", zapytała mailowo Emma w weekend przed naszym magicznym panelem. "Jeśli chodzi o mnie, to właściwie nie wiem", odpisałam. "Za to on martwi się tym, że się zupełnie niczym nie martwi."
Dzień przed godziną zero wyznał mi jeszcze, że to jest dość niepokojące, bo wedle wszelkich jego obliczeń wynika, że jeśli by się zdenerwował, to miałby gwarancję, że wszystko pójdzie gładko, a tak to może być blado, zgodnie z prawem Murphy'ego. Chociaż przeczucia mówią mu, że tym razem obliczenia wezmą w łeb i naprawdę będzie dobrze.
Zbyt to skomplikowane jak na mój mały umysł.
- Może chociaż przeczytam ten cały PAR - oznajmił wreszcie w wieczór poprzedzający spotkanie. - Trochę sobie słownictwo odświeżę.
["... i dowiem się, co w ogóle w nim jest!", chciałam dodać za niego, ale ugryzłam się w język, coby Męża Mego nie zniechęcać do lektury własną gderliwością.]
Otworzył więc Inżynier stosowny plik, wklepał hasło i pogrążył się w lekturze.
Po 3 minutach głęboko westchnął i odłożył tablet na bok.
- Chyba się zmęczyłem - oświadczył. - Dużo tego - dodał wyjaśniająco.
Ano dużo. W sumie 65 lat naszych żyć.

W poniedziałek cieszyłam się, że następnego dnia mam wolne - oto, czym zajmowała się moja głowa. Zamiast obgryzać paznokcie z nerwów, ja myślałam już tylko o urlopie. Rankiem w dniu panelu ucięliśmy sobie całką przyzwoitą przebieżkę na naszej stałej trasie, symbolicznie zamykając letni sezon treningowy i ustawiając głowy na tryb "jeszcze tylko panel i dwa tygodnie totalnego lenistwa". Jeszcze tylko panel. Dopiero po powrocie do domu poczułam ten charakterystyczny dreszczyk emocji. Wiecie, taki z serii "a jak zabraknie nam języka w otworze gębowym?", "a jak nie zrozumiemy, co do nas mówią?", "kto by dał dziecko komuś, kto nie potrafi się wysłowić w docelowym narzeczu?" Aby go rozproszyć, zgodnie z nauką naszych mam oraz radą Liz ["Smart / formal style. It is the most important interview you will ever attend"] wskoczyliśmy w sztywne biznesowe ciuszki, strzeliliśmy sobie selfie dla Potomka i ruszyliśmy podbijać inglandzkie serca.


Maj 2019

Najwyraźniej na przestrzeni tych pięciu lat pewne rzeczy nie zmieniły się ani o jotę. Ja wciąż  nie jestem pewna, czy się stresuję, ale na wszelki wypadek postanowiłam przeczytać nasz PAR jeszcze dwa razy, a że jest on trzy razy dłuższy od PAR Stefki sprzed lat, czytanie też trwało zdecydowanie dłużej. Jak cały ten proces. On od tygodnia przysięga, że przeczyta raport dokładnie, aby odświeżyć sobie słownictwo, no bo przecież nie życiorys, i nawet się stara, ale albo płacze ze śmiechu ("boszeeee... muszę to przeczytać Szwagierce!") albo - patrz wyżej - szybko się męczy. 
Biedactwo moje.
W sumie to już 75 lat naszych żyć.

Pewne rzeczy wciąż się nie zmieniły. Dziś cieszę się, że jutro oboje mamy wolne - oto, czym zajmuje się moja głowa. Zamiast obgryzać paznokcie z nerwów, ja myślę już o half-termie i o naszej kawie, którą po panelu symbolicznie uczcimy koniec teoretycznych przygotowań na przyjęcie Drugiego. Jutro nie utniemy sobie wspólnej przebieżki, bo mając Fruzię, musielibyśmy zatrudnić Nianię do opieki, ale wczoraj ucięłam sobie samotny trening na stałej trasie, symbolicznie przechodząc w tym sezonie na dłuższe dystanse. Biegnąc, mieliłam w głowie odpowiedzi na mniej lub bardziej prawdopodobne pytania panelu i zastanawiałam się, którą sukienkę włożyć - tę szarą, ołówkową, nieco sztywną, ale elegancką, tę samą, w której pięć lat temu zdawaliśmy egzamin na rodziców; czy też tę kolorową, bardziej wiosenną, do której pasują mi bladoróżowe buty. Jutro rano ogarniemy Fruzię, odstawimy ją do pre-school i pojedziemy, czując ten charakterystyczny dreszczyk emocji, pomimo lat spędzonych tutaj.

- Why you and daddy picking me up tomorrow? - pyta ona.
Bo lubi wiedzieć. Lubi wiedzieć, kto ją odbiera, a jeśli będziemy razem, to dlaczego, skoro zwykle jest jedno z nas, jaki jest plan na resztę popołudnia i gdzie w tym wszystkim będzie czas na lody.
- Bo będziemy wracać razem z ważnego spotkania - mówię jej. - Będziemy na nim rozmawiać o bejbikach.
- And Sofia be there?
- Tak, ona też tam będzie.
- And you talking about my baby?
- Tak, dokładnie tak - mówię.
Oczy jej się śmieją.
- I like it!

To jedno akurat się zmieniło. 
Już nie czekamy tylko we dwoje.

Gadki Fruzi (3)

Styczeń 

Jedziemy samochodem na gimnastykę. Oczywiście słuchamy kolęd. Rozbrzmiewają pierwsze takty kolejnej ścieżki dźwiękowej.
- Mummy, looks like 'Cicha noc' - oznajmia podekscytowana Fruzia.
Looks like dziecię ma niezły słuch.

Luty

Jedzie rowerem. Dużym Rowerem, nie tym biegowym dla bejbików (phi!) Bez dodatkowych kółek, za to z tatą przyczepionym do kija wetkniętego za siodełko Dużego Roweru.
- Daddy - oznajmia Fruzia stanowczym głosem - you not czima me I grow up.
Inżynier wcale nie protestuje. Zamiast tego mówi spokojnie:
- Obawiam się, że nie będę w stanie w żaden sposób cię utrzymać jak dorośniesz...

(...)
- Zobacz, jaka mgła - mówię do niej w drodze do przedszkola. - Umiesz powiedzieć 'mgła'?
- What's gła?
- Mgła to te chmury, w których chodzimy, nic przez nie nie widać.
- Gła - powtarza sobie pod nosem Fruzia.
- Idź sobie, mgła! - rzucam w przestrzeń.
- Go away, gła! - krzyczy ona.
Jest lepsza niż Google Translator.

(...)
Ryczy.
- Mamaaaaa...!!!
Pędzę.
- Co się stało???
- Rudolf ate all the żelki!!
Jej życie dramatem się toczy

Marzec

- Shut up! - krzyczy Fruzia do szczekającego Rudolfa.
Parskam. Żadne z nas nie jest święte, bywamy gorsi niż poziom 'shut up', ale to akurat nie od nas. Musiała to wziąć z innego źródła.
- Fruziu, a kto tak mówi w przedszkolu? - podpytuję chytrze.
- Nothing - mówi ona. Znaczy - nikt.
- To kto powiedział 'shut up' do Rudego?
- Niania, mummy. 'Cause Rudy woof woof.
Wszystko jasne. Do Niani pasuje jak ulał. Można odetchnąć.

(...)
- I only tending - mówi ona, kiedy chce dać znać, że żartuje lub udaje.
- Pretending - poprawiam, choć nie do końca mi zależy. Jeszcze się nagada gładkimi słowami.
- Yes, I said tending - mówi zdziwiona Fruzia.

(...)
- Mummy, I need people - mówi do mnie z wanny.
- Czego potrzebujesz? - pytam, bo nie kumam.
- People, mummy. I have no.
I bezradnie rozkłada ręce.
Patrzę, patrzę, móżdżę. W ręku trzyma gąbkę... aha!
- Chcesz posadzić swoje ludziki na gąbkę?
- Yes, all the people!
Wracam do łazienki z całą rodziną i przyjaciółmi Peppy. Wjeżdżają do wanny na gąbczastym samochodzie. Ludzie naszej towarzyskiej córki.

Kwiecień

- Najpierw zjesz obiad - mówi on do niej, kiedy Fruzia domaga się słodyczy.
- I already have! - odpowiada mu oburzone dziecię.
- O matko! - Inżynier łapie się za głowę. - Ty słyszysz, jakiej ona gramatyki używa?

Niech no ja jeszcze raz usłyszę w Polsce, że present perfect to tylko w przestarzałych podręcznikach występuje w przyrodzie!

(...)
Gramy w memory game. Fruzia nie chce wziąć karty z lwem.
- I'm scared - mówi.
- Boisz się? - pytam retorycznie. - Ja się nie boję, więc ja ją wezmę, ok?
- Ok. I boje.

(...)
- Please, I have bajki? - prosi codziennie.
Kiedy odmawiamy, bo przekroczyła swój dzienny limit, robi błagalną minkę, składa kciuk i palec wskazujący razem na odległość maleńkiej szczelinki, i próbuje dalej:
- Please, cziupi-cziupi!
No skoro tylko ciupi ciupi...

(...)
Kolejna memory game. Na jednej z kart astronauta z amerykańską flagą.
- Where's my flag? - dopytuje ona.
- Twoja angielska czy polska? - uściślam.
- Polska - odpowiada Fruzia.
I jak natchniona zaczyna skandować:
- Polska, tududu! Polska, tududu!
Stadionowy patriotyzm w wersji Team Daddy & Fruzia.

(...)
Jedziemy na gimnastykę. Fruzia jak zwykle obserwuje wszystko to, co za oknem.
- O! Mummy, look! - krzyczy.
- Kochanie, nie mogę się odwracać, bo prowadzę.
- Why you driving?
- To długa historia, Fruziu - odpowiadam. - A co tam widziałaś?
- Ehmm... you know... looks like castle, but it's not... - myśli. - I know! Kosczół!
W pierszej chwili nie rozumiem, ale chwilę później do mnie dociera.
- Brawo, kochanie! Tak, to był kościół!
Lekko szumiący, ale jednak. Zadziwiające, że akurat to słowo zapamiętała. W takim domu.

Maj

Bawi się w pokoju. Nagle wrzask.
- Pajonk, mama, pajonk!
- Jeśli to pająk, to wiesz, kogo trzeba wezwać na pomoc.
- Dziadziaaaa! - przekrzykuje Kanał i granice. - Dziadziaaaaa, pajonk! Pomós mi!!

Dziadzia to the rescue.

(...)
Zwraca się do nas per 'mum and dad', co z jednej strony brzmi normalnie w tym miejscu świata, z drugiej komicznie w czteroletnich ustach, a z trzeciej lekko apokaliptycznie.
- Jak angielska nastolatka - podsumował zasmucony Inżynier, który przy pierwszym 'dad' skonał ze śmiechu, a potem zmartwychwstał i już dalej mu się nie podobało. Zdecydowanie bardziej woleliśmy, kiedy z własnej inicjatywy przeszła z nami na ty i z lubością wołała nas po imieniu na plastikowy obiad w towarzystwie rodziny Peppy.
- Lubię jak mówisz do nas mamo i tato albo mummy and daddy - podpowiadam więc Fruzi.
O cały zaskakujący słownik, który pojawia się u młodej obwiniam Lucasów i ich rodziców, rozgrzeszając się myślą, że ci ostatni z pewnością też mają coś na nas, więc na sądzie ostatecznym Karma nawet nie będzie sobie nami zawracać głowy. Niedawno Fruzia przywlokła z Różowej iście hollywoodzkie padanie na podłogę i melodramatyczny okrzyk "I'm dead!", chwilę później naubliżała Rudolfowi "you stupid dog!" (i zaprzeczam, jakoby to żywy przekład z rodziców!), że o wszechobecnej ''poo poo", kiedy brak jej argumentów na życie nawet nie wspomnę.
- Why, mum? - pyta ona, patrząc na mnie szelmowsko i niewinnie zarazem, i już wiem, że trudno ją będzie przechytrzyć.

Nie powiem jej przecież wprost, iż życzę sobie, zupełnie jak pewna mama znajomej sprzed lat, aby przez resztę życia zwracała się do mnie per mamusiu.

O magiku

Jedno rośnie, drugie tylko się starzeje. Rośnięcie, szczególnie wszerz, w jego przypadku nie jest wskazane, choć i tak próbuje obejść ten zakaz, niczym rządzący Konstytucję, nabierając objętości futrem. O Boże i Karmo, jak on obrasta! Dziewięć lat egzystowałam w słodkim pogodzeniu z życiem, z jego całorocznym zrzucaniem rudego płaszcza, z rurą od odkurzacza jako przedłużeniem prawej ręki. On obrastał, zrzucał, my czasem czesaliśmy, a czasem nie, ja odkurzałam i toczyło się. Czesanie było jednym z niewielu testów, które zdał przed Zaklinaczką, kiedy ta pojawiła się w Piątej, aby podczas dwugodzinnej sesji terapeutycznej pokazać nam, na których polach psiego parentingu polegliśmy z kretesem (na większości). Do dziś mam traumę po tej terapii, a jej raport chowam pod przymurowanym do podłogi dywanem w sypialni w nadziei, że obecna Ofsted Outstanding agencja go nie znajdzie. Spalić się boję. Jego sierść jest jak benzyna unosząca się w powietrzu; jedna iskra i Piąta posypie się jak domek z kart, i nawet Strażak Sam, który według Fruzi i Pontypandy ugasi wszystko, tutaj nie pomoże. Coś się stało z Rudolfem tej wiosny i nie wiem, czy on, tak jak ja, ma problem tylko z wiekiem, tylko z hormonami, czy może z mieszanką obu, czy też ten klosz zbyt długo przetrzymywany na rudym karku spowodował nieodwracalne zmiany i popsuł nam sierściucha jeszcze bardziej. Rudolf już nie linieje jak normalny, liniejący na okrągło pies. Już nie zostawia kępek to tu, to tam w strategicznych i całkiem niestrategicznych miejscach mieszkania, które zwijają się w urocze koty, i które Fruzia z pasją zasysa odkurzaczem w ramach pomocy w gospodarstwie domowym. O nie. Obecnie Rudolf kilka razy dziennie urządza nam Boże Ciało. Tylko zamiast kwiatowymi płatkami sypie futrem. Wzdycha przez sen, a pięćdziesiąt deko włosa pada na prawo. Łypnie okiem na dźwięk nadlatującej z przestrzeni kosmicznej Fruzi, a kolejne osiemdziesiąt sypie się na lewo. A niechże się podrapie! A przekręci! A, nie daj Boże i Karmo, wstanie! Futro ściele się jak trup w filmie akcji klasy Z - równo, gęsto i systematycznie. Kiedy Rudy wstaje z drzemki na sofie, Fruzia krzyczy histerycznie, że mummy, mummy, patrz! Sofa zniknęła. A w jej miejsce ktoś rzucił puszysty dywan z prawdziwego włosa, na którym to Rudolf stoi, ziewa i najwyraźniej zamierza się otrzepać ze snu. O-trze-pać! Mummy, mummy, gdzie jesteś?, krzyczy znów Fruzia, zagubiona w tumanach rudego tornado, a mnie instynkt matki nakazuje złapać ją za rękę i uciekać, zanim rude piekło pochłonie nas dokumentnie. Wrócimy, kiedy kurz opadnie. Złapiemy wtedy Rudolfa za obrożę na słodkie obietnice kurczaka, drapniemy go za uchem, żeby go rozmiękczyć, rozpuścić i rozwałkować na zgliszczach tego, co kiedyś było naszą podłogą w kuchni, a wtedy cap! opierzymy go jak kiedyś kaczkę z babcią na Ranczo. Z tym, że kaczka nieżywa, a Rudolf całkiem z włączonymi funkcjami życiowymi, a już z przewodem pokarmowym to najbardziej.

Czeszemy go, skubiemy, opierzamy, wyciągamy kępy futra palcami. Rudolf przekręca się na grzbiet, eksponuje brzuch i przydatki, ekshibicjonista jeden, mruczy, mruży oczy i poddaje się temu zbiorowemu bestialstwu z wrodzonym sobie lenistwem. Futra przybywa w reklamówce i na podłodze, nie ubywa zupełnie na Rudolfie. Fruzia rezygnuje, jej małe palce nie nadążają za produkcją sierści, widzi, że Rudolf to magik i wciąż nas przechytrza. Ja też próbuję go przechytrzyć. Wiem, że tego nie znosi, ale idę po odkurzacz. Włączam. Rudolf łypie nam mnie znudzonym spojrzeniem. Podchodzę bliżej do białego brzucha.

Fruzia uderza w śmiech.

Odkurzam Rudolfa i pytam go wciąż, czy już zupełnie mu odwaliło, czy to ten klosz sprzed miesiąca tak mu poprzestawiał w głowie, i gdzie tu jest haczyk, bo czuję, że jakiś jest i niepokoję się, że nie mogę go znaleźć. Sierściuch tylko mruczy i nadstawia te miejsca na brzuchu i boczkach, których jeszcze nie odkurzyłam. Niewiele to daje, bo za każdym wciągniętym dekagramem włosa, pięć kolejnych natychmiast odrasta w jego miejsce. Na moich oczach rosną, jak grzyby po deszczu. Choć już wolę tę jego sierść niż grzyby.

A może to ja, myślę w końcu i ta myśl każe obmacać własną głowę. Może to menokurwapauza i ja po prostu mam halucynacje.

To niemożliwe, żeby codziennie gubić tyle włosów i nie wyłysieć!

Ósma Fruzi (i matki) pielgrzymka do ojczyzny (3): O strajku (i to wcale nie Fruzinym)

Pamiętam bardzo wyraźnie jak wiele lat temu jedna z koleżanek po fachu opowiadała o krótkiej nauczycielskiej wymianie z jednym ze skandynawskich krajów. Sama spędziła tam kilka dni na obserwacji pracy w przeciętnej placówce oświatowej, a potem z zachwytem wzdychała do własnych wspomnień.
- Dziewczyny, mówię wam, to jest praca! Owszem, w szkole spędza się więcej czasu, ale t a k to ja też bym mogła. Oni tam mają własne stanowiska pracy, własne biurka, komputery, szafy, tablice interaktywne, nieograniczony dostęp do wszelkich materiałów, ksero, drukarki... Testy sprawdzają w szkole i nikt nie targa książek i prac do sprawdzenia w domu na weekend, ferie i święta. Ja też bym tak chciała!

A ja zazdrościłam koleżance, że widziała na własne oczy coś, co mnie wówczas wydawało się baśniową nie-rzeczywistością. U nas wyglądało to wtedy zupełnie inaczej - po niemal każdej lekcji zbierałam manele i pędziłam do innej klasy. Kserowałam testy za własne pieniądze, bo przydzielonego papieru (ryza na cały rok) wystarczało mi zwykle na pierwszy miesiąc pracy, a kserokopiarka szkolna albo się psuła, albo brakowało tonera. W pokoju nauczycielskim czasem nie wiedziałam, gdzie się podziać. Szafki (ups, półeczki) nie miałam, bo przecież przyszłam tam tylko na rok, na zastępstwo. Do dyspozycji nie miałam co prawda czarnej tablicy, kredy ani śmierdzącej, ociekającej brudną wodą gąbki, miałam za to piękne, białe tablice, do których wciąż musiałam dokupować z własnej kieszeni markery. O tablicach interaktywnych miałam pojęcie, bo kiedyś takie widziałam. Z trzeciego rzędu na jakimś szkoleniu.

A tymczasem kilka lat temu znalazłam się w tej rzeczywistości, której wizję kiedyś nakreśliła mi koleżanka, i do której tęskniłam przez dziewięć lat pracy nauczycielskiej w Polsce. W Krainie Deszczu mam swoje biurko, szafę, komputer i słuchawki, żeby nie zakłócać pracy innych nauczycieli w ogromnym biurze, które dzielimy. Do dyspozycji mojej i jednej koleżanki jest klasa, w której co prawda nie mam wszystkich zajęć, ale nie biegam co godzinę między piętrami, żeby zlokalizować swoich uczniów. To nasza wspólna sala, którą dzielimy się logicznie i sprawiedliwie, w której znajduje się wszystko to, co jest na potrzebne do pracy - papier, markery, foldery dla uczniów, przyrządy matematyczne, słowniki, książki, mapy. Drukarkę i kserokopiarkę mam tuż za drzwiami, dostęp do papieru jest nieograniczony, co nie powinno dziwić, skoro materiały do zajęć dobieram sobie sama, a nasi kursanci nie mają podręczników. Jeśli czegoś nam brakuje, zgłaszam to szefowi. Nie, nie dostanę wszystkiego, co tylko sobie wymyślę i na pewno nie następnego dnia, ale podstawowe narzędzia pracy otrzymam na pewno. Nie pracuję na cały etat, jedynie na trzy czwarte, ale w ramach tego fragmentu mam godziny administracyjne przeznaczone na papierkowe sprawy. Nie, nie wystarcza mi tych godzin, czasem zostaję w pracy dłużej, a czasem zabieram testy do domu, choć staram się tego nie robić zbyt często. W trakcie roku szkolnego organizuje się kilkudniowe Staff Development Days, w trakcie których nie prowadzimy zajęć, ale szkolimy się, nadganiamy papierkologię, mamy szansę wymienić się doświadczeniami z innymi nauczycielami, których nie zawsze widujemy na co dzień. I wiecie co? Tu też narzekamy. Bo coś nie działa, jakiś papier jest tylko papierem i nie ma większego sensu, choć musimy go wypełniać, a sam system nie jest doskonały. Ale kiedy zsumuję pensję, mój wkład w niesienie kaganka oświaty, warunki pracy i społeczny odbiór mojego zawodu, nie mam poczucia, że ktoś mnie tu robi w balona.

I właśnie dlatego wahałam się tylko chwilę, i to tylko dlatego, że nie chciałam zostać zrozumiana opacznie. Nie chciałam być łamistrajkiem, a jedynie wesprzeć strajkujących na jedyny możliwy sposób jaki podsunął mi los całkiem przypadkiem. Bo przypadkiem przyjechałyśmy z Fruzią do ojczyzny dwa dni przed rozpoczęciem ogólnopolskiego strajku nauczycieli. Przypadkiem wtedy, kiedy nasza Husia podchodziła do egzaminu gimnazjalnego w szkole, której - oczywiście przypadkiem - dyrektorem jest jest własny dziadek, a mój Osobisty Ojciec Dyrektor. Dziadek i Ojciec Nasz głowił się tamtego pamiętnego poniedziałku nad kwestią komisji egzaminacyjnych. Wspierał swoich strajkujących nauczycieli, a jednocześnie chciał przeprowadzić egzamin jedynej klasy gimnazjalnej, która została mu w jego placówce.
- To będzie jakiś dramat, jeśli egzaminy się nie odbędą - martwiła się Husia. - Nawet jeśli dostaniemy drugi termin, to przy rekrutacji do wybranych szkół będziemy na straconej pozycji.
Ojczulo musiał powołać zaledwie dwie komisje, każda miała być złożona z trzech osób, a niestrajkujących nauczycieli miał zaledwie troje. Potrzebował jeszcze jednej trójki.
- Zgodnie z przepisami, nawet ja, jako emerytowana nauczycielka, mogłabym zasiąść w komisji - powiedziała nagle Mamuśka. - Ale oczywiście nie zrobię tego, bo gdybym jeszcze pracowała, strajkowałabym razem z nimi.
- Ja też - zgodziłam się z Mamą.
Po czym zażartowałam sobie:
- Ale żeby uchronić Husię przed odwołanym egzaminem i wspomóc tych, którzy nie chcą przerywać strajku, ja chętnie zasiadłabym w komisji.
Bardzo nas to rozbawiło, bo wszyscy w rodzinie pamiętamy obfitujący w wydarzenia rok 2009, kiedy miesiąc przez ślubem z Inżynierem powołano mnie do komisji maturalnej jako członka zewnętrznego w szkole Przyszłej Wielkiej Szwagierki. I też całkiem przypadkiem zasiadłam akurat w jej komisji i akurat mnie przypadło w udziale egzaminować z angielskiego narzecza siostrę mojego już-za-chwilę męża.
- To już byłaby historia, gdybyś jeszcze znalazła się na moim egzaminie! - śmiała się Husia.

Następnego dnia rano Ojczulo zadzwonił do mnie z pracy.
- Mówiłaś poważnie z tą komisją?
Zaskoczył mnie. Ale nie straciłam rezonu.
- Tak, pod warunkiem, że dasz mi plakietkę strajkujących, bo ja to robię dla uczniów, a ze strajkiem bardzo się identyfikuję.
- Dobra. Już dzwoniłem do kuratorium, żeby upewnić się, że wszystko jest zgodne z prawem.

W środę rano Fruzia spojrzała na mnie podejrzliwie.
- Mummy, where you going?
- Do pracy, kochanie. Dziś pracuję u Dziadka w szkole, wiesz?
Fruzia wybałuszyła oczy. Nawet ona czuła, że coś tu jest nie halo.
- Why?? - zapytała.
- Bo ktoś musi pracować, żeby ktoś inny mógł strajkować - wyjaśniłam filozoficznie młodzieży zgodnie z zasadą, żeby dzieciom mówić prawdę.
- Oh - podsumowała Fruzia.
A potem dodała na do widzenia, zupełnie jak co dzień rano, kiedy mówi do Inżyniera:
- Bab się dobze.

O tak, kochani. Strajk w tym kraju to przednia zabawa.

Ósma Fruzi (i matki) pielgrzymka do ojczyzny (2): Jak wyzwolić język

Mamuśka stoi przy suszarce, składając nasze świeżo wyprane ubrania. Fruzia postanowiła spektakularnie powitać ojczystą ziemię i kiedy wysiadła z samochodu przed domem Stryja, wyhaftowała mi nowy wzór na bluzce, na dekolcie, w staniku, na spodniach i butach. Teoria o chorobie lokomocyjnej upadła, zanim ktoś dokończył ją werbalizować, choć ta o parówkach i sokach pomarańczowych w podróży wciąż trzyma się mocno. Nic to jednak, bo Fruzia nie zamierzała podupadać na duchu, a Mamuśka, gdybym tylko jej na to pozwoliła, kupiłaby nam calutką walizkę nowych outfitów na cały rok, choć pocieszyła się praniem i zaopatrzeniem Fruzi - na spółę z Drugą Babcią - w nową kolekcję Holiday Girl wiosna-lato. Teraz stoi, składa pranie i obserwuje skaczącą na jednej nodze wnuczkę.
- Fruziu - zagaja wreszcie z figlikiem w oczach.
W ręku trzyma różowe majtki Tasmana.
- Zobacz, jakie ładne gacie! Ciekawe, czyje... Takie różowe i ogromne to pewnie dziadka, tak, to na pewno gacie dziadka!
Fruzia przestaje skakać. Przez chwilę patrzy na Babcię Mamuśkę, jakby ta straciła rozum, no bo przecież jak mogła pomyśleć, że to majtki Dziadka Dyrektora, ale kiedy załapuje, że Babcia się z nią tylko  droczy, natychmiast zaczyna krzyczeć na całe gardło, zaśmiewając się do rozpuku:
- Nie! Moje gacie! MOJE! MOJE GACIE!

Piękne, wyraźne, polskie gacie.

To niesamowite, że wystarczy im intuicja, żeby wiedzieć, co jest co.Tym dzieciom znaczy, tym wszystkim dzieciom trzeciej kultury, żyjącym gdzieś pomiędzy ich własną ojczyzną, a ziemią ojców. Mimo że w domu mówimy po prostu majtki, dla Fruzi to wciąż raczej pants niż cokolwiek innego. A jednak wystarczy jej intuicja i figlik w oczach, żeby niektóre słowa zapamiętywały się i produkowały szybciej, łatwiej i zdecydowanie trwalej. Szczególnie w Polsce, którą teraz kocham jakby jeszcze bardziej za aktywowanie tych obszarów jej umysłu, których my tutaj nie jesteśmy w stanie ruszyć, bo zanurzenie odbywa się tylko w czterech ścianach jej własnego domu. A potem jeszcze wie, Tasman jeden, w jakim kontekście te najfajniejsze nabierają największej mocy. Zupełnie jak wtedy, kiedy wybrała się z Dziadkiem do Żabki po lody. (Szli tak sobie w słoneczny dzień, całkiem postawny Dziadek i drobna, biała pchełka, dla której ten pierwszy, wbrew swej naturze, zwolnił kroku do poziomu dreptania, a my stałyśmy w oknie i rzeźbiłyśmy ten obraz w głowach.) Poszli, wrócili, Babcia Mamuśka pyta kontrolnie, choć przecież nie musi, bo Młoda całą sobą koncentruje się na lodowym patyku:
- Dziadek kupił ci loda?
- Mhm - odmrukuje Fruzia, niespecjalnie zainteresowana konwersacją.
Ale sekundę później coś jej się przestawia w głowie, wyraźnie słyszę trzask otwierającej się klapki, Fruzia patrzy na nas, uśmiecha się szelmowsko i dodaje:
- Loda and pifko!

Zapomniałam uprzedzić Ojczula, że jeśli chodzi o sekrety, to te zdradza jednakowo dobrze w obu narzeczach.

Ósma Fruzi (i matki) pielgrzymka do ojczyzny (1): Czego boją się rodzice

Są tematy, które chciałabym zepchnąć na dno mojego jestestwa i nie musieć o nich nigdy myśleć ani, co gorsza, mówić. Problem w tym, że o większości z nich trzeba mówić głośno, bo od samego spychania na dno one nie znikną. Nie staną się też ani trochę mniej realne.

Przełykam więc gorzką gulę w gardle i dzień przed odlotem zagajam:
- Fruziu, a wiesz, że będziemy jutro na lotnisku?
- Aha.
Zajęta jest.
- I tam zawsze jest bardzo dużo ludzi.
- Aha.
Kucam. Bardzo staram się nadać swemu głosowi neutralne brzmienie.
- Więc ja cię będę bardzo pilnować, żebyśmy się nie zgubiły, ok?
- Ok - Fruzia w końcu na mnie patrzy.
- Będę cię trzymać za rękę, ale ty też musisz się postarać - będziesz trzymała się blisko mnie, żadnego uciekania, ok?
Kiedyś, właśnie na lotnisku, schowała się za półkę z książkami w WH Smith. Byliśmy w trójkę, nie spuszczaliśmy jej z oka, ale udało jej się niepostrzeżenie wejść za jeden regał, a wyjść zza drugiego. Trwało to najwyżej kilka sekund, ale serce zdążyło przyspieszyć, kiedy nie zareagowała na nasze przywołanie.
- Ok, mummy. Why?
Boszeeee. Moja wyobraźnia galopuje z obrazami, których bardzo nie chcę oglądać.
- Bo możemy się zgubić.
Fruzia wciąż patrzy na mnie wyczekująco.
- Nie zgubimy się, bo będę cię pilnować, ale gdyby kiedyś tak się zdarzyło, że nie będziesz widziała mamy albo taty, to najpierw krzyknij głośno 'mummy! daddy!', a potem - wiesz, co trzeba zrobić? Trzeba podejść do kogoś dorosłego i powiedzieć...
Galop. Galop. Cwał. Prędkość światła. Wizja goni wizję. Zatłoczone supermarkety, wesołe miasteczka, plaże. I lotniska. I ten dorosły... (naprawdę nie chcę o tym myśleć, ale już nie ma odwrotu)... oby zawsze to była właściwa osoba. Oddychaj spokojnie. Oddychaj.
- I'm Fruzia Fruzińska. I lost my mummy.

Patrzę na nią zdumiona. Mam gęsią skórkę na całym ciele. Jestem pewna, że to robota Różowej, dużo się tam dzieje - wizyty policjantów, rozmowy o bezpieczeństwie, nauka przechodzenia przez ulicę. I'm Fruzia Fruzińska, I lost my mummy, dźwięczy mi w głowie. Ale na głos mówię tylko to, co zawsze:
- Właśnie tak trzeba powiedzieć, jesteś bardzo mądrą dziewczynką.

Pocieszam się, że ta wiedza to jak ubezpieczenie na życie.

(...)

(Ale co ja Wam tutaj w ten słoneczny dzień o horrorach rodzicielstwa! Silly me!)